wtorek, 30 września 2014

Nieproszeni goście


Ciocia Dobra Rada? Znajoma Wszystko Lepiej Wiedząca? Kolega Świetny Dowcip, Energetyczny Wampir albo Na Krzywy Ryj? Sąsiad Zryty Beret, Rozdarta Morda albo Co To Nie Ja?


Na typy powyższe, jak i różne inne wyżej niewymienione a równie dokuczliwie drażniące i męcząco wpieniające, polecam ten oto diabelnie sprytny a bardzo efektywny projekt architektoniczny (bazujący na klasykach, więc jak mógłby nie być dobry)


Pałacyk na wzgórzu, z fosą i atrakcyjnym systemem ukrytych zapadni




 

Procesowi twórczemu przyświecało motto:

Ileż radości z nieproszonych gości!

 

W elwacji budynku ukryta jest wysuwana platforma widokowa z fotelami kinowymi wersji DeLuxe, maszyną do pop cornu i lodówką z napojami.


Zapadnie, w zależności od naszego humoru i zapotrzebowania żywieniowego rekinów, możemy trzymać:
a) ostentacyjnie otwarte - w celu odstraszania potencjalnych wizytantów
b) nikczemnie zamknięte i chytrze niewidoczne - w ten sposób urozmaicimy dzień przekraczającym nasze progi gościom, wprowadzając do niego filuterny element niespodzianki oraz lekki dreszczyk emocji, a sami zakosztujemy owej zawartej w motto radości, tak wszak ważnej dla zdrowia i równowagi psychicznej.
 

W planach także skromniejsza wersja projektu w postaci niedużej willi, odpowiedniej dla kieszeni mniej zamożnej klienteli. Stay tuned.



5 lat gwarancji na machanizmy zapadni i platformy widokowej. Rekiny dostarczamy z aktualnym świadectwem weterynaryjnym i certyfikatem wysokiej żarłoczności.

Gwarancja nie obejmuje:
- naturalnego zużycia elementów takich jak: woda w fosie, rekiny
- defektów powstałych w wyniku samodzielnego udoskonalania systemu zapadni i platformy widokowej
- zadośćuczynienia za straty i rany odniesione przy samodzielnie podjętej tresurze rekinów
- zwrotu kosztów weterynaryjnych powstałych na skutek nadmiernej eksploatacji rekinów (zgaga, niestrawność, apatia i brak apetytu itp.)

 
 

 

środa, 24 września 2014

Dom z widokiem na morze


A co, może nie?







W takim domu, błyszczące łuski przepływających ryb rzucają tańczące refleksy na ściany w pokojach, złote i różowe podwodne iskierki. Światło słońca sączy się leniwie przez rozkołysane fale, maluje lśniące kropki na wirujących bąbelkach powietrza.
Lekko i z wdziękiem łopoczą sukienkami meduzy, niczym przezroczyste duchy zatopionych statków przemierzające niespiesznie bezkres oceanu.
W takim domu pod koralowym drzewem jest cicho i spokojnie. Świat z drugiej strony wodnego lustra dociera tutaj tylko odległym echem, cieniem przesuwającym się wysoko w górze.
Sąsiedzi nie są gadatliwi: nieśmiały krab-pustelnik, wstydliwy łodzik i ośmiornica o zmiennej aparycji, wiecznie w pogoni za najbardziej twarzowym kolorem.
W takim domu zasypia się przy śpiewie wielorybów, a senne marzenia kołyszą się na falujących wstęgach wodorostów. Wyżej, tuż pod powierzchnią, unoszą się miliardy maleńkich drobinek świecącego planktonu tworząc nocny, podwodny firmament. Patrzą z podziwem w górę, na prawdziwe gwiazdy z drugiej strony lustra. Zapatrzona w ten kosmiczny taniec ryba, zasnęła za domem. Zagrzebała sie w miękkim piasku i śni, że jest piękna Meluzyną.
 


Jeden tylko mam problem - żeby tam zamieszkać, muszę wykształcić skrzela. Trochę to chyba, kurka (wodna!), potrwa :/


czwartek, 18 września 2014

Co za piękny koniec świata!


