Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Jak ma na imię Szatan?

Słuchajcie, nie jest najgorzej. Co prawda wieje jak wściekłe, że szyby w oknach trzeszczą, pada (tu deszcze, ówdzie śniegi, czasem oba na raz) i biometr niezwykle niekorzystny - ale, ALE!!! Mogłoby też być tak, jak mi się śniło dzisiaj, a gwarantuję, nie chcielibyście tego. 

Bo wymyśliłam w tym śnie całkiem nowy stan pogodowy!
Była zima, białe chmury, śnieg na ulicach, a na wysokości piątego piętra budynków w powietrzu utworzyła się warstwa LODU, normalnie jak na wodzie. No i potem wiatr i ruchy powietrza zaczęły ten lód kruszyć i on oczywiście zaczął spadać na ziemię, na ludzi, psy i sikorki, no idziesz sobie, idziesz, a tu nagle z nieba lecą ci na łeb rozpędzone kawały lodowej kry... Średnio, co? 
Ja akurat na szczęście byłam w domu i widziałam z wysokości drugiego czy trzeciego piętra jak się kruszy i spada. 
Mam bardzo wielką nadzieję, że coś takiego jest absolutnie niemożliwe. 
I chyba jest to pomysł na nowy film katastroficzny, takiego zdaje się jeszcze nie było. 

..................................

A z niecodziennych przeżyć to jeszcze jedno mam. Dziecko Zpiekłarodem zaczęło od niedawna dorywczo pracować, i po jakimś czasie z urlopu wrócił jeden pracownik, którego jeszcze nie znała. I przyszedł się przedstawić nowej współpracownicy:
- Cześć, jestem Szatan, ale możesz mi mówic Ulli.
Uroczo, prawda?

..................................

A jak już o zimie mowa, bo mi się przypomniało: czytałam kiedyś książkę o powstaniu dekabrystów w carskiej Rosji. Na podstawie pamiętników i listów, więc wiarygodna. No i jak już tym dekabrystom nie wyszło, to car Mikołaj - jak nakazywała miejscowa tradycja - zesłał ponad setkę ich przywódców, ludzi ze starych, arystokratycznych rodów, na Syberię do więzienia i kopalni. 
Z tym że słowo "więzienie" to nie jest całkiem na miejscu chyba, bo to były wykute w litej skale lodowate cele, mokre i całkowicie ciemne (nawet bez okienka w drzwiach), a więźniowie byli cały czas przykuci łańcuchami do ścian. Rano pobudka, do kopalni na 6 godzin, następnie na 2 godziny do świetlicy na posiłek i mały odpoczynek i potem zpowrotem do ciemnej celi, na łańcuch. Czyli było tam jeszcze bardziej średnio niż w moim śnie. 

I teraz sobie przedstawcie, że to była jeszcze wersja light, ze względu na arystokratyczne pochodzenie więźniów (żeby nie kipnęli od razu, wychuchane chłoptasie) bo obok było osobne więzienie dla przestępców z "normalnych" kręgów społecznych, morderców, złodziei itd. (Ale pracowali w kopalni wszyscy razem) 
No i ci niearystokratyczni mieli podobno o wiele bardziej przerąbane, szczególnie jeśli chodzi o czas pracy, po sześciu godzinach to oni dopiero się rozgrzewali pewnie. I oto trzem z nich udało się uciec! Niewiarygodne wręcz, ale jednak. I co zrobili cię szczęśliwcy, ci wybrańcy losu? 
Ano pod osłoną nocy poszli do wsi i za posiadane 5 rubli (pożyczone od autorki pamiętnika) ... schlali się na umór. 
I oczywiście ocknęli się zpowrotem w tym samym więzieniu. 
To się nazywa fason i brawura, nie?  
(Yolo: the Origin)

..................................

To zostawiam was z jeszcze jednym szatano-kotkiem, których wyprodukowałam naprawdę niepokojąco dużo, i idę na trzecią herbatę, bo inaczej przymarznę do krzesła i trzeba mnie będzie na fajrant odkuwać młotkiem i łomem. 

Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie prawdziwego imienia Szatana, nie wiadomo co się może w życiu przydać.























poniedziałek, 10 grudnia 2018

Historia żółtej ciżemki w barbarzyńskim kraju dzikiej północy.


W tamtym tygodniu w autobusie podeptałam jednego faceta i wcale nie było mi przykro. 

