poniedziałek, 30 marca 2015

Nie śpię, bo trzymam... herbatę (na oku).

A dlaczego? A dlatego, że Renata. To jest doprawdy w najwyższym stopniu nie-po-praw-ny ptak jeśli chodzi o używki alkaloidowe. Że chleje kawę tak, jak to niejaki Smok W. wychlał był pół Wisły, to wiadomo nie od dziś. Tyle że Smok cieniarz wystawił ten - wielce zapewne efektowny - show tylko raz, wymawiając się potem rozerwaniem na strzępy (amator), Renata zaś okazuje się artystą-konsumentem najwyższej klasy, nader rozciągliwym a pojemnym i nawet jej do łba nie przyjdzie co by się rozpękać.

No więc, jak już wiemy, ta kawa. Ale wygląda na to, że nie można też szklanki herbaty na chwilę spuścić z oczu. Bo zaraz się ten zakurzony kłębek skołtunionego pirza cicho podkradnie na podkulonych pazurach, poczym bezzwłocznie, bezwstydnie, bezceremonialnie i bezczelnie wysiorbie wszystko, do dna. A potem siedzi w kącie, pohukuje, mruczy i grucha zadowolona. I dziób się jej gópio cieszy. A człowiekowi, zamiast chluśnięcia w gardło ożywczym naparem, zostaje chluśnięcie żywą inwektywą w ptaka, rzut w krzywy dziób epitetem parszywem oraz innem słowem wywleczonem prosto z rynsztoka ohydnego plugawych czeluści.

Para ujdzie, ale pić się dalej chce.
Pilnować więc przy Renacie swej herbaty trzeba.



 
 
Ale skoro już jesteśmy przy herbacie.
Jak podczas malowania zachce mi się owej, to właściwie są dwie opcje, jak już ją zrobię:
Opcja 1: Natychmiast o niej zapominam i stoi tak, aż za pół godziny albo i dłużej podniosę na chwilę głowę i ją zauważę. No i wylewam, bo nie lubię zimnej.

Opcja 2: Jako że nagminne powtarzanie się opcji 1 straszliwie mnie denerwuje (i wtedy warczę, i minę zborsuczoną przybieram, a to nietwarzowe jest), co jakiś czas staram się z całej siły pilnować i powtarzam w myślach ciągle "herbata, herbata". I rzeczywiście sięgam za chwilę po kubek i piję... wodę z farbek. No bo ten kubek stoi zawsze bliżej. Następnie biorę ten prawidłowy kubek z herbatą, upijam łyk, odstawiam i... patrz opcja 1.
Pętla beznadzieji. Mrówka na wstędze Möbiusa, trzmiel uwiązany na nitce, wąż krztusi się ogonem (i minę zborsuczoną przybiera pewnie też, w końcu nieciekawie być skazanym przez los na wieczne wpychanie se do gardła własnego ogona).
 
I zawsze myślałam, że to tylko ja taki baran durnowaty jestem, z tymi kubkami, a tu proszę co mi się ostatnio objawiło w internetach:
 
 
 
 
To absolutnie nie stanowi rozwiązania problemu, bo moje 2 kubki zamieniłabym tylko na 2 inne kubki*, ale jest dowodem na to, że JEST NAS WIĘCEJ, HEJ! A wiadomo, w kupie raźniej.
 
* Bo wygląd kubka nie ma tu znaczenia, ten na wodę do farbek jest brudny jak nieszczęście (od pozasychanych farbek) i to nie powstrzymuje mnie przed próbami picia z niego.
Można, teoretycznie, postawić ten z herbatą bliżej, a ten z wodą dalej. Można. Tylko wtedy w herbacie ląduje brudny pędzelek - i znowu fizys ma zborsuczeniu ulega straszliwemu...
 
To ten, no, strzeżcie się złego kubka.
Oraz Idów Marcowych, przeterminowanej mortadeli i wilkołaków - ale wy rozgarnięte ludzie som, no to wiedzom takie rzeczy.
 
A, i zrobiłam sobie takiego inicjała, tylko jeszcze nie wiem po co. W każdym razie do dzisiejszej notki pasuje idealnie, hyhy:
 
 
 
 

wtorek, 24 marca 2015

Teatr paranoiczno-iluzoryczny "Pod Powieką" przedstawia: Projekcja sennych chimer i miraży − seans kosmiczny z użyciem niezliczonych wymiarów, gwiazd i złotych łusek.

