Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kroniki biurowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kroniki biurowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wielki Biurwion.

Życie w miejscu pracy to sztuczny twór. Cały wielki świat misternie utkany z fukcji (i dysfunkcji), przywilejów i uprawnień, zwierzchnictwa i podlegania. Jak wielka grzybnia przenikająca wszystkie piętra budynku od piwnic do poddaszy, z której śluzowatych, nitkowatych ramion wyrastają biurka, krzesła i przyrośnięci do krzeseł bladzi pracownicy.
 
Stary, poczciwy czas i kalendarz zostały tu zastąpione Outlookiem nie znającym stref czasowych, godzin pracy ani litości. Papierowe wieże formatu A4 na rogatkach biurka wytyczają granice naszych obowiązków. Drogi wyznaczane są przez pokrętne procedury, często w sposób całkowicie pozbawiony sensu i logiki, zataczają błędne koła albo prowadzą do ślepych zaułków, ciemnych uliczek wypełnionych próchniejącymi resztkami zapomnianych projektów. Kto je zna na pamięć, jest władcą labiryntu.

To taka huba co wyrosła na drzewie naszego prawdziwego życia. No bo w domu to jest normalnie - jesteś takim Zdzisławem czy inną Halina, oglądasz "M jak miłość", lubisz twaróg, nie chce ci się dzisiaj myć wlosów, chodzisz w kapciach ze słonikiem. Twoja strona łóżka to ta od okna, Haliny ta druga, a psa to obie. Twaróg też czasem jest bardziej psa niż twój, ale mimo to jest harmonia i zgrane współistnienie.

A tu nagle od punkt ósmej rano te funkcje i procedury. Labirynty. Zakresy, wykresy, diagramy, pałerpointy. Spójnia z grzybnią.

I czasem ludzie wariują. Na przykład drukują wszystkie maile. Któż wie po co? Chyba tylko sam Wielki Biurwion, mroczny pan biurowej otchłani siedzący w ukrytym, prastarym sercu grzybni, w gnieździe pierwotnej plechy. Przecież w domu ludzie nie drukują całej prywatnej poczty.

 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 

 
 

I taka sytuacja teraz: musimy kupić pewien program. Z opisu u producenta nie wynika dokładnie, czy w cenie zakupu jest jedna czy dwie licencje. Ludzie Na Odpowiedzialnych Stanowiskach dyskutują o tym od miesięcy, jedni twierdzą że jedna, inni że dwie. Nerwy. Maile. Zarzucanie sobie nawzajem różnych cech (lub ich braku). Ogólnie ślepy zaułek i ciemny róg.
Ha. I co teraz, to koniec, wszyscy umrzemy, biznes nam zjedzą szczury.

No więc jeśli by ktoś mnie pytał, to rozwiązania są dwa.

Pierwsze to oderwać kawałek biurowej grzybni, najstarszy jaki uda się znaleźć i zapakować go starannie do drewnianego pudełeczka nasączonego olejkiem paczuli.
Następnie odziać się w białe, zwiewne szaty oraz sznury koralików i wyruszyć na nietknięte ludzką stopą pustkowia (może trochę potrwać). Na miejscu oszołomić się przyniesionym grzybkiem, otworzyć swe ciało astralne na wicher kosmicznych energii i prastarą inwokacją przywołać przedwieczne Istoty Świetliste spoza Sfer, żeby spytać je o te licencje. W zamian będziemy pewnie musieli później jeszcze przez 10 lat poświęcać jednego pracownika rocznie na pożarcie przez wyssanie energii, ale to ja mogę bez problemu szybko spisać listę.

Drugie rozwiązanie, to można po prostu zadzwonić do producenta. Ale na to jakoś nikt do tej pory nie poszedł. Któż wie czemu?
Sprawa utknęła w gąbczastym gąszczu grzybni.


 
 

 
 


To dam znać jak będę się wybierać w te pustkowia, jakby ktoś miał koraliki i zwiewne szaty do odstąpienia to proszę o kontakt.
Czołem, rogiem i burakiem moi mili,

Wasz Diabeł.
 

p.s. mrrrroczne malunki w sklepiku na DaWandzie! (a jak kto chce bez DaWandy, to pisze maila!)

 

poniedziałek, 9 października 2017

Jezus Marian!

Dziś krótko o jedzeniu.

