Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zodiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zodiak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: cierpliwość.

Sobotnie zakupy spożywki. Nikt tego nie lubi, ale przejść przez to trzeba.

Najpierw krążenie wkółko parkingu jak stadko wilków wypatrujące rannej sarenki. Już od razu tutaj, na początku, próba cierpliwości i test sprawnościowy w jednym - bo ciasno straszliwie a do tego ludzie łażą jak ślepi, jakby nie widzieli ile aut dookoła: a to wózek z dzieckiem stoi na środku ulicy bo ojciec roku akurat upycha zakupy w bagażniku, tu jakiś czterolatek biega samopas między jadącymi samochodami, tu rodzina z psem na kilometrowej smyczy przechadza się jak po parku, smyczą oplatane już są cztery auta i jeden pan na rowerze, a pies najspokojniej w świecie "staje na rękach" na parkingowym poboczu szerokości 30 cm. 

Po upolowaniu sarenki miejsca na parkingu i wejściu do sklepu mamy kolejne wyzwanie - Walkę Rydwanów na dziale warzyw i owoców. Marketowe wózki robią się chyba coraz większe, a naprawdę trudno jest upchnąć 147 takich pojazdów wraz z powożącymi i ich dziećmi między skrzynkami ogórków a piramidami jabłek. Na dodatek niektóre Keviny - tak się tu mówi na Januszy - myślą, że jak postawią swój wózek wpoprzek przejścia na te dwadzieścia parę minut podczas których wybierają odpowiedniej wielkości cukinię, to oesssu, przecież nic się nie stanie. Choć zaraz, zaraz, "myślą" to chyba nie jest odpowiednie słowo tutaj.

Pustki w półkach z kartoflem. Kryzys idzie?! A jak już na kartofla zeszliśmy, to ja chciałam zapytać co za sadysta w tym kraju kazał kierować do sklepów tylko te nie większe od bardzo małego jajka? Przecież obranie ziemniorów na obiad dla nas trojga już powoduje przykurcz mięśnia w ręce trzymającej nożyk, a co dopiero jak ktoś ma troje dzieci... No i co się właściwie dzieje z tymi dużymi ziemniakami? Wszystkie idą na frytki do Maca?! Mówię wam, jak jadę do Polski to w osiedlowym Tesco mnie takie wzruszenie ogarnia na widok tych kartoflów w rozsądnym, słusznym rozmiarze, wystarczy obrać po 1-2 na osobę i gotowe. Tutaj trzeba w trudzie i znoju ścibolić po 40 na głowę. 
Za to pory są wielkości - i grubości - sekwoi, medal dla tego, kto potrafi taki egzemplarz zużyć na raz w całości. Ja mam już litrowy pojemnik siekanego pora w zamrażarce. 

Bułki na niedzielę, makaron, puszkę groszku i kostkę masła zwijam w biegu, tam zawsze idzie dobrze i szybko. 
To samo przy półce z hummusem - toż przebóg, kto to je w ogóle! - więc mogę spokojnie nawet skład przeczytać, bo niemiecki producent żywności za sprawę honoru poczytuje sobie wlanie litra octu do wszelkich słoików i pudełeczek z dipem, sosem czy warzywem, inaczej produkt jest niejadalny. Więc szukam tych nielicznych bezoctowych rebeliantów. 

Następnie przytrafia się mała zawieszka Borsuka przy półkach z whiskey, ale to zrozumiałe jest. Wszak takie chwile należy celebrować. Ja się od kilku lat zafiksowałam na jednym winie, to mi szybko idzie, ale teraz akurat zachciało mi się czekoladowego Baileysa, a nie było, więc płakałam troszkę.

Dział krojonych na wagę wędlin i mięs to nie nasz świat, więc na szczęście stanie w dodatkowej kolejce nas omija. Ale dla równowagi półka z sojowymi / seitanowymi rzeczami na chleb i na obiad wciśnięta jest za szeroki filar, i wejść tam można tylko pojedyńczo, bez koszyka, i będąc w miarę szczupłym, z tym że trzeba najpierw zdjąć kurtkę, wciągnąć brzuch, ramiona rozsunąć i ustawić po bokach tułowia, a stopy też stawiać bokiem. Tak jak te śmieszne ludziki na staroegipskich papirusach. Widać też wszędzie mieli ciasno. 

Zagadka tartej bułki... Jedne sklepy stawiają przy pieczywie, inne przy mące i cukrze, jeszcze inne wśród przypraw. You never know! Daj się zaskoczyć.

Mleko bez laktozy schowano nie wiedzieć czemu w dziale dla bezglutenowców. 

