Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabelsko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabelsko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Uniwersalne czyszczenie wiewiórek

Taką niecodzienną usługę zaoferował mi ostatnio internet. A dokładnie, to było po niemiecku i było napisane tak: "Putzen Sie Eichhörnchen universal". Zastygłam w zachwycie :D

Jakkolwiek wiewiórki nie mam, brudnej ani czystej, to nie powiem, zaintrygowało mnie to gdyż kocham absurd całym mym czarnym, zgniłym serduszkiem.
(abstrakcyjny absurd, bo ten w wykonaniu urzędników i polityków to nie, oni nadają słowu "absurd" całkowicie nowy, nieprzyjemny wymiar, od którego czasem człowiek ma ochotę zerwać sobie twarz)


I jak ktokolwiek z was też teraz pomyślał - jak ja -  że zaraz będziemy tu polerować wiewióry brylantyną do połysku, albo poprzez namaczanie w pianie i suszenie suszarką produkować puchate kule z ogonami, no więc jak ktoś już na ta myśl poczuł dreszczyk emocji i pokrył się skórą gęsi,  to już się może oddreszczyc i odgęsić, bo okazało się że:  w internecie wcześniej chciałam, żeby mi pokazał rosyjskie hieroglify w jakimś znośniejszym narzeczu, więc przestawiłam na tłumaczenie, i potem zapomniałam odstawić. Następnie weszłam na inną stronę, która też od razu została automatycznie przetłumaczona, i wcale nie chodziło (niestety) o czyszczenie wiewiórek tylko o Brush Squirell Universal czyli pędzel do akwareli z sierści z ogona wiewióry. 


A tak było pięknie już, nie? No wiem, wiem. Świat to nie pudełko ulubionych czekoladek jednak.

To jak internet wyciął mi takiego hołubca, (nie wspominając nawet o politykach) to pójde jego śladem i też tu państwu wytnę szczupaka, wyskok z przysiadu, chwacko kozacki, efektowny i z przytupem:
(proszę zwrócic też uwagę na publiczność)






1.
- No i co Stefan, dobry pokaz, co? Warto było dać te parę orzechów za bilet, nie?
- Nie.


.......................................................................................



2.
- Liście nieświeże dają w tym cyrku. Mdłe. Może by tak skargę i zwrócą za bilet? Ale czy zwrócą, jak zjem wszystkie? (czyli odwieczny dylemat Oszczędnego Janusza)


.......................................................................................


 3.
- No i co to ma być, Kazimierz? Powiedziałeś "wielki show", "kwintesencja romantyzmu wyrażona tańcem", "wspaniały występ" -  a tu dupę widać! I to ma być ten piękny wieczór na naszą rocznicę?! Ja godzinę skrzydła polerowałam w salonie, Jolka z Ewką to prawie pękły z zazdrości, i co ja im teraz powiem, no? Co ja im powiem?





.......................................................................................

4.
- Ty, Waldek, pa! Ale wyskoczył, jaaa cię! Ile byś mu punktów dał, co? Ile?
- 10. Bym mu zabrał 10.





.......................................................................................

5.
- To ci występ!!! Krystyna, mówiłem, będzie warto tu przyjść! Niezapomniane wrażenia, emocje, mówiłem! Upadniesz na kolana z podziwu, widzisz, mówiłem!!!
- Jakie kolana, Marian, my nie mamy kolan. Dziecko byś lepiej wziął na ręce, nic nie widzi. Rany boskie, kiedy ten facet dorośnie...





.......................................................................................



 6.
- Spodziewałem się stanowczo czegoś lepszego. Rąbka tajemnicy, scenicznej magii. Serc porywu. A nie majteczki w, kurna, kropeczki. Świat stacza się, zaiste. Tak.





.......................................................................................
7.
- Falbanki-sranki, szampan, piórka w zadku, budyń z brylantów, fanaberie! I tak wszyscy umrzemy.





.......................................................................................


8.
- Aaaaa!!! Moje oczy, moje oczy!!! Jak tak można bez ostrzeżenia bez bielizny!!!





.......................................................................................




9.
- Fanem baletu nie jestem, ale jak darmowy bufet, to nie odmówię. I fotkę na fejsa się strzeli, żeby podkolorować kartoflane pochodzenie.






.......................................................................................



10.
- Ale zarąbiście chłopaki, co? W końcu jakiś festyn w gminie zorganizowali.
- No, super! Stefan, no weź popatrz! Fajnie że przyszliśmy, nie?
- Nie.

 
.......................................................................................


