środa, 26 listopada 2014

O ramach raz jeszcze

Krokodyla Ryszarda pamiętają?
(poznaj Ryszarda)
Dorysowałam mu rodzinę, co tak sam będzie siedział.





Jak widzimy, najmłodsza latorośl wdała się w ojca. Amadeuszek (Czesława bardzo nalegała na to imię, Ryszard uważa, że uległa chwilowej modzie i będzie tego żałować) swoimi jeszcze nielicznymi mleczakami intensywnie stara się przegryźć odgórnie narzucone ograniczenia. Choć ledwo wystaje mu z nich nos. Ot, buntownicza natura. Małe, wywrotowe ziółko, korzonkami rozsadzające zatwardziałe schematy. Mróweczka dzielnie podkopująca fundamenty kanonu.

Edrwad, starszy syn i duma rodziny, na okoliczność rodzinnego portretu wyprosił muchę od Ryszarda, ściągnął aparat ortodontyczny, i każdym centymetrem swojego ciała stara się pokazać, że jest dojrzałym krokodylem z zasadami, całkowicie wyrosłym z wszelkiej dziecinady (choć za plecami w łapce skrywa ulubioną figurkę Batmana na skuterze z serii Lego Super Heroes).

Czesława, która jak już wiemy, lubi ulegać czasem modom i innym przyjemnościom, pociągnęła rzęsy najczarniejszym szlamem i utleniła lok ekskluzywną farbą prestiżowej linii Płowy Płaz.

A Ryszard - bez zmian, jak widać. Wierny swoim dotychczasowym ideałom. Jak zwykle wykracza poza ogólnie przyjęte ramy, wytycza własne ścieżki. Chętnie steruje swym mocnym ogonem pod prąd, na przekór głównym nurtom.
 

piątek, 21 listopada 2014

O krasnoludkach, czyli tajemnica brukwi.


Ale najpierw nawiążę krótko do tej opierzonej katarynki za moim oknem. Otóż, dziś w nocy było 0-2°C! Przymroziło zadek do gałęzi tak jak mówiłam, ani nie pisnął normalnie! Wykrakałam, że tak powiem ;)

A teraz do tematu dzisiejszych rozważań. Bajkę o Królewnie Śnieżce i siedmiu brodatych przykurczach każdy zna. To może ktoś mi pomoże w analizie, bo strasznie mnie jedna kwestia gryzła wczoraj po robocie, w zimnej i pustej kuchni (i nadal gryzie):
Krasnoludki wyskakiwały bladym świtem ze swoich małych łóżeczek, zarzucały na małe ramionka swoje małe kilofki, i śpiewając mało sensowną piosenkę, w równym rządku małymi kroczkami udawały się do kopalni rąbać na przodku. Rąbały tak do wieczora i wracały do domu. Jadły kolację i szły spać. Właśnie. JADŁY KOLACJĘ. Nie, nie chodzi o to, że jedząc kolację jako pierwszy i jedyny posiłek dnia, dość ciężko jest tak codziennie po 12 godzin machać kilofem. Niech tam, w końcu bajki nie podawały, jak długo żyły krasnoludki, więc można założyć, że niedługo. (A z siwymi brodami już się rodziły. A może lęgły z błota i kamieni, pomińmy.)
Mnie bardziej interesuje, skąd się brały te kolacje, a konkretnie, niezbędne do wyprodukowania kolacji produkty spożywcze? Krasnoludki nie uprawiały ogródka, nie polowały, nie hodowały żywego inwentarza. Zresztą halo, przy ich wzroście, to taki na ten przykład indyk by im głowy pourywał i wybrukował nimi podwórko. A bródkami wyścielił sobie gniazdo na zimę.

No to skąd te kolacje. Coś tam z tego przodka niby zawsze urąbały, ale źródła nie podają, co dalej. Chodziły co sobotę 10 mil do najbliższego miasteczka na targ i wymieniały rubiny na tygodniowy zapas brukwi? Nie bardzo, obrabowaliby takich małych pokurczów od razu na wejście.

A może brały, co znalazły na drodze dom-kopalnia? "Oh, Gapciu biedny, znowu gałąź spadła ci na głowę... A nie, to zdechła wiewiórka zleciała ze świerczka, co za miła niespodzianka! Gburku, pakuj do worka, będzie wyśmienita upieczona na chrupko." I tak potem zakąszają szychtę tą wiewiórą. Jedną na siedmiu? Hmm. Musieliby znaleźć więcej. Ale jakby na mojej drodze codziennie masowo spadały ze świerczków martwe wiewiórki, to ja bym to nazwała epidemią, a nie miłą niespodzianką. I zdecydowanie wolałabym ich nie jeść.