... czyli o morzu, górach, łąkach czy "innych łonach natury", daleko od cywilizacji i najlepiej na bezludziu. (Bo ja dzik jestem.)





Na końcu świata niebo jest nisko, na wyciągnięcie ręki. Można się w nim zanurzyć, albo się nim owinąć jak błękitnym, ciepłym kocem ze słońca i wiatru. Można je wdychać i wydychać, rozgarniać rękami. Wpuścić w arterie, namoczyć w nim duszę - i przeprać ją gruntownie, rozprostować wszystkie zagięcia i fałdy, a potem czystą i błyszczącą rozłożyć na trawie w słońcu do wyschnięcia. Można, stojąc po kolana w trawie, szybować w obłokach.

Na końcu świata między niebem a ziemią nie ma już nic, wszystko więc może zacząć się na nowo. Można uwolnić myśli i puścic je daleko, daleko w niebo. Niektóre pękną zaraz jak mydlane bańki, inne polecą bez końca i bez celu, a kilka może opadnie kiedyś na ciepłą trawę, wykiełkuje i zaowocuje dobrymi zdarzeniami.

Im szerszy horyzont, tym szybciej można zapomnieć o sobie: niby się ciągle jest - ale tylko odbiciem. Wody, gór, nieba, chmur, słońca i księżyca. Jadną nogą w morzu, drugą na lądzie, można patrzeć na prześwitujące przez uniesione dłonie słońce. Złapać je i rozciągnać na niebie w kolorową nitkę tęczy. Patrzeć jak wiatr pcha naprzód chmury i przesypuje ziarenka piasku na plaży, jak w klepsydrze mierzącej czas od początku istnienia. Z migoczących gwiazd na czarnej sukience nocy można ułożyć Smoka i Centaura, patrzeć na swiatło miliardów lat wszechświata wplecione w Warkocz Bereniki. W kropli wody błyszczącej na dmuchawcu znaleźć najpiękniejsze wspomnienia. Zapomnieć jaki jest dzień tygodnia i telefon do x. Przypomnieć sobie jak brzmi deszcz na liściach, jaki kolor ma słońce pod zamkniętymi powiekami, jak pachną leśne poziomki i smakuje wiatr nad brzegiem morza.

Nogi idą tam, gdzie je oczy poniosą. Rozum, jak mały Muminek, śpi na wygodnej, miękkiej chmurce przywiązanej do paska od spodni. Buja ją powolny wiatr wieczności, której nigdzie się nie spieszy. Zaczyna kiełkować spokój. Równowaga powoli wypuszcza nowe gałązki, trochę w lewo, odrobinę w prawo, idealnie. Coraz lżej w głowie, coraz lżej w sercu, coraz więcej miejsca na głęboki oddech.



Pęka ostatnia bańka, trawa się podnosi i znika ostatni w niej ślad. Znika "gdzie", znika "kim", zostaje "jestem".
 
 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 



środa, 10 września 2014

Co sie dzieje z lisem po wskoczeniu do nory


Ten, kto pamięta lisa Stefana z jego poprzedniej wizyty  ( Stefan, wizyta pierwsza  )  doszedł być może do wniosku, że jest to osobnik niepoważny, roztargniony lekkoduch, wirujący po cienkim lodzie hulajdusza. Przemykąjacy zręcznym ślizgiem od jednej przyjemności do drugiej epikurejczyk, lub wręcz nawet - o zgrozo - hedonista, omijający każdy problem zgrabnym wyskokiem z podwójnym piruetem.
Że to śpiący do południa wielbiciel ziół z zaspanym, przekrwionym trzecim okiem i zadymionymi czakrami, bon vivant lisiego świata.
Że dotykając podłoża tak małymi nóżkami, nie może stać twardo na ziemi.

Otóż sąd to pochopny, przedwczesny i pospieszny! A także całkiem chybiony. Stefan, moi drodzy, rozważa, rozmyśla i rozstrząsa, analizuje, dedukuje i docieka.