A szanownej publiczności po drugiej stronie ekranu występy przypadły do gustu? Czy raczej podzielacie zdanie Stefana albo Waldka? No i pytanie za 100 punktów: co myśli Kazimierz?
Redakcja zaprasza do podzielenia się uwagami, wyrażenia opinii - może być nawet na temat. Albo kto lubi jakie pierogi, czy tam jakie ma zdanie o wyrażaniu emocji poprzez muzykę w przestrzeni publicznej typu autobus. Obojętnie. W każdym razie redakcja serdecznie zaprasza do.





.......................................................................................


A teraz część tak bardziej oficjalna i z łezką w oku: otóż chciałam podziękować wam za te wszystkie dobre myśli i strumienie pozytywnej energii, nie za bardzo w sumie potrafię uwierzyć w ogóle, że o mnie nie zapomnieliście skoro na tak długo znikłam z internetów. Ogromnie mnie to zdumiewa, pozytywnie zdumiewa.

Serio, każdy komentarz czy mail wzrusza mnie na maksa, ja jestem raczej przyzwyczajona do bycia niewidoczną, przeźroczystą. Istotą doskonale nieistotną. A tu takie rzeczy! Jesteście najlepsi, naprawdę.


Natomiast na pytanie jak się czuję i jak tam w klinice to nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Niby z jednej strony widzę ile osiągnęłam od lutego - ale z drugiej strony czasem reaguję na nieprzychylności losu tak kolosalnie przegięciową utratą równowagi emocjonalnej, że myślę że NIC nie osiągnęłam. No i bądź tu mądry. 


A czasu mam jeszcze tylko niecałe trzy tygodnie. Potem idę do urzędu pracy i zgłaszam się jako zdrowy osobnik, gotowy do podjęcia pracy. Choć ani nie czuję się zdrowa, ani gotowa do podjęcia pracy. Ale muszę, bo kasa chorych świńskim numerem pozbawiła mnie zasiłku chorobowego i od maja nie mam żadnych pieniędzy. A Borsuk też nie śpi na kasie, bo odkąd w kwietniu złamał nogę - tak niezwykle efektownie że od razu musiał być operowany i poskładany przy pomocy śrubek, blaszek i drucików na kościach - to do dziś ledwo łazi i dostaje tylko zasiłek chorobowy. Ale helikopterem się przeleciał! (z miejsca upadku do szpitala ;)


No i tak to. A z dobrych rzeczy to dalej robię na szydle, mam zapisane milion filmików i instrukcji na torby, szaliki i czapki, tylko nie mam za co kupić włóczki :) Tęsknym okiem rzucam w internety na te cudowne, wielobarwne kłębki, te co tak płynnie przechodzą z jednego koloru w drugi, i w trzeci, i w kosmos w ogóle. Rany jakie one piękne są!
I maluję dużo, naprawdę dużo, bo to działa na mnie uspokajająco. Kto mnie odwiedza na Instagramie ten widział (link na górze po prawej). Tu na blogu też pokażę, tylko powoli, nie wszystko na raz :)  A na ergoterapii nawet z gliny lepię  garnki, znaczy kubki na kredki/pędzle itd. Cudowne uczucie, glina jest super przyjemna. Niestety klinika nie dysponuje piecem, ale dostanę adresy pracowni, gdzie ewentualnie jest szansa na wypalenie. A jak nie, to nie, pomaluję sobie farbami akrylowymi.



I to tyle na dzisiaj, niedziela, godzina 24.49 czyli w sumie to poniedziałek, zachmurzenie małe, 19 celcjuszów na balkonie i w cholerę ciem (w sensie motyl nocny kosmaty) w domu. Idę spać.
 

poniedziałek, 1 lipca 2019

Proszę położyć się na leżance i natężyć do mnie nozdrzami!

(Tytuł posta to cytat z "Z pamiętnika młodej lekarki")




Tak więc wchodziłam do gabinetu. Regularnie co wtorek. Leżanki nie było, ale były fotele. Zamiast młodej lekarki - psycholog. Po jego fryzurze i biurku to tak na oko przetaczała się też regularnie (być może co wtorek) horda dzikich borsuków i sam szatan, więc od razu wydał mi się godny zaufania. I już po pierwszej wizycie wiedziałam, dlaczego współpacjenci uważają go zgodnie za najlepszego na oddziale - w porównaniu ze wszystkimi innymi psychologami, z którymi rozmawiałam przez ostatnie 5 miesięcy, ten pokazał nowy wymiar terapii, całkiem inny świat, inna taktykę, choć bardzo skromną w środkach. 
Malutkie, króciutkie, z pozoru niewinne pytanka, wycelowane jak krople wybielacza prosto w środek moich czarnych plam na mózgu, jak mikroskopijne skalpele precyzyjnie przecinające korzenie myśli, wrośniętych od czterdziestu lat w neurony. Nie myślałam, że coś takiego jest możliwe.
Zastygłam w zdumieniu:



Była to terapia bolesna, bez znieczulenia i na żywej tkance, ale skuteczna - jeżeli nie stawiało się oporu i akceptowało, że będzie boleć. Oczywiście to jeszcze nie koniec, właściwie dopiero początek, bo wyrywanie czterdziestoletnich chwastów potrwa jeszcze długo - ale koniec z pobytem stacjonarnym. 

