wtorek, 26 sierpnia 2014

Stracone ideały

Miesiąc się kończy, a POGODA NADAL NIE RESPEKTUJE IDEAŁÓW SIERPNIA! Co za osioł uparty.

No ale co poradzić... Chmury polubić i oglądać zdjęcia z zeszłych wakacji.

Poniżej wspomnienie lata - Baran Robert i jego pełna słońca podhalańska „Trawiata" ;)  (tak, przez „w" siłą rzeczy.)


 




Posiedziałabym jak Robert, oj tak. Najlepiej tak ze trzy tygodnie.
 
p.s. Co robi biedronka - nie wiem. Nie pytałam. Przyszła, siadła i siedzi.

środa, 20 sierpnia 2014

Kupa mięci...

...czyli jeszcze jeden rysunek na cześć Kapitana M.

Chciałam go nazwać „Parostatkiem w piękny rejs" ale uświadomiłam sobie w porę, że ten przeuroczy tytuł przywłaszczył sobie już niejaki Krzysztof K., w którego ciemnych kędziorach i wąsiskach czas zaplątał się i ugrzązł na dobre gdzieś w latach 80-tych. (A spojrzenie ócz jego oraz głos pełne troski i cierpienia są - przynajmniej ja mam takie wrażenie).
No więc tytuł jest inny.






Oraz - jak już jesteśmy przy wspominaniu dziecinstwa - pozwolę sobie przypomnieć wspaniały rebus z czasów głębooookiej podstawówki. Po trzydziestu latach śmieszy mnie dalej tak samo (choć wtedy dlatego bo był taki WOW!!!! JA CIE!!! a teraz - bo jest taki przyjemnie durny ;)
 
 
Kto pamięta rozwiązanie?
 
 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Królowa i Kapitan


Moje dziecko - jeszcze gdy było małym dzieckiem - miało misia. Przybył w reklamówce razem z kilkoma innymi pluszakami do powtórnej adopcji, był brzydki, bury, bezkształtny, z pokaźną nadwagą w rejonie brzucha w czerwoną kratkę, i z miejsca okazał się być TYM misiem, dostał nawet imię (co nie zdarzało się często). Imię brzmiało Kapitan Miś.


Nigdy nie ustalono, czego kapitanem właściwie był Miś, ale biorąc pod uwagę zakres jego obowiązków, był prawą ręką władczyni pokoju dziecięcego.

Pewnego dnia podstępnie i zdradziecko puścił szew szyjny, grożąc Kapitanowi niezasłużoną dekapitacją, a ja - dwie lewe ręce do szycia - nieśmiało wysunęłam propozycję mianowania następcy. Odpowiedzią było mordercze spojrzenie, tupot oddalających się w pośpiechu małych stóp i obrady z Kapitanem za zamkniętymi drzwiami kajuty, zapewne na temat jak by tu usunąć Anty-Matkę Roku z zajmowanego stanowiska.

Ostatecznie, po okazaniu skruchy i obietnicy podjęcia działań szwalniczych, zostało mi jednak wybaczone. Kapitan został zszyty „na okrętkę" i jeszcze długie lata pełnił szczęśliwie swoje powinności. A nawet przeleżał później dobrych 10 lat na emeryturze, w skrzynce za łóżkiem.






 
 

piątek, 8 sierpnia 2014

Bestia w ludzkej skórze


Żołądki potrafią mówić, to chyba wiemy wszyscy. I nie, nie to że burczą. Mówić, przemawiać nam prosto do podświadomości, omamiać centrum decyzyjne, podkopywać silną wolę. Wiecie już, o co chodzi, nie? Stosują szeroki wachlarz technik manipulacyjnych, w zależności od danego produktu spożywczego, którego nie możemy jeść. U mnie jest wiele takich produktów, toteż gwarzymy sobie dość często, ale ja dalej daję się nabrać na te jego niecne chwyty, pułapki i fortele. Dobry jest, skurczybyk.

Oto jeden z naszych ostatnich dialogów. Zaczyna - oczywiście - tytułowa bestia, żołądek:


