Pewnego razu lis Stefan, mając już dość błądzenia wsród kolczastych chaszczy, postanowił wejść na pobliskie wzgórze by ujrzeć szerszy horyzont. Wznieść się ponad plątaninę dzikich krzaczorów zasłaniających perspektywę i wszelkie widoki.
Jest bowiem mądrym lisem i wie, że takie spojrzenie z góry na całokształt zmienia postrzeganie detali. Nadaje jeden wspólny środek ciężkości, na którym równomiernie opiera się cała reszta.
Można wtedy nabrać dystansu potrzebnego do oceny sytuacji. Tu zaordynować wyrównanie szyków, tam załatanie ubytków.
Patrząc z góry nie potykasz się o złośliwie ukryte w listowiu, podstawione ci przez los kończyny.
Nie wpadasz w sidła płożących się po ziemi problemów, ani w wilcze doły porównań, dziwnym trafem zawsze niekorzystnych dla ciebie. Zawiły labirynt wyborów, widziany z perspektywy obłoczka, ujawnia ukryte w gąszczu ścieżki. Jak dobrze popatrzeć, to i furtka się znajdzie.
A nawet jak zacznie padać deszcz, to spłynie w dół i zaraz wyschniesz - nie utkniesz po pas w błotnistym dołku pełnym brudnej wody i przegniłej koniczyny.
.........................................
A tutaj to nawet jeszcze wyżej wlazł:
.........................................
A ja czuję zew puszczy. Znaczy, do drewna mnie ciągnie znowu.
W piątek po pracy wywlokłam więc mój skład materiałów drewnianych poupychany po kątach, i poczęłam ryć jak dzik w żołędziach.
Ludzie, ile to się trzeba naszukać, żeby znaleźć w stercie drewna dwa pasujące patyki, mając do dyspozycji ledwie półtora metra kwadratowego kuchennej podłogi!!!
Szukałam więc w piątek, szukałam w sobotę, przykładałam, przymierzałam, oko mrużyłam, pod wąsem mamrotałam, a w niedzielę pokazałam Borsukowi drewienka z narysowanymi ołówkiem liniami, poczym głosem pełnym ufności (i znającym sprzeciwu) spytałam "Pokroiłbyś mi deski?"
No i poświęcił Borsuk pół niedzieli na cięcie i piłowanie.
To znaczy, tak właściwie, samego cięcia to było może ze 15 minut, ale najpierw - ha! Najpierw pół dnia zajęło skonstruowanie warsztatowego stoliczka do piłowania, zakupionego w Lidlu po cenie niezwykle atrakcyjnej, a więc zwiastującej większe lub mniejsze problemy. Raczej większe.
W sumie im mniejsza cena, tym większe problemy chyba w takich przypadkach.
I oczywiście - stoliczek okazał się typowym dziełem szatana, który gdzieś tam, w trzewiach Lidla, pracuje nad wynajdywaniem takich ofert i pewnie ma ubaw po pachy. I nawet nam, którzyśmy zęby zjedli na meblach do składania, za nic na świecie nie chciał się złożyć w funkcjonalną całość. Ale w końcu, w końcu, poskromiliśmy bestię. Buachachaaaa! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, piekielny lidlowy subiekcie.
Tak, wiem, jakby się kupiło stoliczek np. Bosha, to pewnie byłoby łatwiej, ale i milion razy drożej, a to z koleji skutecznie uniemożliwia Świnia Skarbonka, która w okresie letnim broni swoich wnętrzności z wściekłością Berserka pogryzionego przez szerszenie. No i w sumie ma rację, bo za to później na wyjeździe mniejszym czy większym szczodrze sypie dukatami na gałkę loda czy arbuzowego szejka. Coś za coś.
Ale wracając do szatańskiego mebla: były momenty, że myślałam, że stoliczek zaraz wyląduje na trawniku razem z szyba okienną, pchnięty borsuczą wściekłością.
Tak że ten, mam nadzieję że coś mi wyjdzie z tego drewna fajnego, żeby cały trud na marne nie poszedł, ale na razie niestety jest tak, że sama nie wiem, czy mi się podoba, czy nie...
Mam obawy.Czas pokaże. A potem ja wam pokażę rezultaty.
Stay tuned.
.........................................
P.S. Jeśli ktoś kilka tygodni temu na północnych ziemiach germańskich, na dosyć gęsto zaludnionej ulicy, widział kobietę wyszarpującą stare dechy z kontenera z gruzem i śmieciami - to byłam ja. Proszę zbyt surowo nie osądzać. A tego jednego pana robotnika co to widział, to chciałam bardzo przeprosić, bo biedakowi o mało co oczy z głowy nie wypadły. Chyba pierwszy raz był świadkiem, że ktoś mu śmieci kradnie, zamiast podrzucać.