Bo po pierwsze usiadł w najbardziej idiotyczny sposób, w jaki można siąść w autobusie - nogi miał w poprzek tego wąskiego przejścia w tyle, znaczy siedział po jednej stronie, bokiem, a nogi miał oparte o drugą stronę. Siedzenia w tylnej części autobusu są na podwyższeniach, więc jak wstałam i zeszłam na podłogę to jego nogi były na wysokości mojego półuda, czyli ani przeskoczyć, ani obejść. 

A po drugie (i to chyba wyjaśnia dlaczego tak głupio siedział) to typ się w takie trzewiki fantastyczne ustroił, w takie ciżmy paradne i cud orientu, że paaanie złoty, Alladyn wysiada: czuby długie, wąskie i w górę zadarte, jak rogi księżyca w nowiu, jak kły mitycznego olifanta, szpice subtelną zapewne w zamyśle arabeską z zamszu spowite. No sam Sułtan Brunei by się nie powstydził. Jakaś gruba okazja musiała chyba być, no bo kto ubiera coś takiego na codzień. A tym bardziej na jazdę zatłoczonym zbiorkomem. Jakby autobus podskoczył na czymś na drodze, to by sobie oczy powykłuwał, szach perski.

No i taka sytuacja: ja chcę przejść, nasz kalif cofa te sierpy księżycowe pod siedzenie, ale nie daje rady, bo tam po prostu nie ma aż tyle miejsca, nikt nie projektował autobusów na takie kosmicznie odjechane kierpce. 
Ja muszę wysiadać już naprawdę, on podnosi nogi i nimi bezładnie macha, próbując chyba upchnąć je w jakimś skleconym naprędce czwartym wymiarze, ale się okazuje że akurat czarodziejskiej lampy z usłużnym dżinnem dziś przy sobie nie ma i nic z tego, więc w panice wymachuje tymi szablami jak najdzikszy z osmańskich janczarów, to z kolei wywołuje popłoch wśród najbliżej stojącej gawiedzi, wszak nikt nie chce skończyć z kłem mamuta o oku. W końcu jakoś tak bez sensu postawił je nagle na podłodze dokładnie w momencie, kiedy zdecydowałam się przejść niejako pod nimi, górną połową ciała robiąc unik w lewo. 

No i tak to podeptałam, się zaplątawszy. 
Trudno. Nie moja wina. Trzeba się było w takie kindżały wbijać? Służba w kalifacie pewnie już wie, że jak stary wskakuje w te swoje wysiepane ciżmy to w promieniu półtora metra panuje strefa śmierci, ale my, prosty lud północy, nie wykształciliśmy odpowiednich procedur. No i Sułtan Brunei w sumie raczej miejskim nie jeździ, to przede wszystkim. 

I tak dobrze, że w tej sytuacji nie straciłam głowy - całkiem dosłownie, prawda, ha haaa.


No to teraz obrazek. Mam nawet sierp księżycowy na tą okazję! O, proszę:












Tak tak, to wasze koty robią w nocy, jak śpicie. GAPIĄ SIĘ NA WAS I ŚWIECĄ! Snując swoje pokrętne kocie plany, na przykład czy zapolować tej nocy na stopy wystające spod kołdry. Albo o której bezlitośnie wczesnej godzinie najlepiej obudzić człowieka żądając śniadania, które następnie zostanie ostentacyjnie zignorowane. Albo jak mocno walnąć śpiącego ludzia łapą przez łeb w ramach walki z nocną nudą. I takie tam kocie sprawy. 

To czołem, rogiem i burakiem moi mili, miłego tygodnia. 
A jakby ktoś chciał wejść w posiadanie akwarelowego, nieinwazyjnego kota, to jak zwykle, pisać na maila.

]:-*

poniedziałek, 5 listopada 2018

Wielki Bzzzu. Prawie-elegia o melancholijnej musze. Oraz kot, duuużo kota.

