poniedziałek, 8 maja 2017

Kultura na codzień: przy stole i w kuchni. Umiejętna inspiracja dziełami wielkich artystów.

Ostatnio było tak: Borsuk siedzi w "dużym" pokoju (to jest naprawdę najpiękniejszy eufemizm budownictwa mieszkaniowego) i tv ogląda, ja stoję w kuchni i coś tam dziergam na obiad, strugam w kartoflu pejzaż z jeleniem na rykowisku zapewne, rzeźbię harmonijki z ogórków co wygrywają Bolero, jak się na nie dmuchnie, bo wszak kultura u nas nie tylko od święta a ja jestem wzorowym diabłem domowym. Na deser jabłka, ułożone jak nakazał Cezanne.
(i zaraz do piekła mnie na asap wezwą za te wszystkie kłamstwa, na dywanik do szefa Lucjana)

No więc strugam tego jelenia, mozolnie cyzelując uniesione w emocjach lewe przednie kopytko (rogi też bardzo trudno) i nagle słyszę "Chodź zobaczysz coś!" z pokoju. No to idę, czemu mam nie iść, skoro Borsuk mi chce coś pokazać. Odkładam dłutka i partyturę i idę, mała, pulchna, ufna istotka. Idę.
Wchodzę do pokoju A TAM!!!


Kalina, jak tu jestes, to teraz nie czytaj lepiej.

 

TAKI pająk!!! Jak talerz śniadaniowy, z grubymi nogami zakończonymi szpiczastymi szponami (te przednie takie wyjątkowo długie, chwytne i ruchliwe w stawach), umaszczeniem perfidnie naśladujący korę drzewa.

W telwizorze on był oczywiście, ale i tak aż mnie wykrzywiło i klątwy szkaradne z najbardziej mrocznych czasów Wielkiego Przedwiecznego jęły cisnąć się mnie na usta. Bo zaprawdę stopniem ohydztwa był ten egzemplarz opisywalny tylko słowami Lovecrafta, tymi jego sformułowaniami typu "bluźniercza forma życia wymykająca się ludzkiej wyobraźni" czy "obrzydlistwo, które wypełzło z samego dna gniazda pradawnego zła" i inne takie. Powiększone na cały ekran telewizora. A obok, prawie że ryjąc nosem w futerku na pleckach tego mieszkańca DALEKICH na szczęście lasów - zachwycony pan, opowiadający jak straszliwie jadowity jest ten tu oto przedstawiciel rodziny Satano infernale.

Tacy ludzie chyba mają coś poważnie nie tak z berecikiem, naprawdę. Nie to, że się fascynują, bo to rozumiem, ale że podchodzą tak blisko do czegoś, co jednym ciosem ząbka może ich zabić, i to całkiem na śmierć.



Dobra, Kalina, już możesz.



No taki ten Borsuk dobry, że zapragnął podzielić się że mną tym widokiem.
Reszta dorzeźbionego potem rykowiska przybrała jednak wygląd dosyć niepokojący i złowieszczy, jelonek łypał złym okiem, a ogórki zamiast w lekkostrawne Bolero, poszły bardziej tak jakby w ciężkiego Wagnera, i harmonijnie skomponowany posiłek szlag trafił.



...............................



A wczoraj to mieliśmy takie dziwne zjawisko atmosferyczne tutaj, jeżeli dobrze pamiętam to nazywa się to słońce. Kojarzycie? Taka duża, świecąca, ciepła kulka na niebie. Bardzo to było ładne, świat stał się nagle przyjemnie kolorowy, niebo niebieskie, w duszy lekko i miło się zrobiło, poszliśmy nawet na lody i szejki do wegańskiej ciastkarnio-lodziarni, gdzie wszystko smakuje jak w raju, szczególnie jak ktoś, tak jak ja, nie lubi smaku śmietany. W związku z czym wypiłam szejka czekoladowego a potem pożarłam ciasto, którego spód (gruby spód!) był zrobiony z pokruszonych wafli w czekoladzie, a na wierzchu były owoce takie leśne i jakiś tam nieśmietanowy krem. Normalnie ekstaza była to najprawdziwsza.

