poniedziałek, 1 lipca 2019

Proszę położyć się na leżance i natężyć do mnie nozdrzami!

(Tytuł posta to cytat z "Z pamiętnika młodej lekarki")




Tak więc wchodziłam do gabinetu. Regularnie co wtorek. Leżanki nie było, ale były fotele. Zamiast młodej lekarki - psycholog. Po jego fryzurze i biurku to tak na oko przetaczała się też regularnie (być może co wtorek) horda dzikich borsuków i sam szatan, więc od razu wydał mi się godny zaufania. I już po pierwszej wizycie wiedziałam, dlaczego współpacjenci uważają go zgodnie za najlepszego na oddziale - w porównaniu ze wszystkimi innymi psychologami, z którymi rozmawiałam przez ostatnie 5 miesięcy, ten pokazał nowy wymiar terapii, całkiem inny świat, inna taktykę, choć bardzo skromną w środkach. 
Malutkie, króciutkie, z pozoru niewinne pytanka, wycelowane jak krople wybielacza prosto w środek moich czarnych plam na mózgu, jak mikroskopijne skalpele precyzyjnie przecinające korzenie myśli, wrośniętych od czterdziestu lat w neurony. Nie myślałam, że coś takiego jest możliwe.
Zastygłam w zdumieniu:



Była to terapia bolesna, bez znieczulenia i na żywej tkance, ale skuteczna - jeżeli nie stawiało się oporu i akceptowało, że będzie boleć. Oczywiście to jeszcze nie koniec, właściwie dopiero początek, bo wyrywanie czterdziestoletnich chwastów potrwa jeszcze długo - ale koniec z pobytem stacjonarnym. 

Z gabinetu wypełzałam resztką sił i do wieczora zalegałam na trawniku albo przy wspólnym stole z innymi osadzonymi. Złoci ludzie to byli. Inteligenti, mądrzy, utalentowani, wrażliwi, empatyczni, nie osądzali, nie myśleli stereotypami, gotowi w każdej chwili pocieszyć, upiec ciasto, i powiedzieć gorzkie, ale potrzebne słowo prawdy. Bardzo mi było z nimi dobrze. (I to druga rzecz, jaka nigdy nie przyszłaby mi do głowy przed pobytem tam)







Do głowy też nigdy by mi nie przyszło, że nauczę się robić na szydełku! Zawsze chciałam, ale wydawało mi się to rzeczą z pogranicza czarnej magii - a tu proszę. W grupie wariatów, którzy mają dużo czasu, nie ma rzeczy niemożliwych! Nauczyli mnie. Zrobiłam sobie podrózną torbę na kredki i mazaki, etui na telefon i pokrowiec na poduszkę. 

(Czy komuś też "pokrowiec" kojarzy się z pomorem krów?)

A teraz uwaga uwaga: będzie i czwarta rzecz, która nie przyszłaby mi w życiu do głowy, ale tak na serio nigdy, never-ever, bez cienia szansy. Otóż biegam. BIEGAM. No, serio, ja, JA biegam. Ja, osoba, która na widok ludzi biegających zawsze nadziwić się nie mogła, po cholerę oni się tak męczą i w ogóle co to za przyjemność tak biegać bez sensu, wariaci. 









Ale jakiś czas temu, w nagłych przypływach stresu, zaczęła pojawiać się we mnie chęć puszczenia się cwałem prosto przed siebie, żeby uciec myślom, uciszyć burzę w głowie, zmęczyć się tak, żeby nie było siły myśleć. No i razu pewnego w klinice, podczas porannego, grupowego i obowiązkowego spaceru po lesie (jakieś 2 km), poszłam w galop i zniknęłam współosadzonym z oczu. Oczywiście dogonili mnie spacerkiem od razu za pierwszym zakrętem i podnieśli z przydrożnych łopianów, w których cieniu i wilgoci usiłowałam przejść ze stanu agonalnego w jakiś bardziej odpowiedni do kontynuowania przechadzki. 

Następnym razem nie było lepiej. 

Za trzecim razem bliska byłam rozpaczy. 

Za czwartym stwierdziłam że to chyba nie dla mnie.

Za piątym zauważyłam, że pierwszą przerwę na oddech zrobiłam o jakieś 10 metrów dalej niż zwykle wcześniej, tylko nie wiedziałam, czy to powód do radości czy zwątpienia.

Za szóstym myślałam, że oto wybiła moja ostatnia godzina, pochowajcie mnie tu w tych łopianach, i resztę drogi przeszłam piechotą.

Za siódmym razem niespodziewanie potrzebowałam już tylko dwóch przerw zamiast trzech.

