Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lis Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lis Stefan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2017

Widok ze wzgórza.


Pewnego razu lis Stefan, mając już dość błądzenia wsród kolczastych chaszczy, postanowił wejść na pobliskie wzgórze by ujrzeć szerszy horyzont. Wznieść się ponad plątaninę dzikich krzaczorów zasłaniających perspektywę i wszelkie widoki.


Jest bowiem mądrym lisem i wie, że takie spojrzenie z góry na całokształt zmienia postrzeganie detali. Nadaje jeden wspólny środek ciężkości, na którym równomiernie opiera się cała reszta.
Można wtedy nabrać dystansu potrzebnego do oceny sytuacji. Tu zaordynować wyrównanie szyków, tam załatanie ubytków.


Patrząc z góry nie potykasz się o złośliwie ukryte w listowiu, podstawione ci przez los kończyny.
Nie wpadasz w sidła płożących się po ziemi problemów, ani w wilcze doły porównań, dziwnym trafem zawsze niekorzystnych dla ciebie.
Zawiły labirynt wyborów, widziany z perspektywy obłoczka, ujawnia ukryte w gąszczu ścieżki. Jak dobrze popatrzeć, to i furtka się znajdzie.


Słońce świeci jaśniej na takiej górce, bliżej jest do gwiazd wskazujących prawidłowy kurs, do słodkiego zapomnienia, niebieskich migdałów, różowych marzeń. Do złotego milczenia przeplatanego tylko srebrnym trelem ptaszęcia.

A nawet jak zacznie padać deszcz, to spłynie w dół i zaraz wyschniesz - nie utkniesz po pas w błotnistym dołku pełnym brudnej wody i przegniłej koniczyny.


Stefan mówi, że dobrze czasem jest wejść na takie wzgórze, i życzy wszystkim znalezienia odpowiednich górek we właściwym momencie :*



 

 



.........................................



A tutaj to nawet jeszcze wyżej wlazł:


 
 

 
 

 
 

 
 

 
 



 
.........................................



A ja czuję zew puszczy. Znaczy, do drewna mnie ciągnie znowu.

W piątek po pracy wywlokłam więc mój skład materiałów drewnianych poupychany po kątach, i poczęłam ryć jak dzik w żołędziach.

Ludzie, ile to się trzeba naszukać, żeby znaleźć w stercie drewna dwa pasujące patyki, mając do dyspozycji ledwie półtora metra kwadratowego kuchennej podłogi!!!

Szukałam więc w piątek, szukałam w sobotę, przykładałam, przymierzałam, oko mrużyłam, pod wąsem mamrotałam, a w niedzielę pokazałam Borsukowi drewienka z narysowanymi ołówkiem liniami, poczym głosem pełnym ufności (i znającym sprzeciwu) spytałam "Pokroiłbyś mi deski?"

No i poświęcił Borsuk pół niedzieli na cięcie i piłowanie.
To znaczy, tak właściwie, samego cięcia to było może ze 15 minut, ale najpierw - ha! Najpierw pół dnia zajęło skonstruowanie warsztatowego stoliczka do piłowania, zakupionego w Lidlu po cenie niezwykle atrakcyjnej, a więc zwiastującej większe lub mniejsze problemy.
Raczej większe.
W sumie im mniejsza cena, tym większe problemy chyba w takich przypadkach.

I oczywiście - stoliczek okazał się typowym dziełem szatana, który gdzieś tam, w trzewiach Lidla, pracuje nad wynajdywaniem takich ofert i pewnie ma ubaw po pachy. I nawet nam, którzyśmy zęby zjedli na meblach do składania, za nic na świecie nie chciał się złożyć w funkcjonalną całość. Ale w końcu, w końcu, poskromiliśmy bestię. Buachachaaaa! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, piekielny lidlowy subiekcie.

Tak, wiem, jakby się kupiło stoliczek np. Bosha, to pewnie byłoby łatwiej, ale i milion razy drożej, a to z koleji skutecznie uniemożliwia Świnia Skarbonka, która w okresie letnim broni swoich wnętrzności z wściekłością Berserka pogryzionego przez szerszenie. No i w sumie ma rację, bo za to później na wyjeździe mniejszym czy większym szczodrze sypie dukatami na gałkę loda czy arbuzowego szejka. Coś za coś.

Ale wracając do szatańskiego mebla: były momenty, że myślałam, że stoliczek zaraz wyląduje na trawniku razem z szyba okienną, pchnięty borsuczą wściekłością.

Tak że ten, mam nadzieję że coś mi wyjdzie z tego drewna fajnego, żeby cały trud na marne nie poszedł, ale na razie niestety jest tak, że sama nie wiem, czy mi się podoba, czy nie...
Mam obawy.
Czas pokaże. A potem ja wam pokażę rezultaty.

Stay tuned.


.........................................
 

P.S. Jeśli ktoś kilka tygodni temu na północnych ziemiach germańskich, na dosyć gęsto zaludnionej ulicy, widział kobietę wyszarpującą stare dechy z kontenera z gruzem i śmieciami - to byłam ja. Proszę zbyt surowo nie osądzać. A tego jednego pana robotnika co to widział, to chciałam bardzo przeprosić, bo biedakowi o mało co oczy z głowy nie wypadły. Chyba pierwszy raz był świadkiem, że ktoś mu śmieci kradnie, zamiast podrzucać.