No i wszystko pięknie, tylko że kontrast między tym dniem słonecznym a całą reszta dni zimnych, szarych, deszczowych i wietrznych był tak duży, że fizycznie trochę padłam na ryj. Było niby tylko 20 stopni, ale czułam się jakbm wędrowała przez Saharę w samo południe. Odzwyczaiłam się po prostu. Szok termiczny.
Ale dzisiaj znowu chłód i słota, i sromota, więc już "normalnie" jest.



...............................



A skoro dziś taka notka rodzinna, to patrzcie, o taka rodzinka zodiakalna pojechała do kraju, którego symbolem jest zwierzątko, przebrane na jednym ze zdjęć za ołówek.

(Ojciec rodzinie spytał ponoć "A co to jest?". Nie rozpoznał. Z czego wynika, że portrecista ze mnie marny ;)






 
 
 

 
 
 

 
 



 

wtorek, 2 maja 2017

Brunet wieczorową porą do ciebie zapuka, kawę widzę, a ty mu ją zaparzysz.

Codziennie rano w biurze robię kawę. A jako że jestę nowoczesnym, śmiałym baristą, mam ja swoje specjalności i tricki, pozwalające mi tworzyć niebanalne, oryginalne kreacje.

Pumpkin-Pepper Latte? Pfff, było.
Ginger Bread White Coffee? Dajcie spokój, zeszły sezon.
Chococcino z himalajskim karmelem? No pliiiis.
Caffefreddo truskawkowe? Banał. Zieeeeew.


Ja proszę państwa tworzę następujące specjalności, w zwykłym ekspresie na papierowe filtry:

1. Kawa bez dzbanka.
Z filtra leci bezpośrednio na płytkę grzewczą, na której od razu paruje, napełniając biuro aromatem spalonej kawy z intensywnością, jakiej jeszcze nie znasz.
Oprócz tego momentalnie stawia na nogi, animuje do ruchu (szczególnie jest to krótki kurcgalopek, a po nim ruchy okrężne rękami z papierowym ręcznikiem, wspaniale wpływające na ukrwienie ramionek, zwiotczałych od pracy siedzącej). Po takiej kawie niewiele już cię w tym dniu zdenerwuje, jesteś uodporniony na wszelkie przeciwności losu biurowego.

 
2. Kawa bez filtra.
Na początku nic nie podejrzewasz. Niby normalnie. Ale już za chwilę czujesz niezwykłą gęstość napoju, smak o głębokiej, ziemistej strukturze. Na myśl przychodzi ci rzyzna, wilgotna gleba, która na górskich zboczach Andów krzepiącymi sokami karmi kawowe krzewy.
Ożywia umysł, skłania do kreatywnych zajęć, np. rozłóż ekspres na czynniki pierwsze umyj i poskładaj spowrotem.

 
3. Kawa bez kawy.
Dla prawdziwych koneserów. Ulotny aromat kenijskiej odmiany arabica (powstały z resztek w rurkach ekspresu) miesza się z intensywnym bukietem celulozy z ekologicznego, biodegradowalnego filtra papierowego.
Niska zawartość kofeiny, na spokojny dzień bez wyzwań.

 

Dzisiaj była ta bez dzbanka.
Ekspres lśni jak nowy.
Tylko ściana z tyłu bogatsza (znowu) o kilka ekspresyjnych rzucików a la Pollock.



...............................................................



A to jest gwiazdozbiór kota - bo niby dlaczego nie, co nie?
 



Jeden ciemny, drugi jasny. Brunet i blondyn (jeśli tak można powiedzieć o niebieskim kocie?)
 
 
 



Brunet - błękit z Ultraortodoksyjną Maryną.
Blondyn - ze świetlistym fioletem i purpurą, taki kot-zorza bardziej.

Sama nie wiem, który mi bardziej, ale chyba ten blondyn jednak, chociaż w życiu to nieodmiennie brunet.

No i na zdjęciach, jak zwykle oczywiście niewiele z ich uroku widać, niestety... Aparatem "dla gópków" trudno jest pokazać fakturę papieru i niuanse barwnych plam :(



Brunet, detale:

 
 

 
 

 
 

 
 
 
 
Oraz blondyn:
 
 
 

 
 

 
 

 
 
Oj, było wiele radości przy tym malowaniu! :D
 
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Lejdi Szełi i starcie Gigantów.