Za ósmym razem potrzebowałam już tylko jednej przerwy i nowych butów, bo stare adidaski wyciągnięte z szafki po dekadzie nieużywania wyzionęły ducha na szlaku. 

I za każdym razem tornado w głowie ustawało na jakiś czas, dawało mi chwilę odpoczynku, mały reset przed następną walką w psycho-gabinecie.

Teraz mam nowe buty, słuchawki na blootooth, i ostatnio przebiegłam 8,3 kilometra i czułam się po tym ZRELAKSOWANA, a nie wykończona jak Lessie, co to w końcu wrócił.

Tak więc trwam w obliczu tych wszystkich cudów, próbuję się odnaleźć - czy raczej wynaleźć, powoli stworzyć jakąś prawdziwą siebie, odporną na świat. Na oddziale pomocna była też yoga - rozciągała spięte od stresu terapii mięśnie, a "Om"  i "Shanti" w sali z pięknym echem naprawdę pozbawiało człowieka na chwilę poczucia posiadania ciała. No fajnie było. 























Był warsztat kreatwywny, na którym nawet dwa razy załapałam się na lepienie z gliny! Mam teraz kilka fajnych, małych talerzyków.
No i samo przebywanie ze współosadzonymi, rozmowy na tematy poważne jak i całkiem powalone.






Przy wspólnym stole, czy to przy szydełku, czy malowaniu paznokci (jeden kolega miał całą torbę lakierów!) czy rysowaniu, szyciu, sudoku, pleceniu makramek, pleceniu profesjonalnych  fryzur pacjentom o długiej sierści,



 - bo każdy miał tam jakieś swoje hobby - czułam się jak dziecko w przedszkolu. To była terapia 24/7. Była wymiana słów, myśli, doświadczeń, wytworów artystycznych, wieczorne pieczenie ciast i ich radosna konsumpcja o północy. Leżenie popołudniami na trawie pod drzewami i patrzenie od spodu w słonecznie zielone liście. 

Ale były i historie z życia, których nie życzyłabym nikomu, i na które bierze się kubeczki po brzegi wypełnione koktajlem z kolorowych tabletek do śniadania. Były nadgarstki z wielkimi, starymi bliznami i takie świeżo obandażowane. Fobie, manie, natręctwa, traumy, strachy, i ludzie targani wewnętrznymi wichrami tak mocno, że ledwo stali. Były oczy patrzące w przepaść bez dna, ludzie zbudowani nie z ciała, a z cienia. Każdy jeden gotowy i zdolny do pomocy wszystkim wokół - tylko nie sobie samemu. Życzę im z całego serca, żeby im się jednak udało. 





Dużo diabłów narysowałam przy wspólnym stole :) Było ich więcej, ale rozdałam albo wymieniłam za inne fanty. 

A w ogóle to ciepło jest, nie? Niby dobrze, ale trochę mąci we łbie. Ostatnio się dziwiłam co mi tak niewygodnie i uwierająco pod koszulką - zajrzałam więc sobie w biust i się okazało, że udało mi się założyć biustonosz na lewą stronę. Taki z poduszkami :)

To tyle na razie. Czołem, rogiem i kopytem moi mili!










czwartek, 2 maja 2019

Keep your friends close, and your enemies closer...

… mawiał Michael Corleone i miał cholerną rację.
Ja swojego wroga 40 lat ignorowałam, albo chowałam na dnie szafy i udawałam że nie istnieje. Owszem, często z tej szafy wychodził i toczyliśmy małe lub większe bitwy, ale jak już wylizałam rany to znowu zamykałam go na trzy spusty i kuśtykałam przez ten labirynt życia, po każdej bitwie trochę mniejsza, trochę słabsza, trochę bardziej przeźroczysta i z połatanymi na szybko ranami, zmagając się z wyzwaniami każdego dnia.
Powiem wam szczerze, że blog i wy to bardzo ważna część tego leczenia ran.

A wróg w tej szafie sobie spokojnie siedział, w ciepełku rósł i nabierał sił.
Aż w końcu, korzystając ze sprzyjających (jemu, nie mi) okoliczności, wyskoczył i dał mi takiego kopa pod żebro, że padłam od razu, jak podcięta kosą trawa.
Poczym dostałam najdłuższego ataku paniki w moim życiu – trwał właściwie bez przerw trzy tygodnie, tylko czasem zasypiałam ze zmęczenia na 2-3 godziny.

