Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Stopień zagrożenia życia lokatora w mieszkaniu spółdzielczym. Ocena subiektywna.

Do tradycji należy już fakt, że zima zawsze zaskakuje drogowców. Przynajmniej w Polsce, bo tu o dziwo dają radę chłopaki. Ale żeby nie było za słodko, to zima zaskakuje u nas co roku naszą miejską spółdzielnię mieszkaniową, w której lokalu i nam przyszło żyć. 
W nocy z czwartku na piątek przyszedł mróz i - pozwólcie że podkreślę jeszcze raz: JAK CO ROKU - momentalnie zabrakło ciepłej wody w kranach i kaloryferach. A ja akurat przeziębiłam sobie pęcherz, więc tylko tego było mi w tym momencie trzeba. The most perfect timing ever. 

W piątek przed południem przyszedł co prawda jakiś pan, pomajstrowal coś tam w piwnicy przy rurkach i kaloryfery ożyły, ale tylko na 2 godziny.
Wezwany ponownie, przylazł coś koło wpół do szóstej wieczorem, pogmerał, postukał. Kaloryfery ożyły ponownie, ale tylko na godziny pół tym razem. 
Jeszcze raz wezwać go nie można było, gdyż było po godzinach urzędowania spółdzielni (wiedział dobrze skubany kiedy przyjść) a wtedy takie telefony są dozwolone tylko w razie gdy istnieje zagrożenie życia lokatorów lub konstrukcji budynku. 
(Nie, nie, wiem co myślicie, niestety -6°C bez ogrzewania i ciepłej wody nie jest uznawane oficjalnie za zagrożenie życia. Skandal, wiem!)

Chcąc nie chcąc zaczęliśmy się przygotowywać psychicznie na weekend w zimnie i mrozie. Szło nam niesporo. To znaczy mi i Dziecku Zpiekłarodem, bo Borsuk to wiadomo że jest kosmitą, i nie czuje zimna jak zwykła ludzka istota. 
No więc ubrałyśmy po trzy swetry, czapkę, szalik, grube skarpety z owcy. Na to koc jak namiot. Ja zabunkrowałam się z tym wszystkim na kanapie i odpaliłam netflixa, dziecko na fotelu przed swoim komputerem zaczęło skakać po dachach budynków i czaić się w szuwarach z prawdziwym krokodylem przy boku, którym szczuło wroga. 
Borsuk w t-shircie, cienkich dresowych spodniach i na boso (!!!) wlazł do czołgu. (no w grze też oczywiście) 
Jak na złość w domu nie było akurat żadnych świeczek - może to złudzenie, ale jak się palą świeczki to jest jakoś tak cieplej. Ale na stanie mieliśmy tylko trzy małe tee lighty, więc raczej bez szału był to spektakl. 

W sobotę było jeszcze jako-tako. Chociaż cały tydzień cieszyłam się na ciepłą wannę pełną piany w weekend, to jeszcze usiłowałam trzymać wkurw na wodzy, pić litr herbaty na godzinę (Borsuk: woda z kranu i zimny napój mate) i myśleć pozytywnie. Że na przykład ogólnie to ludziska kupę kasy płacą za takie marznięcie w zimnym domu - bo po pierwsze kupują dom, po drugie centralny piec do niego, czyli 2x wielka kasa, no i wszystkim się potem te piece psują i siedzą w zimnie dokładnie tak samo jak ja. Tylko że ja to mam bez kredytu na 30 lat, po prostu gratis od spółdzielni! Powinnam się czuć wyróżniona?

Ale w niedzielę już nie strzymałam. Byłam zmarznięta, wściekła i ciągle głodna. I trochę smuteczek jednak - że spółdzielnia tak ostentacyjnie olewa tą sprawę co roku - ale mocno przytłumiony przez wściekłość. Moooocno.
Z tej złości to nawet umyłam łazienkę i kuchnię, pościerałam kurze w najbardziej widocznych miejscach, a potem zaczęłam odkurzać i ten ogrom zmasowanych prac domowych chyba przeraził Borsuka strasznie, bo czegoś takiego to raczej jeszcze nie przeżył przez te dwadzieścia parę lat ze mną, i aż wylazł z czołgu, wyrwał mi odkurzacz z ręki (nie oponowałam) i poodkurzał sam. Ja tymczasem przetarłam na mokro zakurzone listwy, czy jak to się tam nazywa, to na dole ściany, no, między ścianami a podłogą. 
Taaak... Musiałam mieć naprawdę bardzo, bardzo dużo złej energii do wyrzucenia.