53 rodzaje mrożonych tortów i ani jednego czekoladowego. Wszędzie tylko lukier i farbowana galaretka. Co za barbarzyński kraj...  :(

Potem jeszcze tylko szukanie igły w stogu siana, czyli wyłuskanie zpośród czterystu odmian crème fraîche kubeczka zwykłej śmietany - crème fraîche odkąd się pojawił, wyoutowal ją z półek prawie całkowicie, nie wiem dlaczego. Bo lepiej brzmi? 
Prowadzi do tej śmietany niekończąca się aleja jogurtowa, jak pas startowy dla Jumbo Jeta, no ale trudno, innej drogi nie ma, jak się chce mizerię na obiad to trzeba przez to przejść. Oczywiście tu znów Keviny rozkminiające czy wziąć zdrowy i modny jogurt z ochydnym glutem chia, suszoną agawą, karmelizowanym selerem i łzami delfina, czy zwykły brzoskwiniowy, który co prawda smakuje w pyteczkę ale cebulacko wygląda we wspólnej lodówce w korpo-kuchni.

To jeszcze szybko jakieś chrupki na wieczór i jesteśmy w kasie. 
Kolejki do kas długie, a oświetlenie sufitowe dobre, mocne, cieplutkie, stoimy więc w tych zimowych kurtkach jak kurczaki w inkubatorze. (W kolejce do - hy hy - oskubania)

Kończy się papier do drukowania paragonów. 

Kod z jogurtu z karmelizowanym delfinem nie chce wejść na kasę.

Przed nami zakupy na taśmę wykłada znowu jeden z tych bardzo dziwnych ludzi, co nie ogarniają, że jak butelki się położy w poprzek taśmy, to one będą się toczyć do tyłu za każdym razem jak taśma ruszy do przodu. Serio, Kevin, ZA KAŻDYM RAZEM, naprawdę. Ale zamiast położyć je po prostu wzdłuż taśmy, to Kevin co i rusz przytrzymuję je ręką, przetacza dwa metry do przodu i uważa, żeby nie stukały jedna o drugą. No i jak ten świat ma nie upaść, skoro 90% ludzi nie ogarnia tak prostego zjawiska?! Jak im się woda z wanny przelewa, to też wycierają ciągle podłogę zamiast zakręcić kran? Dodajmy do tego te puszczone samopas na parkingu dzieci i psy, i mamy pewność że gatunek ludzki dąży ku samozagładzie. Kiedyś nastanie taka chwila, że procent Kevinów w ziemskiej populacji wzrośnie na tyle, że zacznie się staczanie po równi pochyłej, a wiadomo jak to wtedy leci. Szybko i w dół. 

Każda interakcja z większą masą ludzką kończy się u mnie tymi samymi wnioskami. Trudno, będę już zawsze dzikiem-samotnikiem. Chrum chrum, kłłłiiiii.
Ehhh...

To popatrzmy sobie w gwiazdy dla uspokojenia. Koziorożec w gwiezdnym, złotym pyle:











No. Od razu lepiej, co? Mi tak :)

środa, 2 stycznia 2019

Dlaczego oglądamy złe filmy?

Jeszcze tylko 4 miesiące i wiosna!
Hy hy. 
Państwo wybaczą ten czarny humor z samego rana, ale się wczoraj bardzo przejadłam bigosu i dziś mam marne samopoczucie, a i noc była marna. Unikam przejadania się ogólnie, ale jednak wczoraj jakoś tak wyszło, gópio było zostawiać w garnku taką resztkę na dnie - tym bardziej że w nocy wicher nie zwiał mi jednak tego garnka z balkonu chociaż bardzo się starał - no to teraz mam za swoje. 

Do północy w Sylwestra dotrwałam, oglądając bardzo, baaardzo zły film o eksperymentalnym, inteligentnym samolocie bojowym, zwanym pieszczotliwie Blaszakiem, co to naprawdę latał tak jak nazwa wskazuje czyli sam, bez człowieka. I najpierw stał się zły bo piorun uderzył mu w przetwornik kwantowy, ściągnął z internetu w garażu wszystkie piosenki (serio, tak powiedzieli: wszystkie) i wyruszył na misję uwalniania świata od terrorystów nie bacząc na ogromne straty w cywilach. 
Ale później docenił prawdziwą, męska przyjaźń z dowódcą swojej drużyny (z człowiekiem znaczy) który najpierw go ścigał żeby go zestrzelić za tą samowolkę, ale potem już jakoś nie (może przegapiłam dlaczego) no i w końcu Blaszak zginął bohatersko ratując tegoż dowódcę i jego ukochaną przed ostrzałem na granicy dwóch Korei. 
No? Oglądał ktoś gorszy film? 
Ha! Tak myślałam.
Wszystko to trwało bite dwie godziny i zmuszało do refleksji na temat "dlaczego my to właściwie oglądamy i czy naprawdę tak bardzo nie chce nam się nacisnąć paru guziczków w tym Netflixie?" 
Niech każdy, kto zna ten problem sam sobie odpowie na to pytanie, po cichu, jak mu wstyd na głos.

Rakiety natomiast jak zaczęły na podwórku strzelać o tej północy, tak strzelały godzinę (czyli podczas drugiej godziny Blaszaka, więc to była zaprawdę wystrzałowa noc). Zawsze nie mogę się nadziwić dlaczego puszczanie z ogniem takiej grubej kasy sprawia ludziom tyle radości? No ale ja dziwny człowiek jestem, wiem. Dzik z puszczy.


To jak już mowa o strzelaniu, to takiego Strzelca namalowałam, o:
















Format A4, w sklepiku nawet już TUTAJ siedzi.