Kiedy Diablę było jeszcze bardzo młode i siarkę do kaszki trzeba mu było rozcieńczać wodą z cukrem...

E, no nie, nie, tak dawno to jednak nie.

Jeszcze raz.
No więc młode Diablę za czasów szkoły podstawowej wysyłane było kilka razy na letnie kolonie. Jako zdeklarowany lecz w miarę spokojny mizantrop (bawiłam się tylko z dziećmi, z którymi razem wyrosłam, do obcych nie podchodziłam nawet na długość kija), posłusznie wsiadało z pomarańczową walizeczką w autobus, po dotarciu do celu zajmowało przydzieloną leżankę i jakoś tam spędzało te 3 tygodnie nie zamieniając z nikim ani słowa. Pewnie nie to dokładnie mieli w planach rodzice, wysyłając małego dzika na kolonie, no ale co zrobić, niektórych dziur nie przeskoczysz :D

Jako że z powodzeniem unikałam kontaktów - tako też i konfliktów, ale jeden utkwił mi w pamięci, bo do dziś przychodzi mi na myśl często, jak pokazują w telewizorze różne takie jednostki "u koryta", z obszaru zarówno świeckiego jak i sakralnego.

To tak:
Siedzimy w tym naszym pokoju-sypialni, jakieś 12 dziewczynek, pora podwieczorku. Rozmowa toczy się wartko, ale nie że bzdurki jakieś i dyrdymały, fiu-bździu i głupoty, jakby to można pomyśleć w przypadku dwunasto- czy trzynastolatek w latach osiemdziesiątych, nie, nie! Tu poruszana jest kwestia niezwykle ważka, a mianowicie:
Czy Modern Talking [wym.: modertokink] śpiewa "szeri szeri lejdi" czy też "szełi szełi łejdi".

No.

Dwojakość interpretacji tego tak znaczącego dla naszego dziedzictwa kulturowego utworu, w zrozumiały sposób dla niektórych okazała się być kwestią życia i śmierci.
W mig utworzyły się dwa obozy, niezwykle wrogie i zacięte, gotowe przeciwniczkom wydrapywać oczy, wyrywać języki, szarpać trzewia i tępym nożem ze stołówki bezlitośnie pruć w drzazgi cenne artefakty plemienne, znajdujące się na wrażych stopach - atrakcyjne sandałko-czółenka gumiane "plastiki", oraz praktycznie bezcenne tenisówki "czeszki".

I trzeba było opowiedzieć się po którejś stronie, nie było siedzenia okrakiem na palisadzie i przyglądania się z góry, łupiąc słonia w paski* (jak to Diablę miało w zwyczaju w takich chwilach).
Siły wodzące konfliktu wprowadziły bowiem na sali powszechny obowiązek głosowania.

 
I teraz mamy taką sytuację: w miarę padania kolejnych trupów odpowiedzi, obóz Szeri-Szeri zyskuje sporą przewagę.
W obozie Szełi-Szełi jest właściwie tylko inicjatorka konfliktu, która wadliwy miała albo słuch, albo dźwięk w Rubinie, i jej jedna wierna poddana.

Zaczyna się więc walka o dusze. Argumenty obozu Szełi-Szełi są, trzeba przyznać, mocne: pożyczenie długopisu wielokolorowego do napisania listu do domu, lub chińskiej gumki do ścierania o upojnym zapachu owocowego plastiku, obietnice leżenia razem na ręczniku na basenie, "bycia z nami przyjacółką" i chodzenia razem jutro pod rękę po boisku RAZEM Z PANIOM EWELINOM BO MI POZWOLIŁA (na Reksia i Kulfona, wierzyć mi się dzisiaj w to nie chce)
 
I nic! Siła mega-hitu zza zachodniej granicy jest nie do odparcia.
Walka wydaje się przegrana, nie ma nawet cienia szansy na laury. Koniec, klapa.

ZDAWAŁOBY SIĘ.

