wtorek, 26 maja 2015

Tajemnica czarnego wąsika.

Szanowna publiczności! Drodzy goście z kraju i ze świata! Cokolwiek w tej chwili robicie - zaniechajcie! Skierujcie oczy, uszy, czułki i inne narządy zmysłów wszelakich na tę tutaj skromną scenę na nadmorskim molo! Albowiem przed państwem absolutna sensacja! Prześwietny, przewyborny, przepyszny rarytas! Widowisko wspaniałe, wybitne i wyjątkowe, jak nie zobaczycie na własne oczy - to nie uwierzycie.

O tym nie słyszała nawet sąsiadka spod czwórki - na tę wieść odpadną jej uszy! Nie widział tego nawet wszechwidzący pan Krzysiu z warzywniaka przy skwerku - patrzeć tylko jak zzielenieje i padnie między karafioły! Przyprowadźcie dzieci i starców, mądrych i głupich, zdrowych, chorych i pokurczonych! Co macie zrobić dzisiaj, odłóżcie na jutro, bo powtórki nie będzie!
 


A teraz skończmy z tym marketingiem, toż prawdziwa sztuka obroni się sama!
Oto przed państwem słynna i wysoko ceniona na arenie międzynarodowej mistrzowska grupa hiszpańskich śledzi-akrobatów
 
LOS CHICOS SALADOS
 
w składzie:
 
 
Benito
 
 
Carlito
 
 
Juanito
 
 
 
oraz lider, założyciel, opoka i podpora tej fantastycznej grupy
Eugenio-Léon de Mendoza "el Hierro" Garcia de la Fuerte!!!

 
...ah, proszę państwa, czy te słone krople to morska woda czy pot z ciał artystów?



 
W powietrzu śmigają srebrzyste łuski, od patrzenia na karkołomne, podniebne salta i piruety kręci się w głowie, oczy otwierają się z wrażenia tak szeroko, że o mało nie wypadną! Mięśnie artystów i nerwy publiczności napięte jak postronki! Zapomniane torebki z pop cornem wypadają ze spoconych dłoni, bąbelki już dawno uciekły z butelek i kubków z colą. Tak, to jest prawdziwie powalające widowisko, to się nazywa magnes na publiczność!



A teraz, jak przystało, trochę " celebrity gossip"...
Plotka głosi, jakoby przydomek "el Hierro"* Eugenio-Léon zdobył po spektakularnej ucieczce ze szponów głodnego stada Homo sapiens. I była to ucieczka nie tyle nawet z rybackiej sieci, co z rozżarzonego żelaza grilowej kratki! Odzyskawszy mianowicie na owej kratce przytomność po brutalnym połowie, błyskawicznie oszacował sytuację i dzięki swoim niesamowicie wyćwiczonym mięśniom brzuszno-ogonowym (rezultat żelaznej woli, żelaznej diety i żelaznego grafiku ćwiczen), wybił się z całych sił pokonując ból, grawitację i kleistość marynaty koperkowej, wszedł w piękny lot po szerokim łuku godny samego Sokoła (!) Millenium z niedościgłym Hanem Solo przy sterach**, i nie bacząc na ścigające go niczym lasery spojrzenia głodnych sapiensów, przeleciał nad ich głowami i dotarł do bezpiecznej przestrzeni powietrznej nad zbiornikiem wodnym. Tam, wietrząc już zwycięstwo, wykonał z radości podręcznikowe dwa salta i trzy i pół śruby, zanurzył się, i nie czekając na oklaski odpłynął, by znów cieszyć się życiem wolnego śledzia.

Wszystko to podobno z pobliskich szuwarów obserwowała grupa żab moczarowych (Rana arvalis), którym z wrażenia opadły kopary tak, że muchy popłakały się ze śmiechu, i klepiąc się nawzajem po pleckach układały z sosnowych igieł na wywalonych żabich jęzorach "Żaby do piachu!" "Żądamy Republiki Muszej!" i tym podobne wywrotowe hasła. Jak w końcu żaby z powrotem domknęły japy, zrolowały języki i wypluły igliwie, od razu rozrechotały tą sensacyjną historię na całą okolicę, bo żadna żaba nie wytrzyma długo z zamkniętą japą.

A Eugenio-Léon, jak widać, żyje długo i szczęśliwie, i robi karierę. I tylko nieliczni wiedzą, jakie blizny po grilowej kratce skrywa czarny wąsik i kostium w biało-różowe pasy...


* Żelazny
** choć tak właściwie to nigdy nie solo, bo z Czubakiem. A potem to z Lejom i Lukiem.



I jeszcze przypomnijmy imprezy pokrewne, a co, jak szaleć - to szaleć:
Podwieczorek na żółtym wielorybie.