- Chodź, zjemy kawałek arbuza.
- Nie, wiesz że nie wolno nam arbuza.
- Oj tam, oj tam. Kawałeczek.
- Nie, już i tak dość wycierpiałam po tych truskawkach, do których zjedzenia skłoniłeś mnie w zeszłym tygodniu, używając zapewne hipnozy, impulsów podprogowych lub innego równie podstępnego sposobu.
- Bzdura, nie znam sie na tym. Moją specjalnością są enzymy.
- Jasssne. A te 4 ciastka, które zupełnie nieświadomie zjadłam wczoraj do kawy?
- Pfff! Chciałaś, to zjadłaś. I teraz zwalasz winę na mniejszego, tak?
- Bo to ty mnie ciągle wrabiasz! Ja wcale nie chcę tego wszystkiego jeść!
- Buahaha. Dawaj, kawałeczek zjemy tylko.
- Nie!
- Powąchaj, jak pięknie pachnie arbuzik, jak swieżo.
- Nie!!
- I ten kolor. I jaki soczysty jest, palce lizać.
- Nie!!!
- Spróbujemy tylko. Schłodzony, słodki arbuzik.
- NIE!!! POWIEDZIALAM!!!
- No dobra, dobra, to nie.
- NO!
- Ale może jednak? Popatrz, jak mruga do nas tymi czarnymi pesteczkami
- NIE!!!! GŁUCHY JESTEŚ?!!!
- Nie, tylko ten arbuzik tak ładnie... dobra, dobra, już nic nie mówię.
- No najwyższy czas!
- Ale ale, ohoho, a co to! A gdzie to taki kawał arbuzika nagle się podział?
- Co? ..... ??? !!!! Osz kurrrrr...! Ty zdrajco!!!!
- He he he.
- Bazyliszku jeden! Manipulatorze!!! I co teraz? Znowu ból i odtruwanie!
- Ale smakowało, co? He he.
- Lisie farbowany! Jesteś w końcu ze mną czy przeciwko mnie?!
- Dobry był, przyznaj.
- Krętacz! Adwersarz i niecny podkopywacz!
- No przyznaj że był naprawde znakomity.
- Dwulicowiec! Kota-ogonem-odwracacz!
- Przyznaj!
- ... no... pyszny, pyszny...
- He he he.


Jak widzimy, tym razem byłam twarda jak diament, ale żołądek brawurowo posłużył się sprawdzoną przez liczne pokolenia iluzjonistów techniką odwracania uwagi i tak wygrał.

A obrazka dziś nie będzie, jeszcze tego brakowało, żebym tej kanalii portrety rysowała, co to, to nie.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Pogoda w żółte zygzaczki


Wrócilim. Krótkie podsumowanie tego, co na urlopie najważniejsze (przynajmniej dla mnie) wypada tak sobie:
Pierwszy tydzień - słońce. Pięknie! Hulaj dusza!
Drugi tydzień - słońce i chmury pół na pół. Trzysta razy dziennie sprawdzanie prognoz na trzystu stronach w necie, które uparcie prezentują tylko coraz ciemniejszą chmurkę, niebieskie kropelki i żółte zygzaczki. Ciągłe płonięcie nadzieją, że jednak się nie spełni.
Trzeci tydzień - spełniło sie. Chmurki, kropelki i zygzaczki przedostały się z wirtualnego swiata do realu, powieksząjac milionkrotnie swoje rozmiary. Burze przez duze „B", urwania chmury trwające 4 godziny. Jeszcze nigdy chyba nie widziałam tyle wody na raz.

No cóż. Bywa. Ale i tak siedzenie na tarasie czy w kawiarni nad kawą / winem, patrzenie na morze, niebo i bezkresne horyzonty, dojrzałe, ciemnopomarańczowe i pachnące melony i mango i pomidory jak z ogródka bardziej mi odpowiadają niż wstawanie o 5 rano i popylanie na zakład.

A słońca mimo wszystko starczyło jako tako na rozgrzanie kości, nasycenie oczu kolorami morskiej wody i lekki efekt Pośladów Świecących W Ciemnościach:


Ponadto zdobylim 2 górskie szczyty i jedną wieeelką jaskinię (Postojnska Jama na Słowenii, polecam, mega wypas, serio serio).
Po powrocie pralka dała wyraz oburzeniu na widok kopy prania, uprała z łaską raz, drugie pranie namoczyła, po czym stanęła, nieczuła na prośby, groźby i naciskanie guziczkami. Rozkręcilim co się dało i zajrzelim jej w trzewia, rurki i inne otwory, ale nic nie znaleźlim. Walnęła totalnego focha, i wygląda na to, że stanęła na wieki. No swoje lata ma, a małe fochy strzelała już wcześniej - kto wie, może mi na starość też się wszystkiego odechce i zaprzestanę wszelkiej współpracy.
Na razie mamy bardzo dużo letnich ubrań brudnych i bardzo mało czystych, co nie jest za bardzo kompatybilne z aktualnymi warunkami pogodowymi, ale co tam. Po urlopie mam bardziej wylane na takie rzeczy. Na wszystkie rzeczy właściwie, i oby to trwało jak najdłużej.
 


Przy okazji dokonałam spostrzeżenia: patrząc na naszą szafę, można by pomysleć, że oto spotkały się w niej na chwilę ubrania dwóch osób, z których jedna przyjechała z Australii a druga z Sybreii - albowiem ponieważ Męż posiada garderobę złożoną prawie wyłącznie z t-shirtów + parę bluz cieplejszych (ale nie naprawdę ciepłych), kurtek, szalików czy czapek w ogóle brak.
Natomiast ja oszałamiam widza przebogatą kolekcją swetrów, bluz i pulowrów, rozkładam barwny wachlarz ciepłych podkoszulek i innych ocieplaczo-owijaczy, dokładam płaszcze i kurtki, w tym jedną o grubości odpowiedniej na trzydniową podróż psim zaprzęgiem przez tajgę, omotuję zmysły mięciutkim kokonem szali i czapek, i dopiero na samym końcu leży skromnie te parę t-shirtów jakby nie z tej bajki. A to przecież ubrania osób przebywających pod tą samą szerokością i długością geograficzną. Hm.
 
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...