środa, 4 stycznia 2017

Siły rządzące wszechświatem.


Dzień dobry kochane Misie, dzisiaj proszę przywitać się po raz kolejny z Lisem Stefanem. Śpi akurat, wiem, ale dam mu do przeczytania, jak tylko się obudzi.

Jak widzimy, Stefan zdecydował się tego wieczoru na małą drzemkę na świeżym powietrzu. Dla zdrowotności, bo cicha, spokojna ta noc była, i bezwietrzna (ah Stefanie, gdzie jest takie miejsce na mapie, gdzie aktualnie wiatry nie ciskają w twarz wyliniałą mewą, śniętym śledziem i reklamówką z Lidla?)

Na świeżym śniegu, do którego ja pałam odrazą wprost nieopisywalną, Stefanowi leży się mięciutko i wygodnie, puszyste śnieżynki spadają mu na pyszczek i łaskoczą - nasz Lis śni przez to o wsadzaniu nosa w puchate dmuchawce na słonecznej, zielonej łące i wcale nie jest mu zimno.

Jak się ma futro i TAKI ogon, to można!

A nawet jak w końcu zmarznie, to schowa się znowu do domku, w którym jak widać, przezornie zostawił włączone ogrzewanie, gdyż jest bardzo mądrym lisem.

Na razie jednak śpi i śni o buszowaniu w trawie i pogoni za motylkami siadającymi na dmuchawcach.

 
 

 
 

 
 
 
Właściwie to ten obrazek miał wyglądać całkiem inaczej: określone czarnym konturem jednokolorowe powierzchnie. Jednoznacznie zdefiniowane barwy. Błyszczący werniks. I koniecznie coś złotego!
 
 
No. To tyle, jeśli chodzi o plany:




Bo jak raz pomyślałam, że "może tylko tutaj trochę przetrę" i drapnęłam metalową szczoteczką - tak już przestać nie mogłam, gdyż to niezwykle wciąga...

To jest tak, jakby otworzyć paczkę pysznych ciasteczek w ciemnej czekoladzie i powiedzieć sobie "Zjem tylko jedno".

He he he.

No przecież od razu człowiek ma ochotę wyśmiać sam siebie i w głowę się stuknąć patelnią, że takie bzdury wygaduje. Prędzej piekło zamarznie, niż ludzkość oprze się Mocy Ciasteczka.
Tak, to jest naukowo udowodnione. Po zjedzeniu pierwszego ciasteczka wpada się w cookie-fiever i jest to silniejsze od... eee... od wszystkiego właściwie, a już najwłaściwiej i najbardziej to od zdrowego rozsądku, który siedzi wtedy tylko w kąciku, z twarzą wtuloną w swoje ramię oparte o ścianę, ozdobiony gilami do pasa i leje rzewne łzy. Potwierdziłam to osobiście i wielokrotnie, ciągnącym się całe lata eksperymentem na samej sobie, bo ja z wielką ochotą i ogromnym zaangażowaniem poświęcam się nauce. (Jeśli ma związek z ciemną czekoladą)
 
 
 
 
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.
Tak, tak, i chwala ci za to :D
 
 
 
 
 
Dobra, odbiegłam od tematu zdaje się, wróćmy do Stefana: więc zaraz w tym transie zaczęłam tu i ówdzie siać chaos i zniszczenie grubym papierem ściernym, dziobać Stefana nożem (ja podła!), ciapać starym, kostropatym pędzlem, i znowu szczoką matalową go kłuj kłuj! No i było tak fajnie, że po skończeniu i   zabalsamowaniu zwłok  zawerniksowaniu pierwszego Stefana (na matowo) zakrzyknęłam od razu jak to krzyczy każde dziecko ściągane z kolorowej karuzeli: "Jeszcze raaaaz!!!"
No i był jeszcze raz:
 
 

 
 

 
 



 
 
 
Tu można sobie znaleźć podobieństwa i różnice:
 
 
 

(Ten Stefan z misiem będzie u Le Szopa, 30 euro + okolo cos 6-8 euro przesyka, jakby ktoś go zapragnął drogą nieoficjalną, to pisać)

 
......................................................................................................................
 

To na koniec jeszcze jeden element ze świata sztuki, tym razem poezja:

Po drodze z pracy do lokalnego dworca mijam placyk, na którym dwa razy w tygodniu "rozbija się" targowisko.
I jest budka z serem.
A na budce slogan reklamowy o silnym zabarwieniu poetyckim, świadczący niezbicie o tym, iż Sprzedawca Sera to nie tylko sprzedawca sera, ale też człowiek o wrażliwym wnętrzu, wielbiący Homera&Goethego&Co, być może nawet deklamujący liryczne, wzniosłe werseta podczas wykonywania przyziemnych czynności kramarskich!
Poemat leci tak:


Käse, Käse, tra la la
Käse ist für alle da!

czyli w wolnym tłumaczeniu:

Serek, serek, sru tu tu,
Serek jest dla wszystkich tu!


To zdecydowanie poprawia nastój :)




 
 

piątek, 2 grudnia 2016

Słowa kluczowe

Skoro już umiem robić gify, to zrobiłam jeszcze jeden. Ale strasznie żmudne takie gifowanie, chyba jestę na to za leniwą...