Rachu-ciachu i po Halloween. Szkoda. Uwielbiam cały ten klimat, wystrój, dynie, czaszki, czarownice, czarne koty. 
No i przynajmniej raz można kupić tonę słodyczy bez żadnych dziwnych spojrzeń że "Ona to wszystko zje?!" 
(a zje, zje, co ma nie zjeść)
Nawet czarownicę Sabrinę na Netflixie wciągnęłam - myślałam że to jest jakaś bajka dla nastolatków o miłości w stylu tych tam wampirów Zmierzchu świecących w słońcu brokatem, a tu się okazało, że całkiem fajna opowiastka w wiedźmowatym klimacie, ciotka Hilda - the best one! I optycznie po prostu bardzo ładnie, a jak lubię jak jest ładnie. Scena w kuchni zawalonej cytrynami przerabianymi na przetwory - aaach, mogłabym tam zamieszkać, w tej kuchni, na krześle!
Żadne wielkie kino - lekko ale fajnie i z odrobiną czarnego humoru.

.......................................

Orzechy włoskie z drzewa na naszym podwórku, zazwyczaj pilnie wynoszone przez wiewiórki, sroki i wrony, w tym sezonie padły łupem dwóch sąsiadek. Po wielkiej wichurze poszły z siatami pod drzewo i wyniosły po 100 kilo - tylko po co to nie wiem, bo najeść to się tym nie da, trzeba chyba ze 2 kilo nałupać żeby cokolwiek uzyskać. No ale tak to już jest z ludźmi, że jak coś jest za darmo, to trzeba brać. 
(Co wie każdy, kto kiedykolwiek wystawiał coś na targach. Zniknie nawet twoje prywatne jabłko, nieopatrznie położone na stoliku)
Chyba że orzechówkę będą pędzić, przekonamy się.

.......................................

Oraz mamy w domu muchę. Pojawiła się jakiś tydzień temu, dawno po zniknięciu całego rodu muszego (czy ród muszy zapada w sen zimowy czy po prostu przechodzi do muszej krainy wiecznych łowów, to nie wiem, ale w każdym razie dawno już zniknął)
No a ta lata i lata, samotna taka. Ostatni Mohikanin muszego świata. 
Całkiem inaczej się patrzy na taką pojedyńczą, spóźnioną muchę - w lecie rój much to po prostu rój much. Denerwujące, wkurzające, włażące wszędzie gdzie się da stworzenia. A taka jedyna, samotna, skupia nagle na sobie całą uwagę, zmusza do obserwacji, staje się postacią dramatyczną!

Po kilku dniach zachciałam tego niedobitka jakoś nazwać, bo jednak spędzamy tyle czasu razem. Niech będzie dalej w konwencji indiańskiej, niech będzie Wielki Bzzzu.

Wielki Bzzzu jest melancholikiem. Lata powoli, bezgłośnie i apatycznie, nie tak wściekle jak to czynią muchy w lecie, w ogóle nie traci się go z oczu jak mozolnie przebija się przez bezbrzeżną pustkę pokoju. 
Kręci smętne ósemki jak na zwolnionym filmie. Siada na oknie i patrzy tęsknym wzrokiem we mgłę na zewnątrz, czy może widać gdzieś na prerii horyzoncie jakichś współplemieńców. Macha tymi maleńkimi rączkami "Tu jestem, tu! Czekam!"
Cichutko i skromnie pożywia się na plamce zaschniętego sosu w kuchni. 
W łazience spędza długie godziny, zagubiony wsród odbić w kafelkach, niczym wsród duchów przodków. 
W środę miałam wolny dzień, i razem obejrzeliśmy "Maniac" - na ekranie telewizora mały Wielki Bzzzu błądził w dymie papierosowym doktor Fujity, grzał się na jej maleńkiej czarce herbaty, ckliwie gładził emitowany przez pixele blask jej okularów. 

Do nas, żywych ludzi, się nie zbliża. Porusza się po marginesach naszego mieszkania, nie wchodząc nikomu w drogę. Jakby go już prawie nie było, jakby przeczuwał muszą zagładę, koniec muszej epoki. 
Markotnie, cichutko, boczkiem. Z rezygnacją. 
Mnie natomiast bolał ząb, co może poniekąd tłumaczy to lekkie elegijne zabarwienie obserwacji owada. Ale wisi już nad nim (nad zębem) termin u dentysty, jutro. Ma trwać godzinę. Ten pierwszy raz, bo potem jeszcze dwa terminy. Miejcie mnie w opiece, duchy Mohikan, żeby mi szczęka nie odpadła i żeby pan doktor miał super fajne znieczulające dragi. 

