Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzontka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzontka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2020

Czy Ben Hur chodziłby dziś w dresie a Piast Kołodziej jeździł BMW?

Macie takie słowa albo wyrażenia, które śmieszą was niezależnie od kontekstu i sytuacji? Albo wywołują jakieś inne uczucia? Takie słowa-zapalniki wywołujące nieprzerwany strumień emocji, obrazów, i to nawet animowanych i w 5D? Bo ja na przykład mam ochotę zabić natychmiast każdego, kto mówi "pieniążki" (jeśli jest w wieku powyżejprzedszkolnym, bo maluchom niech będzie, nie znają jeszcze tego świata)


Ale najlepiej jak ktoś mówi na samochód "wóz". Że szuka kluczyków do wozu, siedzi w wozie, jedzie wozem. To chyba ma z założenia brzmieć nonszalancko i efektownie, tak od niechcenia, że "Ah, taki tam wózek, za sto milionów jedynie był, to wziąłem, bo mój tresowany opos wirginijski jakieś tam drobne wyszperał ze szpar w podłodze ostatnio i w sumie nie było na co wydać." 

Albo odnosi się do golfa 3, stuninowanego bez cienia litości dla sensu i estetyki - deska do prasowania pyszni się na wspornikach z tyłu, z przodu 5 mm nad asfaltem dumnie zwisa metalowy karnisz z lat 80-tych. Lakier świeżo przetarty skórką od słoninki i wyfroterowany na błysk puszystym kurczakiem co akurat na podwórku pod nogami sie plątał. Na lusterku obowiązkowo 45 drzewek zapachowych Wunderbaum albo wielkie pluszowe kostki do gry.


Tak czy siak, u mnie nie ma rady: ktoś mówi "wóz" a ja od razu widzę drewniany wóz zaprzęgnięty w osiołka, może być drabiniasty, załadowany sianem czy inną brukwią, i nasz kierowca o wyglądzie Piasta Kołodzieja, w lnianej koszuli i onucach - ale w słonecznych okularach, ze złotym łańcuchem oplatającym szyję, dostojny, z włosem przystrzyżonym od garnka i utwardzonym wodą po wygotowanych kartoflach. Król szos i gościńców. 

Ale to dopiero początek filmu w mojej głowie, bo oto teraz jedzie, jedzie ten nasz pan żywiołów, szalonym pędem, galopem, a wyprzedza go dziki ryk oślego napędu, już czuć swąd palonych metalowych obręczy na koła, trących o asfalt. Wypada zza zakrętu na pełnym gazie, brukiew jak grad leci na przechodniów. Osiołek oczywiście bez migaczy, bo po co Królowi migacze, na uprzęży złote breloczki od Dolce Gabbana wysadzane sztucznymi brylantami swym blaskiem koszą tych przechodniów, których nie położyła brukiew...


No i (UWAGA, przechodzimy znów na moment do reala) kierowca opowiada na przykład, że jechał tym wozem odebrać z dworca w Koluszkach swoją ciocię, rumianą dobrotliwą staruszkę o błękitnych oczach, z walizką wypchaną słojami swojskich konfitur - a mi wyobraźnia szaleje i ach... proszę państwa... ! Te mrożące krew w żyłach drifty osiołkiem na zakrętach, że aż iskry spod kopyt, a siano z wozu, złoty łańcuch na szyji trzepocze, spocona ośla sierść! W przydrożnym rowie żul Mieciu dogorywa sobie spokojnie po nocnych dożynkach w barze, nagle wpada mu w ręce słój konfitur cioci, błyszczy w słońcu jak gwiazda zwiastująca wybawienie, Mieciu już okiem fachowca ocenia, czy nastawić je lepiej z wódką czy ze spirytusem...
I teraz na stację benzynową nasz wozak zajeżdża, pod same drzwi, tankuje osiołka wysokobiałkowym owsem, siebie red bullem, ciocię melisą. Na rozżarzone koła leje wodę z wiaderka. Para bucha, osiołek pomrukuje cicho, gotowy do ponownego rozpędzenia się w trzy sekundy do setki. Piękne panny wodzą rozmarzonym wzrokiem za naszym bohaterem, za tym ujeżdżającym dzikie wichry samotnym wojownikiem, co to przeciwności losu jak te zapałki: traaach! A on odrzuca wiaderko, pada na kolana dzierżąc w dłoni kluczyki, którymi niczym z bicza trzaska, i miotając wkoło okiem dzikim, krzyczy: „This! Is! Spaaaarta!!!“ a pas saszetki Kalvin Klein skosem jego muskularną pierś przecina...