Ten tu oto przedstawia dwie połowy mojej osobowości:
Jedna połowa gada farmazony jadąc na radosnym haju wywołanym używaniem materiałów plastycznych (ZGODNIE z przeznaczeniem)
Druga połowa tylko wzdycha i wywala oczami, no bo co jej innego pozostało biorąc pod uwagę obecną sytuację w miejscu pracy, opisaną poprzednim razem.

Ja tak sobie żartobliwie-pieszczotliwie na to mówię, że karmię smoki.
Poniedziałek-piątek karmię smoki, weekend na leczenie ran, i od nowa. Taka praca.

(Pamiętacie bajkę "Dawno temu w trawie"? Płomienie śmieeerci!!! No. Na tej zasadzie.)
 
 

.................................................



Wichry wieją u nas straszliwe. Wczoraj to myślałam, że mnie ktoś szarpie z tyłu za kaptur, odwracam się a tam - nikt. Tylko wicher duje i wyje. Do tego zimne te wichry takie, wbijają się w kark jak wampirze kły. Człowiek dociera w końcu do domu umęczony i zmarznięty, zjada ciepłą obiadokolację (znaczy nie tak od razu, najpierw se ugotować musi) i od razu senność owija mu plecki swoim ciepłym kocykiem w puchate misie i szepcze czule do uszka "Zaśnij sobie, zaśnij, tu na stole złóż główke, olej wszystko, brudny talerz nie zając, nie ucieknie." Normalnie aż trzeba uważać, żeby tej główki prosto w resztki buraków nie złożyć, efekty byłyby niezwykle zaskakujące, nawet po krótkiej tylko drzemce.
Słowa kluczowe: zwała, spać, usnąć, wbić gwoździa, przyciąć komara, ciąć chrapickiego, knurzyć, piłować, tartak.


Natomiast w tamten piątek po pracy okazałam kierowcy autobusu zamiast biletu - klucze od mieszkania.
Na szczęście zorientowałam się i zamieniłam fanty, zanim zdąrzył to źle odczytać, albo cokolwiek powiedzieć. Wiecie jak w filmach, w scenach rozgrywających się w hotelowych barach, ktoś komuś daje swoje klucze i odchodzi na pięterko? Patrząc wymownie? No. Znaczy ja nie patrzyłam wymownie, właściwie chyba w ogóle nie patrzyłam, bo kto ma w piątek po pracy siłę patrzeć. (W oczach tylko wirujące spirale chaosu i odmętów szaleństwa niespokojny blask...)
Słowa kluczowe: drętwota, otępienie, korpo-zombie, diabeł-buła.

 
A te słowa kluczowe to dlatego, że ja (jak wszyscy chyba) z ogromną ciekawością sprawdzam w trzewiach bloga jakimi to pokrętnymi ścieżkami ludzie docierają przez googlowe manowce na moje buraczane poletko. Poprzez słowa "diabeł" czy "buraki" to oczywiście oczywista oczywistość, ale czasami... Proszę:


Zoologicznie

zdjęcia cyrkowych jamików (Boże uchowaj, mam nadzieję, że cyrkowe jamniki nie istnieją)

dzień konia (Ku chwale ojczyzny!)

koniki plakatów (Nie jestem pewna, co autor miał na myśli)

borsuk na zmarszczki (Nie chcę wiedzieć, co autor miał na myśli)

oddam sowę (No wiesz co! Jak możesz!)

kot leci wysoko od ziemi (Jak się go mocno podrzuci, to niewykluczone, z tym że długo tak nie polata)

nierówność dromadera (Wrodzona i nieuleczalna, drogi internauto. Dromaderów nie prostuje się.)




 
Porady ogólne

dlaczego ludzie zasłaniają rejsyracje (Bo są zbrodzieniami)

co zawiera kukułka (Otwieramy i a kuku - oto flaczki, kiszki, nereczki i inne elementy. Generalnie kukułka dosyć skomplikowana jest)

buahaha - co to znaczy (Łał! To mogła być tylko Morticia Addams! Jeeejk! :)

co oznacza poczwara za głową (Smok. Albo ta Kowalska z trzeciego. W obu przypadkach szybko uciekaj)



Edukacja, społeczeństwo, kultura

kaganek oświaty (U mnie?! :) wzruszonam!)

obalić mit (Może byc trudno, ale nie takie rzeczy się ze szwagrem obalało)

szczała baba koło płota (Obalić tą nieobywatelską postawę mandatem!)

ciężkie chwile wyrażone wierszem (Ach, drogi licealisto... a wiesz że kiedyś nie było internetu i trzeba było wszystkiego samemu w książkach szukać? Serio! To dopiero były czasami ciężkie chwile.)

fenkuł halo jesteś tam? (Nie. Może Fenkuł ma akurat ciężkie chwile i próbuje wyrazić je wierszem?)

siada na kaktusie (No, to bank ma teraz ciężkie chwile. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy narzucającą mu się formą ekspresji jest akurat poezja)

 

 
Rzeczy oczywiste, czyli piekło i buraki

diabeł wśród ryb :)))))

diabeł bez spodni (No tak od razu do intymnego pożycia?!)

żelazo w buraczkach (Heavy metal beets, yeah!)

wyciąganie ciepła przez diabły (No i czego tu robi z igły widły? Budżet ograniczony, klientów coraz więcej, a pod kotłami trzeba palić, inaczej szef się wścieka. Czasem się jakąś tam rurkę podłączy na lewo, ojeju.)