A dla tych, co nie zaglądają na Instagrama, mam tu moją opowiastkę o kocie i dyni. Powstała w ramach Inktober (challenge rysunkowy), czyli jeden rysunek dziennie przez cały październik z finałem w Halloween - ale jako że wszelkie siły wszechświata uparły się ostatnio na urozmaicanie mojego życia swoim do niego wkładem, to dałam radę tylko 20.



Voilà: le Kot et la Dynia!

Nie ufam tej dyni. Lepiej bede jej strzegl!
(nie wiadomo przeciez, co jej do tego lba kostropatego moze strzelic,nie?)


Ha! Mam cie! Nawet nie próbuje teraz uciekac. Nawet nie próbuj.
(no bez szans jest)


Nawet nie drgnij! Ja tu ciagle jestem!
(nie, nie ty, mala myszo. Z tym futrzatym dziwakiem to ty tu jestes calkiem bezpieczna, on ma inne cele)


Obserwuje! Mówilem! Ciagle cie obserwuje.
(nie ma wuja we wsi, nie uciekniesz)



Aha! Próbowalas uciec jak nie patrzylem! Sprytnie dynio, sprytnie. Ale NIE DOSC sprytnie!


OK, dobra. Nie zebys byla moim przyjacielem, nie nie, ale dzisiaj jest nudno. Chcesz sie pobawic? Nie? Hmmm....
(jak mozna nie chciec myszy wypchanej kocia trawka?! cos tu jest naprawde nie tak)


Ej, dynia! Czemu sie przestalas ruszac? Spisz?


Moze jestes chora? Albo glodna? Chcesz cos wrzucic?
Swieza, z zeszlego tygodnia.


EEEEEEJ! Ty mnie slyszysz w ogóle?! Chce sie bawic ty gópia pomaranczowa [paro posladków]


No dobra, ty przerosniety kartoflu! Jak ty sie nie chcesz bawic, to ja tez nie chce!
(no szantaz pierwszej klasy, doprawdy)


Nuuuudnooooo.....


Ej, dynia! A chcesz, zawolam ci moich sluzacych, chcesz?
Nie? Hmmm...
Bo mam dwóch czlowieków, wiesz. Odkad bylem kociatkiem.


A moze masz problem z brzuszkiem, co? Musisz wypluc klaczek? Nie wstydz sie, wypluj to cholerstwo, mówie ci! Dawaj, dawaj!
(porady specjalisty)


Ej, dynia! A moze pobawimy sie na dworze, w ogrodzie?
Nie? Hmmm...
Ale w sumie rozumiem, no. Mokre, zimne lapki, nie? Brrrr!!!! Tez tego nie cierpie.
(przechodzimy do omawiania wspólnych problemów? To chyba juz wyrazne wiezy jakies sie nam tu wytworzyly)


No ale teraz serio, co jest z toba nie tak? Nie ruszasz sie, nie mówisz, nawet nie jesz!!! Odmawiasz zabawy moja mysza, wypchana kocia trawka, bro!
(Bardzo sie caly czas staram nie brac tego osobiscie, wierz mi)



Emmm... sluchaj... Nie chce byc niegrzeczny, ale... Czy jest mozliwe ze ty jestes... yyy... nie tak calkiem zywy? Albo tak jakos... no wiesz, wcale i calkiem niezywy? Moze? Co?


OK, spójrzmy w oczy faktom. Ten kolo tutaj nawet mnie nie slyszy. Przez 3 tygodnie gadalem do niezywej dyni. To jakas zenada jest przeciez. Jak moja sluzba mogla do tego dopuscic?!!!
Grrrr! Moja zemsta bedzie bolesna i bezlitosna!


Oho, o wilku mowa. Tak, zabierzcie go, zdrajcy. Ukorzcie sie, na kolanach, i moze zabije was SZYBKO. Moze.
(rozjuszyli bestie - beda srogie konsekwencje)


A to co k... kostki wolowej?! Woooow! Ej, to ty jestes zombi?! Czemu mi nie powiedziales od razu?! Ale zarabiscie! Mega hyper super duper zarabiscie!




Bo teraz, mój przyjacielu, zawladniemy swiatem!!! Z twoim wygladem i moja nieporównywalnie szczwana inteligencja, ohhhh! Na kosci Wielkiego Cthuhlu, przejmujemy ten swiat, czlowieki!!!!
Bua-ha-haaaaaaa!!!!


KONIEC.