Bo mieliśmy znowu zakładową fiestę, czyli kupę tłustego żarcia, przesolonego, przesłodzonego oraz dla równowagi (chyba?) zalanego octem.

Do tego skoczne muzyczne hity (a przypominam, jesteśmy w Niemczech ;) bijące żarem wyszukanej liryki wspomaganej bitem tak intensywnym, że trzeba było krzyczeć na interlokutora, i dać następnie jemu krzyczeć na siebie.

A ja strasznie nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy.
 
Niedobre jedzenie, hałas i small talk - no, "small roar" w tym przypadku - z ludźmi całkowicie mi obojętnymi to rzeczy, których unikam jak ognia, ale odwaliłam PONAD GODZINĘ tej pańszczyzny, więc jak ktoś chciałby zaklaskać, to serdecznie zapraszam, bo w pełni zasłużyłam.
Dziękuję.
(Duszyczka mi krwawiła jeszcze kilka dni)



 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
Spróbowałam tam czterech czy pięciu sałatek, tak po małej łyżce dosłownie, i to była może i mała łyżka, ale wielki krok ku kamieniowi w żołądku i zgniłemu szczurowi w ryju.
Bo jakaś pomroczność umysł mój opadła, i zapomniałam, że północnoniemieckie sałatki składają się głównie z cukru i octu i zużytego oleju silnikowego (nie, żebym kiedykolwiek prubowała, ale tak sobie ten smak wyobrażam).
 
No to mi się przypomniało.
 
A wypluć było gópio, bo - uwaga teraz - kto usiadł przy stole dokładnie naprzeciwko biednego diabła, zafrasowanego hałaśliwym tłumem, straszliwą muzyką i kłopotliwą zawartością talerza?
Ano szef usiadł. A zaraz obok niego ten drugi po bogu. I pałaszowali radośnie, szef opowiadał o wakacyjnym nurkowaniu z mantami, o delfinach igrających z morską falą w różanym świetle zachodu słońca, no i nie licowało tak pluć sałatką.
Pogrzebałam więc trochu widelcem i uciekłam wywalić resztki do kosza, ale zgniły szczur w ryju pozostał, i tu popełniłam DRUGI BŁĄD, ja to durna jestem jak stóg siana, bo pomyślałam, że zagryzę tego szczura ciastem.
I wzięłam mikrokawałeczek śliwkowego z kruszonką, które smakowało cukrem skondensowanym w stopniu wręcz arcymagicznym (niejeden naukowiec by się zacukał nad sekretami tutejszych pań domu) i łyżkę tiramisu, które smakowało kwaśną śmietaną i w dodatku było bez alkoholuuuu!!!!! No przecież za takie coś powinni wsadzać do więzienia. To jest zbrodnia kulinarna.
(Po jednym gryzie pierwszego i drugiego - znowu do kosza)
(Szczur zachichotał złośliwie i mi się, że tak to ujmę: na dobre rozłożył w paszczy)

Żołądek mnie 3 dni bolał, a w głowie kłębiły się wspomnienia z różnych kantyn, stołówek i cateringów, z którymi przyszło mi mieć nieprzyjemność... Gdyby tak można było się obyć bez jedzenia! Taka strata czasu, sił i środków, które by można było zużyć na przyjemniejsze rzeczy, na przykład słoneczne wakacje trzy razy w roku! ehhhhh...
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
Współpracownicy siedzieli tam do wieczora i twierdzili, że zabawa była przednia a jedzenie przepyszne.
To drugie chwacko udowadniali czynem - okazało się ponownie, że w ludzkie żołądki o pojemności 0,75 litra (czyli butelka wina) gładko wchodzą 3 kg mięsiwa z makaronem i warzywem (trzy duże, kopiaste talerze), a do tego 1,5 litra piwa.
Nie licząc deseru.
Naprawdę tyle w siebie wrzucili w ciągu tej mojej godziny tam spędzonej - a jeszcze na początku przecież chwilę trwało rozpalenie grilla i upieczenie surowych kopytnych i skrzydlatych, więc czas samego wrzutu był krótszy.
Pojęcia nie mam JAK, na bogów, JAK oni to robią?!
 
 

poniedziałek, 13 lutego 2017

Z pamiętnika szczwanego sabotażysty.

Muszę to napisać, bo jeszcze zapomnę.
Chociaż w sumie, nie, chyba nie zapomnę. Przynajmniej na razie przypomina mi się ilekroć patrzę na linijkę... Albo na broszurki. Albo tytuły. Albo na jakikolwiek tekst. Czyli dosyć często.