A oto jak:

Od zarania dziejów ludzie obserwują gwiazdy. Układają je w kształty mitycznych bohaterów, zwierząt, potworów, wyczytują z nich swój los, planują gwiezdne podróże. Stefan natomiast zastanawia się, czy to jednak nie my jesteśmy tu wzięci pod lupę:

 

 
 
 
 
 
W związku z powyższym, Stafan postanowił zbadać kosmos:
 

 
 
 Wyniki są zatrważające: wiekszość badanych ma niezmiernie wysoką temperaturę, jest wrecz rozpalona. A może to tylko gorący temperament? Wielu jest napromieniowanych ponad wszelkie normy oraz przejawia niestały i wybuchowy charakter. Niezwykle zaniepokojony Stefan, wróciwszy do rakiety, skrupulatnie sporządzil notatki. W naziemnej norze podda je szczegółowej analizie.
 
 
A jak juz jesteśmy przy norach: przy każdym zasiedlaniu nowej jamy, analityczny i dociekliwy umysł Stefana stawia go przed takim oto zgryzem:
 
 
 
Co objawi się po wskoczeniu w otwór - przytulna jamka czy tez bezdenna otchłań? Z jednej strony ryzyko, a z drugiej nowa szansa... i nie sposób tego sprawdzić, nie wchodząc... Prawdziwie życiowa decyzja.
Na pocieszenie powiedzmy Stefanowi, że nie tylko lisy stają przed takimi dylematami w obliczu ważkich decyzji. „Zgryz Stefana" nie oszczędza także ludzkiej rasy.
 
 
p.s. Pragnę jeszcze zwrócić uwagę szanownych czytelników na niezwykle nowoczesny i praktyczny Lisi Kombinezon Kosmiczny. Tak zaawansowane rozwiązania techniczne zastosowane tu przez Stefana, mówią same za siebie jeśli chodzi o poziom inteligencji i przenikliwości umysłu wlaściciela i twórcy.

wtorek, 2 września 2014

Dobré rady a nápady - 3 - "Devious Maids"


W dzisiejszych dzikich czasach, kiedy rzeczywistość popyla do przodu z bezlitosną szybkoscią huraganu, doba ma za mało godzin, a stara, dobra ewolucja jeszcze nie zdążyła dać nam drugiej pary rąk, zdarzyć się może czasami, że stracimy nieco kontrolę nad ładem i porządkiem w naszej przydziałowej komórce mieszkalnej, zwanej kwadratem.

Ot, parę razy odłożymy sprzątanie na bliżej nieokreślone „później", czy w weekend, zamiast szaleć w oparach środków czyszczących o powalającym aromacie wściekle skondensowanej cytryny, oddajemy się błogiemu i w pełni zasłużonemu odpoczynkowi - a tu hop siup - i już szczury prowadzą zorganizowane życie miejskie, doskonale rozwiniete przetwórstwo naszych zasobów biblioteczno-kuchennych oraz wspaniałe zaplecze naukowo-techniczne i pracują nad napędem neutronowym w celu kolonizacji kosmosu.
Na stole w kuchni zczerniały i wycieńczony banan resztką sił wydrapuje sobie ogonkiem na skórce „kill me!" a kapiące z niego żrące toksyny przeciekają właśnie już do trzeciego mieszkania w pionie.
Karaluchy osiągnęły rozmiar kota, zestrachany kot leży pod kanapą i cichutko kwili, a pająki, w swoim nowoczesnym laboratorium pod szafą opracowywują sposoby na likwidację szczurów, kota, karaluchów i nas.

ZDARZA SIĘ. Nieprawdaż? Prawdaż. No i jak wiadomo, jest na to tylko jeden środek: miotła w garść i do dzieła! W szczegóły wprowadzi państwa oczywiście nie kto inny jak nasza znakomita specjalistka od operowania miotłą - wiedźma Irena.



 
 
 
 
 
 

Rady Ireny - jak zwykle niezawodne. So maids, let’s get a little devious...

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...