piątek, 25 listopada 2016

Do serca przytul psa, weź na kolana konia...

... bo zwierzątka, wiadomo, dobre na ból duszy są. Także Lis Stefan jest świadomy mocy drzemiącej w jego futerku. A że jest lisem czynu, to teraz też nie wahał się ni chwili. Spakował już walizeczkę pierwszej pomocy i jest gotowy ruszyć w drogę. Wołajcie - a przybieży.


Wręczy smutnej duszy lizaka o jej ulubionym smaku, naklei kwiecisty plaster na rany zadane przez los, sypnie confetti z najpiękniejszych wspomnień.


Wyciągnie z walizeczki syrop na słodkie sny i balsam na poobijane marzenia. Wszystko bez recepty!


No i oczywiście pozwoli się pogłaskać i pomiziać.

 
 

Zestaw pierwszej pomocy Lisa Stefana na ból duszy:
lizak o jej ulubionym smaku, puchaty ogon, confetti z najpiękniejszych wspomnień,
kwiecisty plaster na rany zadane przez los.
W torbie skrywa: syrop na słodkie sny, balsam na poobijane marzenia
i starannie zwiniętą w rulonik z perforowanymi porcyjkami radość.



p.s. Uprasza się NIE posądzać Stefana o handel substancjami chemicznymi znajdującymi się na listach produktów zakazanych przez Ministerstwo Zdrowia i ONZ.


...................................................................................
 

Taki stary obrazek że Stefanem znalazłam - i jest jak znalazł (!) na dzisiaj bo moja dusza już goni ostatkiem sił.

Bo kolega z biurka obok się rozmnożył do końca, to znaczy żona jego dokonała w końcu ostatecznego podziału na dwa organizmy żywe, wypączkowała małą sadzonkę z pełnym garniturem świeżutkich chromosomów, no i kolega jest na urlopie od sześciu tygodni i wróci po nowym roku, a ja z tej okazji muszę przytulić do mej wątłej klaty tak jakby dwa etaty. Sam ten fakt już sucks, bo roboty po pachy, ale jeszcze gorsze, że trzeba "współpracować" z szerszym gronem ludzi. Cudzysłów dlatego, że od tej "współpracy" to już mam ryj czerwony od strzelania sobie facepalmów, a mózg mi w poprzek stanął od rozwiązywania licznych zagadek (nie)logicznych zawartych w mailach, i od innych różnych takich whatthefucków.


Przytoczmy treść ostatnich kilku "ciekawszych" dialogów mailowych. Mailowych, co oznacza, że każda linijka dialogu to przynajmniej 1-3 dni, więc państwo sobie imaginują ile czasu to trwa, podczas gdy terminy nieubłaganie lecą:


- Joanna, potrzebuję w formie newslettera zdjęcie produktu XY z zawiadomieniem o czasie realizacji zamówień.
- Dobrze, ale jaka ma być treść tego zawiadomienia?
- Tak.

........................................................................................

- Ile kosztowałby nas dodruk tego folderu?
- Tu masz link z cenami każdego możliwego nakładu.
- A ile kosztuje 500 sztuk a ile 1000?
- Tyle, co w linku właśnie, masz tam wszystkie nakłady i ceny.
- Aha, ok, dzięki.

........................................................................................

- Joanna, możesz proszę wysłać ten folder do druku? Chciałbym 250 sztuk.
- Na jakim papierze? Bo jest wiele możliwości, tu masz link, zobacz sobie i wybierz. Chcesz żeby folder miał numer magazynowy, bo widzę że jeszcze nie ma?
- Chciałbym 250 sztuk.
- Jaki papier...
- ... link...
- ...numer....
- ... (pomocy, wody... !)
- ... (wódki!)
- ....


........................................................................................