Nie wiem czy ostatecznie udało się tej arcyprzebiegłej szajce przejąć władzę, tutaj w kazdym razie nic za bardzo nie widać... (ale może to część planu) A jak u was? 

P.S. Dziękuję serdecznie wszystkim pocieszycielom z ostatniego razu. Naprawdę, zrobiło mi się cieplej, miękcej, i pachniało czekoladą. Serio.
Jesteście najlepsi ♥


~(*♥*)~

poniedziałek, 8 października 2018

Powrót.

A gdyby tak skurczyć się, zwinąć jak liść, albo poskładać w kostkę jak prześcieradło? Stulić płatki, zzipować, i schować się za biurową paprotką. Albo za kubkiem z kawą. Zniknąć im z oczu, co z oczu to z serca przecież, nie zauważyliby nawet. 
Odczekać chwilę, dla pewności, a potem wymknąć się przez uchylone okno na zewnętrzny parapet, wskoczyć na grzbiet przelatującej obok wrony i dać się nieść skrzydłom, miękkim i czarnym jak mrok. 

Lecieć, aż do wieczora.
Spędzić noc w szeleszczących cicho gałęziach brzozy. Zamiast pościeli - wronie pióra pachnące ziemią i dymem ognisk.
Odległe światło gwiazd nagle tak blisko, że mrowi w twarz, brzęczy w głowie echem dawno przebrzmiałych eksplozji. 


Krople porannej rosy na trawie. Z mgły, jak z mlecznej, skłębionej nicości wyłania się las. Wyrasta powoli z mchów i paproci, mruga tysiącem jagodowych oczu. Leśny strumień spłukuje resztki nocy, znika pod drzewami, zostawiając w ich korzeniach kilka gwiazd.
Wronie skrzydła otrząsają się z nocnego chłodu. Nad dziobem oko jak czarne lusterko, w którym widzę swoje odbicie, jakby innej takiej, może tej prawdziwej właśnie?

Wejdę w las, taka zmniejszona, nie większa od kota. W szepty jesiennych paproci, labirynty sosnowych korzeni. W opadłe, złociste liście, w czarcie kręgi grzybów wyrastające ze szmaragdowego mroku miękkich mchów. Zmienię skalę, rzeczy drobne staną się wielkimi; kropla wody zawieszona na źdźble trawy, taniec świetlików, lot sowy. Kolor wrzosów. 
Milczenie ciemnego jeziora, fosforyzujący mech.

Wejdę w las, taka lekka nie zostawię za sobą żadnych śladów. Będę tylko małą, ulotną częścią całości. Odcinkiem w czasie, który przemija jak szum traw, bez uciążliwego szukania celu i sensu. Bez balastu oczekiwań.

Wejdę w las, a pożółkła trawa i jagodowe krzewy zamkną się za mną jak gdyby nigdy nic.






............................................
Ten wpis i obrazki, gdzie jak widzicie zaszalałam cyfrowo, to wynik fascynacji norweskim lasem. Kto raz w niego wejdzie, jest stracony - zawsze będzie chciał wrócić. Teraz właśnie zaliczyłam go w wersji lekko jesiennej, z zyliardem różnorakich grzybów, krzaczkami jagód w jesiennych kolorach, bujnymi porostami zwisającymi z drzew, i tak, był fosforyzujący mech! :)
............................................







A teraz przepis na curry, bo obiecałam Adamowi, a przy okazji może i ktoś jeszcze skorzysta. 
Wszystkie składniki są w ilościach "mniej więcej" bo ja zawsze raczej improwizuję i podążam za fantazją niż za przepisem. Wychodzi tego curry DUŻO - my w trójkę mamy na dwa obiady, i to tak na bogato.
No i przyprawy do curry to jest historia sama w sobie oczywiście, ja biorę po prostu gotową pastę średnio ostrą, więc niczym tu nie zabłysnę ani nie zaskoczę. Do zrobienia mieszanki samodzielnie to jeszcze nie dorosłam.

Ogólnie to chodzi o to, że curry jest na bazie soczewicy + chrupiące warzywka, lekko ostre, a kontrastem są kostki dyni o rozkosznie kremowej konsystencji i łagodnym smaku. No mega po prostu.