19 lipiec diabeł na niebie (Szef czasem lubi poszpiegować konkurencję)

buraczane plamy na suficie (To Buraczany Jeździec Apokalipsy przesącza się do naszego świata!!! Pakuj się i uciekaj)
 

 
.................................................


 
Dziś tylko na szybko takie mizerne zdjęcie malutkiego, roboczego szkicu Stefana, robione po ciemku więc mizernie do kwadratu jest nawet, ale obiecuję, następnym razem będzie lepiej!

Zwrócenie uwagi na Jedyny Słuszny W Tej Sytuacji Ołówek pilnie wskazane ;)
 
 
 
 
 
 
 
To lecę karmić moje smoki, jeszcze kilka godzin zostało.
:*

piątek, 25 listopada 2016

Do serca przytul psa, weź na kolana konia...

... bo zwierzątka, wiadomo, dobre na ból duszy są. Także Lis Stefan jest świadomy mocy drzemiącej w jego futerku. A że jest lisem czynu, to teraz też nie wahał się ni chwili. Spakował już walizeczkę pierwszej pomocy i jest gotowy ruszyć w drogę. Wołajcie - a przybieży.


Wręczy smutnej duszy lizaka o jej ulubionym smaku, naklei kwiecisty plaster na rany zadane przez los, sypnie confetti z najpiękniejszych wspomnień.


Wyciągnie z walizeczki syrop na słodkie sny i balsam na poobijane marzenia. Wszystko bez recepty!


No i oczywiście pozwoli się pogłaskać i pomiziać.

 
 

Zestaw pierwszej pomocy Lisa Stefana na ból duszy:
lizak o jej ulubionym smaku, puchaty ogon, confetti z najpiękniejszych wspomnień,
kwiecisty plaster na rany zadane przez los.
W torbie skrywa: syrop na słodkie sny, balsam na poobijane marzenia
i starannie zwiniętą w rulonik z perforowanymi porcyjkami radość.



p.s. Uprasza się NIE posądzać Stefana o handel substancjami chemicznymi znajdującymi się na listach produktów zakazanych przez Ministerstwo Zdrowia i ONZ.


...................................................................................
 

Taki stary obrazek że Stefanem znalazłam - i jest jak znalazł (!) na dzisiaj bo moja dusza już goni ostatkiem sił.

Bo kolega z biurka obok się rozmnożył do końca, to znaczy żona jego dokonała w końcu ostatecznego podziału na dwa organizmy żywe, wypączkowała małą sadzonkę z pełnym garniturem świeżutkich chromosomów, no i kolega jest na urlopie od sześciu tygodni i wróci po nowym roku, a ja z tej okazji muszę przytulić do mej wątłej klaty tak jakby dwa etaty. Sam ten fakt już sucks, bo roboty po pachy, ale jeszcze gorsze, że trzeba "współpracować" z szerszym gronem ludzi. Cudzysłów dlatego, że od tej "współpracy" to już mam ryj czerwony od strzelania sobie facepalmów, a mózg mi w poprzek stanął od rozwiązywania licznych zagadek (nie)logicznych zawartych w mailach, i od innych różnych takich whatthefucków.


Przytoczmy treść ostatnich kilku "ciekawszych" dialogów mailowych. Mailowych, co oznacza, że każda linijka dialogu to przynajmniej 1-3 dni, więc państwo sobie imaginują ile czasu to trwa, podczas gdy terminy nieubłaganie lecą:


- Joanna, potrzebuję w formie newslettera zdjęcie produktu XY z zawiadomieniem o czasie realizacji zamówień.
- Dobrze, ale jaka ma być treść tego zawiadomienia?
- Tak.

........................................................................................

- Ile kosztowałby nas dodruk tego folderu?
- Tu masz link z cenami każdego możliwego nakładu.
- A ile kosztuje 500 sztuk a ile 1000?
- Tyle, co w linku właśnie, masz tam wszystkie nakłady i ceny.
- Aha, ok, dzięki.

........................................................................................

- Joanna, możesz proszę wysłać ten folder do druku? Chciałbym 250 sztuk.
- Na jakim papierze? Bo jest wiele możliwości, tu masz link, zobacz sobie i wybierz. Chcesz żeby folder miał numer magazynowy, bo widzę że jeszcze nie ma?
- Chciałbym 250 sztuk.
- Jaki papier...
- ... link...
- ...numer....
- ... (pomocy, wody... !)
- ... (wódki!)
- ....


........................................................................................


- Możesz zmienić teksty na tych zdjęciach z niemieckich na francuskie?
- Niestety nie. To są pliki .jpg i nie mogę edytować w nich napisów. Potrzebowałabym te zdjęcia oryginalne, czyste, wtedy mogę dodać napisy.
- To możesz jednak zmienić te napisy? Bo Francuzi to potrzebują na jutro.
- Niestety nie. To są pliki .jpg...
- ...
- ...

........................................................................................


- Joanna, mam już prawie wszystkie francuskie tłumaczenia tekstów ze strony o produkcie YZ.
- Serdecznie gratuluję, ale po co mi o tym piszesz?
- No przecież do katalogu.
- Jakiego katalogu? Mam wam z tymi tekstami zrobić francuski katalog?
- Nie, nie. Katalog już mamy.
- Mamy francuski katalog?
- Nie.
- No to po co mi te teksty?
- Bo on jest po niemiecku.
- Co, ten katalog?!
- Tak.
- Czyli mam wam zrobić francuski katalog?
- Tak.

