Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwasz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Ówaga, oszczeżenie! Aczkolwiek chyba po czasie.

Na bloga były cztery wejścia ze ścieżki "improwizacja bitwy w Krajantach".
Czy ja o czymś nie wiem? Jak mnie nie było, to urzadziliście tu bitwę? Halo, jest tu ktoś z Krajantów?! Znaczy generalnie to nie mam nic przeciwko, buraków nie rozkopaliście, nawet nać nie połamana, wszystko stoi jak stało - tylko tak z ciekawości pytam. 

Oraz takie zapytanie z pogranicza masarstwa i taksydermii nastąpiło: "kiszka na kiełbase musi byc odwrucona czy ni jak lepiej"
I przypuszczam że wiem, do krótego posta google skierowało tego poszukującego: do kiszki z jamniczka! Haaa! Tak zwany element niespodzianki tu nastąpił dla poszukującego. 

Z kulinariów to jeszcze "kalafior przebranie" - płakałam bardzo, ze wzruszenia. Serio, chciałabym to przebranie zobaczyc, jako widz przedszkolnych i wczesnoszkolnych sztuk zawsze najbardziej lubilam dzieci przebrane za drzewa, pagórki i tym podobne nieruchomości. 

Ktoś szukał tu też pomocy w temacie "złe duchy i ich wpływy na zdrowie" - no, można zepchnąć kaca i reumatyzm na złe duchy, czemu nie - oraz - UWAGA, UWAGA, DOCHODZIMY DO CLOU TEGO POSTA - "wpaszdzierniku przydzie planetax" !!! 
Buaaa! Ludziska, uciekajta, chowajta bydło do komórki, dzieciaki do wersalki! Planetax przydzie! Wpaszdzierniku!!! 
Dobrze że juz grudzień w takim razie. To chyba już przyszoł, i poszoł se w pierony, nie? Kimkolwiek jest.

................................

A wiecie co ja w piątek zrobiłam? Wróciłam z pracy do domu, zdjęłam w przedpokoju kurtkę-czapkę-szalik-buty, poszłam do sypialni i przebrałam się w domowy dresik, po czym... wróciłam do przedpokoju i ubrałam kurtkę-czapkę z zamiarem wyjścia z domu i pójścia do pracy!!! 
No przecież to jest straszne!!! Uważam to bardzo smutny incydent w moim życiu, serio. 
Bo pokazuje boleśnie, że moje życie składa się praktycznie tylko z pracy, a poza tym niewiele się dzieje. Dom to taka chwila przerwy od roboty - co daje nam następujący schemat:
1. Rano wychodzę z sypialni, idę do pracy
2. Wieczorem wracam z pracy, wchodzę do sypialni
3. Śpię.
I teraz znów punkt 1. i tak w kółko. Więc mój umysł postanowił że punkt 3. jest tu całkowicie zbędny - i nie sposób mu odmówic logiki w sumie, niestety. Jednakowoż biologia domaga się swoich praw, punkt 3 jest nie do ominięcia, więc może w następny piątek po prostu dam sobie spokój z powrotem do domu i będę nocować pod biurkiem. 
Ehhh...

I nie wiem czy to przez to przykre wydarzenie, czy przez aurę ogólnie (a może przez wszystko na raz), ale cały weekend był do doopy. Oboje taplaliśmy się w jakimś marazmie takim, w stetryczałych wspominkach że: kieeedys, łooo, kiedyś to było lepiej! I że: jaki to ma sens wszystko w ogóle, i niezwykle obrazowo opisywaliśmy sobie nawzajem, jakimi to wrakami już jesteśmy. 
Łojezusicku, straszny to był weekend. Straszny. Takie katharsis ale bez finału, bo oczyszczona to się nie czuję niestety. 

Zaczęłam sobie podglądać "Friends" od początku, no bo to taki jakby powrót do przeszłości, nostalgia itd, no i z jednej strony było zabawnie momentami, ale momentami też smutno dosyć, że o rany, tak było i już nigdy nie będzie. Co jest całkiem normalne, wiem, ale jednak przytłacza. 
Jedynym pozytywnym punktem jest to, ze wtedy na przełomie wieków po angielsku umiałam może ze 100 słów (nie miałam w żadnej szkole angielskiego), i to umiałam je tylko dzięki Björk, której teksty z bookletów CD tłumaczyłam sobie z analogowym słownikiem w ręce i zapisywałam w zeszycie, dzielnie walcząc z idiomami - a teraz moge oglądać w oryginale i rozumiem. Oni tam bardzo wyraźnie mówią, więc to idealny serial do nauki języka.
I z tego jestem dumna, a co. Bo to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które osiągnęłam w życiu. Jest to nadal poziom Neandertalczyka w stadzie Homo sapiensów - ale jednak już gałąź wyżej od pawiana, prawda.