Z gabinetu wypełzałam resztką sił i do wieczora zalegałam na trawniku albo przy wspólnym stole z innymi osadzonymi. Złoci ludzie to byli. Inteligenti, mądrzy, utalentowani, wrażliwi, empatyczni, nie osądzali, nie myśleli stereotypami, gotowi w każdej chwili pocieszyć, upiec ciasto, i powiedzieć gorzkie, ale potrzebne słowo prawdy. Bardzo mi było z nimi dobrze. (I to druga rzecz, jaka nigdy nie przyszłaby mi do głowy przed pobytem tam)







Do głowy też nigdy by mi nie przyszło, że nauczę się robić na szydełku! Zawsze chciałam, ale wydawało mi się to rzeczą z pogranicza czarnej magii - a tu proszę. W grupie wariatów, którzy mają dużo czasu, nie ma rzeczy niemożliwych! Nauczyli mnie. Zrobiłam sobie podrózną torbę na kredki i mazaki, etui na telefon i pokrowiec na poduszkę. 

(Czy komuś też "pokrowiec" kojarzy się z pomorem krów?)

A teraz uwaga uwaga: będzie i czwarta rzecz, która nie przyszłaby mi w życiu do głowy, ale tak na serio nigdy, never-ever, bez cienia szansy. Otóż biegam. BIEGAM. No, serio, ja, JA biegam. Ja, osoba, która na widok ludzi biegających zawsze nadziwić się nie mogła, po cholerę oni się tak męczą i w ogóle co to za przyjemność tak biegać bez sensu, wariaci. 









Ale jakiś czas temu, w nagłych przypływach stresu, zaczęła pojawiać się we mnie chęć puszczenia się cwałem prosto przed siebie, żeby uciec myślom, uciszyć burzę w głowie, zmęczyć się tak, żeby nie było siły myśleć. No i razu pewnego w klinice, podczas porannego, grupowego i obowiązkowego spaceru po lesie (jakieś 2 km), poszłam w galop i zniknęłam współosadzonym z oczu. Oczywiście dogonili mnie spacerkiem od razu za pierwszym zakrętem i podnieśli z przydrożnych łopianów, w których cieniu i wilgoci usiłowałam przejść ze stanu agonalnego w jakiś bardziej odpowiedni do kontynuowania przechadzki. 

Następnym razem nie było lepiej. 

Za trzecim razem bliska byłam rozpaczy. 

Za czwartym stwierdziłam że to chyba nie dla mnie.

Za piątym zauważyłam, że pierwszą przerwę na oddech zrobiłam o jakieś 10 metrów dalej niż zwykle wcześniej, tylko nie wiedziałam, czy to powód do radości czy zwątpienia.

Za szóstym myślałam, że oto wybiła moja ostatnia godzina, pochowajcie mnie tu w tych łopianach, i resztę drogi przeszłam piechotą.

Za siódmym razem niespodziewanie potrzebowałam już tylko dwóch przerw zamiast trzech.

Za ósmym razem potrzebowałam już tylko jednej przerwy i nowych butów, bo stare adidaski wyciągnięte z szafki po dekadzie nieużywania wyzionęły ducha na szlaku. 

I za każdym razem tornado w głowie ustawało na jakiś czas, dawało mi chwilę odpoczynku, mały reset przed następną walką w psycho-gabinecie.

Teraz mam nowe buty, słuchawki na blootooth, i ostatnio przebiegłam 8,3 kilometra i czułam się po tym ZRELAKSOWANA, a nie wykończona jak Lessie, co to w końcu wrócił.

Tak więc trwam w obliczu tych wszystkich cudów, próbuję się odnaleźć - czy raczej wynaleźć, powoli stworzyć jakąś prawdziwą siebie, odporną na świat. Na oddziale pomocna była też yoga - rozciągała spięte od stresu terapii mięśnie, a "Om"  i "Shanti" w sali z pięknym echem naprawdę pozbawiało człowieka na chwilę poczucia posiadania ciała. No fajnie było. 























Był warsztat kreatwywny, na którym nawet dwa razy załapałam się na lepienie z gliny! Mam teraz kilka fajnych, małych talerzyków.
No i samo przebywanie ze współosadzonymi, rozmowy na tematy poważne jak i całkiem powalone.