No i obeszło się tym razem bez sylwestrowego tureckiego disco do 4 rano po sąsiedzku, jak w tamtym roku. Gdyż nie ma na tym świecie nic, absolutnie nic potworniejszego od tureckiego disco, te dźwięki wymyślił Szatan, jestem tego pewna. I żyłam w strachu przed powtórką już od dobrych dwóch tygodni. 
Człowiek, chociaż niezwykle utalentowany w wymyślaniu niezliczonych wersji piekła na ziemi, ma jednak za mało wyobraźni żeby stworzyć coś tak koszmarnie makabrycznego. To wyszło prosto z najciemniejszych infernalnych czeluści, jak Szatan tam siedział i toczył spienioną smołę z pyska bo akurat miał bardzo zły humor, bo ludzkość powołała do życia kolejny program pomocy bezdomnym kotkom, czy nastawiała jadłodajni dla ubogich. 
Więc proszę was, uważajcie z tym pomaganiem bliźniemu i dobroczynnością, bo potem ja tu ponoszę konsekwencje. 


To czołem, rogiem i kopytem moi mili, niech się nam szczęści w tym 2019.
Ja mam taka prośbę małą do losu (czy chyba do samej siebie raczej) żebym w końcu nabrała choć odrobinę odwagi. Tyci-tyci. Już ponad 40 lat jestem największym cykorem w galaktyce, i mimo że to jest niby zawsze jakieś osiągnięcie, to jednak gotowa jestem oddać laury. 
Ale pewnie jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. 

]:-*

poniedziałek, 8 maja 2017

Kultura na codzień: przy stole i w kuchni. Umiejętna inspiracja dziełami wielkich artystów.

Ostatnio było tak: Borsuk siedzi w "dużym" pokoju (to jest naprawdę najpiękniejszy eufemizm budownictwa mieszkaniowego) i tv ogląda, ja stoję w kuchni i coś tam dziergam na obiad, strugam w kartoflu pejzaż z jeleniem na rykowisku zapewne, rzeźbię harmonijki z ogórków co wygrywają Bolero, jak się na nie dmuchnie, bo wszak kultura u nas nie tylko od święta a ja jestem wzorowym diabłem domowym. Na deser jabłka, ułożone jak nakazał Cezanne.
(i zaraz do piekła mnie na asap wezwą za te wszystkie kłamstwa, na dywanik do szefa Lucjana)

No więc strugam tego jelenia, mozolnie cyzelując uniesione w emocjach lewe przednie kopytko (rogi też bardzo trudno) i nagle słyszę "Chodź zobaczysz coś!" z pokoju. No to idę, czemu mam nie iść, skoro Borsuk mi chce coś pokazać. Odkładam dłutka i partyturę i idę, mała, pulchna, ufna istotka. Idę.
Wchodzę do pokoju A TAM!!!


Kalina, jak tu jestes, to teraz nie czytaj lepiej.

 

TAKI pająk!!! Jak talerz śniadaniowy, z grubymi nogami zakończonymi szpiczastymi szponami (te przednie takie wyjątkowo długie, chwytne i ruchliwe w stawach), umaszczeniem perfidnie naśladujący korę drzewa.

W telwizorze on był oczywiście, ale i tak aż mnie wykrzywiło i klątwy szkaradne z najbardziej mrocznych czasów Wielkiego Przedwiecznego jęły cisnąć się mnie na usta. Bo zaprawdę stopniem ohydztwa był ten egzemplarz opisywalny tylko słowami Lovecrafta, tymi jego sformułowaniami typu "bluźniercza forma życia wymykająca się ludzkiej wyobraźni" czy "obrzydlistwo, które wypełzło z samego dna gniazda pradawnego zła" i inne takie. Powiększone na cały ekran telewizora. A obok, prawie że ryjąc nosem w futerku na pleckach tego mieszkańca DALEKICH na szczęście lasów - zachwycony pan, opowiadający jak straszliwie jadowity jest ten tu oto przedstawiciel rodziny Satano infernale.

Tacy ludzie chyba mają coś poważnie nie tak z berecikiem, naprawdę. Nie to, że się fascynują, bo to rozumiem, ale że podchodzą tak blisko do czegoś, co jednym ciosem ząbka może ich zabić, i to całkiem na śmierć.



Dobra, Kalina, już możesz.


No taki ten Borsuk dobry, że zapragnął podzielić się że mną tym widokiem.
Reszta dorzeźbionego potem rykowiska przybrała jednak wygląd dosyć niepokojący i złowieszczy, jelonek łypał złym okiem, a ogórki zamiast w lekkostrawne Bolero, poszły bardziej tak jakby w ciężkiego Wagnera, i harmonijnie skomponowany posiłek szlag trafił.



...............................