Czaicie taki moment, kiedy śmierć zagląda w oczy? Jak zauważacie tuż przed sobą maskę jadącego samochodu, albo wasze dziecko balansujące na wysokim krześle przed otwartym oknem na czwartym piętrze, albo w górach noga się wam nagle ześlizguje z urwiska. Ta sekunda bezgranicznego strachu, że to koniec, otchłań piekielna.
No to rozciągnijcie tą sekundę na trzy tygodnie, dzień i noc, nie ma zmiłuj - i będziecie mniej więcej wiedzieć jak się czułam. Średnio, co nie. Zestarzałam się chyba z dziesięć lat w tym czasie.

Po trzech miesiącach na zwolnieniu lekarskim nieco się uspokoiłam (nie bez pomocy przemysłu farmaceutycznego) i jestem gotowa pierwszy raz w życiu nie chować wroga do szafy, tylko wywlec go za fraki na ring i walić w mordę.
Idę do kliniki, moi drodzy. Na 6-8 tygodni. Będę walczyć sama ze sobą, z moją ciemną stroną.

................................

Silne zaburzenia osobowości i fobia społeczna, wynikające z kompletnego braku poczucia własnej wartości. Takie jest imię wroga. Pierwszy raz w życiu zaczynam troszeczkę wierzyć, że może jednak da się to zmienić. Że zyskam w swoich własnych oczach chociaż odrobinę. Że przestanę być mniej niż zero.

................................

Trzymajcie przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Nie ignorujcie ich, nie pozwalajcie strachom rosnąć i potężnieć w cieplutkiej szafie. Na ring i w ryj. Szkoda że dopiero teraz widzę, że to jedyna słuszna opcja. Ale z drugiej strony, jeśli mi się uda, to przede mną trochę lat w miarę normalnego życia. Fajnie by było.

Zobaczymy, kto kogo zje.






























poniedziałek, 28 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: jeszcze raz cierpliwość. Bez tego naprawdę ani rusz.

Znowu będzie o zakupach, sobotnia spożywka, ten cotygodniowy, niewygodny rytuał do odbębnienia mający na celu uświadomienie szaremu konsumentowi, jak bardzo idzie w górę wszystko oprócz jego wypłaty. Jednocześnie jest to jedyna forma interakcji ze społeczeństwem jakiej zaznaję, i szczerze mówiąc, wystarczy.

Butelka coli. Ukryta w niekończących się labiryntach ustawionych ze skrzynek z wodą mineralną od tysięcy producentów. W sumie nie wiem po co w mieście, w którym wodę można bezpiecznie pić z kranu, ludziska decydują się na tachanie skrzynek butelkowanej - ale ich pieniądze, ich plecy, ich sprawa, co mi do tego. A patrząc na to, jak bardzo ostatnio rozbudował się producent wody mineralnej obok mojego zakładu pracy, można oszacować jak wielki hajs przytula się w tym biznesie. 

Z ciekawostek przyuważonych podczas Odyseji przez labirynt: oranżada bananowa. Na sam widok tego kuriozum desperacko rzuciłam się do ucieczki, Borsuk znalazł mnie później na dziale win, schowaną pod regałem z zacnym Chardonnay, i namówił do wyjścia za pomącą wielu łagodnych, dobrych słów i słodkiej przekąski.
Naprawdę, ktoś kto decyduje się na oranżadę bananową jest jak saper: pomyli się tylko raz.


Ale dobra, cola jest, cała reszta jest, do kasy. Kolejki długie, ludzie odpowiednio do pory roku odziani w zimowe, grube kurtały i swetery, szalami okutani, a atmosfera gorąca. Na sklepie między chłodniami i lodówkami tak się tego nie czuło, ale teraz oj, ciepło. 

No ale nic to, piętnaście minut i paru Kevinów później pani kasjerka kasuje nareszcie zakupy faceta przed nami, gościu 50+, i albo dobrze sytuowany albo te bardzo drogie i bardzo brzydkie ubranka (to zadziwiająco często idzie w parze) dostał od tego bezdomnego od Maybachów. 
Już kasjerka skanuje ostatnie produkty faceta, my już mentalnie prawie jesteśmy w domu, już witamy się z dresikiem, kocykiem i kanapą, aż tu nagle wtem!!! Oko faceta, uzbrojone w wykwintny okular, wyłapuje że wyświetlacz kasy przy puszce jajec jesiotra pokazał cenę 5,99 € zamiast promocyjnych 5,85€. No i w tym momencie już wiemy że dupa, pozamiatane, przyjdzie nam nocować w supermarkecie dzisiaj. Bo w tym mieście takich rzeczy się nie popuszcza, nie ma zmiłuj. Tu obywatel będzie czekał przy kasie na tego należnego mu miedziaka aż reszta zakupów mu spleśnieje i zgnije, a kolana odmówią posłuszeństwa i rozsypią się w proch. Wtedy się położy i dalej będzie czekał. A rozumiecie, gościu wziął aż dwie puszki tych jajec, w końcu 14 centów zniżki to jak za darmo, trza brać jak dajo! 