 
Otóż przyszło do mnie dziewczę z broszurką.
I mówi, że zmierzyło na każdej stronie odstępy między tytułem a tekstem. Tak, linijką zmierzyło.
(skąd ludzie biorą takie pomysły? Czy jest na sali psycholog?)
I na prawie wszystkich stronach ten odstęp jest 12 mm, ale na niektórych tylko 11 mm.
I ono bardzo prosi, żeby poprawić.
Tak mnie zamurowało, że naprawdę, ale to naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć...
Dałam radę tylko tylko coś w stylu "Eeee, yyy, yhy, aaa-ha" (moja twarz z pewnością wyrażała ZNACZNIE więcej)


Przez kilka następnych godzin gapiłam się tępo w monitor, dochodząc do siebie po tej burzliwej przygodzie, która wstrząsnęła mym łagodnym i niewinnym jak jagniątko systemem oceny bliźniego (no hola, hola, nawet Budda potrzebowałby chwilki) po czym gdy neurony znów uniosły opadnięte z wrażenia wypustki, złapały się za rączki i na powrót podjęły czynności przewodzące, przyszło mi do głowy, że przecież nie spytałam, KTÓRE mam zmienić - te 11 czy te 12 mm, no bo przecież to jest, najwyraźniej, niezwykle istotne. Kluczowe być może nawet.
Ale szczerze mówiąc, nie chciało mi się pytać i zmieniłam na 12 mm. Czując się przy tym jak Naczelny Wariat Galaktyki. Aż musiałam chichotać pod nosem.


Czy wpłynęłam tą śmiałą, nieskonsultowaną z dziewczęciem decyzją negatywnie czy pozytywnie na poziom sprzedaży produktów z broszurki?

Czy obdarzyłam saldo firmy lotnem skrzydłem srebrnem, któręż hyżo wyniesie je na wyżyny, ku niebiesiom, gdzie anieli hymny pochwalne na złotych trąbach pitolić będą i płatkami róż drogę uścielą - czy też podkopałam je, strącając w otchłanie, jako ten podły kret-sabotażysta, plugawa istota z ciemności, w brudnej ziemi babrająca i robakiem najpodlejszym żywiąca się?

Czas pokaże.

Kto wie, może dziewoja dzięki mnie wypracuje tytuł pracownika roku i premie świąteczne dla wszystkich.
W każdym razie w dyscyplinie absurdu biurowego wyprzedziła panią od rombów. O całe 12 mm.


Zawsze jak myślę, że nic mnie już nie zdziwi - okazuje się, że jednak tak.

A niby jestem przyzwyczajona do pytań typu: "W tym tekście wszystkie litery "t" i "h" są jakieś takie wysokie, czy one nie są inną wielkością pisma napisane?"
Tak, specjalnie zaznaczałam wszystkie "t" i "h" w całym 60-ciostronnicowym pliku i zmieniałam im rozmiar. Bo ja zła kobieta jestem. Bestyja przewrotna a złośliwa, że mózg się marszczy. I nie po to się tyle męczyłam, żeby to teraz zmieniać, w końcu nawet plugawa istota z ciemności, robakiem babrająca, ma swoje zasady.


Albo: "Tutaj w tej tabeli siódemki mają takie długie ogonki, to chyba inna czcionka jest, proszę to zmienić"
No pewnie, że inna - specjalnie zaznaczałam wszystkie siódemki i zmieniałam je na inną czcionkę. To sabotaż uknuty przez mnie w trudzie i znoju, nie mający sobie równego w historii ludzkości - czasami aż samą mnie przeraża, jak bardzo czarne i złe jest me serduszko! Buahahaaaaa! Drżyj, świecie. Nadchodzę, i będę zmieniać ogonki.
Bezlitośnie.

 

..........................................................................

 

A teraz pokazy specjalne. Fanów Braci Plankton uprasza się o przygotowanie tabletek nasercowych i soli trzeźwiących, gdyż emocje mogą zwalić z nóg.

Zmieść z krzesełka!

Wgnieść w fotel!!
 
 

Oto niezwykle śmiała akrobatyka rafowa połączona z żonglowaniem suszoną szprotą (5 zł za kilo)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Publiczność szaleje. Wiwatuje. Zerka z niedowierzaniem.
 
 



Oczy w słup stawia.
 