A wczoraj to mieliśmy takie dziwne zjawisko atmosferyczne tutaj, jeżeli dobrze pamiętam to nazywa się to słońce. Kojarzycie? Taka duża, świecąca, ciepła kulka na niebie. Bardzo to było ładne, świat stał się nagle przyjemnie kolorowy, niebo niebieskie, w duszy lekko i miło się zrobiło, poszliśmy nawet na lody i szejki do wegańskiej ciastkarnio-lodziarni, gdzie wszystko smakuje jak w raju, szczególnie jak ktoś, tak jak ja, nie lubi smaku śmietany. W związku z czym wypiłam szejka czekoladowego a potem pożarłam ciasto, którego spód (gruby spód!) był zrobiony z pokruszonych wafli w czekoladzie, a na wierzchu były owoce takie leśne i jakiś tam nieśmietanowy krem. Normalnie ekstaza była to najprawdziwsza.

No i wszystko pięknie, tylko że kontrast między tym dniem słonecznym a całą reszta dni zimnych, szarych, deszczowych i wietrznych był tak duży, że fizycznie trochę padłam na ryj. Było niby tylko 20 stopni, ale czułam się jakbm wędrowała przez Saharę w samo południe. Odzwyczaiłam się po prostu. Szok termiczny.
Ale dzisiaj znowu chłód i słota, i sromota, więc już "normalnie" jest.



...............................



A skoro dziś taka notka rodzinna, to patrzcie, o taka rodzinka zodiakalna pojechała do kraju, którego symbolem jest zwierzątko, przebrane na jednym ze zdjęć za ołówek.

(Ojciec rodzinie spytał ponoć "A co to jest?". Nie rozpoznał. Z czego wynika, że portrecista ze mnie marny ;)






 
 
 

 
 
 

 
 



 

wtorek, 2 maja 2017

Brunet wieczorową porą do ciebie zapuka, kawę widzę, a ty mu ją zaparzysz.


Codziennie rano w biurze robię kawę. A jako że jestę nowoczesnym, śmiałym baristą, mam ja swoje specjalności i tricki, pozwalające mi tworzyć niebanalne, oryginalne kreacje.

Pumpkin-Pepper Latte? Pfff, było.
Ginger Bread White Coffee? Dajcie spokój, zeszły sezon.
Chococcino z himalajskim karmelem? No pliiiis.
Caffefreddo truskawkowe? Banał. Zieeeeew.


Ja proszę państwa tworzę następujące specjalności, w zwykłym ekspresie na papierowe filtry:

1. Kawa bez dzbanka.
Z filtra leci bezpośrednio na płytkę grzewczą, na której od razu paruje, napełniając biuro aromatem spalonej kawy z intensywnością, jakiej jeszcze nie znasz.
Oprócz tego momentalnie stawia na nogi, animuje do ruchu (szczególnie jest to krótki kurcgalopek, a po nim ruchy okrężne rękami z papierowym ręcznikiem, wspaniale wpływające na ukrwienie ramionek, zwiotczałych od pracy siedzącej). Po takiej kawie niewiele już cię w tym dniu zdenerwuje, jesteś uodporniony na wszelkie przeciwności losu biurowego.

 
2. Kawa bez filtra.
Na początku nic nie podejrzewasz. Niby normalnie. Ale już za chwilę czujesz niezwykłą gęstość napoju, smak o głębokiej, ziemistej strukturze. Na myśl przychodzi ci rzyzna, wilgotna gleba, która na górskich zboczach Andów krzepiącymi sokami karmi kawowe krzewy.
Ożywia umysł, skłania do kreatywnych zajęć, np. rozłóż ekspres na czynniki pierwsze umyj i poskładaj spowrotem.

 
3. Kawa bez kawy.
Dla prawdziwych koneserów. Ulotny aromat kenijskiej odmiany arabica (powstały z resztek w rurkach ekspresu) miesza się z intensywnym bukietem celulozy z ekologicznego, biodegradowalnego filtra papierowego.
Niska zawartość kofeiny, na spokojny dzień bez wyzwań.

 

Dzisiaj była ta bez dzbanka.
Ekspres lśni jak nowy.
Tylko ściana z tyłu bogatsza (znowu) o kilka ekspresyjnych rzucików a la Pollock.



...............................................................



A to jest gwiazdozbiór kota - bo niby dlaczego nie, co nie?
 



Jeden ciemny, drugi jasny. Brunet i blondyn (jeśli tak można powiedzieć o niebieskim kocie?)
 
 
 



Brunet - błękit z Ultraortodoksyjną Maryną.
Blondyn - ze świetlistym fioletem i purpurą, taki kot-zorza bardziej.

Sama nie wiem, który mi bardziej, ale chyba ten blondyn jednak, chociaż w życiu to nieodmiennie brunet.

No i na zdjęciach, jak zwykle oczywiście niewiele z ich uroku widać, niestety... Aparatem "dla gópków" trudno jest pokazać fakturę papieru i niuanse barwnych plam :(



Brunet, detale:

 
 

 
 

 
 

 
 
 
 
Oraz blondyn:
 
 
 

 
 

 
 

 
 
Oj, było wiele radości przy tym malowaniu! :D
 
 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nowy Zodiak 4 no i jednak ten Instagram.