 
No. Tak to z grubsza zawsze się dzieje właśnie. I dlatego później nie pamiętam, jak ciocia miała na imię, albo czy przypadkiem nie była wujkiem. Nigdy nie umiałam się skupić na dwóch rzeczach na raz.
A jakbym miała taki talent do biznesów jak do wymyślania bzdur, to miałabym już swoją prywatną, egzotyczną wyspę z flamingami tańczącymi tylko dla mnie na tle epickich zachodów słońca, i rafą koralową jedzacą mi z ręki, i gościnne pawiloniki dla was.

 

--------------------------------------------------------------------


A teraz was zaskoczę - to znaczy tych z was, co nie śledzą mnie na Instagramie - i pokażę moją nową, modelimaw
ą pasję:


KRÓWKO, STRAŻNIK LASU

Popatrzcie jak pięknie zmienia kolory w zależności od kąta padania światła. Farba taka magiczna ~(*♥*)~


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
STRAŻNIK LASU bez imienia, 
kobaltowo-fioletowa farba
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
CROCORHINO,  
STRAŻNIK LASU nieco egzotyczny:
 
 
 

 
 
 

 
 
 
 


Fajne te farbki, co nie?

 

 


niedziela, 19 lipca 2020

Gra w zielone

Zauważyliście że od kilku miesięcy na ulicach nikt nie kicha ani nie pokasłuje? Lud strwożony groźbą linczu na tle strachu przed wirusem nawet nie chrumknie!
A zauważyłam to dlatego, że ostatnio z wielką brawurą i hukiem złamałam ten schemat, i zaczęłam na targu warzywnym tak kichać, ale to TAAAK KICHAĆ (bo mi zdradziecki wiatr napchał pyłu w nos dokładnie w momencie zakładania maski) że już myślałam oho, no to po mnie.
Już widziałam te wszystkie oczy zwrócone na mnie, już słyszałam te krzyki "na stos z nią!" "spalić!" "burn the witch!" Wyobra
źnia błyskawicznie podsunęła zgniłe pomidory rzucane w me utuczone kwarantanną ciałko, zapach benzyny z kanisterka galopującego w mym kierunku sprzedawcy podrabianych zapalniczek Zippo, tureckiego handlarza nylonem i tiulem z metra biegnącego z furkoczącymi na wietrze belami na podpałkę...

No ale jakoś mi uszło. Na sucho i bezpomidorowo. Widać ludek już się uodpornił jednak trochę. Wzmocnił konstrukcję psychiczną.
(Albo trafiłam na samych niewierzących)



Tak czy owak, przejdźmy z reala do świata wyobraźni:
Dzisiaj pokażę wam może coś akrylowego.



                                         (Tytuł roboczy "Voice of the forest")
 








Tadaaaam, akrylowy proces twórczy:



 Najsampierw ciapu ciapu, jasności i ciemności.






 Skałki, drzewka, zielenina naskalna:






 Promienie słońca, dosyć nieudolne:

 




 Pojawia się mieszkaniec kniei, ulotny duch puszczy
a la jeleń:






 Wyrastają liście:





I jeszcze więcej liści i innej zieleniny:





Ostatnie szlify, zdziebełka i inne paprotki:

  




 I tadaaaam, gotowe. Promienie słońca są totalnie porażkowe,
ale na swoją obronę powiem, że nigdy jeszcze nie malowałam promieni.




Za to jestem zadowolona bardzo z tego 
niecodziennego okazu fauny :D


 
 










No i tak to. Niech moc będzie z wami, kryzys gospodarczy nie dotknie, a idioci schodzą wam z drogi i wpadają do rowu.
Buziaczki
~(*♥*)~

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Jam Pytia, jam wyrocznia, wyroków boskich wieszczka.