 
 
 
 

Choć ten troche tak krytycznym okiem spogląda. Może to trener.
 
 


Tylko mi sobie nie myślcie, że jak maluję różowe planktoniki, to moje serduszko nie jest dogłębnie złe i idealnie czarne! Grrrrr! Drżyjcie!

piątek, 25 listopada 2016

Do serca przytul psa, weź na kolana konia...

... bo zwierzątka, wiadomo, dobre na ból duszy są. Także Lis Stefan jest świadomy mocy drzemiącej w jego futerku. A że jest lisem czynu, to teraz też nie wahał się ni chwili. Spakował już walizeczkę pierwszej pomocy i jest gotowy ruszyć w drogę. Wołajcie - a przybieży.


Wręczy smutnej duszy lizaka o jej ulubionym smaku, naklei kwiecisty plaster na rany zadane przez los, sypnie confetti z najpiękniejszych wspomnień.


Wyciągnie z walizeczki syrop na słodkie sny i balsam na poobijane marzenia. Wszystko bez recepty!


No i oczywiście pozwoli się pogłaskać i pomiziać.

 
 

Zestaw pierwszej pomocy Lisa Stefana na ból duszy:
lizak o jej ulubionym smaku, puchaty ogon, confetti z najpiękniejszych wspomnień,
kwiecisty plaster na rany zadane przez los.
W torbie skrywa: syrop na słodkie sny, balsam na poobijane marzenia
i starannie zwiniętą w rulonik z perforowanymi porcyjkami radość.



p.s. Uprasza się NIE posądzać Stefana o handel substancjami chemicznymi znajdującymi się na listach produktów zakazanych przez Ministerstwo Zdrowia i ONZ.


...................................................................................
 

Taki stary obrazek że Stefanem znalazłam - i jest jak znalazł (!) na dzisiaj bo moja dusza już goni ostatkiem sił.

Bo kolega z biurka obok się rozmnożył do końca, to znaczy żona jego dokonała w końcu ostatecznego podziału na dwa organizmy żywe, wypączkowała małą sadzonkę z pełnym garniturem świeżutkich chromosomów, no i kolega jest na urlopie od sześciu tygodni i wróci po nowym roku, a ja z tej okazji muszę przytulić do mej wątłej klaty tak jakby dwa etaty. Sam ten fakt już sucks, bo roboty po pachy, ale jeszcze gorsze, że trzeba "współpracować" z szerszym gronem ludzi. Cudzysłów dlatego, że od tej "współpracy" to już mam ryj czerwony od strzelania sobie facepalmów, a mózg mi w poprzek stanął od rozwiązywania licznych zagadek (nie)logicznych zawartych w mailach, i od innych różnych takich whatthefucków.


Przytoczmy treść ostatnich kilku "ciekawszych" dialogów mailowych. Mailowych, co oznacza, że każda linijka dialogu to przynajmniej 1-3 dni, więc państwo sobie imaginują ile czasu to trwa, podczas gdy terminy nieubłaganie lecą:


- Joanna, potrzebuję w formie newslettera zdjęcie produktu XY z zawiadomieniem o czasie realizacji zamówień.
- Dobrze, ale jaka ma być treść tego zawiadomienia?
- Tak.

........................................................................................

- Ile kosztowałby nas dodruk tego folderu?
- Tu masz link z cenami każdego możliwego nakładu.
- A ile kosztuje 500 sztuk a ile 1000?
- Tyle, co w linku właśnie, masz tam wszystkie nakłady i ceny.
- Aha, ok, dzięki.

........................................................................................

- Joanna, możesz proszę wysłać ten folder do druku? Chciałbym 250 sztuk.
- Na jakim papierze? Bo jest wiele możliwości, tu masz link, zobacz sobie i wybierz. Chcesz żeby folder miał numer magazynowy, bo widzę że jeszcze nie ma?
- Chciałbym 250 sztuk.
- Jaki papier...
- ... link...
- ...numer....
- ... (pomocy, wody... !)
- ... (wódki!)
- ....


........................................................................................


- Możesz zmienić teksty na tych zdjęciach z niemieckich na francuskie?
- Niestety nie. To są pliki .jpg i nie mogę edytować w nich napisów. Potrzebowałabym te zdjęcia oryginalne, czyste, wtedy mogę dodać napisy.
- To możesz jednak zmienić te napisy? Bo Francuzi to potrzebują na jutro.
- Niestety nie. To są pliki .jpg...
- ...
- ...