Mieliśmy drugi ciepły i słoneczny weekend pod rząd, to się w głowie nie mieści! To znaczy wczoraj to już po południu przyszły chmury trochę, i zimny wiatr, ale się nie poddałam, nie, nie złożyłam broni, którą jest mi optymizm, między innymi dlatego, że byliśmy rowerami daleko daleko od domu, więc tak jakby nie miałam wyjścia, musiałam dojechać zpowrotem.

Ciężko było, strasznie. Jednak w ciągu prawie dwóch lat powłóczenia popsutą racicą, to mięśnie mówią "Pa pa, to my znikamy, narka!" No ale coś tam z nich jeszcze wykrzesałam.

A jak już byłam o milimetr od wybuchu, że "kurrr...mać-na-piekło-i-szatany-mam-dość-już-nigdy-więcej!!!", to zobaczyłam takiego ślicznego, baryłkowatego, nieforemnego i cudnego pieska z przesłodkimi, króciutkimi łapkami, że wszystko mi przeszło.

Od Borsuka to i tak zawsze będę odstawać na kilometr, nawet u szczytu mej (wątpliwej) kondycji zawsze było tak, że ja ledwo ciągnę na najłatwiejszej przerzutce, i to ciągnę jeszcze TYLKO dlatego, że gópio tak jakoś zsiąść z roweru, skoro właśnie przegonił mnie pięciolatek w kasku w koniki i jakiś pra-szkieletor w sandałkach na bicyklu niewiele młodszym od niego, a Borsuk to już w ogóle wjeżdża pod każdą górkę na poboczach, jedzie zygzakiem, zatacza kółeczka, skacze przez kamienie, sprawdza twardość opon i wyregulowanie kół, no mówiąc krótko NUDZI SIĘ podczas gdy ja walczę o każdy metr balansując na krawędzi zapaści. To się nigdy nie zmieni.

(Wczoraj go zapytałam, czy chociaż bolą go troszeczkę nogi jak wjeżdża pod górkę na przykład. Nie, nie bolą. Czy on jest człowiekiem w ogóle? Czy też kosmitą? W każdym razie od jakichś 25 lat skutecznie obala mit, że wegetarianie to słabowite, cienkie szczypiorki i tylko mięso daje siłę)



..............................................................



No i dzisiaj czwarta, ostatnia część naszego podniebnego cyrku.
 


Ryby Nr 1 - plusk plusk. Podobno głosu nie mają, ale w telewizorze ostatnio pokazywali takie, co chrumczą. Fajne były!

 
 
 
 
Ryby Nr 2 - bo się fajnie je malowało :)

 
 
 
 
 
Wodnik - taki pan, co leje wodę. Sam gwiazdozbiór przez pewną niezależną i wielce szanowaną grupę ekspertów (profesor Kalina i doktor mRufczyńska) zwany jest też "Żyrafą z kartonem chylącą się u wodopoju".
 
 
Pragnę w tym miejscu raz jeszcze podziękować ekspertom za ten jakże istotny dla sprawy wkład, oraz wyrazić nieśmiałą nadzieję na dalsze wskazówki i sugestie, gdyż pozostaję, że tak powiem, radośnie otwarta na światło ich umysłów ;)))
 
 
 
Wodniczka (zarezerwowana) - panie też potrafią lać wodę, wiadomo. Niektórzy twierdzą, ze nawet o wiele lepiej niż mężczyźni (ale to źli ludzie są).
 
 
 
 
O, proszę jak milutko wygląda razem trójeczka, zarezerwowana dla pewnej czytelniczki. W kupie siła, jak to mówio!
 
 
 
 
 
Jako że wysyłając zamówione zodiaki byłam parę razy na poczcie, dane mi się było ponownie przekonać, że poczta to jest jednak Urząd pełną gębą. To znaczy: koszty silnie zwyżkujące i absolutnie niewymierne do efektów.

Cenią się, doprawdy. A potem i tak trzeba drałować samemu odbierać przesyłki, bo w skrzynce tylko awizo. Ha! Dobrze, jak w ogóle w skrzynce! Myśmy tak mieli długi, długi czas, że taki był pan listonosz na rejonie biedny, no takiego pecha miał, sierotka malutka biedna, że zawsze jak przychodził, to albo był domofon na ten krótki moment magicznie popsuty i musiał taśmą klejącą przyklejać awiza na drzwiach wejściowych, albo jak udało mu się wejść na klatkę, to też jakoś magicznym sposobem chyba, bo w mieszkaniach nikogo nie było, nigdzie!

Chociaż na przykład była akurat pora sobotniego, późnego śniadania - to akurat wszyscy zdecydowali się na lanserskie śniadanie na mieście.

Chociaż 4 osoby z całych sześciu mieszkań na klatce pracują w systemie zmianowym - to akurat wszyscy codziennie byli w pracy jak przychodził.
 