W nocy z wtorku na sobotę dostałam we śnie chyba jakiś przekaz. Bo jak obudziłam się rano, to przed oczami miałam ogromne zielone litery na czarnym tle: TOXIC EMERALD !!!  TOXIC EMERALD !!! 
(Wersaliki z szeryfami belkowymi i z dużą ilością wykrzykników)
Był też podkład dźwiękowy - krzyczał: TOXIC EMERALD !!!  TOXIC EMERALD !!! - i poza tym nic, żadnego obrazu, żadnego wyjaśnienia. Ani tekstu drobnym druczkiem, ani odnośników do tekstów zródłowych, ani pocałuj się w zadek. 

Delficka Pytia podobno naparzała heksametrem, zrozumiałym tylko dla kapłanów-tłumaczy, ale jak widzimy dwa proste słowa po angielsku wcale nie są łatwiejsze do odkodowania. 

Czyli albo kosmici, albo Istoty Świetliste albo ewentualnie emerytowana Frau Sąsiadka z parteru dla zabicia czasu para się parapsychologią i trenuje telepatię, a drzewiej była angielskojęzycznym zecerem z uczuleniem na zieloną farbę drukarską. 

Albo po prostu to ja wariuję. Co jest VERY POSSIBLE !!!  VERY POSSIBLE !!!

..........................................

Natomiast w niedzielę padał śnieg - i to już jest właściwie wystarczający powód, żeby go nienawidzić, że pada. Ale nieee, co tam, to za mało, trzeba tym śniegiem zacząć padać akurat wtedy, jak już ruszyłam doopę żeby całkiem na chacie nie zwariować i byłam akurat godzinę drogi na piechotę od domu. No to sobie ta godzinę spędziłam na szybkim truchcie z zamkniętymi oczami, bo oczywicie padał mi prosto w twarz, jakby nie mógł lecieć w drugą stronę i padać mi w plecy.
Grrrrrrr!!!

No ale przynajmniej się przewietrzyłam. I blisko domu zobaczyłam jeden wielgachny budynek, którego poprzedniego dnia nie było jak jechaliśmy tamtędy do sklepu, przysięgam. Niewykończony był jeszcze co prawda, bez okien, ale wielki jak nie wiem co, no przecież zauważyłabym go w sobotę! 
I żeby to był pierwszy taki przypadek, ale nie, to co chwilę tak. Zaprawdę niedługo uwierzę że żyjemy w Matrixie. 
W dodatku jak się taki budynek-niespodzianka nagle gdzieś pojawia, to ja nie potrafię sobie nijak przypomnieć, co tam było poprzednio, więc HELOŁ, przypadek? Nie sądzę. Upgrade systemu jak cegłą w oko!

..........................................

Tymczasem z tęsknoty za kolorami powstają tęczowe zorze, jako tło dla Bardzo Dziwnych Zwierzątek.
(do nabycia, jak ktoś zainteresowany to jak zwykle na diabelwburaczkach@gmail.com)






Mały (A5)















Duży (A4)















I chyba odkryłam mój ulubiony papier akwarelowy. Arches Grain Torchon.
Jeeejk!!! Boski jest. Wieszczę długi, szczęśliwy związek. Nietoksyczny. 

~(*♥*)~

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Ówaga, oszczeżenie! Aczkolwiek chyba po czasie.

Na bloga były cztery wejścia ze ścieżki "improwizacja bitwy w Krajantach".
Czy ja o czymś nie wiem? Jak mnie nie było, to urzadziliście tu bitwę? Halo, jest tu ktoś z Krajantów?! Znaczy generalnie to nie mam nic przeciwko, buraków nie rozkopaliście, nawet nać nie połamana, wszystko stoi jak stało - tylko tak z ciekawości pytam. 

Oraz takie zapytanie z pogranicza masarstwa i taksydermii nastąpiło: "kiszka na kiełbase musi byc odwrucona czy ni jak lepiej"
I przypuszczam że wiem, do krótego posta google skierowało tego poszukującego: do kiszki z jamniczka! Haaa! Tak zwany element niespodzianki tu nastąpił dla poszukującego. 

Z kulinariów to jeszcze "kalafior przebranie" - płakałam bardzo, ze wzruszenia. Serio, chciałabym to przebranie zobaczyc, jako widz przedszkolnych i wczesnoszkolnych sztuk zawsze najbardziej lubilam dzieci przebrane za drzewa, pagórki i tym podobne nieruchomości. 