........................................................................................


- Joanna, mam już prawie wszystkie francuskie tłumaczenia tekstów ze strony o produkcie YZ.
- Serdecznie gratuluję, ale po co mi o tym piszesz?
- No przecież do katalogu.
- Jakiego katalogu? Mam wam z tymi tekstami zrobić francuski katalog?
- Nie, nie. Katalog już mamy.
- Mamy francuski katalog?
- Nie.
- No to po co mi te teksty?
- Bo on jest po niemiecku.
- Co, ten katalog?!
- Tak.
- Czyli mam wam zrobić francuski katalog?
- Tak.

Ten facet jest absolutnym Mistrzem Dialogu. Za każdym razem się z nim tak rozmawia, yoga dla mózgu. Trzy miesiące temu przydzielono mu młodego padawana, bardzo przejętego - przychodził na początku pod krawatem. (NIKT u nas nie nosi krawatów, raczej tak na luzie i mocno casual, a jedna pani to nawet tak wygląda, jakby przed chwilą wróciła z koncertu Janis Joplin, bo spostrzegła nagle, że artystka gdzieś wyszła, publiczność też, światła pogaszone, i że już ogólnie koncert się skończył chyba)

No w każdym razie ten padawan, jak przyszedł, to był wystrachany, omiatał wszystko dokoła wzrokiem spłoszonej sarny, chrząkał z przejęcia i pracował powoli ale skrupulatnie. I co? Minęło kilka tygodni i zaczął zachowywać się tak samo jak jego Master. Zaprawdę, ciemna strona mocy nie bierze jenców, albo jesteś z nami albo giń.

........................................................................................

- Może pani w tym tekście wytłuścić jeszcze to, to, to i to, żeby to też podkreślić?
- Ale wtedy to już cały, calutki teks będzie jednolicie tłustym drukiem, co znaczy, że nic nie będzie podkreślone, nic się nie będzie wyróżniać.
- Ale jak to? Przecież wszystko będzie tłustym drukiem!
- No właśnie. WSZYSTKO. Wszystko będzie jednakowe, nic nie przyciągnie uwagi na najważniejsze fakty.
- To może jeszcze dodatkowo cały tekst na czerwono zrobimy? I większą czcionką?

........................................................................................


- O, tutaj mamy trochę miejsca! (3 cm kwadratowe luzu, ostatni bastion rozpaczliwie broniący estetycznego layoutu) Proszę tu wstawić parę zdjęć produktów, ale dużych (!!! na 3 cm?!), żeby było widać co mają napisane na etykietkach.

........................................................................................


- Te tabele są takie niedekoracyjne i jasne, strasznie białe to tło, oślepiające!
- Bo tu jest mnóstwo tekstów drobnym druczkiem, tło powinno być jasne i jednolite żeby móc to przeczytać. Kolorami oznaczone są tylko grupy artykułów w lewej szpalcie, to wystarczy. A wiersz z co drugim artykułem ma jasnoszare tło, co optycznie oddziela artykuły od siebie i oko "nie skacze i nie zjeżdża".
- Ale tak pusto w tle jest! Może jakieś takie kolorowe romby? Duże, kolorowe romby!


(To była ta pani co właśnie wróciła z koncertu. I tym wrąbała mi ostatni gwóźdź do trumny)


Idę rąbać romby. A potem, na cmentarzyku pogrzebanych uczuć i spopielonych marzeń, rąbnę w jakimś zapomnianym kątku malutki grobek (oczywiście romboidalny) z granitową płytą "Tu spoczywa, bezlitośnie porąbana w kawałki, Godność Osobista Anonimowego Grafika" To będzie taki grób zbiorowy, na cześć całej braci graficznej. I tak, oczywiście LOGO BĘDZIE WIĘKSZE. I NA ŚRODKU.


Istnieje jakiś święty od pikseli i designu? Jakieś miejsce pielgrzymek o idealnym layoucie przestrzennym i złotych proporcjach? Matka Boska Graficzna? Całe życie całkiem dobrze sobie radziłam bez tego typu gadżetów, ale czuję że mogą być teraz potrzebne. Żeby mieć, jakby co, adresata do zawodzenia inwokacji, bo inaczej mi zostanie tylko wycie do księżyca.

Stefanie, przybywaj z tymi balsamami...