Chociaż ja uwielbiam jak jest tak czysto w domu! Serio. Tylko nie lubię sprzątać, a wolny czas poświęcam na malowanie gópich kotków* albo seriale, więc ta czystość jest bardzo ulotnym stanem. Niektórzy co miesiąc myją okna, albo odsuwają kanapy i pod nimi odkurzają, pewnie też ścierają kurze z półek częściej niż raz w roku. Filifionka z doliny Muminków tak miała. I nasza sąsiadka z drugiej strony podwórka, na której balkon mamy widok vis-à-vis. 
Ale ja uważam, że to niezdrowo. Filifionka co prawda wyszła z tej obsesji bez szwanku, no ale to jest postać fikcyjna z bajki dla (nie tylko) dzieci, więc happy end jest oczywisty. 
Za to już sąsiadka jest jak najbardziej realna, z krwi i kości, i co? I w lecie najpierw miała cała nogę w gipsie, a niedługo po jego zdjęciu całą rękę. To nie przeszkodziło jej w cgłym skakaniu ze szmatą po całym domu, włażeniu na balustradę balkonu żeby powiesić dekoracyjne lampki i chorągiewki pod balkonowym "sufitem", i pucowaniu wnętrz kuchennych szafek, najpierw opróżnianych cierpliwie jedną ręką z całej zawartości - ale jak dla mnie to jest wyraźny i jednoznaczny sygnał przeciwko ciągłemu sprzątaniu. 
Choć nie powiem, sąsiadka stanowi naprawdę fascynujący obiekt do obserwacji. Obstawialiśmy z Borsukiem czy się zrąbie z drabiny w tym gipsie przy myciu balkonowych lampek, bo po miesiącu od ich powieszenia musiała je oczywiście umyć - nie zrąbała się. Profeska. No i ma ciągle czysto, nie jak ja raz na ruski rok. Oprócz tych okien, bo one wystarczają do pierwszego deszczu, a tu przecież ciągle pada to zaniechałam mycia ich już na samym początku, bo co się będę kopać z koniem.

No i tak to. Mam nadzieję, że dzisiaj naprawią to ciepło, ja naprawdę muszę do ciepłej piany, bo inaczej będzie bardzo źle. 

_________________

* żeby nie było jednak, że tylko kotki, to tu macie rybkę:















A na koniec się pochwalę, ha. 
Kubek i sól-pieprz to nówki ze sklepów norweskich, diabła to wiadomo sama sobie zmalowałam i wstawiłam do zdjęcia bo pasuje kolorem, ale resztę wytargałam za grosze ze sklepu ze starociami niedaleko mojej pracy. Naprawdę piękne rzeczy tam można czasem znaleźć! Oczywiście łut szczęścia do tego potrzebny, bo na 100 wejść może ze dwa kończą się jakimś łupem (i to najczęściej w postaci ramki na obrazki) ale jednak sporo się tego już zgromadziło. Już kiedyś pokazywałam wcześniejsze łupy w innym poście, jak ktoś chce to >> tutaj <<









Fajne co? :)))


To czołem, rogiem i burakiem moi mili, z tym że ten ostatni niech was nie pokona. Niech ducha w was nie złamie. Trzeba wyjść z tego silniejszym, nie ma innej opcji. Skoro sam Diabeł osobiście przed przeszło ćwierćwieczem trzymał w rękach jedną z całkiem naj-najpierwszych puszek WOŚP, zapraszając opolan do datków metodą przyjaznej i łagodnej perswazji, to gwarantuję wam, tak szybko się ta impreza nie skończy! 




poniedziałek, 5 lutego 2018

O tym, co ja właściwie widzę.

Stoję ja sobie w piątek, szary, wilgotny, zapleśniały piątek po pracy na przystanku i czekam na autobus, który niczym czarodziejski rydwan uwiezie mnie do baśniowej Krainy Weekendu, gdzie malutkie różowe wróżki będą mi rzeczywistość wonnym a barwnym kwieciem maić, przysłaniając w ten sposób grząskie bagno Pięciu Dni Roboczych czających się za progiem.
Może nawet dadzą jakieś miłe tabletki, pełne przyjaznych alkaloidów, i potem przylecą świetliste motyle ciągnące za sobą tęczowa kotarkę zapomnienia, i będą mnie gilgotać łapkami, aż upadnę ze śmiechu prosto w gromadkę mięciutkich, turkusowych borsuczków pachnących goframi z cukrem pudrem. Będziemy chichotać, ćwierkać, i tarzać się w puszystej euforii.
Czy jakoś tak.