Albo najgorzej to było, jak magicznym sposobem jakimś, ktoś mu znikał w ogóle wszystkie karteczki awizo z torby, i nie mógł nieborak ani zostawić przesyłki (no bo nikogo w całej klatce nie było) ani zostawić powiadomienia (no bo nie miał karteczek). I ja jestem święcie przekonana, że on strasznie, piekielnie cierpiał z tego powodu że tak zawiódł srodze, że po nocach nie spał dlatego że potem adresaci po niepokojąco długim czasie czekania na przesyłkę muszą sami jej szukać, i nie daj boże przekonać się, że wróciła już do nadawcy.
Aż się wierzyć nie chce, taki niefart, nie? Wrak człowieka musiał z niego być, wrak.

 
No więc nie można się dziwić, że w końcu zrezygnował z pracy, no bo kto by to wytrzymał takie pasmo czarnego pecha wijącego się przez kolorowy lunapark życia zawodowego? Toż to jak roztopiony asflalt w sierpniowe południe gdzieś na stepach Texasu, a na poboczach tylko grzechotniki i potłuczone butelki, a on tym ciężkim, pocztowym rowerem musi, koła toną w asfalcie, a nad głową tylko żar z nieba i sępy.
 
I teraz mamy innego pana listonosza, który jest istnym dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, znaczy w czapce urzędnika pocztowego. Co przyjdzie, to i domofon działa, i zawsze ktoś w którymś mieszkaniu jest, i karteczek nikt mu złośliwie nie znika, więc widmo awiza powoli całkiem ulatuje z naszego horyzontu. I ja się bardzo z tego cieszę, bo jak trzeba tu iść na pocztę, to nagle można zapomnieć że mieszka się w całkiem sporym mieście, zwanym też szumnie metropolią nawet, tak nieliczne są tu punkty odbioru przesyłek Deutsche Post.

 
Do tego dla krotochwili "nasz" punkt jest otwarty w soboty tylko do godziny 12, i kolejka która się tam wtedy gromadzi jest tak imponująca, że raz to nam przechodnie nawet zdjęcia telefonami robili. Serio.
Bo tak: kolejka najsampierw wije się w środku poczty kolorowym, wielokrotnie zgiętym zygzakiem (to około 40-50 osób), wychodzi przez 2 pary rozsuwanych drzwi (dodajemy 15 osób), wije się po parkingu niczym Quetzalcoatl szeleszczący żółtymi karteczkami awizo zamiast piór (plus maksymalnie 30-35 osób), a w skrajnych przypadkach kończy się nam pojemność parkingowej ścieżki (na szczęście zadaszonej!) i wtedy wijemy się kolektywnie dalej po cieniutkim chodniku wzdłuż ulicy (tutaj to już różnie - osobiście brałam udział w wiciu ogonka z około 30 osób). Dobrze, że żaden kierowca się jeszcze nie zagapił.
Nie ma to jak godzinka w takiej kolejce w sobotnie przedpołudnie. Potem aż chce się żyć, człowiek idzie przed siebie i czuję się taki wolny!
Jako ten głąb pocztowy.
Gołąb znaczy, gołąb.



No i tak to. To jeszcze wam opowiem, ze buraczane pola rozrosły się w końcu na Instagram, na razie małe, skromne poletko, na razie każde zamieszczone zdjęcie to jeden mikro-zawał (internet przez telefon to jednak koszmar w porównaniu do kompa) ale pierwsze buraki zasiane!
O, tu (a po prawej jest link w obrazku):
https://www.instagram.com/diabelwburaczkach/
 
 
 
 

środa, 29 marca 2017

Nowy Zodiak 3 oraz bitwa pod Kotletem.


W piątek mamy imprezę firmową. Od początku zeszłego tygodnia chodzą już słuchy, że będzie piękne, pyszne jedzenie w formie eleganckiego bufetu. Niektórzy, powtarzając te słowa, unoszą się wyraźnie 5 cm nad korytarzową wykładziną i świecą. Jak to niewiele trzeba ludziom do szczęścia, naprawdę. Ja jednak wolę kanapkę z domu i święty spokój. A jak sobie przypomnę, ile potrafili zeżreć na ostatniej imprezie, na której byłam, i jaka walka była o każdą kiełbasę z grilla, o każdą miskę sałatki, to nawet mi się tej suchej kanapki odechciewa. Chociaż lekki podziw też żywię, bo jednak srogo zachwiali podwalinami nauki, naginając wiele praw fizyki i matematyki, tych o masie i pojemności zwłaszcza. Darmowego żarcia ludzie są w stanie pochłonąć nieprawdopodobną ilość.

Nie mam naprawdę ochoty na kolejną rekonstrukcję "Bitwy pod Kotletem". Matejko, gdyby mógł zmartwychwstać, to by płakał na ten widok, poczułby się jak początkujący, nieudolny czeladnik, a potem z rozpaczy umarłby drugi raz, wykłówszy sobie uprzednio oczy i zjadłszy wszystkie pędzle.

Nie wiem, jak się z tego wykręcić. Impas. Cóż, postaram się chociaż szybko i niezauważalnie zniknąć z pola walki - jak zaślepiona oparami Wurstu tłuszcza rzuci się na trofea, powinno się udać.

Oni będą sobie wyrywać kurze gicze, a ja wyrwę się giczą raczą ku wolności.

Zpomiędzy ciał, od śledzikowej zalewy lśniących, wyślizgnę się i popłynę pod prąd, ku szerokim horyzontom.

