Najpierw krążenie wkółko parkingu jak stadko wilków wypatrujące rannej sarenki. Już od razu tutaj, na początku, próba cierpliwości i test sprawnościowy w jednym - bo ciasno straszliwie a do tego ludzie łażą jak ślepi, jakby nie widzieli ile aut dookoła: a to wózek z dzieckiem stoi na środku ulicy bo ojciec roku akurat upycha zakupy w bagażniku, tu jakiś czterolatek biega samopas między jadącymi samochodami, tu rodzina z psem na kilometrowej smyczy przechadza się jak po parku, smyczą oplatane już są cztery auta i jeden pan na rowerze, a pies najspokojniej w świecie "staje na rękach" na parkingowym poboczu szerokości 30 cm.
Po upolowaniu
Pustki w półkach z kartoflem. Kryzys idzie?! A jak już na kartofla zeszliśmy, to ja chciałam zapytać co za sadysta w tym kraju kazał kierować do sklepów tylko te nie większe od bardzo małego jajka? Przecież obranie ziemniorów na obiad dla nas trojga już powoduje przykurcz mięśnia w ręce trzymającej nożyk, a co dopiero jak ktoś ma troje dzieci... No i co się właściwie dzieje z tymi dużymi ziemniakami? Wszystkie idą na frytki do Maca?! Mówię wam, jak jadę do Polski to w osiedlowym Tesco mnie takie wzruszenie ogarnia na widok tych kartoflów w rozsądnym, słusznym rozmiarze, wystarczy obrać po 1-2 na osobę i gotowe. Tutaj trzeba w trudzie i znoju ścibolić po 40 na głowę.
Za to pory są wielkości - i grubości - sekwoi, medal dla tego, kto potrafi taki egzemplarz zużyć na raz w całości. Ja mam już litrowy pojemnik siekanego pora w zamrażarce.
Bułki na niedzielę, makaron, puszkę groszku i kostkę masła zwijam w biegu, tam zawsze idzie dobrze i szybko.
To samo przy półce z hummusem - toż przebóg, kto to je w ogóle! - więc mogę spokojnie nawet skład przeczytać, bo niemiecki producent żywności za sprawę honoru poczytuje sobie wlanie litra octu do wszelkich słoików i pudełeczek z dipem, sosem czy warzywem, inaczej produkt jest niejadalny. Więc szukam tych nielicznych bezoctowych rebeliantów.
Następnie przytrafia się mała zawieszka Borsuka przy półkach z whiskey, ale to zrozumiałe jest. Wszak takie chwile należy celebrować. Ja się od kilku lat zafiksowałam na jednym winie, to mi szybko idzie, ale teraz akurat zachciało mi się czekoladowego Baileysa, a nie było, więc płakałam troszkę.
Dział krojonych na wagę wędlin i mięs to nie nasz świat, więc na szczęście stanie w dodatkowej kolejce nas omija. Ale dla równowagi półka z sojowymi / seitanowymi rzeczami na chleb i na obiad wciśnięta jest za szeroki filar, i wejść tam można tylko pojedyńczo, bez koszyka, i będąc w miarę szczupłym, z tym że trzeba najpierw zdjąć kurtkę, wciągnąć brzuch, ramiona rozsunąć i ustawić po bokach tułowia, a stopy też stawiać bokiem. Tak jak te śmieszne ludziki na staroegipskich papirusach. Widać też wszędzie mieli ciasno.
Zagadka tartej bułki... Jedne sklepy stawiają przy pieczywie, inne przy mące i cukrze, jeszcze inne wśród przypraw. You never know! Daj się zaskoczyć.
Mleko bez laktozy schowano nie wiedzieć czemu w dziale dla bezglutenowców.
53 rodzaje mrożonych tortów i ani jednego czekoladowego. Wszędzie tylko lukier i farbowana galaretka. Co za barbarzyński kraj... :(
Potem jeszcze tylko szukanie igły w stogu siana, czyli wyłuskanie zpośród czterystu odmian crème fraîche kubeczka zwykłej śmietany - crème fraîche odkąd się pojawił, wyoutowal ją z półek prawie całkowicie, nie wiem dlaczego. Bo lepiej brzmi?
Prowadzi do tej śmietany niekończąca się aleja jogurtowa, jak pas startowy dla Jumbo Jeta, no ale trudno, innej drogi nie ma, jak się chce mizerię na obiad to trzeba przez to przejść. Oczywiście tu znów Keviny rozkminiające czy wziąć zdrowy i modny jogurt z ochydnym glutem chia, suszoną agawą, karmelizowanym selerem i łzami delfina, czy zwykły brzoskwiniowy, który co prawda smakuje w pyteczkę ale cebulacko wygląda we wspólnej lodówce w korpo-kuchni.
To jeszcze szybko jakieś chrupki na wieczór i jesteśmy w kasie.
Kolejki do kas długie, a oświetlenie sufitowe dobre, mocne, cieplutkie, stoimy więc w tych zimowych kurtkach jak kurczaki w inkubatorze. (W kolejce do - hy hy - oskubania)
Kończy się papier do drukowania paragonów.
Kod z jogurtu z karmelizowanym delfinem nie chce wejść na kasę.
Przed nami zakupy na taśmę wykłada znowu jeden z tych bardzo dziwnych ludzi, co nie ogarniają, że jak butelki się położy w poprzek taśmy, to one będą się toczyć do tyłu za każdym razem jak taśma ruszy do przodu. Serio, Kevin, ZA KAŻDYM RAZEM, naprawdę. Ale zamiast położyć je po prostu wzdłuż taśmy, to Kevin co i rusz przytrzymuję je ręką, przetacza dwa metry do przodu i uważa, żeby nie stukały jedna o drugą. No i jak ten świat ma nie upaść, skoro 90% ludzi nie ogarnia tak prostego zjawiska?! Jak im się woda z wanny przelewa, to też wycierają ciągle podłogę zamiast zakręcić kran? Dodajmy do tego te puszczone samopas na parkingu dzieci i psy, i mamy pewność że gatunek ludzki dąży ku samozagładzie. Kiedyś nastanie taka chwila, że procent Kevinów w ziemskiej populacji wzrośnie na tyle, że zacznie się staczanie po równi pochyłej, a wiadomo jak to wtedy leci. Szybko i w dół.
Każda interakcja z większą masą ludzką kończy się u mnie tymi samymi wnioskami. Trudno, będę już zawsze dzikiem-samotnikiem. Chrum chrum, kłłłiiiii.
Ehhh...
To popatrzmy sobie w gwiazdy dla uspokojenia. Koziorożec w gwiezdnym, złotym pyle:
No. Od razu lepiej, co? Mi tak :)
