Enjoy!
Diabeł

poniedziałek, 18 maja 2015

Teatr paranoiczno-iluzoryczny "Pod powieką" przedstawia: Dokąd lecą myśli wypuszczone w kosmos i co się dzieje z wyśnionymi snami.

Za siedmioma gwiazdami, za siedmioma światami, otwieram okno na nocne niebo. Ze szklanką herbaty siadam na parapecie, wzrok wpuszczam w nieskończone meandry czarnej, cichej wieczności. Łyżeczką wyławiam z niej kilka gorących gwiazd i wrzucam sobie do herbaty, żeby za szybko nie wystygła. Odkrajam, jak ze śmietankowego tortu, kawałek okrągłego księżyca. Kładę na talerzu, razem z wiśniami z ogrodu, który może kiedyś będę miała.

Nie mam też kota, który właśnie znalazł na podłodze jedną gwiazdę, chyba upuściłam ją niechcąco. Przypaliła mu wąsy, więc obrażony usiadł w oknie i coś bacznie obserwuje. Może coś, co tylko koty umieją zobaczyć? Sny właśnie śnione? Marzenia porzucone? Myśli uwolnione? A może psa sąsiadów, bo kto tam wie te koty.

Mieszam herbatę łyżeczką, gwiazdy wirują w szklance jak złote iskierki z ogniska, przy którym ktoś kiedyś siedział, jak ja teraz przy herbacie siedzę, i wymyślił ten świat.

Dookoła za ciemnymi oknami śpią ludzie, psy, kaktusy na parapetach i splątane szaliki w szufladach. Sny sączą się powoli po pokojach jak wstęgi mgły, i wylatują przez uchylone okna. Na zewnątrz łączą się z innymi snami − ludzi, kotów, ptaków, drzew, kwiatów, i powoli lecą wysoko, daleko, do gwiazd, gdzie początek wszystkiego.





Z ognia w prawiecznym piecu wszechświata nieprzerwanie wylewają się nowe światy, migocząc na ciemnym niebie jak okruchy złota. Mgławice rozkładają nad nimi swoje kłębiaste skrzydła uplecione z naszych snów.

Z mojego okna wyciągam ręke do gwiazd. Może gdzieś tam, po drugiej stronie tej miękkiej ciemności, ktoś inny też rękę wyciąga? Ogon siedzącego obok mnie kota musnął mnie w ramię. A może to wcale nie był koci ogon?

poniedziałek, 11 maja 2015

Czerwony kolorem zbrodni jest.


Nadszedł w końcu dzień, kiedy dłużej już nie można ignorować faktów. Nie zauważać niezbitych dowodów. Wskazówki są wszędzie. Corpora delicti gdzie tylko nie spojrzeć, na ulicy, w parku, w gąszczu osiedlowych alejek, wyrastają gęsto spod ziemi i z krzorów. Nie da się dłużej milczeć. Należy powiedzieć to głośno i wyraźnie, i nie bać się zapeszenia:



WIOSNA! Teraz, to już naprawdę jest wiosna. Co nie?


A jak wiosna, to i motylki. Ulotne stworzonka, fruwające lekko nad umajonymi łąkami i spijające nektar z kwiecia...
 
 



 
 
Yyyyhhhh... Niezupełnie o to chodziło. Jeszcze raz.
A więc: delikatne istoty o aksamitnych skrzydełkach...






Przepraszamy za usterki. Awaria systemu chyba.
A więc: barwne niczym łąkowe kwiaty, radosne i lekkie dzieci wiosny...







Ponownie przepraszamy najmocniej. Pewnie myszy kable pogryźli, bo wygłodniali po zimie są okrutnie.
To jeszcze raz: zwiewne motyle, unoszące się nad łąką niczym okruchy tęczy...





>>> Error 404. >>> Butterfly not found.
NO RACZEJ!!!!


 

Dobra, to jeszcze raz od początku.
A więc wiosna. Na łąkach barwne kwiecie. Nad kwieciem barwne motylki.

 
 

 

No. Już lepiej trochu.

Leciutkie, urocze stworzonka. Któż nie lubi motylków? No, poza tymi biedaczyskami, którzy cierpią na lepidopterofobię. I to wcale nie jest zabawne - jak ja sobie wyobrażę, że miałabym wyjść na łąkę pełną fruwających pająków, to robi mi się słabo. Pewnie siedziałabym całą wiosnę w domu, w skafandrze laboratoryjnym (tym z hełmem z szybką) i z miotaczem płomieni w rękach.

No ale na szczęście nie muszę, lubię motylki.


Ropuch Rupert też lubi motylki.
A najbardziej to te czerwone.



 


Smacznej wiosny!
Diabeł.