Przy wspólnym stole, czy to przy szydełku, czy malowaniu paznokci (jeden kolega miał całą torbę lakierów!) czy rysowaniu, szyciu, sudoku, pleceniu makramek, pleceniu profesjonalnych  fryzur pacjentom o długiej sierści,



 - bo każdy miał tam jakieś swoje hobby - czułam się jak dziecko w przedszkolu. To była terapia 24/7. Była wymiana słów, myśli, doświadczeń, wytworów artystycznych, wieczorne pieczenie ciast i ich radosna konsumpcja o północy. Leżenie popołudniami na trawie pod drzewami i patrzenie od spodu w słonecznie zielone liście. 

Ale były i historie z życia, których nie życzyłabym nikomu, i na które bierze się kubeczki po brzegi wypełnione koktajlem z kolorowych tabletek do śniadania. Były nadgarstki z wielkimi, starymi bliznami i takie świeżo obandażowane. Fobie, manie, natręctwa, traumy, strachy, i ludzie targani wewnętrznymi wichrami tak mocno, że ledwo stali. Były oczy patrzące w przepaść bez dna, ludzie zbudowani nie z ciała, a z cienia. Każdy jeden gotowy i zdolny do pomocy wszystkim wokół - tylko nie sobie samemu. Życzę im z całego serca, żeby im się jednak udało. 





Dużo diabłów narysowałam przy wspólnym stole :) Było ich więcej, ale rozdałam albo wymieniłam za inne fanty. 

A w ogóle to ciepło jest, nie? Niby dobrze, ale trochę mąci we łbie. Ostatnio się dziwiłam co mi tak niewygodnie i uwierająco pod koszulką - zajrzałam więc sobie w biust i się okazało, że udało mi się założyć biustonosz na lewą stronę. Taki z poduszkami :)

To tyle na razie. Czołem, rogiem i kopytem moi mili!










poniedziałek, 28 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: jeszcze raz cierpliwość. Bez tego naprawdę ani rusz.

Znowu będzie o zakupach, sobotnia spożywka, ten cotygodniowy, niewygodny rytuał do odbębnienia mający na celu uświadomienie szaremu konsumentowi, jak bardzo idzie w górę wszystko oprócz jego wypłaty. Jednocześnie jest to jedyna forma interakcji ze społeczeństwem jakiej zaznaję, i szczerze mówiąc, wystarczy.

Butelka coli. Ukryta w niekończących się labiryntach ustawionych ze skrzynek z wodą mineralną od tysięcy producentów. W sumie nie wiem po co w mieście, w którym wodę można bezpiecznie pić z kranu, ludziska decydują się na tachanie skrzynek butelkowanej - ale ich pieniądze, ich plecy, ich sprawa, co mi do tego. A patrząc na to, jak bardzo ostatnio rozbudował się producent wody mineralnej obok mojego zakładu pracy, można oszacować jak wielki hajs przytula się w tym biznesie. 

Z ciekawostek przyuważonych podczas Odyseji przez labirynt: oranżada bananowa. Na sam widok tego kuriozum desperacko rzuciłam się do ucieczki, Borsuk znalazł mnie później na dziale win, schowaną pod regałem z zacnym Chardonnay, i namówił do wyjścia za pomącą wielu łagodnych, dobrych słów i słodkiej przekąski.
Naprawdę, ktoś kto decyduje się na oranżadę bananową jest jak saper: pomyli się tylko raz.


Ale dobra, cola jest, cała reszta jest, do kasy. Kolejki długie, ludzie odpowiednio do pory roku odziani w zimowe, grube kurtały i swetery, szalami okutani, a atmosfera gorąca. Na sklepie między chłodniami i lodówkami tak się tego nie czuło, ale teraz oj, ciepło. 

No ale nic to, piętnaście minut i paru Kevinów później pani kasjerka kasuje nareszcie zakupy faceta przed nami, gościu 50+, i albo dobrze sytuowany albo te bardzo drogie i bardzo brzydkie ubranka (to zadziwiająco często idzie w parze) dostał od tego bezdomnego od Maybachów. 
Już kasjerka skanuje ostatnie produkty faceta, my już mentalnie prawie jesteśmy w domu, już witamy się z dresikiem, kocykiem i kanapą, aż tu nagle wtem!!! Oko faceta, uzbrojone w wykwintny okular, wyłapuje że wyświetlacz kasy przy puszce jajec jesiotra pokazał cenę 5,99 € zamiast promocyjnych 5,85€. No i w tym momencie już wiemy że dupa, pozamiatane, przyjdzie nam nocować w supermarkecie dzisiaj. Bo w tym mieście takich rzeczy się nie popuszcza, nie ma zmiłuj. Tu obywatel będzie czekał przy kasie na tego należnego mu miedziaka aż reszta zakupów mu spleśnieje i zgnije, a kolana odmówią posłuszeństwa i rozsypią się w proch. Wtedy się położy i dalej będzie czekał. A rozumiecie, gościu wziął aż dwie puszki tych jajec, w końcu 14 centów zniżki to jak za darmo, trza brać jak dajo! 

