środa, 22 października 2014

Żelazna logika - albo - Jak obalić mit


Wczoraj wyjaśniliśmy rzetelnie i profesjonalnie, z rycinami oraz rurznymi mundrymi wyrazami, dlaczego już nie widujemy syren. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się centaurami.

 
Czyli mamy już taki panel edukacyjny. 
(Sheldon Cooper presents "Fun With Flags", yeeee... ;)





 
 
No. Przecież każdy wie, ze centaurów nie ma.






Apdejt!
Tak tylko chciałam nadmienić, że dziś krótko przed godziną 10 licznik odwiedzin osiągnął tą oto liczbę:
 
Buahahahaaa! Mam was wszystkich w swoich szponach!
 
 
 

poniedziałek, 20 października 2014

(Wcale nie taka) Mała Syrenka

Syreny, tak jak homary, rosną przez całe życie. Te największe, urodzone w pradawnym oceanie pełnym olbrzymich, wodnych potworów, nadziwić się nie mogą jak kruche i drobne stało sie dzisiaj życie. Najokazalszy wieloryb wygląda przy nich jak nakręcana zabawka ze straganu.

Zostały same w swojej wielkości, z przeterminowanymi o wieki wieków wspomnieniami, z tęsknota za ulatującą wizją młodego świata. Coraz częściej zamykają więc ogromne oczy, kłada się wygodnie na dnie i śnią swoje stare, piękne sny. Ryby wpływają wtedy w falujące labirynty ich długich włosów i bawią się w berka i chowanego.








Dawniej podobno łatwiej było zobaczyć syreny. Dziś już się to nie zdarza, bo nie lubią naszego głośnego i zatłoczonego świata.
 
 
 
Grímhildur Hjalmarsdóttir z narybkiem, na porannym spacerze.
 

poniedziałek, 13 października 2014

Uwaga, będzie o dupie.

Żeby nie było, że nie ostrzegałam. No. To teraz do rzeczy. W sobotę, korzystając z faktu, ze małżonek wybył z kolegami, postanowiłam się kopnąć w miasto i poszukać spodni - no przecież mam litość i nie będę w wolną sobotę ciągąć go ze sobą po sklepach, sama tego nie cierpię, więc co dopiero on. A z racji tego właśnie, że sama tego nie cierpię, ilość spodni zdatnych do noszenia osiagnęła u mnie dolną granicę jednej pary. Dość ryzykowna sprawa. Mam jeszcze 2 inne pary, ale za duże, więc noszę je tylko w razie ostatecznym, jak te jedne dobre są w praniu.

No. Się więc uzbroiłam w optymizm i rzuciłam w wir przymiarek. Przymierzyłam tych spodni tak na oko z milionpińćset, wykazując cierpliwość na poziomie Zen master-wymiatacz, naprawdę anioł, kwiat lotosu na niezmąconej tafli kryształowego jeziora, ani brewka nie pykła. No i co? Czy zostałam nagrodzona? NIE. Bo wszędzie coś odstawało, wisiało albo uwierało, albo się nie mieściło.
Jak pasowało na zadzie, to w pasie mogłam sobie jeszcze wsadzić 10-ciokilowy worek kartoflów. Czasem te 10 kilo można też było wepchnąć w pasie z tyłu, bo tam tak dziwnie dużo miejsca było, nie wiem na kogo to szyte, na dromadera? (Nie żebym dromaderom tekstyliów żałowała, skąd.)
Jak widziałam, że mogą być dobre w pasie (na zasadzie przytknięcia do korpusu) to podczas przymiarki stwierdzałam, iż zad-rebeliant nie zamierza podporządkować się systemowi i nie wchodzi w ten układ.
Jak pasowały w talii, to uda miałam tak ściśnięte, ze wyglądam jak próba pobicia rekordu świata na największego kabanosa.
O długości nogawek już w ogóle nie wspomnę, bo zawsze wloką się za mną smutno, jak jakiś jeansowy kilwater.

I za każdym razem, jak szukam spodni, to jest tak samo. No i w związku z tym, mam takie pytanie: DLACZEGO?!!! CO JEST NIE TAK Z TYM DIABELNEJ URODY ZADEM???!!!

 
 
A oto i ów zad, do którego nie da się przyłożyc zwykłej miarki! (Ale obczajcie to wylakierowane kopyto, no wypas przecież)
Zad specjalnej troski?
Nieszablonowy, czy może wadliwy?
Zły zad. Nikczemny zad!
Zad buntownik.
Zad out of control.
Dysydent, wywrotowiec, destruktor moich jeansowych planów.
Niwelator tekstylnej równowagi w szafie.
Opozycjonista, zawsze i z reguły przeciwny. (Czy dąży do przejęcia władzy??!! Aaaaa!!!)
Wieczny oponent w dyskusji góry z dołem.
Wróg czający sie na tyłach.
Wielki Mściciel odkładanego z roku na rok fitnessu?
Zad szyderca, odbijający się w lustrze w sposób nad wyraz złośliwy i bezczelnie drwiący.
Prawdziwa żmija wśród zadów.
 

piątek, 10 października 2014

Rzeczywistości alternatywne

Pamiętacie "Howl's Moving Castle" ze Studia Ghibli?
 
 
 
 
 
 
Wędrował sobie powolutku przez piękne i puste łąki z górami w tle, miał takie jedne drzwi, przez które wyjść można było do najróżniejszych miejsc, nawet jeśli zamek stał w miejscu. I tak samo działa umysł. To takie drzwiczki do "gdziekolwiek bądź". Lubię jak ludzie tworzą alternatywne opcje, jak wprawiają w ruch zębate kółeczka wyobraźni, jak ze zwykłych rzeczy powstają niezwykłe. To skutkuje dobrymi książkami, filmami, dziełami sztuki, wynalazkami, osiągnięciami naukowymi, czekoladowym ciastem, pachnącą kawą i internetem! (Jak się znajdzie jakaś osoba nie żywiąca głębokiego uczucia do chociaz jednej z trzech ostatnich rzeczy - bardzo proszę o zapisanie się w kronikach ludzkości przy pomocy komentarza, będę zaszczycona mogąc poznać taki wyjątek:) Osobiście strasznie bym chciała mieć więcej wyobraźni, strasznie. Tymczasem fascynuję się produktami wyobraźni innych. Na przykład, proszę, o tu:
 
 
 
 
 
Oto kącik w pokoju pandeMonii, między gniazdkiem elektrycznym a biurkiem. Takie rzeczy się w nim dzieją jak Monia zamyka oczy! Tutaj dokładny opis, jakby ktoś jeszcze nie czytał. Pozwoliłam sobie uwiecznić część tej wizji na powyższej rycinie - dla potomności, Autorko!!! :)
 
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...