No. A tak poza tym, to Cherlawiec mi się zbiesił. Albowiem ponieważ jechali my se, jechali, tak tylko kłusem na szczęście, dookoła fajnie zielono, aż tu nagle wtem, słupek na drodze nam wyrósł. Nie powiem, no ładny był, świeżo pomalowany na biało-czerwono, błyszczący. Ale Cherlawcu się nie spodobał - a mówilam "prrr, stój, szalony! albo skręć, albo co!" a on nic. No i tak się znarowiwszy, wygiął sobie przedni koszyczek, stracił pół prawego strzemiona, i huku narobił tyle, że przebiegający akurat obok pan jogger aż podskoczył, zahamował, zakręcił - i to wszystko jednocześnie na raz tak jakby - i o mało w krzaki nie wpadł. A że miał strój w kolorze wściekleżółto-czarnym, to wyglądało to trochę jak szarża obłąkanej Mega-Osy.

No ale wszystko skończyło się dobrze, obrażenia z tych występów wyniósł tylko Cherlawiec, a jak wiadomo, jemu jest raczej wszystko jedno. Tylko nowe strzemiona mu trzeba kupić, tym razem może metalowe lepiej.
 


poniedziałek, 4 maja 2015

O akrylowych źródłach, czyli skąd się biorą złote rybki.

A kuku, poniedziałek!
Dziś będzie o kolorach, a raczej o ich braku (jak to w poniedziałek, jak oczy jeszcze nie do końca otwarte). Bo czasem tak se patrzę na te moje łobrazki i myślę "kobieto, toż to wygląda, jakby ci z kranu w kuchni złota i czarna farbka leciała, i próbujesz coś z nimi zrobić, coby się nie zmarnowały. Takie śliczne kolorowe ludzie malują, a ty tylko czarne i czarne. I w kółko ryby i ryby, a one złote i złote, i życzeń nawet lebiegi nie spełniają, popsute wszystkie są! Co ty tak? Dlaczego?"

No właśnie. A że ja lubię dociekać dlaczego, to se siadłam, ciekłam, ciekłam, (miskę podstawiłam, szkoda kanapy) i dociekłam. Dociekłam głęboko do dna mego rogatego, czarnego serduszka ♥, gdzie wiecznym ogniem płonie spiritus movens tej ciemnej obsesji. Przymknęłam oko jedno, do drugiego przyłożyłam pryzmat - i mam. Analiza widmowa płomienia wykazała następujące jego części składowe: włóczenie się nocami po lasach i polach, jak wilkołak jaki, jarmarczne pierścionki oraz Jan Krystian syn Andrzeja.
A dokładniej, to tak:

1. Włóczenie.
Zawsze lubiłam patrzeć w nocne niebo, bo im dłużej się patrzy, tym więcej gwiazd się widzi. Przesiadywało się swego czasu nocami w lesie, na takiej jednej polance. Najpierw było ognisko, a potem jak już w końcu samo gasło, to leżałam owinięta w koc i patrzyłam na dogasający żar i na gwiazdy właśnie. A jak się potem wracało do domu, to wzdłuż ścieżki w gąszczu było mnóstwo świetlików, jakby gwiazdy powpadały w krzaki i nie umiały się wyplątać. Niektóre egzemplarze miały wyższe ambicje i latały na wysokości nawet 2-3 metrów. Więc sobie państwo przedstawią: czarna noc, nic nie widać, tylko dookoła te świecące maleństwa. Wielka Galaktyka Świetlicza.

Albo siedzieliśmy na nieużywanym zbytnio moście nad rzeką, daleko od spółdzielczych osiedli mieszkaniowych, i czekaliśmy na wschód księżyca, i on wyłaził spod ziemi taki wielki i złoty na czarnym niebie.

Może dlatego czarna farba mnie tak uspokaja, w lekko hipnotyczny trans wprowadza. Siedzi Diabeł wtedy cicho, grzecznie (ogień piekielny, szalejący w porożu, blednie i przygasa), skrobie pędzelkiem, poziom agresji maleje do zera... Coś jak ten wioskowy głupek, z wyrazem bezbrzeżnego szczęścia na twarzy głaszczący kawałek aksamitu.

Ta lśniąca, głęboko-czarna, jednolita powierzchnia, w pierwszych sekundach, zanim wyschnie, jest jak bezdenne, miękkie jezioro, aż chciałoby się wskoczyć, jak w kosmiczną czarną dziurę, i zobaczyć co jest po drugiej stronie. Kiedyś miałam taki filmik, jak japoński mistrz rękodzieła pokrywa pudełko czarną laką. Mogłam oglądać w kółko i 10 razy. (Kiwając się w przód i w tył i tęsknie popiskując). Często gapię się na linię, którą zostawia pędzel, zamiast na to gdzie ten pędzel wędruje, i potem na przykład jakaś ryba nieplanowo zmienia profil, skała ulega akrylowej erozji, albo mała wysepka znika w akrylowym oceanie. Ale co tam, grunt że fajnie jest, no nie.