Albowiem drogi widzu, nie sklapuj jeszcze krzesełka i nie wychodź z teatru, gdyż czeka cię nieoczekiwany zwrot akcji.
Oto tu Lejdi Łejdi Szełi, już prawie wdeptana w pył pobojowiska, może i nie pełnoletnia ale pełna żądzy zwycięstwa, nagle powstaje! Chmurne jej lico przecina chytry i przebiegły błysk ócz, szczwany plan zdradzając. Na ramię odrzuca płaszcz swój karminowy, krwią i potem zbroczon, i wytacza broń ostateczną.
Olifanta zagłady.
Masakratora świadomości.
Tak, tak, znalazła Łejdi argument nie do odparcia, przeważający szalę.
Argument ten chwyta oponenta za sam pierwotny korzeń mózgu, generuje impuls wprawiający w ruch ciąg zdarzeń neuronalno-hormonalnych, jak przewracające się jedna za drugą kostki domina ustawione w rządek, który prowadzi ofiary do celu jak po sznureczku.
A tam czeka spokojnie Łejdi i łapie bezwolne już ciała w stalowe sidła obrządku i obyczaju. Przykuwa żelaznym łańcuchem schematów plemiennych i atawistycznej uległości w obliczu Niewyjaśnionego.
Rzecze bowiem tak:
- Kto powie, że szełi szełi łejdi, ten może modlić się dziś w nocy do mojego świecącego jezuska.

Ha. !!!!!!! I pozamiatane.

Gdyż w dzień poprzedni, na wycieczce do miasta, weszła w posiadanie takowego w sklepie z dewocjonaliami, kiedy reszta młodzieży trwoniła mamonę na lody, "orężady", gofry z bitą śmietaną oraz inne grzechy lekkie i próchnicznogenne.

Jezusek Łejdi ze składu precozjów sakralnych wisiał, jak to Jezuski od wieków czynią, na krzyżu, ale ten akurat miał opanowany taki sprytny fortel, że w ciemności fosforyzował sobie radośnie na zielono - może i nie licując z powagą symbolu, ale za to przyciągając wiernych skuteczniej od niejasnych obietnic raju, sugestywnych opisów mąk piekielnych, a już napewno bardziej od "czytania z listu świętego Gorliwiusza do Cnotliwian".

Obóz Łejdi Szełi momentalnie zapełnił się po brzegi (duża większość grupy).
W zapomnienie poszły własne słowa i przysięgi sprzed minuty, otarto pianę z ust, jednym mrugnięciem powiek zmyto pogardę ze spojrzeń. Szybciutko i sprawnie załatano dziury w plastikach i w wątpiach.
Łejdi z tryjumfującym uśmieszkiem przyjmowała od każdej nawróconej deklarację wiary: "Modertokink śpiewa szełi szełi łejdi" po której pozwalała usiąść jej na swoim łóżku pod Jezuskiem.
Diablę, wychowane na szczęście bez kultu bezrefleksyjnego bałwochwalstwa**, prychnąwszy w duchu pogardliwie, jak zwykle nie powiedziało nic, ale swoje wiedziało. Nie ma co ufać ludziom. Chorągiewki na wietrze. Puch marny.

Nie mówiąc już nawet o tym, że "jezuskowi" też raczej nie o takich wiernych chodziło. I pewnie za życia nie przyszło mu nawet do głowy, że kiedyś inkarnuje w postać plasticzanego, śnieżnobiałego i larwopodobnego zjawiska, objawiającego się nocą pod sufitem (pani pozwoliła powiesić ten olśniewający egzotyk na ścianie) niczym lewitująca poczwarka-albinos emitująca trupiozieloną poświatę prosto z chińskiej fabryczki uranu, a moc zawarta w tej makabresce okaże się silniejsza nawet od potężnej Magii Zachodu i słodkiej melodii słów wypływających z nabłyszczykowanych ust Thomasa Andersa*** (może gdyby Thomas był fluorescencyjny, miałby szansę?)

Czyli niby sukces - ale na bazie przekrętu i hipokryzji... Ludzkość naprawdę ma to wrodzone, czy "tylko" skorupki za młodu nasiąkły? Pewnie jedno i drugie...