- Możesz zmienić teksty na tych zdjęciach z niemieckich na francuskie?
- Niestety nie. To są pliki .jpg i nie mogę edytować w nich napisów. Potrzebowałabym te zdjęcia oryginalne, czyste, wtedy mogę dodać napisy.
- To możesz jednak zmienić te napisy? Bo Francuzi to potrzebują na jutro.
- Niestety nie. To są pliki .jpg...
- ...
- ...

........................................................................................


- Joanna, mam już prawie wszystkie francuskie tłumaczenia tekstów ze strony o produkcie YZ.
- Serdecznie gratuluję, ale po co mi o tym piszesz?
- No przecież do katalogu.
- Jakiego katalogu? Mam wam z tymi tekstami zrobić francuski katalog?
- Nie, nie. Katalog już mamy.
- Mamy francuski katalog?
- Nie.
- No to po co mi te teksty?
- Bo on jest po niemiecku.
- Co, ten katalog?!
- Tak.
- Czyli mam wam zrobić francuski katalog?
- Tak.

Ten facet jest absolutnym Mistrzem Dialogu. Za każdym razem się z nim tak rozmawia, yoga dla mózgu. Trzy miesiące temu przydzielono mu młodego padawana, bardzo przejętego - przychodził na początku pod krawatem. (NIKT u nas nie nosi krawatów, raczej tak na luzie i mocno casual, a jedna pani to nawet tak wygląda, jakby przed chwilą wróciła z koncertu Janis Joplin, bo spostrzegła nagle, że artystka gdzieś wyszła, publiczność też, światła pogaszone, i że już ogólnie koncert się skończył chyba)

No w każdym razie ten padawan, jak przyszedł, to był wystrachany, omiatał wszystko dokoła wzrokiem spłoszonej sarny, chrząkał z przejęcia i pracował powoli ale skrupulatnie. I co? Minęło kilka tygodni i zaczął zachowywać się tak samo jak jego Master. Zaprawdę, ciemna strona mocy nie bierze jenców, albo jesteś z nami albo giń.

........................................................................................

- Może pani w tym tekście wytłuścić jeszcze to, to, to i to, żeby to też podkreślić?
- Ale wtedy to już cały, calutki teks będzie jednolicie tłustym drukiem, co znaczy, że nic nie będzie podkreślone, nic się nie będzie wyróżniać.
- Ale jak to? Przecież wszystko będzie tłustym drukiem!
- No właśnie. WSZYSTKO. Wszystko będzie jednakowe, nic nie przyciągnie uwagi na najważniejsze fakty.
- To może jeszcze dodatkowo cały tekst na czerwono zrobimy? I większą czcionką?

........................................................................................


- O, tutaj mamy trochę miejsca! (3 cm kwadratowe luzu, ostatni bastion rozpaczliwie broniący estetycznego layoutu) Proszę tu wstawić parę zdjęć produktów, ale dużych (!!! na 3 cm?!), żeby było widać co mają napisane na etykietkach.

........................................................................................


- Te tabele są takie niedekoracyjne i jasne, strasznie białe to tło, oślepiające!
- Bo tu jest mnóstwo tekstów drobnym druczkiem, tło powinno być jasne i jednolite żeby móc to przeczytać. Kolorami oznaczone są tylko grupy artykułów w lewej szpalcie, to wystarczy. A wiersz z co drugim artykułem ma jasnoszare tło, co optycznie oddziela artykuły od siebie i oko "nie skacze i nie zjeżdża".
- Ale tak pusto w tle jest! Może jakieś takie kolorowe romby? Duże, kolorowe romby!


(To była ta pani co właśnie wróciła z koncertu. I tym wrąbała mi ostatni gwóźdź do trumny)


Idę rąbać romby. A potem, na cmentarzyku pogrzebanych uczuć i spopielonych marzeń, rąbnę w jakimś zapomnianym kątku malutki grobek (oczywiście romboidalny) z granitową płytą "Tu spoczywa, bezlitośnie porąbana w kawałki, Godność Osobista Anonimowego Grafika" To będzie taki grób zbiorowy, na cześć całej braci graficznej. I tak, oczywiście LOGO BĘDZIE WIĘKSZE. I NA ŚRODKU.


