Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmicznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmicznie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Jak ma na imię Szatan?

Słuchajcie, nie jest najgorzej. Co prawda wieje jak wściekłe, że szyby w oknach trzeszczą, pada (tu deszcze, ówdzie śniegi, czasem oba na raz) i biometr niezwykle niekorzystny - ale, ALE!!! Mogłoby też być tak, jak mi się śniło dzisiaj, a gwarantuję, nie chcielibyście tego. 

Bo wymyśliłam w tym śnie całkiem nowy stan pogodowy!
Była zima, białe chmury, śnieg na ulicach, a na wysokości piątego piętra budynków w powietrzu utworzyła się warstwa LODU, normalnie jak na wodzie. No i potem wiatr i ruchy powietrza zaczęły ten lód kruszyć i on oczywiście zaczął spadać na ziemię, na ludzi, psy i sikorki, no idziesz sobie, idziesz, a tu nagle z nieba lecą ci na łeb rozpędzone kawały lodowej kry... Średnio, co? 
Ja akurat na szczęście byłam w domu i widziałam z wysokości drugiego czy trzeciego piętra jak się kruszy i spada. 
Mam bardzo wielką nadzieję, że coś takiego jest absolutnie niemożliwe. 
I chyba jest to pomysł na nowy film katastroficzny, takiego zdaje się jeszcze nie było. 

..................................

A z niecodziennych przeżyć to jeszcze jedno mam. Dziecko Zpiekłarodem zaczęło od niedawna dorywczo pracować, i po jakimś czasie z urlopu wrócił jeden pracownik, którego jeszcze nie znała. I przyszedł się przedstawić nowej współpracownicy:
- Cześć, jestem Szatan, ale możesz mi mówic Ulli.
Uroczo, prawda?

..................................

A jak już o zimie mowa, bo mi się przypomniało: czytałam kiedyś książkę o powstaniu dekabrystów w carskiej Rosji. Na podstawie pamiętników i listów, więc wiarygodna. No i jak już tym dekabrystom nie wyszło, to car Mikołaj - jak nakazywała miejscowa tradycja - zesłał ponad setkę ich przywódców, ludzi ze starych, arystokratycznych rodów, na Syberię do więzienia i kopalni. 
Z tym że słowo "więzienie" to nie jest całkiem na miejscu chyba, bo to były wykute w litej skale lodowate cele, mokre i całkowicie ciemne (nawet bez okienka w drzwiach), a więźniowie byli cały czas przykuci łańcuchami do ścian. Rano pobudka, do kopalni na 6 godzin, następnie na 2 godziny do świetlicy na posiłek i mały odpoczynek i potem zpowrotem do ciemnej celi, na łańcuch. Czyli było tam jeszcze bardziej średnio niż w moim śnie. 

I teraz sobie przedstawcie, że to była jeszcze wersja light, ze względu na arystokratyczne pochodzenie więźniów (żeby nie kipnęli od razu, wychuchane chłoptasie) bo obok było osobne więzienie dla przestępców z "normalnych" kręgów społecznych, morderców, złodziei itd. (Ale pracowali w kopalni wszyscy razem) 
No i ci niearystokratyczni mieli podobno o wiele bardziej przerąbane, szczególnie jeśli chodzi o czas pracy, po sześciu godzinach to oni dopiero się rozgrzewali pewnie. I oto trzem z nich udało się uciec! Niewiarygodne wręcz, ale jednak. I co zrobili cię szczęśliwcy, ci wybrańcy losu? 
Ano pod osłoną nocy poszli do wsi i za posiadane 5 rubli (pożyczone od autorki pamiętnika) ... schlali się na umór. 
I oczywiście ocknęli się zpowrotem w tym samym więzieniu. 
To się nazywa fason i brawura, nie?  
(Yolo: the Origin)

..................................

To zostawiam was z jeszcze jednym szatano-kotkiem, których wyprodukowałam naprawdę niepokojąco dużo, i idę na trzecią herbatę, bo inaczej przymarznę do krzesła i trzeba mnie będzie na fajrant odkuwać młotkiem i łomem. 

Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie prawdziwego imienia Szatana, nie wiadomo co się może w życiu przydać.























środa, 2 stycznia 2019

Dlaczego oglądamy złe filmy?

Jeszcze tylko 4 miesiące i wiosna!
Hy hy. 
Państwo wybaczą ten czarny humor z samego rana, ale się wczoraj bardzo przejadłam bigosu i dziś mam marne samopoczucie, a i noc była marna. Unikam przejadania się ogólnie, ale jednak wczoraj jakoś tak wyszło, gópio było zostawiać w garnku taką resztkę na dnie - tym bardziej że w nocy wicher nie zwiał mi jednak tego garnka z balkonu chociaż bardzo się starał - no to teraz mam za swoje. 

Do północy w Sylwestra dotrwałam, oglądając bardzo, baaardzo zły film o eksperymentalnym, inteligentnym samolocie bojowym, zwanym pieszczotliwie Blaszakiem, co to naprawdę latał tak jak nazwa wskazuje czyli sam, bez człowieka. I najpierw stał się zły bo piorun uderzył mu w przetwornik kwantowy, ściągnął z internetu w garażu wszystkie piosenki (serio, tak powiedzieli: wszystkie) i wyruszył na misję uwalniania świata od terrorystów nie bacząc na ogromne straty w cywilach. 
Ale później docenił prawdziwą, męska przyjaźń z dowódcą swojej drużyny (z człowiekiem znaczy) który najpierw go ścigał żeby go zestrzelić za tą samowolkę, ale potem już jakoś nie (może przegapiłam dlaczego) no i w końcu Blaszak zginął bohatersko ratując tegoż dowódcę i jego ukochaną przed ostrzałem na granicy dwóch Korei. 
No? Oglądał ktoś gorszy film? 
Ha! Tak myślałam.
Wszystko to trwało bite dwie godziny i zmuszało do refleksji na temat "dlaczego my to właściwie oglądamy i czy naprawdę tak bardzo nie chce nam się nacisnąć paru guziczków w tym Netflixie?" 
Niech każdy, kto zna ten problem sam sobie odpowie na to pytanie, po cichu, jak mu wstyd na głos.

Rakiety natomiast jak zaczęły na podwórku strzelać o tej północy, tak strzelały godzinę (czyli podczas drugiej godziny Blaszaka, więc to była zaprawdę wystrzałowa noc). Zawsze nie mogę się nadziwić dlaczego puszczanie z ogniem takiej grubej kasy sprawia ludziom tyle radości? No ale ja dziwny człowiek jestem, wiem. Dzik z puszczy.


To jak już mowa o strzelaniu, to takiego Strzelca namalowałam, o:
















Format A4, w sklepiku nawet już TUTAJ siedzi.


No i obeszło się tym razem bez sylwestrowego tureckiego disco do 4 rano po sąsiedzku, jak w tamtym roku. Gdyż nie ma na tym świecie nic, absolutnie nic potworniejszego od tureckiego disco, te dźwięki wymyślił Szatan, jestem tego pewna. I żyłam w strachu przed powtórką już od dobrych dwóch tygodni. 
Człowiek, chociaż niezwykle utalentowany w wymyślaniu niezliczonych wersji piekła na ziemi, ma jednak za mało wyobraźni żeby stworzyć coś tak koszmarnie makabrycznego. To wyszło prosto z najciemniejszych infernalnych czeluści, jak Szatan tam siedział i toczył spienioną smołę z pyska bo akurat miał bardzo zły humor, bo ludzkość powołała do życia kolejny program pomocy bezdomnym kotkom, czy nastawiała jadłodajni dla ubogich. 
Więc proszę was, uważajcie z tym pomaganiem bliźniemu i dobroczynnością, bo potem ja tu ponoszę konsekwencje. 


To czołem, rogiem i kopytem moi mili, niech się nam szczęści w tym 2019.
Ja mam taka prośbę małą do losu (czy chyba do samej siebie raczej) żebym w końcu nabrała choć odrobinę odwagi. Tyci-tyci. Już ponad 40 lat jestem największym cykorem w galaktyce, i mimo że to jest niby zawsze jakieś osiągnięcie, to jednak gotowa jestem oddać laury. 
Ale pewnie jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. 