A kilka dni później Łejdi Szełi dostała 40 stopni gorączki i przyjechała po nią karetka, aaaa-ha-ha!
Oliwa sprawiedliwa.

..........................................................

* Ciekawe co zrozumiałby współczesny niepolski nastolatek pod pojęciem "łupać słonia" albo "uprażyć słonia w paski" albo "łupać prażonego słonia". Albo "jakiego masz słonia, w paski czy czarnego?" Ach, tyle wspaniałych możliwości.

**Ja wiem, że wy umiecie czytać ze zrozumieniem, ale jakby jednak ktoś do końca nie skumał: nie należy mylić tego z wiarą w cokolwiek.

*** Wiecie że on dalej jest wielką gwiazdą? W Rosji. I Sandra też! :) Ponoć całe stadiony wykupują do ostatniego miejsca, żeby zobaczyć Thomasa lub Sandrę - która wygląda teraz jak spracowana barmanka Gisela z największej mordowni Düsseldorfu na zasłużonej emeryturze, i w niczym nie przypomina tej szupłej trzciny o bujnej grzywie, no ale czas nie stoi w miejscu dla nikogo, co nie. Za to Thomas ze szupłej dziewczynki wyrósł na całkiem wyglądnego faceta.


..........................................................

 
A skoro ten post taki o gwiazdach, to tu proszę, Wielka Niedźwiedzica śle pozdrowionka i mooocne uściski!


 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Gra o tron: w cieniu botwiny.

Przez kilka poprzednich postów bujaliśmy sobie rozkosznie w niebiesiach, ku gwiazdom świetlistym wzrok nasz kierując i poddając się uczuciom rzewnym a romantycznym, jakie ogarniają ludzi od zawsze, odkąd jeden z naszych szacownych praszczurów, siedząc na drzewie i w zadumie drapiąc sie po włochatym zadku spojrzał przez przypadek w górę i ujrzał nocne niebo, bo akurat wybrał sobie jakieś licho uliścione drzewo.

I nic w tym dziwnego, że zrobiło mu się tak rzewnie i ckliwo. Czuł nieświadomie, że coś go z tymi gwiazdami łączy, bo przecież podobno to z nich właśnie pochodzimy, gdyż jakiś jeden z drugim meteor, spadając onegdaj na Ziemię, przywlókł pierwsze lewoskrętne aminokwasy, z których powstały tak wysoko rozwinięte formy życia jak na przykład ludzie i buraki, a nawet też te mniej rozwinięte, jak ludzie-buraki.

Dopnijmy więc dziś tą wielką, kosmiczną klamrę stworzenia i zwróćmy nasze oczy ku ziemi, która te buraczane korzenie tuli, poi i żywi, i trzyma w ciepełku, aby szeroko plenił się ród buraczy, gęsto mogły rosnąć łany dumnej botwiny, kołysząc się dostojnie w ramionach wieczornego zefirku i połyskując diamentami porannej rosy.

Oto bracia Buracy z wybornego rodu o długich, szlachetnych korzeniach.

Na tronie zasiada król Bulwion III Korzenieski, pan na Wielkim Ugorze, rozciągającym się od Kozich Gnojów, poprzez Baranią Łączkę, aż po strumyk Stęchlinek, czyli dobre 48 metrów kwadratowych - niemała potęga!
 
 
 

 

 

 

W cieniu królewskiego tronu jednak ktoś się czai, żywiąc bezsprzecznie niecne zamiary:
 
 
 
 
 To Kłączypląt, brat-bulwiak, młodszy zaledwie o kwadrans od Bulwiona i niezwykle wściekły, że ten głupi kwadransik pozbawił go tronu. Od dawna planuje wykorzenić brata i posadzić się na miejscu króla. Z tej wściekłości i nerwów jednak tak skacze mu poziom antocyjanów, że być może niedługo sam wyciągnie korzonki.
 
 
No i kogo my tu jeszcze mamy. Hmmm, w sumie jak to w każdej długo panującej dynastii, sami wariaci i degeneraci, chyba nie ma się czym chwalić...