Koniec słonecznej pogody, niebo znowu zakryło się grubymi chmurami. Świat znów stał sie mały. Horyzont, zza odległych lasów i łąk przybliżył się tuż do domów po drugiej stronie ulicy, zamykając nas jak w półkuli ze zmatowiałego, zszarzałego szkła. Wzrok chciałby polecieć gdzieś daleko, ale odbija się od tej szarej szklanej ściany i spływa na dachy domów razem z równie szarym deszczem. Cały świat pod małym, szklanym kloszem. Odłożony na później, wsadzony do pudełka z napisem "Światy drugiej świeżości - ewentualnie do powtórnego użycia", wyniesiony do piwnicy w bocznym korytarzu kosmosu i wciśnięty w zakurzony, rzadko wykorzystywany wymiar.

A co tam poza kloszem? Poza pudełkiem, poza piwnicą i bocznym korytarzem?
Tam rozlewa się kosmiczna głębia atramentowa.
Tam bucha w każdą stronę przestrzeń niczym nie ograniczona.
Tam nie istnieje czas. A przynajmniej nie taki mierzony naszą ludzką, drobniutką miarą.
Tam żyje PraRyba.
Może "żyje" to niewłaściwie słowo, bo życie to coś, co się zaczyna i kończy, a PraRyba po prostu jest. Od zawsze i bardzo powoli. Jedno mrugnięcie jej oka trwa całe nasze wieki, jeden ruch ogona - eony. Zpod jej rzęs wypływają gwiazdy, a kosmiczne prądy unoszą je daleko w głębiny wszechświata, gdzie zauroczone swoim pięknem splatają się w wirujące galaktyki. W tych galaktycznych otchłaniach w rozbłyskach rodzą się i umierają następne gwiazdy, bezustannie wynurzają się nowe światy, i po kilku machnięciach prarybiej płetwy rozpadaja się zpowrotem w nieśmiertelny gwiezdny pył.

Wszystko, co kiedykolwiek było, jest i będzie, wcześniej czy później rozpływa się w odmętach kosmosu, rozpada na mikroskopijne drobinki, z których można sobie na powrót zlepić, co tylko się chce.

PraRyba pomału, niezauważalnie dla ludzkich pokoleń, sunie przez bezkresny, czarny ocean rozlany wśród gwiazd. Chmury gwiezdnych okruchów wirują od ruchu jej płetw, a z jej snów rodzą się mieszkańcy niezliczonych światów.
 




Co było pierwsze? Ryba? Gwiazdy? Czy coś będzie ostatnie?

W bezbrzeżnej kipieli kosmosu, wśród czarnych fal zwieńczonych świetlistymi mgławicami, nie ma to zupełnie żadnego znaczenia...
 

wtorek, 17 marca 2015

Przepis na anioła - prezentacja i DIY.

Zacznijmy od składników. Wybieramy się po nie na plażę, albowiem ponieważ anielskie części ciała wypluwa nam do stóp woda. Ale jak ktoś sobie teraz wyobraża, że zbieram po plażach jakieś odprute giry czy skalpy i kompletuję dłonie z pojedyńczych palców wyszarpanych z paszczy rekinom, to go rozczarowac muszę - nie będzie to opowieść z dreszczykiem, chodzi bowiem zaledwie o szczątki pochodzenia roślinnego. Zwykłe, drętwe drewienka, prostackie patyczki. Uwielbiam zbierać po plażach różne takie śmiecie.
(I kamienie!!! Potrafię na urlopie wytachać z plaży i 5 kilo. Znaczy, małżonka nimi objuczam właściwie ;) Patrzy okiem z ukosa, kręci głowa, ale tacha! Znaczy - darzy uczuciem chyba. Mnie, albo te kamerdolce.)


Jedno tylko mi przeszkadza bardzo w tym nadwodnym zbieractwie: inne ludzie. Szczególnie na tych małych plażach, jak w Chorwacji, gdzie jak położy się 10 osób, to już pełno. I zakrywają te wszystkie fajne rzeczy wielkimi ręcznikami, materacami i dmuchanymi krokodylkami. I nic nie widać.
A głupio jakoś tak po prostu podejść i zaglądać ludziom pod krokodylki.
Ale, ale. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle - a ja i baba, i diabeł w jednym. Nic więc dziwnego, żem sprytnam jako lis i zwinnam jako ten Legolas, i mam swoje sposoby, no nie, że "ja tu tylko akurat przechodzę" albo "o, chrupki mi upadły, podniesę, bom człowiek kulturalny". No jestem jak cień. Jak cień w nocy! (Albo tak mi się tylko wydaje. W każdym razie w ryj jeszcze nigdy nie dostałam.)