]:-*

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Jam Pytia, jam wyrocznia, wyroków boskich wieszczka.

W nocy z wtorku na sobotę dostałam we śnie chyba jakiś przekaz. Bo jak obudziłam się rano, to przed oczami miałam ogromne zielone litery na czarnym tle: TOXIC EMERALD !!!  TOXIC EMERALD !!! 
(Wersaliki z szeryfami belkowymi i z dużą ilością wykrzykników)
Był też podkład dźwiękowy - krzyczał: TOXIC EMERALD !!!  TOXIC EMERALD !!! - i poza tym nic, żadnego obrazu, żadnego wyjaśnienia. Ani tekstu drobnym druczkiem, ani odnośników do tekstów zródłowych, ani pocałuj się w zadek. 

Delficka Pytia podobno naparzała heksametrem, zrozumiałym tylko dla kapłanów-tłumaczy, ale jak widzimy dwa proste słowa po angielsku wcale nie są łatwiejsze do odkodowania. 

Czyli albo kosmici, albo Istoty Świetliste albo ewentualnie emerytowana Frau Sąsiadka z parteru dla zabicia czasu para się parapsychologią i trenuje telepatię, a drzewiej była angielskojęzycznym zecerem z uczuleniem na zieloną farbę drukarską. 

Albo po prostu to ja wariuję. Co jest VERY POSSIBLE !!!  VERY POSSIBLE !!!

..........................................

Natomiast w niedzielę padał śnieg - i to już jest właściwie wystarczający powód, żeby go nienawidzić, że pada. Ale nieee, co tam, to za mało, trzeba tym śniegiem zacząć padać akurat wtedy, jak już ruszyłam doopę żeby całkiem na chacie nie zwariować i byłam akurat godzinę drogi na piechotę od domu. No to sobie ta godzinę spędziłam na szybkim truchcie z zamkniętymi oczami, bo oczywicie padał mi prosto w twarz, jakby nie mógł lecieć w drugą stronę i padać mi w plecy.
Grrrrrrr!!!

No ale przynajmniej się przewietrzyłam. I blisko domu zobaczyłam jeden wielgachny budynek, którego poprzedniego dnia nie było jak jechaliśmy tamtędy do sklepu, przysięgam. Niewykończony był jeszcze co prawda, bez okien, ale wielki jak nie wiem co, no przecież zauważyłabym go w sobotę! 
I żeby to był pierwszy taki przypadek, ale nie, to co chwilę tak. Zaprawdę niedługo uwierzę że żyjemy w Matrixie. 
W dodatku jak się taki budynek-niespodzianka nagle gdzieś pojawia, to ja nie potrafię sobie nijak przypomnieć, co tam było poprzednio, więc HELOŁ, przypadek? Nie sądzę. Upgrade systemu jak cegłą w oko!

..........................................

Tymczasem z tęsknoty za kolorami powstają tęczowe zorze, jako tło dla Bardzo Dziwnych Zwierzątek.
(do nabycia, jak ktoś zainteresowany to jak zwykle na diabelwburaczkach@gmail.com)






Mały (A5)















Duży (A4)















I chyba odkryłam mój ulubiony papier akwarelowy. Arches Grain Torchon.
Jeeejk!!! Boski jest. Wieszczę długi, szczęśliwy związek. Nietoksyczny. 

~(*♥*)~

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Historia żółtej ciżemki w barbarzyńskim kraju dzikiej północy.


W tamtym tygodniu w autobusie podeptałam jednego faceta i wcale nie było mi przykro. 

Bo po pierwsze usiadł w najbardziej idiotyczny sposób, w jaki można siąść w autobusie - nogi miał w poprzek tego wąskiego przejścia w tyle, znaczy siedział po jednej stronie, bokiem, a nogi miał oparte o drugą stronę. Siedzenia w tylnej części autobusu są na podwyższeniach, więc jak wstałam i zeszłam na podłogę to jego nogi były na wysokości mojego półuda, czyli ani przeskoczyć, ani obejść. 