Właściwie, to możnaby jeszcze wyjść z taką - śmiałą nieco - hipotezą, że krasnoludki żarły glebę. Takie malutkie glebogryzarki w czerwonych czapeczkach. To z jednej strony tłumaczyłoby ich zamiłowanie do branży kopalnianej, z drugiej jednak strony, nie pasuje absolutnie do posiadania w chatce kuchni, garnka z zupą, stoliczków i miseczek - a jak wiemy, w kwestii "ktoś jadł z mojej miseczki" wszystkie źródła są zgodne. No i jakoś nie chce mi się wierzyć, że Śnieżka zeżarła michę czarnoziemu i zagryzła torfem.


No i nie wiem. Ale bardzo chętnie rozwikłałabym zagadkę zawartości krasnoludziej miseczki, no i fajnie też by było posiąść sekret pełnego garnka każdego wieczora po robocie, no nie?

Any ideas?

wtorek, 18 listopada 2014

Twój czas się kończy, ptaszyno


Jak wszyscy wiemy, każdemu dany jest na tym swiecie tylko pewnien skończony czas. Czy nam się to podoba czy nie, kiedyś nadejdzie koniec. Mnie z tym faktem oswaja mój budzik, regularnie co wtorek, bardzo delikatnie i z wyczuciem:

 



No. I od razu człowiekowi chce się wstać i żyć ;)

A żeby było jeszcze łatwiej odkleić się od podusi, to (ponieważ listopad tego roku taki jakiś ciepły) wcześniej niż zwykle powrócił motyw kwilącego za okienkiem ptaszęcia w wiosennym, w jego mniemaniu, zachwycie nad światem. Ptaszę codziennie miedzy 3 a 4 rano zaczyna drzeć koparę z mocą strażackiej syreny. I wylewa z siebie nieprzerwany strumień decybeli miłości, które wkręcają się w mózg jak malutkie, diamentowe wiertełka. Nawet oddechu raz nie zaczerpnie. Kwiatki na parapecie więdną a pająki pakują male plecaczki, porzucają tkane w trudzie i znoju sieci i uciekają w stronę wschodzącego słońca.
Takie to mikre, chudziutkie, okruszkiem małym się pożywi, kropelką wody popije - a ma siłę ryczeć godzinami jak smok.
Piekielna wywłoka ptasia, jak nic z koguciego jaja o północy wykluta, na rozstaju dróg i przy pełni księżyca. I siarką karmiona.
Ale jeszcze ty się zdziwisz dziobata cholero, jeszcze ci ta kopara opadnie za tydzień albo dwa jak przyjdzie w nocy minusik i przymrozi pierzasty zadek do gałęzi. Odechce ci się tak ryja nocami wydzierać i ludziom pracy sen sprawiedliwy rabować.

Szkic sytuacyjny
 

wtorek, 11 listopada 2014

Żeby marzenia się spełniły...

...trzeba im pomóc. Ja wiem, że jesień, a za rogiem już zima, z dnia na dzień coraz bardziej ponuro i szaro, tylko się zagrzebać w kołdrę i jeść ciemną czekoladę / pić ciemną czekoladę / pić ciemnoczekoladowego Baileysa / jeść ciemnoczekoladowe ciasto / jeść ciepłe naleśniki z Nutella i migdałami, po czym popaść w stupor i odrętwienie (no dobra, to była zima w MOIM wykonaniu, każdy ma pewnie swoje własne sprytne, kaloryczne sposoby).

Ale: jak już tak siedzimy wygodnie owinięci w kołdrę, to może podlewajmy tą czekoladą jakieś małe marzenie? Sypmy mu okruszki ciasta, niech se dziubie powoli? Może do wiosny akurat się tak rozbuja, że wypuści kwiaty i zaowocuje? Co?

 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Co tam panie we wszechświecie? 4

Niepublikowane dotąd zapiski z obserwacji „orbium coelestium"

 
Drogie ludzie! (I nieludzie, jeśli tu jakie są.)
Czy ktoś z was się przypadkiem może stęsknił za Sylwusiem? Bo ja w sumie tak :) A więc, czasu na zbędne pogaduchy nie trwoniąc, przystępujemy do odsłony czwartej.
(A ci, którzy zapisali się na buraczane njusy, mają okazję sprawdzić, czy przez okno rzeczywiście wpadnie im bulwa zawinięta w list.)
 
 
 
 
 
Jednak, jak to często bywa, teoria od praktyki odbiega troszkę...
 
 
 
 
P.S. I pamiętajcie, drogie dziatki, czujne jak kuna bądźcie gdy ogórkową gotować będziecie, co by wam się ręka nie omskła i nie wsypała tyle soli co do "normalnej" zupy, albowiem powiadam wam, taki ogór kiszony to kawał mściwego sukinsyna jest, i zemsta jego będzie SŁONA. I dużo wody do gara dolać będziecie musieli, ażeby zemstę tą ową jakoś przełknąć, a i w talerzu kartoflów nieproporcjonalnie mało pływać będzie, polewkę chudą czyniąc i jałową.
(z pamiętnika zamyślonej kucharki)
 

 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...