Napisałabym, że czekam tego autobusu jak kania dżdżu, ale dżdżu akurat w tym momencie miałam aż nadto, albowiem lało jak z cebra.
I to od samiusienkiego ranka.
Poprzedniego.
A jako rasowy meteopata reaguję na taka pogodę całkowitym otępieniem umysłowym. Mózg zamienia mi się w kawał betonu, który uwierając, ciężko zalega w czerepie, pochłania i hamuje wszelkie impulsy elektryczne, a to bardzo przeszkadza w myśleniu.

No więc specjalnie mnie nawet nie zdziwiło, kiedy po drugiej stronie ulicy stanął tir z wielkim napisem "Christian Bowling Spedition". Chrześcijanie, kręgielnia, spedycja, spoko. Nic wielkiego w końcu.
Może sobie do kółek różańcowych kręgle w kształcie dwunastu apostołów przewożą, w komplecie z kulami z krągłych baranków bożych.
Te wszystkie relikwie i dewocjonalia też trzeba czymś transportować - przecież do kieszeni nie włożysz czterdziestu dłoni Marii Magdaleny w wyłożonych aksamitem złotych lodóweczkach, osiemnastu ton drzazg z krzyża, dwustu palców świętego Antoniego, palety świecących w ciemnościach Jezusków, trzech kop Matek Boskich Butelek i kartonu Judaszków-skarbonek mrugających LEDowym oczkiem po wrzuceniu srebrnika.
To i tira potrzeba, logiczne.


Zreszta w tym dziwnym zakątku, gdzie przyszło mi pracować, w drodze autobusem z pracy do dworca widzę codziennie takie rzeczy jak na przykład plastikowe słoniątko w kolorze intensywnego różu, w skali 1:1, taki dwulatek na oko, które - w celach zapewne reklamowych - wystawił na chodnik włoski producent lodów z wafla i kurczaków z różna, Alberto.

Zimą Alberto, na ogrodowej huśtawce zajmującej cały chodnik, sadza Upiorne Trio złożone z Mikołaja co wypchał się sianem (aczkolwiek wielce nieporadnie) oraz dwóch dmuchanych, dziwnie kulistych reniferów na uprzęży, którymi wicher zamiata trotuar i kopytkuje przechodniów. Mikołaj nie ma twarzy, jedynie słomianą powierzchnię płaską przysłoniętą obfitym, nylonowym zarostem i wielkimi okularami słonecznymi.
Obok stoi jeszcze szklany baniak o pojemności sporego tankowca, z otworem na ein Euro, pełen kolorowych kulek.
I dwie włoskie flagi na masztach - oczywiście wielkości preścieradla, bo przechodzień, kopnięty reniferem w oko, mógłby nie zauważyć mniejszych formatów.
W tym roku stali wszyscy razem, a co, Mikołaj, huśtawka, renifery, różowy słoń, oflagowany tankowiec naładowany kulkami. Maleńki lokal Alberto jest zza tego lunaparku właściwie niewidoczny, ale być może jest w tym szaleństwie jakaś metoda.

Zresztą, czym byłby ten kraj matematyczno-technicznych, projektowanych od linijki umysłów, bez uskrzydlonej fantazji cudzoziemców?

Co dzień widzę też, udrapowaną na cokole z kamieni i będącą ozdobą prywatnego ogródka, wielką szyję i głowę konia, żółtą jak cytryna. Tak, może wydawać się dziwne na pierwszy rzut oka, ale pomyślcie jaka to miła odmiana po tych wszystkich krasnoludkach, których rysy twarzy i budowa ciała świadczą o stuleciach bezlitosnego chowu wsobnego.


No więc - na tym tle - co tam chrześcijańscy kręglarze trudniący się spedycją.
 
I gdybym nie miała akurat zwały-giganta, to pewie zobaczyłabym od razu, a nie dopiero po kilku minutach, że jednak to tam jest napisane Cristian Bohling Spedition i że ów Krystian zajechał właśnie pod zwykły, sieciowy supermarket z transportem banalnej pietruszki (czy czegoś tam).

Czasami podejrzewam, że te wróżki z tabletkami to mnie chyba odwiedzają czasami, tylko ja potem nic nie pamiętam po prostu.
Ale towar muszą mieć srogi.
(jeeezu świecący, teraz mi tak przyszło do głowy: może tego różowego słonia i żółtego konia tak naprawdę wcale nie ma?!)

 

.......................


Kiedyś w zimie zaobserwowałam też na mieście plakaty "Christus Circus" i już wyobrażałam sobie bóg (!) wie co, już rozmyślałam nad tym, jak to przesunięciu uległa granicy między sacrum a profanum w zbiorowym umyśle nowoczesnego społeczeństwa wielkomiejskiego - ale potem przy którymś z kolei plakacie się okazało, że to Christmas Circus był.