O, taki Ćwikłomir na przykład, zacne wielce to chłopię, aczkolwiek durne jak siano i proste jak budowa cepa. Siedzi jeno cięgiem grzecznie w swoim grajdołku i cieszy się do przelatujących pszczółek.
 
 
 

 
 
 

A ten tam całkiem z tyłu, co tak macha korzonkiem, to Botwiniusz, dosyć niemrawy, zawsze w cieniu, cechuje go negatywny stosunek do higieny osobistej i wielka słabość do spijania deszczówki z muchomorów.
 
 
 

Jeden rzut oka wystarczy żeby wiedzieć, że wielkiego pożytku dla dynastii to z tych dwóch egzemplarzy nie będzie.

Co się więc stanie u schyłku panowania Bulwiona III, kiedy całkiem już zdrewnieją mu korzonki, spróchnieje toczone robakiem wnętrze, a botwina zwiędnie i oklapnie? Kto przejmie władzę - Kłączypląt, jeśli dotrwa, czy też panowanie przejmie inny ród? Po drugiej stronie Baraniej Łączki rozciągają się bowiem włości Rzodkiewióra IV Czarnego, którego od dawna korzonki świerzbią na samą myśl o urodzajnych ziemiach Wielkiego Ugoru, a tuż za Stęchlinkiem panuje Groszkogniew XVI Dziki wypuszczając coraz dłuższe i śmielsze pędy nad aromatycznym ciekiem wodnym.

No i co to będzie, co to będzie?
 
 
 



Złota ramka 9 x 9 cm, wygrzebana w rupieciarni za całe 2 ojro, w szlachetny sposób podkreśla dumne spojrzenie władcy, co nie?




czwartek, 6 kwietnia 2017

Ankieta, zagadka i anegdota - czyli emocje jak w osiedlowym klubie graczy w bierki!

 
 
 
 
ANKIETA:

Czy jesteś dziś (lub w ostatnich dwóch dniach byłeś/byłaś):
a) wesołą, rozpromienioną rybką składającą się wyłącznie z uśmiechu, (mił)ości, (rad)ości i innych (cudn)ości?
 


Czy też:
b) niemrawym, półżywym planktonem z worami pod oczami, złachmanionym wewnętrznie, zmurszałym umysłowo i zeszkapiałym cieleśnie?
 


Z uwagi na to, że pogoda każe mi się ślizgać na wariackiej sinusoidzie lokalnych wyżów i niżów, mieli mnie bezlitośnie w młynie słońca, chmur, lodowatego wiatru, mgły, zawieji i upału 20 RAZY W CIĄGU JEDNEGO DNIA - oczywistą jest w moim przypadku odpowiedź b). Mój mózg waży 64895716 milionów ton, przygniata mnie od góry i nijak nie daję rady chociaż uchylić wieka tego betonowego sarkofagu.

W marcu jak w garncu, w czerepie jak w sklepie (wielobranżowym - mydło, powidło, trutka na szczury, rajtuzy, siekiera, zestaw "mały samobójca"). Więc chociaż Planktonem chciałam się pocieszyć. Ale i tak jest lepiej, niż w zimie, bo wszystko jest lepsze niż zima.



...................................................



ZAGADKA:

Będąc dnia 03. kwietnia w poniedziałek na poczcie, okiem mym bystrym krecim, w okular zbrojnym, wypatrzyłam kartkę, że pojutrze, dnia 05. kwietnia w środę będzie bardzo-nieczynne-przepraszamy. Zanotowałam, notatkę podkreśliłam żółtym markerem i wbiłam czerwoną pinezką w dobrze widoczny zwój mózgowy, ten zaraz za prawym okiem.

Gdzie oczywiście polazłam dnia 05. kwietnia w środę?

 
 
...................................................



No i jeszcze ANEGDOTA, bo mi się przypomniała ostatnio.

Z życia mego wzięta jest. Wydarzyła się w Bonifacio, (miasto na Korsyce na tych wysiepanych białych klifach) i bedzie o Kanionku. Tak, tak, Kanionek, jak to czytasz, to nie przecieraj oka, o Tobie będzie.