Przebieg całej akcji najlepiej może wyrazi ten oto utwór:

Cichcem, chyłkiem, myk, myk, myk.
Tyłem, boczkiem, cyk, cyk, cyk.
Hyc - zza koca wzrok z ukosa,
z partyzanta stopa bosa.
Po piachu pełzną kończyny
na tle mej niewinnej miny.
Tu pod ręcznikiem kamyczek,
tam pod wałówką patyczek,
wypatrzy, wyłuska, przesieje,
turysta się nie spodzieje!

No. I tak to w domu leżą wszędzie kamienie, a zapasami drewna mogłabym wspomagać w ciężkich czasach okoliczne bobry - więc postanowiłam coś z tym zrobić. I doszło do wydarzenia bez precedensu (chyba) lub nawet i może blasfemii - diabeł stworzył anioła! I nawet całe ich skrzydlate stadko.

A tu poniżej niebiańskie foty. Tło jest zielone, albowiem to krzesło znaczy łąki i pola elizejskie. Inaczej widzielibyście w tle sajgon i piekielny burd... eee, no ten, lekki nieład. No. A więc do rzeczy:
 
 
 
Tu Serafinek o złotym sercu (tak, wiem że po prawej stronie) i czerwonej kiecce.
 
 
 
 
 
A tutaj sauté. Mój ulubiony, z grzywką z korzonka :) 
(Tak, pompka tu też po prawej. Ale jakoś tak bardziej mi pasuje.
Kto diabłu zabroni?)
 
 
 
 
 
Tu dwóch golasów na chmurce. Skrzydełka z połówek brzoskwiniowych pestek, pięknie obskubanych na gładko przez morze. Obaj są malutcy, ten mniejszy ma może ze 3 cm wzrostu.
 
 
 
 
 
Tutaj następny nudysta, ze złotym lokiem na wyżelowanej grzywce.
 
 
 
 
 
Pragniesz siódmego nieba - zrób je sam!
Opierzony Anielski błogo śpi - jak to w siódmym niebie.
Pierze nie pochodzi z jakiejś tajemniczej morskiej kury,
tylko ze zwykłego rosoła* lądowego, wiejskiego.
 
* Rosół alias Kurokez: copyright by Kanionek, of course.
 
 
 
Egzemplarz naścienny: na złotej chmurce
(z kawałka próchna zaklajstrowanego złotą farbką) płynie przez świetliste przestrzenie kuchennej ściany, zerkając nieco krzywym oczkiem jak to się diabelnie staram wyprodukować w tejże kuchni coś zjadliwego.
 
 
 
 
 
Egzemplarz naścienny numer 2, już z bardziej dopracowanym mejkapem:
 
 
 
 
 
 
I na koniec anioł upadły, też ze starannym mejkapem
(coś chyba był mały melanżyk):
 
 
 
 
 
DIY jest proste jak budowa cepa: patrzysz, które drewienka złożone razem pasują do siebie proporcjami (czyli im więcej ich masz, tym lepiej), tworząc anielski kałdun i skrzydła. Lub ewentualnie jeszcze stylowy obłoczek, co by się miał ziom Endżel czym bujnąć po dzielni na wypasie, nie że tylko wiecznie skrzydła i skrzydła, jak proletariat jaki. Sklejasz wszystko klejem na gorąco, tym takim z pistoletu, malujesz akrylowymi farbami - oczy, nos i usta cienkopisem - i gotowe. Masz swoje własne anielskie zastępy, a nawet siódme niebo na prywatny użytek.
Aha, i jak małżonek akurat rozmawia na skajpie z rodziną, to nie wrzeszcz z przedpokoju "Gdzie jest pistolet?!" szczególnie jak ktoś z rodziny ma, na przykład, słabe serce, albo skłonność do histerii. Ale naprawdę nie mogłam go znaleźć, a jak ja czegoś szukam, to muszę to znaleźć zaraz natychmiast bez zwłoki (bo inaczej padną jakieś zwłoki).
Podsumowując - wpada chyba w kategorię "kicz" (Master-Level?), ale jak przyjemnie czas leci! A jak sie znudzi, albo nie uda, to zawsze można zużyć do opalania kotłów z grzesznikami, buahahahaaa!!!
 

poniedziałek, 9 marca 2015

Predestynacja pomieszczeń mieszkalnych a warunki pogodowe.