Jako i wiele dalszych przypadków, które ukryjmy za zasłoną milczenia.




.......................

 
To teraz pod tą piękną pogodę:
 
Niezwykle spektakularna burza śnieżna.
Na szczęście tylko formatu A4.


 

 

 
 
 

Oraz
Niezwykle elektryfikujący, burzliwy sen anonimowego dorsza,
też na nasze szczęście nie wykraczający poza kartkę trochę większą od A4.

 
 

 

 

 

 
Oba oryginalne obrazki dostępne,
jakby ktoś chciał żeby mu akwarelowy piorun strzelił w szypiorek,
to proszę pisać:
 
Miłego tygodnia bez burz życzę! :*


poniedziałek, 20 listopada 2017

Faceci w czerni.

Miłość do akwareli to jak związek z niestabilną gwiazdą. Ekscytujące, frustrujące, przerażające, fascynujące - karuzela szaleństwa, uczuciowy roller-coaster, każda najmniejsza pomyłka jest nieodwracalna i fatalna w skutkach. A nawet jak czasami (czasami, bo to się zdarza baaardzo rzadko) pomyślisz, że wychodzisz na prostą to zaraz następuje taki spektakularny i niszczycielski wybuch, że dech zapiera, dostajesz cios prosto w splot słoneczny, i wściekły wsiadasz do rakiety, ulatujesz w dal, i postanawiasz nigdy nie wracać.

Ale wracasz, oczywiście że wracasz, zwabiony nieodpartym urokiem barwnych mgławic rozlewających się po papierze jak polarne zorze.



Natomiast miłość do akrylowych farb jest jak leniwy lot rakietą obok tych wszystkich eksplodujących wydarzeń. Sunie się powoli przez uspokajającą czerń kosmosu, podziwia migające wokół złote gwiazdy, kolorowe rozbłyski w oddali. Nawet jak zmyli się drogę, to można zawrócić, nanieść poprawki na mapę i lecieć dalej. Można oprzeć się wygodnie, zrelaksować i bez gryzienia pazurów żeglować przez bezkresne, aksamitne przestworza. Nurkować w ciemne, senne otchłanie, mijając czasem ogromne cielska Wielkich Ryb.


No. Tak ja to widzę przynajmniej. A może po prostu nie jestem stworzona do intymnego pożycia z akwarelą. Gdyż ostatnio to wybitnie nam nie wychodzi, wybitnie.

Ale o tym kiedy indziej.

Na razie faceci w czerni - czyli akrylowe Ryby w czarnej nocy. Rozgwieżdżone niebo wlewa się do morza, idealnie skrojone garnitury ze złotych łusek błyszczą w świetle spadających Perseid, no stylówa że mucha nie siada.

(mucha nie siada, czyli ryba świeża)
 
 
 

Król Ryb śpiewa do księżyca, dworzanie zasłuchani, truchleją w podziwie - albo ze wstydu, to by nawet tłumaczyło intensywną różowość lic...


I to wszystko sfotografowane krok po kroku i opisane! Ażem sama w szoku!















 


I jeszcze kilka szczególików:
 
 



 

 



W przygotowaniu drugi akrylowo-rybny obrazek, ale kiedy skończe, to nie wiem. Co ja tam wiem, z resztą.

Jedno co wiem, to że nie mogę zmieniać sobie dzwonka w telefonie, bo potem przez pierwsze dwa-trzy tygodnie nie reaguję jak dzwoni no bo PRZECIEŻ TO NIE MÓJ.

 

poniedziałek, 13 listopada 2017

Inktober 2017

Zebrałam wszystkie moje rysunki z akcji #inktober2017.
(Chodzi o jeden rysunek czarnym tuszem / cienkopisem / pisakiem dziennie przez cały październik i opublikowanie go na Instagramie)






Opuściłam 4 dni, ale to i tak dobrze jak na mnie, bo często brakuje mi w tygodniu czasu nawet na tak malutki obrazek...

Fajnie było! Poznałam profile kilku niesamowitych osób, którym butów niegodnam pastować - ale myślę że nie oczekują tego ode mnie, więc luz ;)






04. Dzińdybry.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 

05. Są w życiu takie piękne chwile, że na przykład ma się w łapkach wielką, cudowną rybę. I już się jej nie wypuści. O nie.
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
06. Kolega wpadł się tylko szybko przywitać.
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
07. Zaczynamy weekend! Let's dance!!!
 