- 1 puszka mleka kokosowego
- przyprawa do curry (ostra raczej, 3-4 łyżki)
- 2 średnie cebule
- 1 ząbek czosnku
- 350 gram dyni Hokkaido pokrojonej w kostkę (o boku powiedzmy niecałego 1 cm) I pamiętamy, Hokkaido jako jedynej dyni nie trzeba obierać ze skórki.
- 1,5 - 2 szklanki suchej soczewicy czerwonej albo żółtej (takiej co się gotuje w 20 minut)
- 0,75 litra bulionu warzywnego
- trochę (1-2 szklanki, powiedzmy) kalafiora w małych różyczkach
- 3/4 szklanki passaty pomidorowej
- 300 gram pieczarek albo cukinii albo innego warzywa, follow your belly, let your dreams run.
- nać pietruszki


Mleko kokosowe siup do dużego garnka, na to posiekaną cebulkę. Smażymy kilka minut, dodajemy zgnieciony czosnek i przyprawę do curry. Smażymy jeszcze parę minut, aż zacznie tak ładnie pachnieć że żołądek zaczyna krzyczeć "szybciej, szybciej!!!" 

Wrzucamy opłukaną soczewicę, pokrojona dynię, wlewamy bulion i passatę. Jak się zagotuje to na małym ogniu niech sobie pyka jakieś 10 minut.

W tym czasie bierzemy pokrojone pieczarki czy tam cukinię i przysmażamy na patelni (+ sól, pieprz).

Jak minęło w naszym garnku już te 10 minut, to wrzucamy kalafior (surowy) i pieczarki z patelni. Dodajemy soli do smaku i ewentualnie jeszcze przypraw, i niech se pyka następne 10-15 minut. Po drodze kontrolujemy poziom wody, bo może być że trzeba dolać, soczewica dużo pije.
UWAGA, pod koniec łatwo się przypala, więc lepiej czuwać niż siedzieć w internetach.
Jeśli wybraliśmy opcję z cukinią, to ją wrzucamy do garnka na samym końcu, bo inaczej się rozmemła.

Pod koniec gotowania wrzucamy pietruszkową nać, mieszamy, upewniamy się czy soczewica naprawdę jest miękka.
Nakładamy na talerz z ryżem, popadamy w obłęd, przez następny kwadrans świat składa się wyłącznie z dyni, taki dyniowy Minecraft.

No to smacznego.

poniedziałek, 28 maja 2018

Obcy, kosmos, fantastyka, cuda-dziwy jak ze snu.

A dzisiaj rano w pracy padał deszcz!!!

W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego objawi mi się jako odmiana od standardu, jako coś nowego i trochę takiego niezwykłego jakby. Normalnie odwykłam od deszczu! Moje stawy i głowa też, i bardzo jesteśmy szczęśliwi z tego powodu. Nic nie boli, nie ciągnie i nie strzyka, i to od chyba sześciu tygodni już.

Więc mam nadzieję że sobie troszkę popadało a teraz wracamy do ludzkich temperatur 25-30°C i cudnego, suchego powietrza, w którym moja grzywka nie wyglądaja jak ta puszysta, pofalowana sierść na zadku psa pekińczyka, tylko jak grzywka istoty cywilizowanej.
 

No a poza tym to ja miałam takie dwa sny w sobotę.
W pierwszym podjęła ze mną kontakt obca cywilizacja, a w drugim miałam chudy brzuch.
I najzabawniejsze w tym jest to, że jak pomyślę który z tych snów ma szansę się w moim życiu spełnić, to bez wahania stawiam na kosmitów. Taka fantastyka, no. Chudy brzuch, pffff!


To tak pod ten kosmos: gwiezdny pirat w dwóch odsłonach.
Raz akwarelą, raz czarnym tuszem. Którego wolicie? Bo ja jak zwykle nie wiem ;)))

Złupiwszy niecnie kurczaka, kocisko-piracisko ulatuje w kosmiczną dal z chytrym uśmieszkiem i niewiadomymi (ale z pewnością złowrogimi) zamiarami.
Najlepiej to niech złupi jeszcze wtorek, środę i czwartek, żebyśmy jutro mogli od razu przystąpić do piąteczku.


 
 

 
 

 
 

poniedziałek, 26 lutego 2018

Kot domowy (Felis silvestris domesticus) - obsługa i zastosowanie.

Kto ośmiela się migać i świecić w oczy jakomś gópiom gwiazdom, puszczać syczący meteor i rzucać kometą GDY KOTEK ŚPI?!
 