Istnieje jakiś święty od pikseli i designu? Jakieś miejsce pielgrzymek o idealnym layoucie przestrzennym i złotych proporcjach? Matka Boska Graficzna? Całe życie całkiem dobrze sobie radziłam bez tego typu gadżetów, ale czuję że mogą być teraz potrzebne. Żeby mieć, jakby co, adresata do zawodzenia inwokacji, bo inaczej mi zostanie tylko wycie do księżyca.

Stefanie, przybywaj z tymi balsamami...

wtorek, 8 listopada 2016

Transformers 6: Splashing Cauliflowers - The Last Battle at The Vegetable Stand

No to mamy pierwszy śnieżek, jasna i ciapata jego mać. Niby wiedziałam czego się spodziewać, patrzyłam wszak na prognozy wczora z wieczora, ale i tak dziś rano (rano? czy godzina 4.55 to jest właściwie rano czy noc?), po odsłonięciu okien, trzepnęło to dosyć mocno moją wewnętrzną harmonią. Harmonia zarzęziła, jęknęła, przestroiła się na tony jednoznacznie złowróżbne, nieprzyjemne i zgrzytliwe, i wypełniła nimi moje jestestwo od kopyt aż po rogi.


W pierwszym odruchu od razu poleciałam do szafy i wyciągnęłam kurtkę godną Czomolungmy i dodatkową podkoszulkę, bo jak pamiętamy z lekcji biologii, jednym z podstawowych warunków przetrwania organizmu żywego w ciężkich warunkach środowiskowych jest odpowiednia, ochronna powłoka zewnętrzna.


Zadbawszy zatem o moje zewnętrze, zajęłam się wnętrzem, to znaczy zestawem ćwiczeń, do których zmuszam się 2 razy w tygodniu, ażeby to moje wnętrze całkiem nie zardzewiało od siedzenia po 8-9 godzin przy biurku. No i tak sobie machałam tym i owym, wyginałam i wykręcałam, rozciągałam i napinałam, a śnieżek prószył, i prószył, i prószył. A ja coraz bardziej przerażona, i coraz bardziej, i coraz bardziej, że muszę na ten śnieżek wyjść...


I z tego przerażenia chyba, to zapomniałam parasola. A jak już dojadę do pracy, to muszę jeszcze z buta tak 6-8 minut, no i ten śnieżek mi ciął w poliki, walił w oczy, i coraz bardziej trzepał tą moją i tak już sponiewieraną harmonią, dziury w niej porobił, przez które smętnie gwizdał i świstał wicher, i to były jedyne dźwięki już, jakie się z niej wydobywały. I w takich właśnie chwilach jak ta, człowiek sobie boleśnie uświadamia ten ogrom niesprawiedliwości dziejowej, który jednym pozwala urodzić się w pięknych, ciepłych krainach nad turkusowym morzem, pełnych kolorowych motyli, słodkich melonów, i takich na przykład jeszcze słodszych dziobaków albo kapibar, co każdego ranka jedzą ci z ręki, i gdzie wewnętrzna harmonia wydaje z siebie tylko i wyłącznie trele anielskie i boskie pienia - a innym tutaj. Wiem, wiem, są gorsze miejscówki, ale są też na przykład Hawaje.


I jest zadupie na północnych ziemiach germańskich, tnące śniegiem w ryj i wichrem w harmonię.

A ja bez parasola.

A mam nowy nawet, wreszcie. Gdyż stary (taki składany), wredna druciana menda, dysponował samozapłonem i nie wahał się go użyć. Czyli otwierał się sam z siebie i znienacka. Pół biedy jeszcze, jak był w stanie suchym i leżał w torbie, zapięty na ten taki paseczek z rzepem - wtedy mógł odpalić tylko teleskopowe, stalowe ramię zagłady i co najwyżej jakiś współpasażer autobusu otrzymywał nieoczekiwany cios w bok (lub cokolwiek innego) od tego podstępnego Transformera-padalca.