Mistrz Ulrich będzie dwoma ostrzami wywijał boczkiem na grillu, a ja boczkiem pierzchnę.

Strumień piwa (non-alco) zaleje gardła i rozumy, a ja spłynę cichą wodą, brzegów nie rwącą.

Przynajmniej taką mam nadzieję. Jeszcze mi w głowie nie przebrzmiał dźwięk oręża po poprzedniej bitwie, a przecież było to już kilka lat temu, i trzymałam się raczej na uboczu. (Sera z grilla i tak nikt nie ruszył, więc poczekałam spokojnie aż padną pierwsze trupy i zrobi się luźniej. Tylko z sałatek zostały nędzne ochłapy, ale coś tam wyskrobałam)

Czas wolny powinno się spędzać z ludźmi, których się lubi, a nie z którymi się akurat pracuje. Niektórzy mają oczywiście to szczęście, że to jest u nich to samo, no ale ja nie. Nie w tej pracy. Bo na przykład w poprzedniej to ooo, ho ho, to się działo, kochani, tam to mogłam świętować. Był to sektor publiczny, a co za tym idzie, w środę był dzień bez petenta (taka lokalna tradycja). I w każdą środę było najpierw wspólne śniadanie, z ciepłymi bułeczkami, bez pośpiechu, w miłym towarzystwie ludzi, którzy nawet jak mówili sobie uprzejmości, to robili to SZCZERZE, a na koniec Margareth, kobieta w wieku przedemerytalnym, sprawnym ruchem odbijała dwie butle prosecco, kielichy się pieniły, słońce igrało w bąbelkach i łaskotało w nosie, i w tym szampańskim nastroju przystępowało się do pracy biurowej. I to prosecco smakowało, chociaż ja wcale nie lubię prosecco, rozumiecie o co chodzi. Przy urodzinach albo świętach Margareth oczywiście podwajała wysiłki, a szef, ponad dwumetrowy facet z wielką brodą, to nam nawet na święta bajki na głos czytał, przejęty jak dziecko.

No. Tak to ja mogę - i nie dlatego, że alkohol, no nie myślcie sobie mi tu, tylko że ludzie. Z jednymi i prosecco z supermarketu wybornie smakuje, a z innymi najlepsze wino zalatuje stęchłym octem, i już.


.............................................................
 


A teraz skierujmy oczy ku celom ciekawszym, bardziej wzniosłym, i piękniejszym - ku gwiazdom, narodzie, ku gwiazdom!
 
Gwiazdą numer jeden na dzisiejszym niebie jest Skorpion:
Skorpion Nr 1 (zarezerwowany - panie jeżu jakie to trudne słowo, pomyliłam się trzy razy) - właściwie to nie wiem, gdzie skorpiony mają oczy... Improwizacja.
 
 
 
 
 
 
Skorpion Nr 2 - rezerwacja dla mRufy, jeśli się jej spodoba. Popatrz mu głęgoko w oczy, i daj znać czy zaiskrzyło między wami!
 
 
 
 
 
Gwiazda numer dwa: Raki. Wszystkie Raki to fajne chłopaki!
Mam jednego w domu, to wiem.
 
Rak Nr 1 (wolny) - trochę chyba się zdenerwował, albo zawstydził, bo przysłowiowo czerwony.
 
 
 
 
 
 
Rak Nr 2 - (wolny) - jak wyżej. Lekko wstydliwy, ale wart bliższego poznania.
 
 
 
 
Oczywiście jakby ktoś był zainteresowany innymi znakami, to pytać śmiało, śmiało, nie chować mi się tu po krzakach nigdzie.

wtorek, 21 marca 2017

Nowy Zodiak 2


Dziś druga część zodiakalnych wizji snujących się nad buraczanym zagonem. Skoro świat nadal skąpi nam naturalnych błękitów sklepienia niebieskiego (przynajmniej tutaj u mnie) to pooglądajmy sobie chociaż na obrazkach:
 
 


Panna - taka trochę w sumie Buka, tylko se oko zrobiła.
 
 
 
 
 
 
Bliźnięta - dwie Buki, trochę szczuplejsze, ze wspólnym mostkiem.
 
 
 
 
 
 
 
Strzelec - Buka szczela z łuka. (Chyba mój ulubiony - to harde spojrzenie!)
 
 
 
 
 
 
 
Waga - czyli jedyny twór nieożywiony. Wokół same mityczne stworzenia, puchate baranki, piękne panny - a tutaj pospolity sprzęt użytku handlowo-domowego... (To ja, to ja! To wiadomo już, czemu jestem taka niezbyt wysportowana czy aktywna - to gwiazdy zdecydowały, nic nie poradzę)
 
 

 
 
No i jak? Niebieściej wam? Bo mi szczerze mówiąc tak :D
 

.......................................................



A w niedzielę po południu to tak jest, że człowiek ma czas i siłę żeby w miarę trzeźwo myśleć, bo już trochę zregenerowany jest po tygodniu na zakładzie, co nie.