Ten facet jest absolutnym Mistrzem Dialogu. Za każdym razem się z nim tak rozmawia, yoga dla mózgu. Trzy miesiące temu przydzielono mu młodego padawana, bardzo przejętego - przychodził na początku pod krawatem. (NIKT u nas nie nosi krawatów, raczej tak na luzie i mocno casual, a jedna pani to nawet tak wygląda, jakby przed chwilą wróciła z koncertu Janis Joplin, bo spostrzegła nagle, że artystka gdzieś wyszła, publiczność też, światła pogaszone, i że już ogólnie koncert się skończył chyba)

No w każdym razie ten padawan, jak przyszedł, to był wystrachany, omiatał wszystko dokoła wzrokiem spłoszonej sarny, chrząkał z przejęcia i pracował powoli ale skrupulatnie. I co? Minęło kilka tygodni i zaczął zachowywać się tak samo jak jego Master. Zaprawdę, ciemna strona mocy nie bierze jenców, albo jesteś z nami albo giń.

........................................................................................

- Może pani w tym tekście wytłuścić jeszcze to, to, to i to, żeby to też podkreślić?
- Ale wtedy to już cały, calutki teks będzie jednolicie tłustym drukiem, co znaczy, że nic nie będzie podkreślone, nic się nie będzie wyróżniać.
- Ale jak to? Przecież wszystko będzie tłustym drukiem!
- No właśnie. WSZYSTKO. Wszystko będzie jednakowe, nic nie przyciągnie uwagi na najważniejsze fakty.
- To może jeszcze dodatkowo cały tekst na czerwono zrobimy? I większą czcionką?

........................................................................................


- O, tutaj mamy trochę miejsca! (3 cm kwadratowe luzu, ostatni bastion rozpaczliwie broniący estetycznego layoutu) Proszę tu wstawić parę zdjęć produktów, ale dużych (!!! na 3 cm?!), żeby było widać co mają napisane na etykietkach.

........................................................................................


- Te tabele są takie niedekoracyjne i jasne, strasznie białe to tło, oślepiające!
- Bo tu jest mnóstwo tekstów drobnym druczkiem, tło powinno być jasne i jednolite żeby móc to przeczytać. Kolorami oznaczone są tylko grupy artykułów w lewej szpalcie, to wystarczy. A wiersz z co drugim artykułem ma jasnoszare tło, co optycznie oddziela artykuły od siebie i oko "nie skacze i nie zjeżdża".
- Ale tak pusto w tle jest! Może jakieś takie kolorowe romby? Duże, kolorowe romby!


(To była ta pani co właśnie wróciła z koncertu. I tym wrąbała mi ostatni gwóźdź do trumny)


Idę rąbać romby. A potem, na cmentarzyku pogrzebanych uczuć i spopielonych marzeń, rąbnę w jakimś zapomnianym kątku malutki grobek (oczywiście romboidalny) z granitową płytą "Tu spoczywa, bezlitośnie porąbana w kawałki, Godność Osobista Anonimowego Grafika" To będzie taki grób zbiorowy, na cześć całej braci graficznej. I tak, oczywiście LOGO BĘDZIE WIĘKSZE. I NA ŚRODKU.


Istnieje jakiś święty od pikseli i designu? Jakieś miejsce pielgrzymek o idealnym layoucie przestrzennym i złotych proporcjach? Matka Boska Graficzna? Całe życie całkiem dobrze sobie radziłam bez tego typu gadżetów, ale czuję że mogą być teraz potrzebne. Żeby mieć, jakby co, adresata do zawodzenia inwokacji, bo inaczej mi zostanie tylko wycie do księżyca.

Stefanie, przybywaj z tymi balsamami...

środa, 8 czerwca 2016

Kto rano wstaje, ten niech lepiej milczy.


Na ognie piekielne i czarne szatany, ale bym walnęła! Borze mój szumiący... O włos mnie ominęło faux-pas sezonu, Złoty Baran za gafę stulecia...


A było tak.

Przychodzi kolega do pracy, co oczywiście odbywa się rano, kiedy czlowiek (znaczy się ja) zaspany jeszcze i nieprzytomny - jak wiadomo kto rano wstaje, ten się nie wysypia. No więc wchodzi tenże kolo do biura i oznajmia, że oto bocian mu po raz drugi pobłogosławił, pole kapusty obrodziło, i że plony w październiku.

A że ja istota prosta jestem, jak ameba czy inna euglena, i często oceniam świat "pod siebie" czyli przykładam do ludzi swoją miarę, to w mózgu zapaliła mi się momentalnie czerwona lampka, i alarm zaczął syrenim głosem wyć "O cholera jasna!!! No to przewalone! I co teraz?!"

I ust mych korale już-już chciały te słowa wykrzyknąć, ale jednak sobie przypomniałam, że jestem w Niemczech i tu trzeba po niemiecku, więc potrzebowałam tej milisekundy, żeby się lingwistycznie przestawić (rano to wcale nie takie oczywiste). I ta milisekunda uratowała mój honor, gdyż wtedy właśnie neuron jeden z drugim, skoro już obudzony i wywołany do odpowiedzi, wziął i otworzył podręcznik na stronie "Relacje w społeczeństwie, ogólnie przyjęte za poprawne, a tobie baranie, obce", skonsultował planowaną przez durnego Diabła wypowiedź i szybciutko skorygował na taką bardziej socjalnie akceptowalną. I na dużej kartce z bloku A3 napisał czerwonym markerem, wielkimi wołami (żebym nie przeoczyła) "Kobieto, weź się ocknij, przecież on się cieszy raczej, zareaguj tak, jak na DOBRĄ wiadomość. Wykonać, rozkaz!" No.