Ktoś szukał tu też pomocy w temacie "złe duchy i ich wpływy na zdrowie" - no, można zepchnąć kaca i reumatyzm na złe duchy, czemu nie - oraz - UWAGA, UWAGA, DOCHODZIMY DO CLOU TEGO POSTA - "wpaszdzierniku przydzie planetax" !!! 
Buaaa! Ludziska, uciekajta, chowajta bydło do komórki, dzieciaki do wersalki! Planetax przydzie! Wpaszdzierniku!!! 
Dobrze że juz grudzień w takim razie. To chyba już przyszoł, i poszoł se w pierony, nie? Kimkolwiek jest.

................................

A wiecie co ja w piątek zrobiłam? Wróciłam z pracy do domu, zdjęłam w przedpokoju kurtkę-czapkę-szalik-buty, poszłam do sypialni i przebrałam się w domowy dresik, po czym... wróciłam do przedpokoju i ubrałam kurtkę-czapkę z zamiarem wyjścia z domu i pójścia do pracy!!! 
No przecież to jest straszne!!! Uważam to bardzo smutny incydent w moim życiu, serio. 
Bo pokazuje boleśnie, że moje życie składa się praktycznie tylko z pracy, a poza tym niewiele się dzieje. Dom to taka chwila przerwy od roboty - co daje nam następujący schemat:
1. Rano wychodzę z sypialni, idę do pracy
2. Wieczorem wracam z pracy, wchodzę do sypialni
3. Śpię.
I teraz znów punkt 1. i tak w kółko. Więc mój umysł postanowił że punkt 3. jest tu całkowicie zbędny - i nie sposób mu odmówic logiki w sumie, niestety. Jednakowoż biologia domaga się swoich praw, punkt 3 jest nie do ominięcia, więc może w następny piątek po prostu dam sobie spokój z powrotem do domu i będę nocować pod biurkiem. 
Ehhh...

I nie wiem czy to przez to przykre wydarzenie, czy przez aurę ogólnie (a może przez wszystko na raz), ale cały weekend był do doopy. Oboje taplaliśmy się w jakimś marazmie takim, w stetryczałych wspominkach że: kieeedys, łooo, kiedyś to było lepiej! I że: jaki to ma sens wszystko w ogóle, i niezwykle obrazowo opisywaliśmy sobie nawzajem, jakimi to wrakami już jesteśmy. 
Łojezusicku, straszny to był weekend. Straszny. Takie katharsis ale bez finału, bo oczyszczona to się nie czuję niestety. 

Zaczęłam sobie podglądać "Friends" od początku, no bo to taki jakby powrót do przeszłości, nostalgia itd, no i z jednej strony było zabawnie momentami, ale momentami też smutno dosyć, że o rany, tak było i już nigdy nie będzie. Co jest całkiem normalne, wiem, ale jednak przytłacza. 
Jedynym pozytywnym punktem jest to, ze wtedy na przełomie wieków po angielsku umiałam może ze 100 słów (nie miałam w żadnej szkole angielskiego), i to umiałam je tylko dzięki Björk, której teksty z bookletów CD tłumaczyłam sobie z analogowym słownikiem w ręce i zapisywałam w zeszycie, dzielnie walcząc z idiomami - a teraz moge oglądać w oryginale i rozumiem. Oni tam bardzo wyraźnie mówią, więc to idealny serial do nauki języka.
I z tego jestem dumna, a co. Bo to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które osiągnęłam w życiu. Jest to nadal poziom Neandertalczyka w stadzie Homo sapiensów - ale jednak już gałąź wyżej od pawiana, prawda.

Aha, aha, a najzabawniejsze - albo może "najmelancholniejsze" w sumie - to było jak włączyłam pierwszy odcinek i ze zdziwieniem wielkim myślę "Łaał, to na początku inna aktorka grała Rachel? Nie Jennifer Aniston?!" No i po 10 minutach dopiero zajarzyłam, ze ta inna to właśnie Aniston.

No i tak to. To komuś jeszcze po wilczku może? Powyjemy?













I tu taki mono-chromo jeszcze, aczkolwiek lico rumiane (od mrozu pewnie)




poniedziałek, 18 czerwca 2018

Weekend, dwa dni wolnego: prawda czy miejska legenda?