(A zaznaczam że takie pomyłki zdarzają się bardzo rzadko, kierownik sklepu prędzej by sobie dał rękę uciąć niż pozwolił na umyślne zafałszowanie w ten sposób cen)

No i się zaczęło. Facet powołuje się na gazetkę promocyjną, której jednak nie ma akurat przy kasie, trzeba wołać kierownika.
Kierownik przychodzi i oznajmia, że możliwe, ale trzeba zweryfikować.
Woła Frau Kruppke z gazetką.
Frau Kruppke przychodzi i oznajmia, że gazetki się skończyły. 
Kierownik idzie na zaplecze sprawdzić cenę w komputerze. 
Frau Kruppke strategicznie znika po angielsku. 

Kolejkowicze zdejmują szaliki i rozpinają kurtki, otwierają dzieciom batoniki i paczki Haribo.

Wraca kierownik i oznajmia, że jajec jesiotra w promocji niestety nie ma w komputerze. 
Razem z kasjerką wołają przez mikrofon Frau Kruppke, żeby sprawdziła cenę na półce. 
Frau Kruppke wraca już po godzinie i potwierdza cenę promocyjną.
Kierownik idzie po ten mały, czarodziejski kluczyk od kasy. 

Kolejkowicze ściągają kurtki i kładą na nich młodsze dzieci do drzemki. 

Kierownik wraca już po dwóch dniach, bo musiał kluczyk wyłuskać z sejfu na magiczne zaklęcie, które zdradza mu Sfinks w nagrodę za rozwiązanie niezwykle skomplikowanej zagadki, a do Sfinksa prowadzi droga, której strzeże wielki zły smok, a smoka może pokonać tylko czarownica mieszkająca na zatrutym bagnie, a ona nie pracuje w weekendy!!!
No ale nic, utrudzony i uznojony kierownik ma w końcu ten kluczyk, wsadza go do kasy i razem z kasjerką coś tam zmieniają w sklepowym matrixie.
Czary mary hokus pokus, i są jesiotrowe jajca po 5,85€.

Klient dostaje klepaki do ręki, wszyscy w kolejce wiwatują, budzą maluchy i zwijają obozowiska uwite z kurtek i szalików, następnie budzą starsze dzieci i emerytów śpiących w kapuście, życie i taśma przy kasie toczą się dalej. 


I najpierw to ja w myślach tysiąc razy zabijałam tego faceta na wiele wyszukanych sposobów, bo mimo że zarabiam znacznie poniżej średniej krajowej, tak znacznie że linia tej średniej wisi wysoooko nade mną jak kable elektryczne nad ziemnym żuczkiem gnojarkiem, to szczerze, w takiej sytuacji od razu olałabym sprawę i wzięła ten kawior za 5,99€ byleby móc już wyjść i zacząć weekend, a on z tym fancy płaszczykiem i zakupami za milion ściera się o 14 centów i psuje ludziom nerwy i kradnie wolny czas. 
Ale potem mi się przypomniały komiksy o Sknerusie McKwaczu i jego siostrzeńcach, które mój brat czytał w dzieciństwie, i ten Sknerus mówil, że jak ktoś chce mieć pieniądze, to nie powinien ich wydawać. I dlatego on ma. Nie wiem czy to prawidłowe podejście, ale logiki nie sposób mu odmówic. No a tutaj przy tych jajcach rozchodziło się wszak o 28 centów, przebóg, toż to wincyj niż ćwierć Euro! Dodajmy do tego, że mieć ćwierć Euro a nie mieć ćwierć Euro to razem pół Euro, więc widzimy że:

a) zaczyna się poważna sytuacja
b) dlatego ja nigdy nie będę bogata
c) cierpliwość los nagradza piniondzem i jajcami
d) warto jednak kupić butelkę mineralnej żeby było co pić podczas koczowania przy kasie

Zapamiętajcie to sobie.


Na ilustracji: klienci ścigający atrakcyjne promocje.











.....................................................................