A po drugie (i to chyba wyjaśnia dlaczego tak głupio siedział) to typ się w takie trzewiki fantastyczne ustroił, w takie ciżmy paradne i cud orientu, że paaanie złoty, Alladyn wysiada: czuby długie, wąskie i w górę zadarte, jak rogi księżyca w nowiu, jak kły mitycznego olifanta, szpice subtelną zapewne w zamyśle arabeską z zamszu spowite. No sam Sułtan Brunei by się nie powstydził. Jakaś gruba okazja musiała chyba być, no bo kto ubiera coś takiego na codzień. A tym bardziej na jazdę zatłoczonym zbiorkomem. Jakby autobus podskoczył na czymś na drodze, to by sobie oczy powykłuwał, szach perski.

No i taka sytuacja: ja chcę przejść, nasz kalif cofa te sierpy księżycowe pod siedzenie, ale nie daje rady, bo tam po prostu nie ma aż tyle miejsca, nikt nie projektował autobusów na takie kosmicznie odjechane kierpce. 
Ja muszę wysiadać już naprawdę, on podnosi nogi i nimi bezładnie macha, próbując chyba upchnąć je w jakimś skleconym naprędce czwartym wymiarze, ale się okazuje że akurat czarodziejskiej lampy z usłużnym dżinnem dziś przy sobie nie ma i nic z tego, więc w panice wymachuje tymi szablami jak najdzikszy z osmańskich janczarów, to z kolei wywołuje popłoch wśród najbliżej stojącej gawiedzi, wszak nikt nie chce skończyć z kłem mamuta o oku. W końcu jakoś tak bez sensu postawił je nagle na podłodze dokładnie w momencie, kiedy zdecydowałam się przejść niejako pod nimi, górną połową ciała robiąc unik w lewo. 

No i tak to podeptałam, się zaplątawszy. 
Trudno. Nie moja wina. Trzeba się było w takie kindżały wbijać? Służba w kalifacie pewnie już wie, że jak stary wskakuje w te swoje wysiepane ciżmy to w promieniu półtora metra panuje strefa śmierci, ale my, prosty lud północy, nie wykształciliśmy odpowiednich procedur. No i Sułtan Brunei w sumie raczej miejskim nie jeździ, to przede wszystkim. 

I tak dobrze, że w tej sytuacji nie straciłam głowy - całkiem dosłownie, prawda, ha haaa.


No to teraz obrazek. Mam nawet sierp księżycowy na tą okazję! O, proszę:












Tak tak, to wasze koty robią w nocy, jak śpicie. GAPIĄ SIĘ NA WAS I ŚWIECĄ! Snując swoje pokrętne kocie plany, na przykład czy zapolować tej nocy na stopy wystające spod kołdry. Albo o której bezlitośnie wczesnej godzinie najlepiej obudzić człowieka żądając śniadania, które następnie zostanie ostentacyjnie zignorowane. Albo jak mocno walnąć śpiącego ludzia łapą przez łeb w ramach walki z nocną nudą. I takie tam kocie sprawy. 

To czołem, rogiem i burakiem moi mili, miłego tygodnia. 
A jakby ktoś chciał wejść w posiadanie akwarelowego, nieinwazyjnego kota, to jak zwykle, pisać na maila.

]:-*

poniedziałek, 26 listopada 2018

Wyją wilcy, wyją.

...bo tęsknią za latem. 




Co roku o tej porze maluję wyjącego wilka, bo ciężko mi znieść początek zimna, i wyję wewnętrznie, cierpiąc. Oj, oj. 
A potem znowu w styczniu / lutym te wilki mi wyją (w duszy i na papierze) bo już nie mogę dłużej tego zimna wytrzymać i mam wrażenie, że jeszcze jeden zimny, szary dzień i pęknę na pół jak zmurszała purchawka.
Ale w tym roku to przyznam sama, poleciałam trochę. Sami zobaczta.