środa, 8 czerwca 2016

Kto rano wstaje, ten niech lepiej milczy.


Na ognie piekielne i czarne szatany, ale bym walnęła! Borze mój szumiący... O włos mnie ominęło faux-pas sezonu, Złoty Baran za gafę stulecia...


A było tak.

Przychodzi kolega do pracy, co oczywiście odbywa się rano, kiedy czlowiek (znaczy się ja) zaspany jeszcze i nieprzytomny - jak wiadomo kto rano wstaje, ten się nie wysypia. No więc wchodzi tenże kolo do biura i oznajmia, że oto bocian mu po raz drugi pobłogosławił, pole kapusty obrodziło, i że plony w październiku.

A że ja istota prosta jestem, jak ameba czy inna euglena, i często oceniam świat "pod siebie" czyli przykładam do ludzi swoją miarę, to w mózgu zapaliła mi się momentalnie czerwona lampka, i alarm zaczął syrenim głosem wyć "O cholera jasna!!! No to przewalone! I co teraz?!"

I ust mych korale już-już chciały te słowa wykrzyknąć, ale jednak sobie przypomniałam, że jestem w Niemczech i tu trzeba po niemiecku, więc potrzebowałam tej milisekundy, żeby się lingwistycznie przestawić (rano to wcale nie takie oczywiste). I ta milisekunda uratowała mój honor, gdyż wtedy właśnie neuron jeden z drugim, skoro już obudzony i wywołany do odpowiedzi, wziął i otworzył podręcznik na stronie "Relacje w społeczeństwie, ogólnie przyjęte za poprawne, a tobie baranie, obce", skonsultował planowaną przez durnego Diabła wypowiedź i szybciutko skorygował na taką bardziej socjalnie akceptowalną. I na dużej kartce z bloku A3 napisał czerwonym markerem, wielkimi wołami (żebym nie przeoczyła) "Kobieto, weź się ocknij, przecież on się cieszy raczej, zareaguj tak, jak na DOBRĄ wiadomość. Wykonać, rozkaz!" No.


Ufff! Pot mnie normalnie oblał zimny i gorący, ale udało się! Pogratulowałam serdecznie (koledze na głos a sobie w myślach) i odetchnęłam z ulgą.

Mam nadzieję, że nie zdążył dostrzec tej paniki i przerażenia w moich oczach na początku...


Nie żebym miała coś przeciwko dzieciom, absolutnie nie! A idźcie i rozmnażajcie się, skoro chcecie. Fajne takie puci-puci, zeżre glizdę, pośmieje się z własnej czkawki, ale nowy niemowlak w tym wieku (bo kolega też w tym wieku prawie, no jakoś 3 mniej ma na liczniku niż ja) wydaje mi się kawałkiem chleba tak ciężkim, że Syzyf ze swoim kamyczkiem to śmieszny jest po prostu. Co kto lubi, jasne, ale ja nie dałabym rady. Nie teraz już, nie, nie, nie. I jeszcze raz nie.

No i dlatego ten alarm i panika. Normalnie jakiś mój diabeł-stróż chyba nade mną czuwał, i w porę opanował sytuację. Bo by było troszeczkę niezręcznie chyba, co?


 


..................................................


 

 


A w związku z opisanymi poprzednim razem niekorzystnymi okolicznościami narosłymi przez zimę w okolicach talii (bo przez tą racicę cholerną zepsutą ledwo co łaziłam przez pół roku i dalej jeszcze nie jest całkiem słodko), no więc w związku z tym nażarłam się lodów.
A nawet popełniłam ten niecny uczynek trzykrotnie, co raczej chyba wyklucza zbrodnię w afekcie. (Więc nie będzie złagodzenia wyroku)
Oraz jeszcze w piątek doprawiłam naleśnikami. (To już dożywocie)

 
Tak, to ma sens, wiem.


I pewnie nażrę się jeszcze raz tych lodów, bo jeszcze zostały. Czekoladowe Langnese. Daje się do nich borówki i pokrojone truskawki, sypie prażonych migdałów i ze 2 łyżeczki czarnego kakao (bo kupne lody czekoladowe są zawsze za mało czekoladowe). I się je.

Udając, że się nie widzi portretu Niedźwiedzia Adalberta O Wymownym Spojrzeniu leżącego obok.
 
 
 

I że urodziny Dziecka Zpiekłarodem to doskonałe usprawiedliwienie na tego rodzaju ekscesy.
(Świętuję już zatem drugi tydzień.)