Proszem państwa, proszem państwa, mieli my proszem państwa SŁONECZNY ŁIKĘD!!! A także zapowiada się - w miarę - słoneczny tydzień:
 
 
 
Te malutkie chmurki z malutką kropelką - udaję, że nie widzę.

Lud wyległ wczoraj na ulice, wszyscy tak drapieżnie chłonęli fotony, że obawiam się, że rośliny musiały się obejść smakiem...
Ja też wchłaniałam z apetytem - na siedząco, na leżąco i na rowerze. W parku i na plaży. Cały świat wczoraj nagle wpadł w stan, w którym się, jak to ładnie śpiewa Brodka, "traci liść figowy, fason i pół głowy" :)

W związku z tym ogłaszam, że:
 
 
"Rozebrany cały świat
A ja chcę patrzeć, a ja chcę patrzeć
Wszystkim piątej klepki brak
A ja popatrzeć chcę, a ja popatrzeć chcę"
 
tra la la ;)
 
Ooooh! Jak ja lubię taki świat!
 
 
 

poniedziałek, 2 marca 2015

Co to jest deszczułka - oraz - wizja nowego świata.

 
Oto deszczułka. Leci z niej deszcz, a w kudły zaplątała jej się tęcza.
 
 
 



A tu druga deszczułka, z tęczą w kroplach wody.
 
 



Prognoza na nadchodzący tydzień:

zawieje psotne, deszcze przelotne,
tęcze ulotne, wichury zwrotne,
burze sromotne, gromy łoskotne,
podmuchy furkotne, ulewy błotne,
orkany obrotne, błyskawice lotne,
sztormy żywotne,
miny markotne i buty wilgotne.

 
Doprawdy, zaczynam podejrzewać, że mieszkam w Krainie Deszczowców (czy ona leżała w Europie?) Niedługo z głowy wyrośnie mi parasol...



Tymczasem ...

... porastam mchem i paprocią. Owijam się płaszczem z grzybni, rzucam ku niebu łzawe spojrzenia spod zasłon rzęsy wodnej. W kieszeni rośnie mi skrzyp bagienny, a między palcami - błony pławne. W fałdach ubrania zbiera się torf, na który kapie woda z mokrych włosów.

Sunę przez tatarak i trzcinowe szuwary, którymi porosły ulice, przy każdym ruchu rozlegają się tajemnicze chlupoty i mokre plaśnięcia. Bokami przemykają małe stworzonka o mokrym futerku, zmarzniętych, mokrych łapach i ogonach.

W fosforyzującym blasku glonów zwieszających się z zepsutych latarni usadowiła się babka wodna, kaczeńce powlekły jej zielone spódnice żółtym rzucikiem drobnych kwiatków.
Z wypełnionych wodą dziur w asfalcie wyrasta okragłymi liścmi grążel, zerkają spod niej małe rybki o złotych łuskach. Kapelusze brązowych i rudych grzybów przebijają się pomału przez warstwę opadłych liści, a krople deszczu rozpryskują się na nich w tysiące maleńkich, kulistych luster, powtarzających w nieskończoność obraz tego mokrego świata.

...

Korony drzew rozrosły się nie wiadomo kiedy i splątały ze sobą, zamykając świat w półmroku pełnym szelestów i chichotów. W butach chlupie, nogi zapadają się w spulchnioną ziemię, korzenie owijają sie dookoła łydek... Rosiczki wpatrują się we mnie swoimi okrągłymi, lepkimi oczami, we włosy wplątał się bluszcz... W dziuplach drzew też świecą zimnym blaskiem jakieś oczy, na twarzy czuję pióra przelatującego bezgłośnie ptaka. Coś ociera się o nogi, zimno i ślisko, i wskakuje z chlupotem do kałuży obok. Tylko pojedyńcze promienie słońca przebijają liściasty strop, w ich świetle widać wirujące chmury nasion i pyłków, i widać w nich też, że świat już nigdy nie będzie taki sam...

Niezapominajki śmieją mi się prosto w twarz. To co jest, będzie zapomniane. Wszystko.
 
Nowe życie wyjdzie z mroku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...