 

 

Co za smarkacz niewychowany? Na pewno na religię nie chodzi.
Gdzie byli rodzice ja się pytam!

Skandal.
 
 
 

 

 

 




W zaistniałej sytuacji kotek żegna się z państwem, do niezobaczenia.
 
 
"Żegnam ozięble"
 
 
 

 
   "Czytaj z mowy ciała"



......................................................



A tak przy kotazji (by the cat): ktoś trafił tu na buraczane pole wpisując w wyszukiwarkę:

"Facet czyści szyby i ma kota w slipkach"

Hmm.

Ktoś może wie, po co wkłada się kota do slipek, niekoniecznie podczas czyszczenia szyb?
A może właśnie koniecznie wtedy?

Czy zamiast kota może być np. lemur? Albo średnich rozmiarów mątwa? Chomik? Czubacz urumutum? Okapi?
A w ogóle to już podpada pod znęcanie się nad zwierzętami chyba?



Ale teraz najlepsze: trafił też tutaj jakiś ktoś, kto poszukiwał informacji w temacie "Bestia w ludzkim ciele" !!!
I to DWA RAZY, znaczy dwie różne osoby chyba!!!
!!!!!!! How cool is that !!!!!!!


 
~(*o*)~



Czuję że ten blog zaczyna miec głębszy sens!
 
 
¯\_(ˆ¬ˆ)_/¯
 

Łzy.
Wzruszenie.
Duma.
 
 


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Istoty rozumne zatrudnię od zaraz.

Dzińdybry państwu po raz pierwszy w nowym roku. Co was powitało u progu? Nas sąsiedzi nakurwiający turecką muzyką do 3 rano (przepraszam za wyrażenie, ale tego się nie da inaczej określić) oraz kwitnące wesolutko róże i mieczyki pod blokiem, pelargonie na balkonie i stokrotki w parku.

O ile kwiatki całkiem spoko są, chociaż jakby nie ta pora, to turecka muzyka jest absolutnym przeciwieństwem "spoko". Obojętnie o jakiej porze. Spróbujcie posłuchać jednej piosenki do końca bez zaciskania zebów, no? Spróbujcie.
Ha haaa, widzicie. Nasze rodzime burak tribal music, czyli disco polo, to przy tym Pavarotti i Czajkowski. 

Na następnego Sylwestra muszę się ukryć w jakiejś samotnej, górskiej chacie już naprawdę, co roku sobie to obiecuję tylko jeszcze jakoś nigdy mi nie wyszło.



........................................................



A teraz coś z zupełnie innej beczki.


Jak można - no JAK!!! - napisawszy tak dobrą książkę jak „Marsjanin" opublikować coś takiego jak „Artemis"? NO JAK?! Tego się nie robi czytelnikom... Dotrwałam do ostatniej strony tylko z poczucia obowiązku.
„Marsjanin" był skonstruowany jak szwajcarski zegarek, każda literka na swoim miejscu, każde wydarzenie i akcja wiarygodne i trzymające się kupy (nawet całkiem dosłownie, jak pamiętamy)
A „Artemis"... Niedociągnięcia, naciągnięcia i przegięcia. Owszem, było kilka fajnych pomysłów i szczegółów technicznych, i za każdym razem jak zaczynałam się cieszyć, że teraz nareszcie zrobi się fajnie, to Mr. Weir znowu doznawał jakiegoś udaru mózgu i zaczynał tak pleść, że czułam się - jak to trafnie ujęła niezastąpiona Barbarella - jakbym nagle zaczęła szorować dupą po piasku. Co prawda pisała akurat o innej książce, ale mi to wyrażenie idealnie pasuje.

 
Ogólnie to ciągle było na przykład tak:

Jedno niecałe przedpołudnie i kilka artykułów w necie wystarczają naszej głównej bohaterce, dziewczęciu lekko po 20 roku życia, na dogłębne poznanie zasad elektroniki i zaprojektowanie urządzenia pozwalającego jej dokonać Wielkiego Aktu Zniszczenia. Co prawda sama urządzenia nie konstruuje, bo całkiem przypadkiem ma przyjaciela potrafiącego ze skarpetki i kawałka drutu skonstruować - a jakże - WSZYSTKO, w tym... prezerwatywę wielokrotnego użytku, którą po użyciu należy (jak ktoś akurat coś je, to sorry) wywrócic na lewą stronę i nadziać na drążek w urządzeniu czyszczącym... Tak.