Ja się chyba po prostu nie nadaję na żadnego rodzaju diety. Za słaba jest ma silna wola, słania się niebożątko na wiotkich, cienkich nóżkach i mdleje co chwila...
(Ale jak przychodzi wyjść na plażę to ja mam ochotę zemdleć, choć moje nóżki wcale a wcale nie takie wiotkie i cienkie)
Jak nie zjem tego, na co mam ochotę, to się nażrę tonę zamienników - które teoretycznie mają być zdrowsze i mniej kaloryczne i zaspokoić głód "tej" rzeczy - i bilans wychodzi jeszcze gorszy.
A na końcu I TAK zjem tego loda czy czekoladę czy tam coś. I wtedy bilans już całkiem pada, traci przytomność, sens i wiarę w Diabła. A potem wstaje i wychodzi, trzaskając drzwiami. I zostaję sama z tymi pokusami. I wiadomo, co się potem dzieje.
No i tak to.


A tak z kulinariów to absolutnie mnie opętało aktualnie curry. Taka "currynt" obsession. No to przynajmniej zdrowe, nie? Kurkuma, warzywka, te sprawy. I wiecie co, pyszne jest z kaszą pęczak, nawet lepsze niż z ryżem. Orient wchodzi pod słowiańską strzechę. Czy to jest ta kuchnia fusion? Diabeł Piast Kołodziej wkłada zwiewne sari i dzwoneczki i oddaje się ekstatycznym tańcom bollywoodu w kurnej chacie wypełnionej egzotycznych zapachami...
No i wspaniale pasuje z cieciorką to curry (u nas się zawsze mówiło cieciorka, nie ciecierzyca) a ja uwielbiam cieciorkę. Oraz zielony groszek ze słoika uwielbiam. Dlatego w niedzielę do zupy miał wejść cały słoik, ale weszła tylko połowa.
(Podwójne dożywocie)



 
 
 
Pozdrawiam słodziutko.

]:-*




*********** APDEJT ***********

A więc NALEŚNIKI Á LA DIABEŁ:

Wiecie jakie to są takie zestawy trzech plastikowych misek kuchennych? Na pewno wiecie.


No to bierzemy tą największą (2,5 litra, zdaje się) i wbijamy tam 7-8 jajców.
Miksujemy ze szczyptą soli.


Potem bierzemy mąkę, mleko i wodę i na zasadzie "trochę tego, trochę tego" robimy pełną michę rzadkiego ciasta (poziom ciasta tak 3-4 cm od krawedzi miski). Nie zapominając o oleju albo oliwie, wlewamy tak "ziuuuu" trochę do tego ciasta też.

No sorry, ale ja nigdy nic nie mierzę, wszystko robię na oko.
I to wszystko.
Smażymy cieniutkie naleśniki na suchej i bardzo gorącej patelni, dosłownie pół minutki z pierwszej strony, a z drugiej strony to nawet krócej.
Otrzymujemy sporą stertę elastycznych i mięciutkich naleśników, dobrych też na drugi dzień, jeśli zostaną (tylko owinąć folią na noc, bo wyschną).

A potem to tak:
 
- ciepłego jeszcze naleśniora smarujemy Nutellą

- nakładamy trochę rozgniecionego widelcem, dojrzałego banana

- sypiemy troszkę siekanych i uprażonych na suchej patelni migdałów - ale koniecznie już wystygniętych, inaczej nie będą chrupiące, tylko gumowate

- zwijamy w rulon albo składamy w kopertkę dowolnego kształtu

- na talerz sypiemy sobie pokrojonych truskawek, albo kiwi, albo jagód (nie pokrojonych oczywiście, no chyba że ktoś bardzo chce)
- wpychamy w siebie, ile się zmieści, a łzy wzruszenia ciekną nam po polikach. Długoletnie doświadczenie na wielu obiektach pokazuje, że w momencie, kiedy pewni jesteśmy, że zaraz pękniemy, i że więcej nie damy rady - z reguły mieścimy jeszcze jednego. Ale to już naprawdę ostatni.
- kładziemy się na kanapie i leżymy sztywni i wyprostowani jak wypchany krokodyl, bo o wszelkim ruchu można zapomnieć na przynajmniej 15 minut.



Plus dodatkowy: do wieczora w całym domu pachnie prażonymi migdałami - a to jest piękne.
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...