Ufff! Pot mnie normalnie oblał zimny i gorący, ale udało się! Pogratulowałam serdecznie (koledze na głos a sobie w myślach) i odetchnęłam z ulgą.

Mam nadzieję, że nie zdążył dostrzec tej paniki i przerażenia w moich oczach na początku...


Nie żebym miała coś przeciwko dzieciom, absolutnie nie! A idźcie i rozmnażajcie się, skoro chcecie. Fajne takie puci-puci, zeżre glizdę, pośmieje się z własnej czkawki, ale nowy niemowlak w tym wieku (bo kolega też w tym wieku prawie, no jakoś 3 mniej ma na liczniku niż ja) wydaje mi się kawałkiem chleba tak ciężkim, że Syzyf ze swoim kamyczkiem to śmieszny jest po prostu. Co kto lubi, jasne, ale ja nie dałabym rady. Nie teraz już, nie, nie, nie. I jeszcze raz nie.

No i dlatego ten alarm i panika. Normalnie jakiś mój diabeł-stróż chyba nade mną czuwał, i w porę opanował sytuację. Bo by było troszeczkę niezręcznie chyba, co?


 


..................................................


 

 


A w związku z opisanymi poprzednim razem niekorzystnymi okolicznościami narosłymi przez zimę w okolicach talii (bo przez tą racicę cholerną zepsutą ledwo co łaziłam przez pół roku i dalej jeszcze nie jest całkiem słodko), no więc w związku z tym nażarłam się lodów.
A nawet popełniłam ten niecny uczynek trzykrotnie, co raczej chyba wyklucza zbrodnię w afekcie. (Więc nie będzie złagodzenia wyroku)
Oraz jeszcze w piątek doprawiłam naleśnikami. (To już dożywocie)

 
Tak, to ma sens, wiem.


I pewnie nażrę się jeszcze raz tych lodów, bo jeszcze zostały. Czekoladowe Langnese. Daje się do nich borówki i pokrojone truskawki, sypie prażonych migdałów i ze 2 łyżeczki czarnego kakao (bo kupne lody czekoladowe są zawsze za mało czekoladowe). I się je.

Udając, że się nie widzi portretu Niedźwiedzia Adalberta O Wymownym Spojrzeniu leżącego obok.
 
 
 

I że urodziny Dziecka Zpiekłarodem to doskonałe usprawiedliwienie na tego rodzaju ekscesy.
(Świętuję już zatem drugi tydzień.)

Ja się chyba po prostu nie nadaję na żadnego rodzaju diety. Za słaba jest ma silna wola, słania się niebożątko na wiotkich, cienkich nóżkach i mdleje co chwila...
(Ale jak przychodzi wyjść na plażę to ja mam ochotę zemdleć, choć moje nóżki wcale a wcale nie takie wiotkie i cienkie)
Jak nie zjem tego, na co mam ochotę, to się nażrę tonę zamienników - które teoretycznie mają być zdrowsze i mniej kaloryczne i zaspokoić głód "tej" rzeczy - i bilans wychodzi jeszcze gorszy.
A na końcu I TAK zjem tego loda czy czekoladę czy tam coś. I wtedy bilans już całkiem pada, traci przytomność, sens i wiarę w Diabła. A potem wstaje i wychodzi, trzaskając drzwiami. I zostaję sama z tymi pokusami. I wiadomo, co się potem dzieje.
No i tak to.


A tak z kulinariów to absolutnie mnie opętało aktualnie curry. Taka "currynt" obsession. No to przynajmniej zdrowe, nie? Kurkuma, warzywka, te sprawy. I wiecie co, pyszne jest z kaszą pęczak, nawet lepsze niż z ryżem. Orient wchodzi pod słowiańską strzechę. Czy to jest ta kuchnia fusion? Diabeł Piast Kołodziej wkłada zwiewne sari i dzwoneczki i oddaje się ekstatycznym tańcom bollywoodu w kurnej chacie wypełnionej egzotycznych zapachami...
No i wspaniale pasuje z cieciorką to curry (u nas się zawsze mówiło cieciorka, nie ciecierzyca) a ja uwielbiam cieciorkę. Oraz zielony groszek ze słoika uwielbiam. Dlatego w niedzielę do zupy miał wejść cały słoik, ale weszła tylko połowa.
(Podwójne dożywocie)



 
 
 
Pozdrawiam słodziutko.

]:-*




*********** APDEJT ***********

A więc NALEŚNIKI Á LA DIABEŁ:

Wiecie jakie to są takie zestawy trzech plastikowych misek kuchennych? Na pewno wiecie.


No to bierzemy tą największą (2,5 litra, zdaje się) i wbijamy tam 7-8 jajców.
Miksujemy ze szczyptą soli.


Potem bierzemy mąkę, mleko i wodę i na zasadzie "trochę tego, trochę tego" robimy pełną michę rzadkiego ciasta (poziom ciasta tak 3-4 cm od krawedzi miski). Nie zapominając o oleju albo oliwie, wlewamy tak "ziuuuu" trochę do tego ciasta też.