Otóż idziemy sobie w pełni szczęścia po tym Bonifacio i nagle Borsuk woła głosem jasnym i radosnym "O, Kanionek!"
No i ja się momentalnie ucieszyłam tak bardzo i niezwykle, że ojeju, ale jednocześnie zdziwiłam dosyć, no bo po pierwsze skąd nagle Kanionek na Korsyce, chyba coś bym o tym wiedziała jednak, a po drugie skąd Borsuk wie, jak Kanionek wygląda, skoro widział tylko jej kozy i inne kaczki ze dwa razy, i to przez internet.
No więc się patrzę i się rozglądam, gdzie ten Kanionek, głowa mi lata jak ten ping-pong, a te myśli wszystkie na raz obijają się biedne o czaszkę jak kulki w grzechotce, NIC już nie widzę od tego majtania łbem wtę i we wtę, no i w końcu wpadam na genialny pomysł podążenia wzrokiem za wzrokiem borsuczym i co widzę? Oparty o krzaki rower górski firmy Canyon.
Także ten. Każdy kreuje swoją własną rzeczywistość, jak mówią buddyjscy mnisi. To i każdy ma swojego Kanionka :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nowy Zodiak 4 no i jednak ten Instagram.

Mieliśmy drugi ciepły i słoneczny weekend pod rząd, to się w głowie nie mieści! To znaczy wczoraj to już po południu przyszły chmury trochę, i zimny wiatr, ale się nie poddałam, nie, nie złożyłam broni, którą jest mi optymizm, między innymi dlatego, że byliśmy rowerami daleko daleko od domu, więc tak jakby nie miałam wyjścia, musiałam dojechać zpowrotem.

Ciężko było, strasznie. Jednak w ciągu prawie dwóch lat powłóczenia popsutą racicą, to mięśnie mówią "Pa pa, to my znikamy, narka!" No ale coś tam z nich jeszcze wykrzesałam.

A jak już byłam o milimetr od wybuchu, że "kurrr...mać-na-piekło-i-szatany-mam-dość-już-nigdy-więcej!!!", to zobaczyłam takiego ślicznego, baryłkowatego, nieforemnego i cudnego pieska z przesłodkimi, króciutkimi łapkami, że wszystko mi przeszło.

Od Borsuka to i tak zawsze będę odstawać na kilometr, nawet u szczytu mej (wątpliwej) kondycji zawsze było tak, że ja ledwo ciągnę na najłatwiejszej przerzutce, i to ciągnę jeszcze TYLKO dlatego, że gópio tak jakoś zsiąść z roweru, skoro właśnie przegonił mnie pięciolatek w kasku w koniki i jakiś pra-szkieletor w sandałkach na bicyklu niewiele młodszym od niego, a Borsuk to już w ogóle wjeżdża pod każdą górkę na poboczach, jedzie zygzakiem, zatacza kółeczka, skacze przez kamienie, sprawdza twardość opon i wyregulowanie kół, no mówiąc krótko NUDZI SIĘ podczas gdy ja walczę o każdy metr balansując na krawędzi zapaści. To się nigdy nie zmieni.

(Wczoraj go zapytałam, czy chociaż bolą go troszeczkę nogi jak wjeżdża pod górkę na przykład. Nie, nie bolą. Czy on jest człowiekiem w ogóle? Czy też kosmitą? W każdym razie od jakichś 25 lat skutecznie obala mit, że wegetarianie to słabowite, cienkie szczypiorki i tylko mięso daje siłę)



..............................................................



No i dzisiaj czwarta, ostatnia część naszego podniebnego cyrku.
 


Ryby Nr 1 - plusk plusk. Podobno głosu nie mają, ale w telewizorze ostatnio pokazywali takie, co chrumczą. Fajne były!

 
 
 
 
Ryby Nr 2 - bo się fajnie je malowało :)

 
 
 
 
 
Wodnik - taki pan, co leje wodę. Sam gwiazdozbiór przez pewną niezależną i wielce szanowaną grupę ekspertów (profesor Kalina i doktor mRufczyńska) zwany jest też "Żyrafą z kartonem chylącą się u wodopoju".
 