Gorzej, jak padalec był mokry i jeszcze nie zdąrzyłam zapiąć rzepa, albo zapięłam go za słabo, i akurat wchodziłam do autobusu. Od razu wykorzystywał moment, bazyliszek jeden. Wtedy nie tylko wybrany Pechowiec Dnia dostawał cios w zadek lub przeponę, ale jeszcze całe towarzystwo obrywało lodowatą deszczówką wystrzeloną pod ciśnieniem. A to niekoniecznie wyzwalało dobre i szlachetne emocje, no wiecie jak to jest - sporo ludzi na niewielkim metrażu, stres, z trudem tłumiona agresja, no problematyka znana z większości zakładów karnych... Nikt wtedy raczej nie uśmiecha się do ciebie słodko, biorąc pod rękę, i nie proponuje wspólnego dziergania puchatych skarpet z różowym jednorożcem przy szklance gorącej herbatki z sokiem malinowym, tylko wali w łeb swoją własną, podziurawioną parasolowymi drutami harmonią.

Chyba że wchodziłam z przodu autobusu, od strony kierowcy - wtedy było jeszcze ciekawiej, bo akcja z samopałem mogła być traktowana właściwie jako zamach na służbę mundurową. Ot, włazi taka, niepozorna niby, w szarym płaszczyku, i znienacka wbija kierowcy parasol w oko rycząc do tego dziko (ale to z przestrachu!)

Później było jeszcze gorzej, i dochodziło do takich sytuacji, że stoję sobie spokojnie w sklepie, w jednej ręce trzymam kalafior, drugą wybieram pomidorka, myśli moje i wszystkich wokół dryfują już spokojnie wśród niebiańskich smaków i aromatów rychłej obiadokolacji i wokoło miękkiej sofy - a tu nagle SRRRRRU-KLICK-ŁUP!!! ni z tego ni z owego wyrasta mi spod pachy przenośna, rozkładana szpiegowska antena satelitarna. Ładna taka, czerwona, aczkolwiek mało dyskretna i siejąca popłoch wsród gawiedzi. (Hallo, hallo, słyszy mnie ktoś? Tu al_de_baran75, po ile dziś kartofle w Lidlu bo nie wiem czy warto wychodzić z nadświetlnej, jedna turbina mi trochę lata, odbiór)

No więc zrozumiałym jest, że w końcu nieobliczalny Megatron poszedł na złom. Optimus Prime tym razem nawalił i zupełnie nic nie pomógł ludzkości, więc ja uratowałam świat, ja sama. No co było robić. A potem kupiłam po prostu parasol, chociaż też czerwony. I nie obchodzą mnie żadne zepsute turbiny, niech sobie ceny ziemskich kartofli w internecie sprawdzą.

No i tak to. A tymczasem śnieżek dalej prószy. Staram się, naprawdę bardzo się staram nie zapomnieć, jak wygląda słońce, ale łatwe to nie jest. Ostatnio dwa tygodnie temu w niedzielę na cztery godziny otworzyło sie okienko w niebiesiach, to poszlim trochę na dwór przypomnieć sobie co to są kolory i zrobiłam na balkonie zdjęcia nowemu aniołowi, bo ma złote włosy, ze prawdziwnej złotej farbki, i na zdjęciach widać to tylko, jeśli są zrobione w prawdziwym słońcu.
 

 
 

 
 
Tak sobie przysnął w ogródku leciutko, w słoneczku. Dłuższą chwilkę chyba nawet,
bo już się różyczki po nim pną, i widać że fryzjera też dawno nie odwiedzał.
 

 
 

 


A tu jego miejsce w domu, jak sobie poszedł spać z rybami.
 
 
 



----------------------------------------------------------------------------------------------------------



A na koniec zagadka: czemu kociątko-czajątko tak się czai?
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...