Tu dzieła zebrane na pierwszy rzut:




A tu szczegóły:

NUMER 1









NUMER 2












NUMER 3











NUMER 4














NUMER 5













NUMER 6










No. Także ten, jeśli ktos czuje potrzebę wycia, to zapraszam. Razem raźniej. Który wam najbardziej? Bo mi trójka chyba. 
Ale jedynka tez coś w sobie ma, czuc tą mroźną noc tam. 
No i samotnik spod piątki też łapie za serce, tak sobie samiutki siedzi i wyje.


Wilcy są do nabycia, 20 € razem z przesyłką. Dwie dyszki i mozecie razem wyc do upadłego :D
(diabelwburaczkach@gmail.com  proszę, jak ktoś zainteresowany)


Spójrzmy prawdzie w oczy: przyszło. 
Wielkie Zimno! Wielkie Zło! Czas ciężki i okrutny!!! 
To czas próby! Próby gryzącej wełny, mokrych skarpet, fontann burego błota pryskającego nam spod aut na spodnie... Nie odwrócimy tego, nic nie poradzimy, będzie ciężko, ale nie możemy się poddać. Wierzmy gorąco, że ma to jakiś sens, i że kiedyś ustanie i zostaniemy nagrodzeni ciepłym blaskiem słoneczka świecącego nam na plażowy / tarasowy leżaczek. 

Jest to również próba tolerancji, moi drodzy. Próba widzenia w ciężkich chwilach w drugiej osobie przede wszystkim człowieka! Bez uprzedzeń. Mowa oczywiście o traktowaniu tych wśród nas, których duszę przeżarło już na wskroś Białe Zło i które - przebóg! - lubią zimno i śnieg!!!! Buaaaa!!! Ojeeee!!! Chce się tylko zakrzyknąć "Apage!" i uciekać, kreśląc w powietrzu ochronne runy i rzucając za siebie główki czosnku. 
To jest bardzo szukujące, ja wiem. Przepraszam za ten niespodziewany cios, jak ktoś zemdlał, to poczekamy chwilkę aż odemdleje.  

Już? No to dalej:
Być może są wśród nich nawet i tacy, którzy - uwaga, złapcie się teraz czegoś żeby znowu nie upaść - lubią rajstopy pod spodniami!!!! Ha! To wcale nie jest niemożliwe, wszak odchłań obłędu jest głęboka i bezdenna i może prowadzić nawet w takie czeluście. 
Tak, tak, to wszystko oczywiście wariaci, ale raczej nieszkodliwi i nie zasługują na gorsze traktowanie ani ostracyzm, pamiętajmy. Nie wymagają egzorcyzmów, czy przykuwania łańcuchem w loszku. To w końcu też są (tak podejrzewam) istoty ludzkie. Trzeba się nawzajem szanować.

Na ich widok nie wytykamy ich więc palcami, bardzo proszę, nie przechodzimy na drugą stronę ulicy, w sklepie nie udajemy że nagle szalenie nas zainteresował szeroki wybór kurzych podrobów albo przecena slipek męskich białych, krój tradycyjny, rozmiar XXXXL. Bardzo proszę. 

Można z nimi spokojnie porozmawiać, podejść blisko - tylko proszę nie dziubać palcem. Można z nimi pracować razem w jednym biurze, nawet iść na piwo. Ba, nawet szczęśliwe związki z nimi są jak najbardziej możliwe!

Jak tacy ludzie lodu przyjdą do nas na obiad, to podajemy im normalnie jedzenie - nie kostki lodu, nie mieszankę warzywną prosto z zamrażarki czy mrożonego kuraka, tylko zwykłe, ciepłe jedzenie, jak dla normalsów. 
Jak to jest np. szwagier, i przyjechał z waszą siostrą na weekend, to nie trzeba opróżniać lodówki i kłaść jej na płasko na podłodze, nie - oni śpią tak jak my, w łóżkach. Lodowata piwnica też nie będzie potrzebna. 
Jak wyjdzie nagle na balkon, to pamiętajmy, żeby go za chwilę wpuścić zpowrotem, nie wolno go tam zostawiać, bardzo proszę (najprawdopodobniej wyszedł tylko na papierosa) To bardzo ważne, powtarzam jeszcze raz: nie zostawiać go na noc na balkonie! Bo się może bardzo popsuć. 