No i jak siedziałam parę niedziel temu na podłodze koło kanapy i kofitejbla i sortowałam papierzyska, których złośliwe urzędniki różne produkują na tony tygodniowo, obowiązkowo z adnotacją "Ważne! Koniecznie zachować do emerytury!", to taka myśl mnie naszła, że dawno coś nie widziałam małego posążka buddyjskiego mnicha, co to nabyłam go sobie jeszcze w liceum, taki à la jadeitowy był czy cóś, no z zielonkawego kamienia w każdym razie. I fajnie się śmiał, tak od serca a zarazem szyderczo trochę jakby. No więc nie dość, że fajny, to jeszcze pamiątka z poprzedniego stulecia, prawda. A nawet można powiedzieć, że z poprzedniego życia.

No i gdzie on? Przecież nie wyrzuciłam.

Patrzę po kątach. Szukam po szafkach / koszykach / kartonach. Pytam Borsuka siedzącego na kanapie - nie, też go dawno nie widział. Snuję na głos rozważania, że w tym mieszkaniu to w ogóle chyba go nie widziałam (8 lat bodajże), więc może zaginął przy przeprowadzce. Borsuk przytakuje, tak, tak, może. Szkoda, no ale trudno, szat rwać nie będę, w końcu to tylko figurka.

Po czym po kilku dniach, po pracy i po obiadokolacji siadam sobie na kanapie. Przed kanapą, jak zwykle od zawsze, kofitejbyl. A na nim: Ta-daaaam! Drewniana miseczka, a w niej kamienie i ....? No? Ktoś zgadnie?

No właśnie.

Po ośmiu latach nieobecności nasz stołowy budda postanowił ponownie odwiedzić ten ziemski padół w nowej inkarnacji. Innego wytłumaczenia nie widzę.

środa, 15 marca 2017

Nowy Zodiak i dlaczego na razie nie będzie końca świata.


Część pierwsza nowej serii zodiakalnej, tadaaaam!




 

Baran - poszedł na pierwszy ogień. Znaczy nie, że na rożno, tylko że pierwszego go namalowałam.


 
 
 
 

Koziorożec - jak tylko pandeMonia go zobaczy, zaraz będzie mieć napewno różne takie skojarzenia. Poczekamy, zobaczymy. Może nie zobaczy, bo zabiegana ostatnio i ma mało czasu ;)
 

 




Byk - hmm, w zasadzie nie mam nic do powiedzenia, całkiem sympatyczny byk. Nawet spod byka nie patrzy.
 
 


 




Lew - pełen puchatych mgławic.
 

 


Namalowałam wszystkie 12 (konsekwentne działanie i zrealizowanie planu w 100% - normalnie sama w to nie mogę uwierzyć) tylko zdjęć jeszcze nie mam.

Jednakowoż skończył mi się blok, a sklep mam po drodze z pracy do domu. Po drodze, która teraz jest dłuższa i uperdliwsza niż zwykle, więc nie bardzo mi się chce jeszcze po drodze wysiadać, iść do sklepu i przedłużac tą Odyseję jeszcze bardziej... No ale zobaczymy, dzisiaj o dziwo świeci słońce (NA RAZIE) , więc może jednak się przejdę.


W piątek planowo ma nastąpić koniec pierwszego objazdu, proszę tam popukać w niemalowane drewno w mojej intencji, albo coś, żeby obsuwy nie było, bo już naprawdę wymiękam. Wczoraj po zwyczajowej dawce tańców z łabędziami, gepardzich skoków na ścianę, igraniu z lotną jaskółką i medytacji w pozycji bociana, siadłam na kanapie i oczy mie się zaczeły zamykać. Była godzina lekko po 20. Zamarzyła mi się kawa z paroma ciasteczkami, które to marzenie szybko spełniłam, nie zważając na późną porę - i słusznie, o 22 jak padłam w pościel, tak zaraz już budzik rano dzwonił.

Ale nic to, nic to! W zimie i tak było gorzej.

(No i można już mówić, że w zimie "było" coś tam. BYŁO, rozumiecie? Jedno małe słówko, a jaka różnica?!


................................................................


Z buraczanych notatek z podróży:
Ławka na brukowanym placyku. Zawsze tam autobus długo stoi na światłach - znaczy nie na ławce, no wiadomo, na ławce siedzi trzech metalowców płci jednoznacznie męskiej i szerokobarczystej. Czarne tekstylia, dzikie brody, piórniki po pas, glany też prawie po pas, nity, groby, czaszki, trupy i takie tam typowe elementy zdobnicze.

I co robią ci źli i zdemoralizowani wyznawcy szatana, ci zepsuci i zgnici antychryści?
Piją krew niewinnych dzieciątek zagryzając zabłąkanym w ich stronę gałąbkiem? Wyrywają serca małym kotkom i robią z nich łańcuszki do kluczy? A nie.
To może chociaż alkohol piją? A też nie.
Otóż jeden drugiemu przeczesuje blond włosy ręką i zaplata w luźne warkocze :)
Bukoliczna, wiosenna przerwa w Armageddonie. W końcu każdy potrzebuje czasem odetchnąć od roboty, nie?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...