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
08. Dziś tylko skromne "Cześć" od Pana Niedźwiedzia. Życzy wszystkim przyjemnej niedzieli.
 
 
 
  
 
.......................................................
 
 
09. Król Dyń. Wydaje się dosyć umęczony. Rządzenie całym Dyniowym Polem to chyba niełatwa sprawa. Wyczerpująca aż po same korzonki!
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
10. Biały pogrubia, mówią. Ale co zrobić, jak to twój strój służbowy?!
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
11. Ciemne alter ego słodziutkich Hatifnatów. Wyrośli nagle sami w szkicowniku, niezasiani, nieplanowani, nieprzewidziani.
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
12. Wiem, że teraz zamarliście z przerażenia na widok tej diabelskiej, straszliwej postaci, mrożącej wam szpik w kościach i ścinającej mózg jak jajecznicę. Wiem. I tak miało być.
 
 
 
  
 
.......................................................
 
 
 
 
13. "Oh! Czyżbym akurat przypadkowo przebiegał ci przez drogę? Ojejej, no nie miałem pojęcia."
 
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
 
14. A takie rzeczy się dzieją, drogie dzieci, jak czarownica zgubi but. Uważajcie więc na porzucone obuwie.
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
15. "Rzucić picie, tak... staram się, staram, ale klnę się na mój przytulny grobowiec, to jest cholernie trudne!" Bądźcie wytrwali w realizowaniu waszych zamierzeń!
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
 
16. Król Wielkiego Ugoru ze swoją (dzielną?) strażą przyboczną. Niektórzy z was może >> pamiętają <<
 
 
 
.......................................................
 
 
17. Diabelska krowo-lama życzy wam dzisiaj dużo miłości.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
18. Są dwie rzeczy, którym Pan Niedźwiedź nie może się oprzeć przed zapadnięciem w zimowy sen: filiżanka herbaty z leśnych owoców i kilka stron w fascynującej Encyklopedii Miodów.
 
 
 
 
.......................................................
 
 

 
19. "Trzeba rzucić tą cholerną, nocną robotę chłopaki, zanim nas zabije. Serio"


 
 
.......................................................
 
 
20. Gwiezdne konstelacje na nocnym niebie są przepiękne. Można się gapić w takie niebo, i gapić, i gapić. Ale jednego gwiazdozbioru tam brakuje. Bardzo ważnego gwiazdozbioru.
 
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
 
21. Bracia Plankton, sławni i nieustraszeni Jeźdźcy Wielkich Ryb!
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
 
22. Misja: złapać księżyc. Postęp na chwilę obecną: PRAWIE MAM! PRAWIE MAM!!!!!
 
 
 
 
.......................................................




 
23. Jest mały, mniejszy od widelca, ale lubi cię ogromnie! Najbardziej z grillowanym serem i musztardą.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
 
24. Najbardziej pożądane nasiona świata. Nasiona-legendy. Nie dostaniesz nawet w darknecie.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
25. Jakoś tak się stało, że wczoraj był poniedziałek, a dziś nagle jest środa... Dziwne uczucie. Jak w innej galaktyce, gdzie nie istnieją wtorki.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 


26. Duchem być nie jest letko. Nie dość że praca ciężka (rys. 19) i w niezbyt udanych uniformach (rys. 10) to jeszcze nawet nie możesz sobie tego wynagrodzić chowając się do kątka z całym pudełkiem pączków. Bo potem i tak wszyscy wiedzą, że to ty zjadłeś wszystkie.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
27. "Po dwustu latach w niebiańskich przestworzach powiem wam jedno: zabierzcie ciepłe majtki jak już przyjdzie wasz czas. Wasz pęcherz będzie wam niezmiernie wdzięczny"
 
 
 
.......................................................
 
 
28. Tu kompletnie nie miałam czasu i wstawiłam Braci Plankton,
których już >> znacie <<
 

.......................................................
 
 
 
 


29. Cyrk Braci Plankton! Śmiałe popisy akrobatyczne, spektakularne serie salt przez stado jeżowców. Nieprawdopodobne emocje, gęsia skórka i łopot serca gwarantowane. 
 
W urządzaniu podwodnego cyrku mam

 


.......................................................
 
 



30. Ten oto portret w stylu klasycznym przedstawia rodzinę z wyższych sfer i dobrego domu, wraz z ukochanym zwierzątkiem domowym, nietoperzem Mariuszem.
 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
31. A na co komu cukierki, człowieku! Ryba albo życie. Już. Nie żartuję.
 
 
.......................................................
 
I co? Przypadł wam któryś do serca?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...