Aha, aha, a najzabawniejsze - albo może "najmelancholniejsze" w sumie - to było jak włączyłam pierwszy odcinek i ze zdziwieniem wielkim myślę "Łaał, to na początku inna aktorka grała Rachel? Nie Jennifer Aniston?!" No i po 10 minutach dopiero zajarzyłam, ze ta inna to właśnie Aniston.

No i tak to. To komuś jeszcze po wilczku może? Powyjemy?













I tu taki mono-chromo jeszcze, aczkolwiek lico rumiane (od mrozu pewnie)




środa, 24 października 2018

Nie ma mnie.

Znikłam, wyparowałam, wilki mnie zjadły, uległam absorbcji przez ciemną materię. Nie ma nawet mojego cienia - porwały go dzieci nocy o głowach z upiornych dyni, capnęły go chudymi palcami o spiczastych pazurkach i uciekły chichocząc. Pewnie teraz szyją sobie z niego czarne peleryny-niewidki. 

Ja - mizerne strzępki jakiejś tam byle jakiej osobowości, pałętające się luźno w powłoce ciała, w klatce z kości, jak najmniejsza z matrioszek zamknięta w największej. 
Forma ze śladową ilością nieciekawej treści. 
Nawet tego teraz nie ma - rozwiał mnie wiatr, zmieszał te strzępki z jesiennymi liśćmi, zawiesił kilka na opuszczonych sznurkach do prania, cisnął w błoto. 
Przeraża mnie czasem to, jak bardzo nikim jestem. No, chyba że tchórzem. Tchórzem jestem pierwszorzędnym, ale to nie o to chodzi. 

Istnienie w mediach nie dopuszcza niczego poza radością, więc pewnie i tego postu nawet nie ma. Może mnie w ogóle nie ma i nigdy nie było, a może zostałam w tym lesie, kilka tygodni temu, wsród szepczących paproci. 

Może gdybym wykształciła jakieś cechy i zalety, charakter, poglądy, błyskotliwe myśli, to może miałabym jakieś znaczenie, jakąś wartość, może trochę bardziej bym była. Nie żeby od razu kimś znaczącym, po prostu sobą. Może... Może, może. A może i nie. 
Może te kilka marnych strzępków zaciśniętych w supeł na gardle i sercu, to właśnie ja, to wszystko, i reklamacji za wybrakowany towar nie uwzględnia się. 



Portret sprawców: wilcy, co mnie zjedli, i ciemna materia.

wtorek, 24 lipca 2018

Licho nie śpi.

Tak powiada przysłowie. Bardzo mi go szkoda, bo tak ciągle nie spać to jednak męczące jest straszliwie, robi z mózgu kisiel, i nie bez przyczyny uchodzi w pewnych kręgach za niezwykle skuteczną - acz brutalną - metodę na urabianie i wyciąganie zeznań.

Nie wiem kto tak biedne licho męczy, ale poniższe ryciny świadczą silnie na jego niekorzyść. Proszę tylko spojrzeć, jakie toto biedne rozczochrane, skołtunione, zagubione, łypie tymi małymi oczkami nieobecnymi, jawy od majaków już rozróżnić nie umie.



O, rybę znalazło i nawet nie wie co dalej, zapomniało. Je się to? Z dżemem czy z makaronem? A może się z tego czapkę robi? W kominku pali? Nic. Rybna tabula rasa.
Pewnie ją i tak zaraz zgubi. Albo postawi w losowo wybranym domu na sztorc na półce i do pyska wetknie polne kwiatki.


 
 

 
 



..........................................................
 

To licho weszło w posiadanie korzenia pasternaku, nawet nie pamięta w jaki sposób, nie miało a nagle ma. I zastoju doznało kompletnego („Weszłom ja w posiadanie legalnie czy nie?! Uciekać mi teraz, czy nastawiać zupę?")
A tymczasem chałupa, do spółki ze spiżarką, wzięły nogi za pas i zbiegły. I jak teraz licho biedne do domu trafi? Zakładając oczywiście, że nie zapomni że w ogóle jest lichem i ma dom, bo równie dobrze może zaraz wyhalucynować że jest kasownikiem albo zmywarką i koniecznie musi coś podziurkować albo umyć wszystkie niebieskie talerze.


 
 

 
 





W związku z powyższym chciałabym zaapelować, że jak spotkacie takiego małego rozczochrańca, zagubionego jak dziecko we mgle, to dajcie mu ciepłej herbatki rumiankowej, jakiś kocyk, i pozwólcie pospać. Skorzystają na tym wszyscy. Licho się wyśpi, a my nie będziemy szukać zawieruszonych niebieskich talerzy i pasternaku, ani dziwić się dorszowi ze stokrotkami w pysku, woniejącemu na naszej półce z książkami.
A ja może w końcu znajdę mój poprzedni szkicownik, bo wsiąkł jak kamień w wodę.