No sorry, ale ja nigdy nic nie mierzę, wszystko robię na oko.
I to wszystko.
Smażymy cieniutkie naleśniki na suchej i bardzo gorącej patelni, dosłownie pół minutki z pierwszej strony, a z drugiej strony to nawet krócej.
Otrzymujemy sporą stertę elastycznych i mięciutkich naleśników, dobrych też na drugi dzień, jeśli zostaną (tylko owinąć folią na noc, bo wyschną).

A potem to tak:
 
- ciepłego jeszcze naleśniora smarujemy Nutellą

- nakładamy trochę rozgniecionego widelcem, dojrzałego banana

- sypiemy troszkę siekanych i uprażonych na suchej patelni migdałów - ale koniecznie już wystygniętych, inaczej nie będą chrupiące, tylko gumowate

- zwijamy w rulon albo składamy w kopertkę dowolnego kształtu

- na talerz sypiemy sobie pokrojonych truskawek, albo kiwi, albo jagód (nie pokrojonych oczywiście, no chyba że ktoś bardzo chce)
- wpychamy w siebie, ile się zmieści, a łzy wzruszenia ciekną nam po polikach. Długoletnie doświadczenie na wielu obiektach pokazuje, że w momencie, kiedy pewni jesteśmy, że zaraz pękniemy, i że więcej nie damy rady - z reguły mieścimy jeszcze jednego. Ale to już naprawdę ostatni.
- kładziemy się na kanapie i leżymy sztywni i wyprostowani jak wypchany krokodyl, bo o wszelkim ruchu można zapomnieć na przynajmniej 15 minut.



Plus dodatkowy: do wieczora w całym domu pachnie prażonymi migdałami - a to jest piękne.
 

poniedziałek, 23 maja 2016

Z drzewa genealogicznego Lisa Stefana.


Państwo pozwolą, oto lord Foxly.

 

 


 

 

 

Proszę uchylić kapeluszu lub zasalutować szpadą od munduru galowego. Co?! Nie macie szpady?!! Pffff! O tempora, o mores... Chociaż kapelusz? No to proszę się przynajmniej ukłonić, bo jest przed kim!
 
Ekscentryczny ten przodek naszego znajomego Stefana, sportretowany został tu w cylindru i monoklu wraz ze swoim przyjacielem, karpiem Wigiliuszem (Wigiliusz nie nosi cylindru i monoklu ze względów alergicznych) i wisi w norze Stefana w komorze paradnej stanowiąc cenną pamiątkę rodzinną. Portret wisi oczywiście, nie sam Lord.
 

Lord Foxly był za życia słynny w całym Foxshire. Był idolem (i często wybawicielem) wszelkiej zwierzyny łownej w okolicy i wrzodem na wypudrowanym tyłku polującej arystokracji. Wystrychnął na dudka niejednego szczwanego myśliwego podczas polowań na lisa, zmylił tropy niezliczonym sforom gończych psów, wyprowadził w pole najwytrawniejszych tropicieli. Z powodzeniem latami wodził za nos najlepsze ogary, lekką łapką przemykając bezszelstnie ostępami dzikich krzaczorów, lisim sprytem myląc trop na zamglonych wrzosowiskach i gubiąc ślady w leśnych ruczajach.
 
A wszystko to, nawet nie ściągnąwszy cylinderka.
 
 
 
 
 

Był nieuchwytny. Polujących lordów, hrabiów i grafów z kraju i zagranicy doprowadzał do szewskiej pasji.

Mówi się, że książę DuPą, dziko rozjuszony kolejną porażką, zerwał z głowy najpierw swój fikuśny kapelutek, potem białą peruczkę tkaną z najdelikatniejszej wełny z brzuszków angorowych zajęców, cisnął je pod nogi i z siarczystą wściekłością rozdeptał.
Następnie zzuł myśliwskie buty i zębami rozszarpywał je na kawałki, które pożerał, wyjąc upiornie jak cmentarna strzyga i tocząc dokoła przekrwionymi oczami, z których nawet niepiśmienna służba z łatwością i przerażeniem wyczytała, iż ich pan udał się na najbardziej odległy skraj szaleństwa i prędko nie wróci. Buty były wysokie do kolan, więc ich obróbka zajęła księciu chwilkę, a że nie przestawał ani na moment wyć, wypłoszył wszystkie okoliczne bażanty i kuropatwy, jeszcze bardziej uszczuplając w ten sposób pulę zwierzyny łownej.
 
Kiedy już się zmęczył i nie był w stanie dłużej wyć obłąkańczo, książę ruszył boso i łyso - wszak ni kapelutka, ni peruczki - w stronę swojego konia, skowycząc tylko cichutko ostatkiem sił, ze zwisającym z ust niedojedzonym strzępem lewej cholewki. Przygarbiony, z przymkniętymi z wyczerpania oczami i rękami zwisającymi bezwładnie wzdłuż ciała, został odwieziony do zamku, gdzie podobno do końca życia wegetował zdruzgotany, głównie siedząc w fotelu w stanie przygnębienia i melancholii.
Zamkowy lokaj odźwierny miał wydany przez księżną małżonkę nakaz rekwirowania gościom przy wejściu wszelkich artykułów galanteryjnych z lisiego futra, gdyż na ich widok książę wpadał w szał, zaczynał toczyć pianę, i rzucał się na niewinny kołnierz lub etolę niczym wściekła fretka, co kończyło się szramami na twarzach gości i oziębieniem stosunków towarzyskich. A na to księżna nie mogła wszak pozwolić.
 