(A zaznaczam że takie pomyłki zdarzają się bardzo rzadko, kierownik sklepu prędzej by sobie dał rękę uciąć niż pozwolił na umyślne zafałszowanie w ten sposób cen)

No i się zaczęło. Facet powołuje się na gazetkę promocyjną, której jednak nie ma akurat przy kasie, trzeba wołać kierownika.
Kierownik przychodzi i oznajmia, że możliwe, ale trzeba zweryfikować.
Woła Frau Kruppke z gazetką.
Frau Kruppke przychodzi i oznajmia, że gazetki się skończyły. 
Kierownik idzie na zaplecze sprawdzić cenę w komputerze. 
Frau Kruppke strategicznie znika po angielsku. 

Kolejkowicze zdejmują szaliki i rozpinają kurtki, otwierają dzieciom batoniki i paczki Haribo.

Wraca kierownik i oznajmia, że jajec jesiotra w promocji niestety nie ma w komputerze. 
Razem z kasjerką wołają przez mikrofon Frau Kruppke, żeby sprawdziła cenę na półce. 
Frau Kruppke wraca już po godzinie i potwierdza cenę promocyjną.
Kierownik idzie po ten mały, czarodziejski kluczyk od kasy. 

Kolejkowicze ściągają kurtki i kładą na nich młodsze dzieci do drzemki. 

Kierownik wraca już po dwóch dniach, bo musiał kluczyk wyłuskać z sejfu na magiczne zaklęcie, które zdradza mu Sfinks w nagrodę za rozwiązanie niezwykle skomplikowanej zagadki, a do Sfinksa prowadzi droga, której strzeże wielki zły smok, a smoka może pokonać tylko czarownica mieszkająca na zatrutym bagnie, a ona nie pracuje w weekendy!!!
No ale nic, utrudzony i uznojony kierownik ma w końcu ten kluczyk, wsadza go do kasy i razem z kasjerką coś tam zmieniają w sklepowym matrixie.
Czary mary hokus pokus, i są jesiotrowe jajca po 5,85€.

Klient dostaje klepaki do ręki, wszyscy w kolejce wiwatują, budzą maluchy i zwijają obozowiska uwite z kurtek i szalików, następnie budzą starsze dzieci i emerytów śpiących w kapuście, życie i taśma przy kasie toczą się dalej. 


I najpierw to ja w myślach tysiąc razy zabijałam tego faceta na wiele wyszukanych sposobów, bo mimo że zarabiam znacznie poniżej średniej krajowej, tak znacznie że linia tej średniej wisi wysoooko nade mną jak kable elektryczne nad ziemnym żuczkiem gnojarkiem, to szczerze, w takiej sytuacji od razu olałabym sprawę i wzięła ten kawior za 5,99€ byleby móc już wyjść i zacząć weekend, a on z tym fancy płaszczykiem i zakupami za milion ściera się o 14 centów i psuje ludziom nerwy i kradnie wolny czas. 
Ale potem mi się przypomniały komiksy o Sknerusie McKwaczu i jego siostrzeńcach, które mój brat czytał w dzieciństwie, i ten Sknerus mówil, że jak ktoś chce mieć pieniądze, to nie powinien ich wydawać. I dlatego on ma. Nie wiem czy to prawidłowe podejście, ale logiki nie sposób mu odmówic. No a tutaj przy tych jajcach rozchodziło się wszak o 28 centów, przebóg, toż to wincyj niż ćwierć Euro! Dodajmy do tego, że mieć ćwierć Euro a nie mieć ćwierć Euro to razem pół Euro, więc widzimy że:

a) zaczyna się poważna sytuacja
b) dlatego ja nigdy nie będę bogata
c) cierpliwość los nagradza piniondzem i jajcami
d) warto jednak kupić butelkę mineralnej żeby było co pić podczas koczowania przy kasie

Zapamiętajcie to sobie.


Na ilustracji: klienci ścigający atrakcyjne promocje.











.....................................................................

Co do ogrzewania i ciepłej wody na kwadracie: dobra i zła wiadomość.
Dobra: od czwartku wieczór znowu ciepło.
Zła: to całe ustrojstwo w piwnicy, co ta wodę grzeje i rozdziela, ciągnie na ostatnim dechu i musi być wymienione najpóźniej w lutym. W LUTYM. 
Mam nadzieję że to nie potrwa znowu tydzień... Bo w środę, a więc po pięciu dniach bez ciepła, odważyłam się zmierzyć temperaturę w mieszkaniu i wyszło mi 12°C. A to nie jest dużo, nie.

.....................................................................

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...