..........................................................



A jako drugi temat na dziś, to chciałam poruszyć wątek naszego hitu z poprzedniego posta, to znaczy crumble z rabarbarem, i niejako zaktualizować dane.

A więc. Crumble cudownie wychodzi:
- ze śliwkami (dałam tak 550g, bo 800 to już jednak mi było za dużo)
- z jagodami (jak mrożone, to najpierw rozmrozić i sypnąć więcej cukru trochę)
- z jeżynami, malinami i truskawkami (Kapelusznik zrobiła)
- z jabłkami (sztandarowe podobno na wyspach brytyjskich, twierdzi mRufa i Pieprz)
- z wiśniami (mRufa)
- ze wszystkim (Repo i Pieprz, choć ciekawa jestem jak daleko sięga to „wszystko" i czy jednak bez ryby)
- w zepsutym piekarniku :D (którego posiadaczką jest Cytrynka)


Także widzicie sami. Do tego robi się je w 15 minut i wyjdzie nawet największemu kuchennemu ignorantowi. Marga twierdzi że jej napewno NIE wyjdzie, ale poczekamy, zobaczymy. Niejeden wszak już tak twierdził, wliczając mnie sama.
Tymczasem przyznaję temu crumblowi tytuł Ciasta Roku, i biada temu, kto zechce z nim w szranki stanąć, bo z góry jest skazany na porażkę.
Przynajmniej na razie, no, póki nie przyjdzie jesienna słota i pora na ciasta czekoladowe, gęste i ciężkie, pływające w polewie. Ale to jeeeszcze, jeszcze. Teraz jeszcze poudajemy, że się trochę zdrowiej odżywiamy.
 

To czołem, rogiem i burakiem moi mili, dobrego tygodnia.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Weekend, dwa dni wolnego: prawda czy miejska legenda?

Słońce się skończyło, a ja w jakiś sposób razem z nim.
Czuję się jak cień samej siebie, czarne chmurzyska przygniatają mnie do ziemi swoimi wielorybimi cielskami, we łbie zalegają tony szarego betonu. Odżywam dopiero pod wieczór, jak trzeba iść spać.
W pracy ludzie coś do mnie mówią, ale nie wiedzieć czemu robią to zza jakiejś szklanej szyby grubej - widzę tyko jak ruszają ustami ale nic nie słyszę. Właściwie to mogłabym im coś powiedzieć, ale mi się jakoś tak nie chce.
Od poprzedniego wtorku wydawało mi się że jest piątek - ale nieeee, nie. Dopiero był wtorek, potem środa, czwartek który trwał chyba ze trzy tygodnie, i dopiero potem piątek.
A potem nagle i niespodziewanie od razu poniedziałek - SRRRU!
Kto zeżarł weekend?! Przyznać się mi tu. Pewnie jakiś jamnik.

Ja też żarłam - poznałam albowiem urok domowych lodów i sorbetów. Jeeeeeezu słodki, już chyba nigdy nie zjem tych z pudełka! Sorbet z truskawek 100%, i lody mega-czekoladowe - I'M IN LOVE !!! Takie z pudełka zawsze mi zostawiają dziwny posmak, coś jak po lizaniu tych blaszek od płaskich baterii za dziecka. A domowe są kremowe, niesłodkie, no i czekoladowe, bo to co można dostać w sklepach to jest jakiś żart przecież, trzeba sobie że 2 łyżeczki czarnego kakao dosypywać do miseczki. I nutelli można domieszać pod koniec kręcenia w maszynce, i ona się tak lekko rozprowadzi po masie lodowej, ale nie całkiem. NIEBO. Tak musi smakować niebo.

No dobra, jeszcze naleśniki w nim są, muszą być. I średnio ostre curry.
Eh, no i cukinia w sumie też, przecież ja nie umiem bez cukini...
I kartofelki.
Dobra pizza też by się przydała.
I chiński makaron z tofu i grzybami.
No, i koniecznie coś do głaskania - beczułkowate, nierasowe piesy z krótkimi krzywymi nóżkami, kotki, morskie świniaki. W sumie wszystko jedno, byle by się dało miętosić.


 

 



W sobotę był coroczny wielki festyn uliczny na dzielni, w tym jedna uliczka ze stoiskami ze sztuką, a druga z designem.

I nie wiem co mnie bardziej przeraża - czy ilość badziewia odwalonego na szybko i bez głębszego namysłu, czy ilość ludzi, którzy na ten badziew lecą, gdy obok wystawione są rzeczy PRAWDZIWE. Prawdziwe w emocjach, talencie, spojrzeniu, wykonaniu - osobno albo i na raz.
Ja wiem, że niby to ładne co się komu podoba, ale w tej wielkiej skondensowanej masie w jakiś sposób działa to na mnie deprymująco. Ale mimo wszystko warto iść i wyłowić te kilka pereł z morza tandety.