Słońce się skończyło, a ja w jakiś sposób razem z nim.
Czuję się jak cień samej siebie, czarne chmurzyska przygniatają mnie do ziemi swoimi wielorybimi cielskami, we łbie zalegają tony szarego betonu. Odżywam dopiero pod wieczór, jak trzeba iść spać.
W pracy ludzie coś do mnie mówią, ale nie wiedzieć czemu robią to zza jakiejś szklanej szyby grubej - widzę tyko jak ruszają ustami ale nic nie słyszę. Właściwie to mogłabym im coś powiedzieć, ale mi się jakoś tak nie chce.
Od poprzedniego wtorku wydawało mi się że jest piątek - ale nieeee, nie. Dopiero był wtorek, potem środa, czwartek który trwał chyba ze trzy tygodnie, i dopiero potem piątek.
A potem nagle i niespodziewanie od razu poniedziałek - SRRRU!
Kto zeżarł weekend?! Przyznać się mi tu. Pewnie jakiś jamnik.

Ja też żarłam - poznałam albowiem urok domowych lodów i sorbetów. Jeeeeeezu słodki, już chyba nigdy nie zjem tych z pudełka! Sorbet z truskawek 100%, i lody mega-czekoladowe - I'M IN LOVE !!! Takie z pudełka zawsze mi zostawiają dziwny posmak, coś jak po lizaniu tych blaszek od płaskich baterii za dziecka. A domowe są kremowe, niesłodkie, no i czekoladowe, bo to co można dostać w sklepach to jest jakiś żart przecież, trzeba sobie że 2 łyżeczki czarnego kakao dosypywać do miseczki. I nutelli można domieszać pod koniec kręcenia w maszynce, i ona się tak lekko rozprowadzi po masie lodowej, ale nie całkiem. NIEBO. Tak musi smakować niebo.

No dobra, jeszcze naleśniki w nim są, muszą być. I średnio ostre curry.
Eh, no i cukinia w sumie też, przecież ja nie umiem bez cukini...
I kartofelki.
Dobra pizza też by się przydała.
I chiński makaron z tofu i grzybami.
No, i koniecznie coś do głaskania - beczułkowate, nierasowe piesy z krótkimi krzywymi nóżkami, kotki, morskie świniaki. W sumie wszystko jedno, byle by się dało miętosić.


 

 



W sobotę był coroczny wielki festyn uliczny na dzielni, w tym jedna uliczka ze stoiskami ze sztuką, a druga z designem.

I nie wiem co mnie bardziej przeraża - czy ilość badziewia odwalonego na szybko i bez głębszego namysłu, czy ilość ludzi, którzy na ten badziew lecą, gdy obok wystawione są rzeczy PRAWDZIWE. Prawdziwe w emocjach, talencie, spojrzeniu, wykonaniu - osobno albo i na raz.
Ja wiem, że niby to ładne co się komu podoba, ale w tej wielkiej skondensowanej masie w jakiś sposób działa to na mnie deprymująco. Ale mimo wszystko warto iść i wyłowić te kilka pereł z morza tandety.

No i pchli targ był. Kupiłam stare, drewniane klamerki do prania - zawsze chciałam takie mieć, nie wiem czemu właściwie - no to mam :) Fajne są! O takie:

 

Zdjęcie znalezione w internetach, ale te moje są identyczne w kolorze właśnie, stare i wytarte, niewalące nowością w oczy i drzazgami w palce.



Aaaahhhhh... spać, spać mi się chce...


 


piątek, 19 stycznia 2018

Nagi mężczyzna i niszowa blogerka w niezręcznej sytuacji! Kto dał ciała, a kto świecił gołym zadkiem?! Poznaj nagie fakty i pośladki!

 
Serio, takie ekscesy dzisiaj bedo! Istny lunapar rozpusty.
Ale ostrzegam: wpuszczacie ta sodomię i gomorię pod wasze strzechy na waszą wyłączną odpowiedzialność.
Co się zobaczy, tego się już nie od-zobaczy.


Zacznijmy od pikantnego mężczyzny ;D

Początek jest niewinny: jest sobie taki Psałterz Floriański, księga z przełomu XIV i XV wieku w trzech językach spisana i generalnie bogobojna i świątobliwa - no psałterz to psałterz. Zilustrowany jest naprawdę na bogato, liczne miniatury, piękne inicjały - bo jak podaje Wikipedia "był przeznaczony dla kogoś z rodziny królewskiej, najprawdopodobniej dla kobiety z rodu Andegawenów, Małgorzaty, Marii lub Jadwigi". No więc kto bogatemu zabroni.