Ale nie zaszkodzi jak za plecami lub w kieszeni skrzyżujemy palce, a dzieciom zawiążemy czerwoną nitkę albo zawiesimy wianek czosnku pod kurteczką. Przezorny zawsze ubezpieczony, prawda. Na głos życzymy im idealnie zaśnieżonego stoku na weekendowym wyjeździe, a w duchu powtarzamy trzy razy zaklęcie od uroku. 

Bo kto wie, może to jednak nie ludzie, może po zapadnięciu nocy zamieniają się w jakieś tajemnicze, czarne bestie i biegają po lasach wyjąc do księżyca...



środa, 24 października 2018

Nie ma mnie.

Znikłam, wyparowałam, wilki mnie zjadły, uległam absorbcji przez ciemną materię. Nie ma nawet mojego cienia - porwały go dzieci nocy o głowach z upiornych dyni, capnęły go chudymi palcami o spiczastych pazurkach i uciekły chichocząc. Pewnie teraz szyją sobie z niego czarne peleryny-niewidki. 

Ja - mizerne strzępki jakiejś tam byle jakiej osobowości, pałętające się luźno w powłoce ciała, w klatce z kości, jak najmniejsza z matrioszek zamknięta w największej. 
Forma ze śladową ilością nieciekawej treści. 
Nawet tego teraz nie ma - rozwiał mnie wiatr, zmieszał te strzępki z jesiennymi liśćmi, zawiesił kilka na opuszczonych sznurkach do prania, cisnął w błoto. 
Przeraża mnie czasem to, jak bardzo nikim jestem. No, chyba że tchórzem. Tchórzem jestem pierwszorzędnym, ale to nie o to chodzi. 

Istnienie w mediach nie dopuszcza niczego poza radością, więc pewnie i tego postu nawet nie ma. Może mnie w ogóle nie ma i nigdy nie było, a może zostałam w tym lesie, kilka tygodni temu, wsród szepczących paproci. 

Może gdybym wykształciła jakieś cechy i zalety, charakter, poglądy, błyskotliwe myśli, to może miałabym jakieś znaczenie, jakąś wartość, może trochę bardziej bym była. Nie żeby od razu kimś znaczącym, po prostu sobą. Może... Może, może. A może i nie. 
Może te kilka marnych strzępków zaciśniętych w supeł na gardle i sercu, to właśnie ja, to wszystko, i reklamacji za wybrakowany towar nie uwzględnia się. 



Portret sprawców: wilcy, co mnie zjedli, i ciemna materia.

wtorek, 31 lipca 2018

Zasady dynamiki Newtona w walce o godność osobistą.

Nigdy w życiu nie udało mi się zrozumieć żadnego wzoru na fizyce i chemii w szkole. NIGDY.
 
Ale raz, raz jedyny, jak chyba w trzeciej klasie liceum wisiała nade mną jedynka na półrocze, no i coś musiałam na to zaradzić, zmobilizowałam całą swoją odwagę cywilną, ruchem posuwistym i zdecydowanym siadłam przy biurku, rozłożyłam mądre księgi i jeżąc groźnie brwi spojrzałam wrogowi w twarz.
A twarz miał ten wróg wymalowaną w srogie wojenne wzory i symbole, poustawiane po obu stronach znaku równości, wymownym jak kraty w więziennym oknie. Głosem ponurym i ciężkim, głosem zprzed wieków, mamrotał pradawne zaklęcia o tym, jak porusza się ciało w jakichś tam warunkach.
Wyglądało to przerażająco.
Ale się nie poddałam. Upiorna walka przy biurku trwała kilka dni, siedziałam murem i betonem, zbrojonym. Ani o milimetr się nie cofnęłam.
 
I teraz macie tą wizję: dookoła zawierucha, pioruny, śnieg, pizga złem i zębatymi rekinami, runy magicznych wzorów świecą złym światłem, w tle słychać wypowiadane grobowym głosem zaklęcia - a ja nic. NIC! Siedzę!