Co do ogrzewania i ciepłej wody na kwadracie: dobra i zła wiadomość.
Dobra: od czwartku wieczór znowu ciepło.
Zła: to całe ustrojstwo w piwnicy, co ta wodę grzeje i rozdziela, ciągnie na ostatnim dechu i musi być wymienione najpóźniej w lutym. W LUTYM. 
Mam nadzieję że to nie potrwa znowu tydzień... Bo w środę, a więc po pięciu dniach bez ciepła, odważyłam się zmierzyć temperaturę w mieszkaniu i wyszło mi 12°C. A to nie jest dużo, nie.

.....................................................................

środa, 24 października 2018

Nie ma mnie.

Znikłam, wyparowałam, wilki mnie zjadły, uległam absorbcji przez ciemną materię. Nie ma nawet mojego cienia - porwały go dzieci nocy o głowach z upiornych dyni, capnęły go chudymi palcami o spiczastych pazurkach i uciekły chichocząc. Pewnie teraz szyją sobie z niego czarne peleryny-niewidki. 

Ja - mizerne strzępki jakiejś tam byle jakiej osobowości, pałętające się luźno w powłoce ciała, w klatce z kości, jak najmniejsza z matrioszek zamknięta w największej. 
Forma ze śladową ilością nieciekawej treści. 
Nawet tego teraz nie ma - rozwiał mnie wiatr, zmieszał te strzępki z jesiennymi liśćmi, zawiesił kilka na opuszczonych sznurkach do prania, cisnął w błoto. 
Przeraża mnie czasem to, jak bardzo nikim jestem. No, chyba że tchórzem. Tchórzem jestem pierwszorzędnym, ale to nie o to chodzi. 

Istnienie w mediach nie dopuszcza niczego poza radością, więc pewnie i tego postu nawet nie ma. Może mnie w ogóle nie ma i nigdy nie było, a może zostałam w tym lesie, kilka tygodni temu, wsród szepczących paproci. 

Może gdybym wykształciła jakieś cechy i zalety, charakter, poglądy, błyskotliwe myśli, to może miałabym jakieś znaczenie, jakąś wartość, może trochę bardziej bym była. Nie żeby od razu kimś znaczącym, po prostu sobą. Może... Może, może. A może i nie. 
Może te kilka marnych strzępków zaciśniętych w supeł na gardle i sercu, to właśnie ja, to wszystko, i reklamacji za wybrakowany towar nie uwzględnia się. 



Portret sprawców: wilcy, co mnie zjedli, i ciemna materia.

poniedziałek, 8 października 2018

Powrót.

A gdyby tak skurczyć się, zwinąć jak liść, albo poskładać w kostkę jak prześcieradło? Stulić płatki, zzipować, i schować się za biurową paprotką. Albo za kubkiem z kawą. Zniknąć im z oczu, co z oczu to z serca przecież, nie zauważyliby nawet. 
Odczekać chwilę, dla pewności, a potem wymknąć się przez uchylone okno na zewnętrzny parapet, wskoczyć na grzbiet przelatującej obok wrony i dać się nieść skrzydłom, miękkim i czarnym jak mrok. 

Lecieć, aż do wieczora.
Spędzić noc w szeleszczących cicho gałęziach brzozy. Zamiast pościeli - wronie pióra pachnące ziemią i dymem ognisk.
Odległe światło gwiazd nagle tak blisko, że mrowi w twarz, brzęczy w głowie echem dawno przebrzmiałych eksplozji. 


Krople porannej rosy na trawie. Z mgły, jak z mlecznej, skłębionej nicości wyłania się las. Wyrasta powoli z mchów i paproci, mruga tysiącem jagodowych oczu. Leśny strumień spłukuje resztki nocy, znika pod drzewami, zostawiając w ich korzeniach kilka gwiazd.
Wronie skrzydła otrząsają się z nocnego chłodu. Nad dziobem oko jak czarne lusterko, w którym widzę swoje odbicie, jakby innej takiej, może tej prawdziwej właśnie?

Wejdę w las, taka zmniejszona, nie większa od kota. W szepty jesiennych paproci, labirynty sosnowych korzeni. W opadłe, złociste liście, w czarcie kręgi grzybów wyrastające ze szmaragdowego mroku miękkich mchów. Zmienię skalę, rzeczy drobne staną się wielkimi; kropla wody zawieszona na źdźble trawy, taniec świetlików, lot sowy. Kolor wrzosów. 
Milczenie ciemnego jeziora, fosforyzujący mech.

Wejdę w las, taka lekka nie zostawię za sobą żadnych śladów. Będę tylko małą, ulotną częścią całości. Odcinkiem w czasie, który przemija jak szum traw, bez uciążliwego szukania celu i sensu. Bez balastu oczekiwań.