Ale jedźmy dalej:
Nasza Jasmine, dla przyjaciół Jazz, nie mając pieniędzy ciągle kupuje jakieś drogie rzeczy i płaci za noclegi w hotelu. Pieniędzmi. Których nie ma.

Wychowując się od szóstego roku życia na Księżycu, doskonale zna się na ziemskich zwyczajach, warunkach socjalno-ekonomicznych, atmosferze, grawitacji, fizyce i używa ich do porównan z tymi księżycowymi.

Po jednym rzucie oka na plany instalacji napowietrzającej dla całego miasta (ok, małego miasta, ale jednak) wie już WSZYSTKO bo kiedyś widziała jakiś tam zawór.

I w ogóle jak nasza bohaterka weźmie się za cokolwiek, to od razu jej wychodzi, i to jak, ho hooo! Aż dziw że bieduje tam na skraju egzystencji, zamiast opływać w luksusy. Wytrzymała jak Terminator, rzuca się z jednej akcji w drugą, co krok to action, i to prawie nie czując zmęczenia. Do tego oczywiście jest niezmiernie urodziwa, a co, nie będziemy jej żałować.


A to wszystko potrafi dlatego, że jest wielce inteligentną córką spawacza (który to zawód też ma wyuczony) MARNUJĄCĄ SWÓJ POTENCJAŁ, o czym książka kilkakrotnie przypomina w regularnych odstępach, żeby się czytelnik nie pogubił w tym skąd ona to wszystko umie i wie.
No. Po prostu umie i wie, taka się urodziła. Może wszystkie córki spawaczy tak mają.
Osobiście nawet mam dwie w rodzinie (całuski I&J) - i też widziały na pewno kiedyś jakiś zawór, więc teraz to apokalipsa w jakimkolwiek wydaniu może mi nagwizdać, buaha haaaaaa!

Mark w "Marsjaninie" był naukowcem, człowiekiem wykształconym w kilku dziedzinach i wytrenowanym w tym kierunku, żeby poradzić sobie ze wszystkim, wyuczonym w kierunku konkretnej misji i problemów. Dlatego wszystko tam pasowało. A Jasmine jest spawaczem w małej osadzie, choć aktualnie nawet nie praktykuje, tylko dostarcza przesyłki i dorabia kontrabandą.
Nie żebym coś miała do spawaczy, ale jednak w tym konkretnym przypadku to ma znaczenie.

Aha, i ta sama genialna, superinteligentna kobieta wpada w durnowate pułapki. Pułapki, które z daleka machają transparentami z czerwonym wykrzyknikiem i krzyczą „Uważaj, to ja, pułapka!" Ehhhh...

Reszta postaci już tak nie drażni, bo wszystkie właściwie spadają na drugi plan, ogólnie ciągle wałkujemy naszą główna heroinę i mamy ochotę oderwać jej łeb i nasikać do szyji.

Mam nadzieję, że jak zrobią film (bo na 100% zrobią) to zatrudnią do scenariusza jakieś istoty rozumne, bo inaczej to będą po prostu "Szybcy i wściekli" na Marsie. No dobra, może przesadzam. Ale tylko odrobinkę.
Ogólnie rzadko przybieram postawę krytyczną, bo ja przecież też nie zrobiłabym tego lepiej, a nawet z pewnością dużo gorzej, ale to było takie rozczarowanie, żem się zeźliła aż.
 

........................................................

 
No. To teraz na osłodę może kosmiczny kotek :D
Albo dwa. Bo wiadomo że dwa są lepsze niż jeden.

Oba koty jako akwarelowe oryginały są do kupienia - po dwie dychy w lokalnej walucie Ełro + przesyłka, to znaczy każdy osobno po dwie dychy, więc jakby co, to pisać śmiało śmigłym mailem. Format to taki troszkę mniej niż A4. I oczywiście najprawdziwsze akrylowe złoto się tam pięknie błyszczy, kusi oko i mami zmysły ;)

 

Voilà.
Tu pierwszy kotek, o kształcie nieco gruszkowatym, goniący złoty księżyc-rogalik:

 
 

 

 

 
 
 
 

A tu drugi koteł, taki bardziej w kształcie kiszki pasztetowej jakby, a księżyc biały i w pełni:


 

 

 

 

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...