Macie to?
 
No. To powiadam wam, kiedy nadszedł dzień poprawki, byłam gotowa.
Opanowałam magiczne formuły wroga, runy i symbole.
W szkole stanęłam pod tablicą, pewna siebie i zadowolona (acz pewne napięcie czułam, nie powiem)
Kredą wypisałam ciąg tajemnych znaków, wypowiedziałam formułę, a następnie na przykładzie czegoś tam objaśniłam to wszystko w sposób wyczerpujący i nie pozostawiający niczego do życzenia, nawet jakiś tam wykres walnęłam, przynależny do tego działu magii. Zasyczało, zapachniało siarką, aż iskry poszły. Gotowe.

Poczym z blaskiem triumfu w oczach spojrzałam na nauczyciela.
 
On milczał, rozgromiony.

Siedział przy biurku, obrócony do tablicy, jakoś tak dziwnie zgięty w plecach, jakby zaraz miał spaść z krzesła.
„Oho! Rozłożyłam go, na to nie liczył, bua-ha-haaa!" pomyślałam.
„No dobrze. Mierna. Możesz usiąść" - powiedział chłopina głosem cienkim i bladym niczym oddech pisklęcia, tak był porażony mym występem.
 
Dumna jak paw wróciłam na miejsce, unosząc się jakieś 10 cm nad podłogą, bo poziom magii w tym momencie to czułam taki, że żadne tam prawa o ruchu ciał się mnie nie imały, mogłam robić, co chciałam.
 
Do tablicy poszedł następny poprawkowicz, a ja zapuściłam żurawia w moje księgi i kajety, żeby jeszcze tak do końca sprawdzić, że wszystko było dobrze, żeby się upewnić w tym moim wielkim zwycięstwie, żeby móc z czołem jasnem i podniesionem wyjść z placu boju i święcić należne mi triumfy.

Ale nim obmyśliłam plan tych bajecznych bachanaliów o bezprecedensowym, bizantyjskim rozmachu, o których jeszcze za 50 lat całe miasto miało opowiadać barwne historie, to okazało się, że wzór owszem, sam w sobie był dobry, ale z kompletnie innej bajki, do definicji nijak nie przynależący, samą definicję podparłam wyjaśnieniami z jeszcze innego rozdziału, a ten cholerny wykres to już w ogóle nie wiadomo skąd wzięłam. Czyli żaden element mojego wystąpienia nie pasował do drugiego, a do tematu pasowała jedynie sama goła regółka, wykuta na blachę...
 
W tym momencie ten mój różowy rumak prowadzący korowód zwycięstwa trochę okulał, wyliniał, i zanotował w pamięci żeby koniecznie kupić farbę do sierści, bo róż w tej sytuacji raczej już nie przystoi.
Skończyło się rumakowanie.
 

Ale w sumie, tak z ręką na sercu, to mnie to wcale nie zdziwiło.
Raczej to było jak to uczucie kiedyś na urlopie, jak porwała mnie figlarna morska fala i przeczołgała po dnie, kręcąc mną salta i piruety z mistrzowskim opanowaniem reguł ruchu ciał, i w końcu, ostatni raz przeorawszy mi zadek o kamieniste dno, wyrzuciła litościwie na stały, pewny grunt plaży, gdzie znowu stanęłam na własnych dwóch nogach i sama decydowałam o wszelkich ruchach. 
[jak już wytrzepałam żwir z uszu i gaci i odzyskałam równowagę tudzież oddech]

I tak to wróciłam do punktu wyjścia, że wiem, że nic nie wiem.
A na miejscu nauczyciela też bym dała mi tą mierną, no bo przecież to był ostateczny i niepodbijalny dowód na to, że lepiej ze mną już nie będzie.
A to, że uwielbiam czytać książki o fizyce i chemii, to tylko dowodzi smutnego faktu o nieskuteczności szkolnej edukacji. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę ;)



...............................


Jak tam krwawy, zaćmiony księżyc w tamtym tygodniu? Widzieli? U nas był dopiero po północy, już spałam snem niewiniątka.



 
 

 
 

 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...