Wejdę w las, a pożółkła trawa i jagodowe krzewy zamkną się za mną jak gdyby nigdy nic.






............................................
Ten wpis i obrazki, gdzie jak widzicie zaszalałam cyfrowo, to wynik fascynacji norweskim lasem. Kto raz w niego wejdzie, jest stracony - zawsze będzie chciał wrócić. Teraz właśnie zaliczyłam go w wersji lekko jesiennej, z zyliardem różnorakich grzybów, krzaczkami jagód w jesiennych kolorach, bujnymi porostami zwisającymi z drzew, i tak, był fosforyzujący mech! :)
............................................







A teraz przepis na curry, bo obiecałam Adamowi, a przy okazji może i ktoś jeszcze skorzysta. 
Wszystkie składniki są w ilościach "mniej więcej" bo ja zawsze raczej improwizuję i podążam za fantazją niż za przepisem. Wychodzi tego curry DUŻO - my w trójkę mamy na dwa obiady, i to tak na bogato.
No i przyprawy do curry to jest historia sama w sobie oczywiście, ja biorę po prostu gotową pastę średnio ostrą, więc niczym tu nie zabłysnę ani nie zaskoczę. Do zrobienia mieszanki samodzielnie to jeszcze nie dorosłam.

Ogólnie to chodzi o to, że curry jest na bazie soczewicy + chrupiące warzywka, lekko ostre, a kontrastem są kostki dyni o rozkosznie kremowej konsystencji i łagodnym smaku. No mega po prostu.

- 1 puszka mleka kokosowego
- przyprawa do curry (ostra raczej, 3-4 łyżki)
- 2 średnie cebule
- 1 ząbek czosnku
- 350 gram dyni Hokkaido pokrojonej w kostkę (o boku powiedzmy niecałego 1 cm) I pamiętamy, Hokkaido jako jedynej dyni nie trzeba obierać ze skórki.
- 1,5 - 2 szklanki suchej soczewicy czerwonej albo żółtej (takiej co się gotuje w 20 minut)
- 0,75 litra bulionu warzywnego
- trochę (1-2 szklanki, powiedzmy) kalafiora w małych różyczkach
- 3/4 szklanki passaty pomidorowej
- 300 gram pieczarek albo cukinii albo innego warzywa, follow your belly, let your dreams run.
- nać pietruszki


Mleko kokosowe siup do dużego garnka, na to posiekaną cebulkę. Smażymy kilka minut, dodajemy zgnieciony czosnek i przyprawę do curry. Smażymy jeszcze parę minut, aż zacznie tak ładnie pachnieć że żołądek zaczyna krzyczeć "szybciej, szybciej!!!" 

Wrzucamy opłukaną soczewicę, pokrojona dynię, wlewamy bulion i passatę. Jak się zagotuje to na małym ogniu niech sobie pyka jakieś 10 minut.

W tym czasie bierzemy pokrojone pieczarki czy tam cukinię i przysmażamy na patelni (+ sól, pieprz).

Jak minęło w naszym garnku już te 10 minut, to wrzucamy kalafior (surowy) i pieczarki z patelni. Dodajemy soli do smaku i ewentualnie jeszcze przypraw, i niech se pyka następne 10-15 minut. Po drodze kontrolujemy poziom wody, bo może być że trzeba dolać, soczewica dużo pije.
UWAGA, pod koniec łatwo się przypala, więc lepiej czuwać niż siedzieć w internetach.
Jeśli wybraliśmy opcję z cukinią, to ją wrzucamy do garnka na samym końcu, bo inaczej się rozmemła.

Pod koniec gotowania wrzucamy pietruszkową nać, mieszamy, upewniamy się czy soczewica naprawdę jest miękka.
Nakładamy na talerz z ryżem, popadamy w obłęd, przez następny kwadrans świat składa się wyłącznie z dyni, taki dyniowy Minecraft.

No to smacznego.

środa, 8 sierpnia 2018

Przemyślenia o dniu powszednim.

Czy wy też w takie upały marzycie o cichym, oddanym służącym, który zawsze ma dla was w lodówce arbuza i lody kiedy przychodzicie po pracy do domu, ugotowani na miękko w autobusach?
A pózniej, podawszy już refreshings, zabiera się do gotowania obiadu, który sam oczywiście wymyślił.
Bo ja tak. Bo nie lubię gotować, szczególnie jak jest gorąco. 