 
 
 
Nawet najdoskonalsi królewscy tropiciele przegrywali sromotnie z Lordem Foxly i regularnie wyprowadzani w pole, strzelali tam buraka ze wstydu, że jeden lis robi tylu ludzi w konia. (Koniom jednakowoż było wszystko jedno, gdyż są to zwierzęta prostego i ograniczonego pomyśluknu, mieszczącego się akurat między "wio" a "prrr")
Nic więc dziwnego, że Foxly szybko zyskał wśród mieszkańców lasu rangę idola, i nawet dumne, zimnookie wilki kłaniały mu się na dzień dobry. Wiewiórki przynosiły mu czasem orzechy z ludzkich sadów, borsuki częstowały go jagodami a niedźwiedzie miodem, słodkim i pachnącym, lecz tu akurat nasz lis starał się zachować umiar ze względu na oczywistą konieczność utrzymywania stale doskonałej formy i figury.
 
 


 
 

Co do karpia Wigiliusza natomiast - niecodzienne jego imię pochodzi od tego, że Lord wykradł go pewnej grudniowej nocy z drewnianej balii stojącej w zamkowej kuchni, gdzie biedak zczezł byłby niechybnie, przerobiony na świąteczne filety. Foxly zawitał do owej kuchni w celu zwędzenia kawałka słoninki.
Ujrzawszy nieboraka ledwo żywego ze strachu, w balii ustawionej z widokiem na pieniek i sierierkę, poczuł momentalnie ogromny gniew oraz braterstwo dusz zwierzyny łownej, zawinął rybę w swój ciepły, wyszczotkowany na puszysto ogon i uprowadził. Nie zapominając oczywiście o słonince. W jednej z komór swej eleganckiej nory wpuścił karpia do małej, cynowej wanienki w kształcie pałacyku, którą z komnaty książęcego infanta świsnęły kiedyś szopy pracze.

 
Karmił go i pielęgnował, a gdy u Wigiliusza minął największy stres, zaczęli wieczorami snuć tak interesujące rozmowy przy kominku, że na wiosnę, gdy Lord chciał zwrócić mu wolność i wypuścić do odmarzniętego jeziora, Wigiliusz wcale nie chciał. Twierdził, że zima spędzona w lisiej norze była najpiękniejszym czasem w jego życiu, gdyż w jeziorze co prawda posiada liczną rodzinę, ale przy wszelkich próbach podejmowania inteligentnej dyskusji bądź nawet zwykłej, towarzyskiej rozmowy, wszyscy nabierają wody w usta, udają Greka, albo po prostu spływają. A jako że Lordowi też żal było się rozstawac z tak rozgarniętym przedstawicielem rodziny Cyprinidae, ucieszył się bardzo i zaraz zabrał się za organizowanie większego baseniku dla swojego przyjaciela, żeby mieszkać mógł wygodniej i swobodniej.
 
I tak oto zostali w norze razem, lis i karp, złączeni więzami pięknej, ponadgatunkowej przyjaźni, gawędząc wieczorami przy wesoło trzaskającym ogniu, i obmyślając razem nowe taktyki wywodzenia w pole i ucierania nosa. A Wigiliusz okazał się nie tylko doskonałym kompanem do rozmowy, ale też i wyśmienitym strategiem, gdyż był z niego zaprawiony w bojach, szpakami karmiony basałyk, który podczas swego życia w jeziorze umknął był już niejednej zębatej, szczupaczej kłapaszczy.
 
I żyli tak długo i szczęśliwie, a historia ta pochodzi z pamiętników samego Lorda, które oprawne w piękne, jesienne liście bukowe, znajdują się także w norze Stefana i zostały nam przez niego uprzejmie użyczone.

 
 
 



































 
.......................................................................................................
 
 
APDEJT SPOWODOWANY SKLEROZĄ AŁTORKI

Bo całkiem mi ze łba rogatego wyleciało, że mam do państwa prośbę!
Otóż jakby ktoś przypadkiem miał kilka starych, niepotrzebnych gwoździ, takich na 3-5 cm, mogą być zardzewiałe, pokrzywione, wszystko jedno (a nawet lepiej, wszak wiecie, że ja lubię wszystko, co krzywe) ważne, żeby stare, nie srebrno błyszczące nowością.
Mogą też być wkręcane haczyki bez tej takiej plastikowej części co to się ją do ściany / sufitu wkręca, a więc już może też niepotrzebne.
Albo na przykład inną drobicę metalową jak kółeczka - ale nie takie do kluczy, tylko wycięte w metalu małe kółeczka (to są chyba jakieś podkładki, ale nie wiem po co). Co leżą bo szkoda wyrzucić, a do niczego nie potrzebne. Co?
I jakby ten ktoś przypadkiem miał ochotę wsadzić je w kopertę i mi wysłać - to byłabym straszliwie wdzięczna! Znajdzie się ktoś na ochotnika wsparcia buraczanej tfórczości? Taki mecenat, powiedzmy ;)
No to jakby ktoś, to pisać tutaj albo na priv: aryatara_a@yahoo.de

:*
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...