 
 
Wielkie Ryby i Meduza Jolanta.
 

 
2. Jarmarczny kicz.
Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa są przykościelne stragany odpustowe. Były one wtedy jak kolorowy, bajkowy Sezam nie z tego świata, jakby wyskakiwały nagle z jakiegoś magicznego portalu prosto w tą naszą szaroburą codzienność.

Sezam lądował zawsze rano, na przykurzonym placyku koło kościoła, klekocząc metalowymi rurkami straganów, rzężąc zardzewiałymi sprężynami polowych łóżek i łopocząc zasłonami z kraciastej ceraty. Gdy opadał kurz, rozwierały się czarodziejskie wrota z plandek i cynfolii skleconych nylonowym sznurkiem, a małoletniemu pospólstwu z grzywkami odświętnie przyczesanymi na mokro ukazywał się jarmarczny raj z polietylenu i celuloidu, zjawiskowy skarbiec pełen trocin owiniętych w pazłotko, gumowych mieczy, cembletek z dreszczykiem, diabełków z językiem, pierścieni złotszych od złota, naszyjników z plastikowymi rubinami, i cały kalejdoskop innych cudownych substytutów mieniących się fałszywym blaskiem zasilanym sprytnie spod straganu płaską bateryjką R12. Oczywiście jak się już udało dopchać do krawędzi straganu, bo najpierw to z poziomu swojego metr dziesięć czy tam dwajścia widziało się tylko las tyłków, obleczonych w nylon i krepinę.

W kazdym razie od tego mi chyba została ta zajawka na złotą farbkę.
Jak umrę, owińcie mnie w pazłotko.



3. Jan Krystian syn Andrzeja i duńskie pół ryby-pół baby.
Czyli H. Ch. Andersen i Mała Syrenka. Pal licho wielką miłość, księcia i rytualne poświęcenie części ciała w imię uczuć (wątki miłosne nawet za dziecka mnie nudziły), ale to zakończenie! Zakończenie proszę państwa, jak syrenka skacze, zamienia się w morską pianę, a następnie wraz z "tysiącami pięknych, przezroczystych istot" w pierwszych promieniach słońca wznosi się w niebo, też oczywiście jako ten cały tam duszek - noooo, pozamiatane. Fontanny łez. Strumienie, kaskady. Rzeki. Wodospady, wodogrzmoty. Do tego stopnia, że chciało mi się płakać na sam widok książki :) (zbiór bajek w zwykłej, burej oprawie)
I na zawsze została mi wypalona w mózgu wizja morskich głębin spójnie połączonych z kosmosem.



Wielkie Ryby i nadchodząca noc.






No i tak to. Dziwna ta natura ludzka, co? Wszystko pokroi, pomiesza, zagniecie w jedno ciasto, i nigdy nie wiadomo, co się z tego upiecze. U mnie wyszła, między innymi, ryba w kosmicznym sosie. Oprócz tego, to jeszcze na przyklad:
 
- niekompatybilność zwojów mózgowych z ciągami liczbowymi, nawet tymi czterocyfrowymi (zmieniałam już wszelkie karty bankowe i kredytowe, bo zapomniałam PINu. Nie mówiąc o PINie w telefonie.)

- aspołeczność (jak widzę ludzi, to - jak się da - uciekam)

- awersja do telefonu (jak słyszę telefon, to - jak się da - uciekam)

- używanie niewłaściwych słów bez sensu (w sensie, ze zamiast "Muszę pokroić cukinię do ryżu" mówię "Muszę pokroić dachówkę do ryżu" i pojęcia nie mam dlaczego)

- myślenie dwutorowe, czyli wbijanie sobie samej gwoździa (na przykład wiem, że na drugi dzień jest wolne, święto, i wszystkie sklepy zamknięte, ale jednocześnie planuje, ze pojadę jutro w końcu po mój Jedyny Słuszny Płyn do Kąpieli. Albo zaklepywanie dwóch terminów w tym samym dniu i o tej samej godzinie.)

- i mnóstwo innych, równie przydatnych w życiu, rzeczy.




P.S. A pamiętacie te stare breloczki, taką metalową rybkę, bardzo giętką i z "prawdziwymi" łuskami? Ah, to bylo COŚ. Niestety, zaginęła mi w pomroce dziejów :( Srebrna była. Większość była srebrna, ale niektórzy mieli złote, i zaprawdę powiadam wam, nie istniało wtedy nic piękniejszego.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...