No i wśród tych miniatur jest też kilka obrazeczków cokolwiek dziwnych i zaskakujących, że ogólnie nie wiadomo co autor miał na myśli, ale wiadomo na pewno i na beton, że te grzybki co zjadł na lanczyk to nie były pieczarki.
No i jak tylko zobaczyłam coś takiego wypchanego cudownym, czarownyn, puchatym absurdem, to momentalnie zapłonęłam rządzą namalowania coveru.
 
 
Tak więc, panie i panowie, oto przed wami obraz
(miniatura ca. 10x10 cm)
pod tytułem:
 
"Młody, nagi mężczyzna cud urody na błękitnym knurze"
 
Wiek XIV kontra XXI:
 


 


Obraz przedstawia młodego, nagiego mężczyznę cud urody, na błękitnym knurze.
 
W miniaturze. W mini-naturze o krzaka posturze. Więc i na mini-knurze.
(Z sierści knura wróżę. Za opłatą. Idź na wzgórze, gdzie kwitną róże, wejdź w podwórze, stań przy rurze. Tam cennikiem do wglądu służę)

Włos jego bujny, zadek jędrny. Pęcina zgrabna i smukła, acz udo słuszne a krzepkie, spiżowe!
Profil szlachetny. (Mówimy ciągle o mężczyźnie oczywiście, nie o knurze)
Cera bez skazy - krew z mlekiem, marmur, alabaster.
Swymi mocarnymi ramionami młodzian ów chwacki ujmuje łuk, z którego właśnie wypuścił był śmigłą strzałę; cel onej jest nam nieznany, aczkolwiek z całą pewnością słuszny.


 


Mężczyzna wspiera się, czy tam pół-siedzi, na wspomnianym już niebieskim knurze - niezbyt jurnym, właściwie to dosyć cherlawym, o wyrazie ryja zębatym, krzywym, nieco zagubionym i uległym.

Mową ciała i ryjognomii knur daje wyraźnie do zrozumienia, że te balety wprawiają go w sporą żenadę - co właściwie jest jak najbardziej zrozumiałe.
I że w ogóle co za przypał mu ten ziom na grzbiecie odstawia, Jezu no, Marian, ubrałbyś się jak człowiek i poszedł do szynku schlać jak świnia, czy coś, co za czasy. No ale to nie nowina w końcu, że zwierzęta mądrzejsze są od ludzi.
 
Oboje ukryci są w krzaczorach.
Powiązania z genezą popularnego powiedzenia "jak goła dupa zza krzaka" nieznane, aczkolwiek możliwe.


 
I jak wam się widzi ów przystojniak?
 
~(**)~
 
 
Tutaj jeszcze druga wersja, znaczy krzaczory inne, zgrabniejsze takie:
 
 
 


Tutaj mamy zdigitalizowane wersje innych jeszcze miniaturek, z Biblioteki Narodowej.
 
A tutaj audycja radiowa o nich, z Magdaleną Łanuszką, doktorem historii sztuki i zapaloną mediewistką.
Pani Łanuszka pisze też bloga "Posztukiwania" gdzie pokazuje i opisuje wyłuskane z muzealnych magazynów, zbiorów i archiwów ciekawostki i kurioza ze świata sztuki.
 
 
..............................................

No dobrze więc. Nasyciwszy chucie pikantną golizną, popadnijmy zatem w niezręczną sytuację, wszak od jednego do drugiego czasem tylko krok.
 
Mieliśmy niedawno w pracy coś w rodzaju powtórki z rozmowy o pracę. Bo mamy nowego szefa, który zamierza przeprowadzić w anemicznie podrygującej firmie reorganizację, restrukturyzację, reanimację, resuscytację, rewitalizację i co tam jeszcze mądrego jest na "re". No i w tym celu te rozmowy. A że facet całkiem w porządku jest, to rozmowy przebiegały dosyć na luzie, było też o hobby, zainteresowaniach (stare CV nasze widać też czytał i miał notatki)
I w pewnym momencie padło pytanie:
- A co pani maluje?
No.

I to była właśnie ta niezręczna sytuacja z rodzaju, kiedy naprawdę, ale to NAPRAWDĘ nie wiesz, co powiedzieć...
 
]:-*












Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...