Ale widzę siebie tak:
„Janie, przygotuj mi na jutro po pracy lemoniadę cytrynową, a kiedy wróci Pan Borsuk, podaj mu schłodzony napój z mate. Na obiad coś tam lekkiego, jakaś kasza, cukinia, wymyśl coś. Zupa może. Na deser zarżnij dorodnego arbuza, ale bezpośrednio przed podaniem, niechaj będzie świeży i ociekający posoką.“

I tyle, gotowe. I jak przyjdę do domu, to mogę od razu paść malowniczo na szezląg i zbolałym głosem narzekać na migreny spowodowane nadmiarem pasażerów w zbiorkomie, którego pojazdy pod względem temperatury nieodmiennie przypominają albo szybkowar albo zamrażarkę, w świecie komunikacji publicznej nie ma odcieni szarości. Tu się nie bierze jenców, wszystkich usiłuje się dobić na miejscu.
(To nie będzie potem tak tłoczno. I będzie mo na poskreślać następne linie z rozkładu)

Właściwie Jan nawet nie musiałby być człowiekiem, widzę tu chłonny rynek dla robotyki. Wymyślają jakieś roboty którym każą nurkować w ciemne głębiny pełne Nieznanego, jakieś sondy które potem samotnie dryfują w zimnym, pustym kosmosie i same sobie grają cichutko „Happy Birthsday“ i nawet ich nikt po pleckach nie poklepie z gratulacjami (czy co tam sondy mają zamiast plecków. Grzbieciki, pokrywy płyty głównej, dekielki na czujniku ruchu?)

No. A taki robot z zaprogramowanymi obiadami to by było wreszcie coś przydatnego. Do tego opcje dodatkowe, że ta lemoniada i arbuz, i proszę bardzo. Ja osobiście nawet byłabym gotowa wziąść kredyt, żeby posiąść takiego Jana. Jeszcze jakby odkurzać potrafił, to już pełny wypas. (Mamy pod domem drzewa produkujące tony białej waty a później tony małych, czepiających się wszystkiego nasionek, ogólnie ubaw od wiosny do jesieni) 

Tylko że jak znam ten świat, to pewnie podstawowa wersja Jana, dostępna za ludzkie pieniądze, serwowałaby oprócz obiadu co 20 minut blok reklamowy. Mehhh... No ale może dla równowagi miałby darmowego Netflixa albo HBO. 

Co do Netflixa: zaczęłam oglądać Alienistę i wymiękłam, ja się jednak nie nadaję do takich filmów - znaczy wizualnie bardzo ładny, ale umarłam z nudów. Nie potrafię rozgryzać tajemnic, szukać drugiego dna, iść po wskazówkach. Nic, nada, niente. Dla mnie trzebaby inaczej te filmy kręcić: najpierw pokazać kto zabił i dlaczego, a potem cały proces dochodzeniowy. 
Ale hiszpańską komedię „Toc, toc“ bardzo polecam, akcja toczy się w poczekalni gabinetu psychiatrycznego, no więc jak mamy grupę Hiszpanów z odchyleniami, to chyba więcej nie trzeba rekomendować? I choć jest przewidywalny (nawet dla mnie) to mimo to całkiem miły, po prostu fajne przedstawienie. 
I jest dokument o Iris Apfel, jeżu kolczasty, co to za kobieta, podziwiam ja niezmiennie, tak samo jak Quentina Crispa. Nie tylko za stylówe (choć oczywiście też), ale za całkowitą i niezłomną wierność sobie samemu, za radość z życia, tacy ludzie każdy dzień traktują jak tabliczkę ulubionej czekolady, albo kieliszek najlepszego martini. Nawet jak wicher w oczy dmie. Też tak się staram, ale hmmmm... no na razie jest jak jest ;) 


Na razie to mam ochotę leżeć tak jak ten tu, w dolnym rogu, o:





Te trzy okrągłe ząbki są tematem tutaj. Taka byłam nimi zafascynowana, że wszystko inne rysowałam dookoła nich właściwie ;) Ząbki wymiatają, co nie?





Fajny ten pomarańczowy mazak (wspomagany kredkami) 
Jest z zestawu, który trafił do mnie dzięki dobremu sercu koleżanki mRufy. 
Serdeczne dzięxy jeszcze raz !!!!  :)


Były sobie swinki trzy.
Ta w górnym rogu chyba za dużo sterydów zjadła.
No i to śliwkowe oko... jakaś ustawka była?






Czy z waszych sklepów też znikły wszystkie lody? Od dwóch tygodni usiłuję zjeść czekoladowego rożka - i jeszcze mi się nie udało. Wszystkie chłodnie wymiecione, są tylko te absurdalnie drogie kubeczki 250 ml za 5-6 Euro, tych nikt (jeszcze) nie chce, ale kto wie. 

Chyba sobie zrobię w domu znowu kawowe z nugatem w takim razie. 









Czołem, rogiem, i burakiem moi mili. 
Zaraz weekend.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...