No i pchli targ był. Kupiłam stare, drewniane klamerki do prania - zawsze chciałam takie mieć, nie wiem czemu właściwie - no to mam :) Fajne są! O takie:

 

Zdjęcie znalezione w internetach, ale te moje są identyczne w kolorze właśnie, stare i wytarte, niewalące nowością w oczy i drzazgami w palce.



Aaaahhhhh... spać, spać mi się chce...


 


poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wielki Biurwion.

Życie w miejscu pracy to sztuczny twór. Cały wielki świat misternie utkany z fukcji (i dysfunkcji), przywilejów i uprawnień, zwierzchnictwa i podlegania. Jak wielka grzybnia przenikająca wszystkie piętra budynku od piwnic do poddaszy, z której śluzowatych, nitkowatych ramion wyrastają biurka, krzesła i przyrośnięci do krzeseł bladzi pracownicy.
 
Stary, poczciwy czas i kalendarz zostały tu zastąpione Outlookiem nie znającym stref czasowych, godzin pracy ani litości. Papierowe wieże formatu A4 na rogatkach biurka wytyczają granice naszych obowiązków. Drogi wyznaczane są przez pokrętne procedury, często w sposób całkowicie pozbawiony sensu i logiki, zataczają błędne koła albo prowadzą do ślepych zaułków, ciemnych uliczek wypełnionych próchniejącymi resztkami zapomnianych projektów. Kto je zna na pamięć, jest władcą labiryntu.

To taka huba co wyrosła na drzewie naszego prawdziwego życia. No bo w domu to jest normalnie - jesteś takim Zdzisławem czy inną Halina, oglądasz "M jak miłość", lubisz twaróg, nie chce ci się dzisiaj myć wlosów, chodzisz w kapciach ze słonikiem. Twoja strona łóżka to ta od okna, Haliny ta druga, a psa to obie. Twaróg też czasem jest bardziej psa niż twój, ale mimo to jest harmonia i zgrane współistnienie.

A tu nagle od punkt ósmej rano te funkcje i procedury. Labirynty. Zakresy, wykresy, diagramy, pałerpointy. Spójnia z grzybnią.

I czasem ludzie wariują. Na przykład drukują wszystkie maile. Któż wie po co? Chyba tylko sam Wielki Biurwion, mroczny pan biurowej otchłani siedzący w ukrytym, prastarym sercu grzybni, w gnieździe pierwotnej plechy. Przecież w domu ludzie nie drukują całej prywatnej poczty.

 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 

 
 

I taka sytuacja teraz: musimy kupić pewien program. Z opisu u producenta nie wynika dokładnie, czy w cenie zakupu jest jedna czy dwie licencje. Ludzie Na Odpowiedzialnych Stanowiskach dyskutują o tym od miesięcy, jedni twierdzą że jedna, inni że dwie. Nerwy. Maile. Zarzucanie sobie nawzajem różnych cech (lub ich braku). Ogólnie ślepy zaułek i ciemny róg.
Ha. I co teraz, to koniec, wszyscy umrzemy, biznes nam zjedzą szczury.

No więc jeśli by ktoś mnie pytał, to rozwiązania są dwa.

Pierwsze to oderwać kawałek biurowej grzybni, najstarszy jaki uda się znaleźć i zapakować go starannie do drewnianego pudełeczka nasączonego olejkiem paczuli.
Następnie odziać się w białe, zwiewne szaty oraz sznury koralików i wyruszyć na nietknięte ludzką stopą pustkowia (może trochę potrwać). Na miejscu oszołomić się przyniesionym grzybkiem, otworzyć swe ciało astralne na wicher kosmicznych energii i prastarą inwokacją przywołać przedwieczne Istoty Świetliste spoza Sfer, żeby spytać je o te licencje. W zamian będziemy pewnie musieli później jeszcze przez 10 lat poświęcać jednego pracownika rocznie na pożarcie przez wyssanie energii, ale to ja mogę bez problemu szybko spisać listę.

Drugie rozwiązanie, to można po prostu zadzwonić do producenta. Ale na to jakoś nikt do tej pory nie poszedł. Któż wie czemu?
Sprawa utknęła w gąbczastym gąszczu grzybni.


 
 

 
 


To dam znać jak będę się wybierać w te pustkowia, jakby ktoś miał koraliki i zwiewne szaty do odstąpienia to proszę o kontakt.
Czołem, rogiem i burakiem moi mili,

Wasz Diabeł.
 

p.s. mrrrroczne malunki w sklepiku na DaWandzie! (a jak kto chce bez DaWandy, to pisze maila!)

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...