 
Pragnę w tym miejscu raz jeszcze podziękować ekspertom za ten jakże istotny dla sprawy wkład, oraz wyrazić nieśmiałą nadzieję na dalsze wskazówki i sugestie, gdyż pozostaję, że tak powiem, radośnie otwarta na światło ich umysłów ;)))
 
 
 
Wodniczka (zarezerwowana) - panie też potrafią lać wodę, wiadomo. Niektórzy twierdzą, ze nawet o wiele lepiej niż mężczyźni (ale to źli ludzie są).
 
 
 
 
O, proszę jak milutko wygląda razem trójeczka, zarezerwowana dla pewnej czytelniczki. W kupie siła, jak to mówio!
 
 
 
 
 
Jako że wysyłając zamówione zodiaki byłam parę razy na poczcie, dane mi się było ponownie przekonać, że poczta to jest jednak Urząd pełną gębą. To znaczy: koszty silnie zwyżkujące i absolutnie niewymierne do efektów.
Cenią się, doprawdy. A potem i tak trzeba drałować samemu odbierać przesyłki, bo w skrzynce tylko awizo. Ha! Dobrze, jak w ogóle w skrzynce! Myśmy tak mieli długi, długi czas, że taki był pan listonosz na rejonie biedny, no takiego pecha miał, sierotka malutka biedna, że zawsze jak przychodził, to albo był domofon na ten krótki moment magicznie popsuty i musiał taśmą klejącą przyklejać awiza na drzwiach wejściowych, albo jak udało mu się wejść na klatkę, to też jakoś magicznym sposobem chyba, bo w mieszkaniach nikogo nie było, nigdzie!
Chociaż na przykład była akurat pora sobotniego, późnego śniadania - to akurat wszyscy zdecydowali się na lanserskie śniadanie na mieście.
Chociaż 4 osoby z całych sześciu mieszkań na klatce pracują w systemie zmianowym - to akurat wszyscy codziennie byli w pracy jak przychodził.
 
Albo najgorzej to było, jak magicznym sposobem jakimś, ktoś mu znikał w ogóle wszystkie karteczki awizo z torby, i nie mógł nieborak ani zostawić przesyłki (no bo nikogo w całej klatce nie było) ani zostawić powiadomienia (no bo nie miał karteczek). I ja jestem święcie przekonana, że on strasznie, piekielnie cierpiał z tego powodu że tak zawiódł srodze, że po nocach nie spał dlatego że potem adresaci po niepokojąco długim czasie czekania na przesyłkę muszą sami jej szukać, i nie daj boże przekonać się, że wróciła już do nadawcy.
Aż się wierzyć nie chce, taki niefart, nie? Wrak człowieka musiał z niego być, wrak.
 
No więc nie można się dziwić, że w końcu zrezygnował z pracy, no bo kto by to wytrzymał takie pasmo czarnego pecha wijącego się przez kolorowy lunapark życia zawodowego? Toż to jak roztopiony asflalt w sierpniowe południe gdzieś na stepach Texasu, a na poboczach tylko grzechotniki i potłuczone butelki, a on tym ciężkim, pocztowym rowerem musi, koła toną w asfalcie, a nad głową tylko żar z nieba i sępy.
 
I teraz mamy innego pana listonosza, który jest istnym dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, znaczy w czapce urzędnika pocztowego. Co przyjdzie, to i domofon działa, i zawsze ktoś w którymś mieszkaniu jest, i karteczek nikt mu złośliwie nie znika, więc widmo awiza powoli całkiem ulatuje z naszego horyzontu. I ja się bardzo z tego cieszę, bo jak trzeba tu iść na pocztę, to nagle można zapomnieć że mieszka się w całkiem sporym mieście, zwanym też szumnie metropolią nawet, tak nieliczne są tu punkty odbioru przesyłek Deutsche Post.
 
Do tego dla krotochwili "nasz" punkt jest otwarty w soboty tylko do godziny 12, i kolejka która się tam wtedy gromadzi jest tak imponująca, że raz to nam przechodnie nawet zdjęcia telefonami robili. Serio.
Bo tak: kolejka najsampierw wije się w środku poczty kolorowym, wielokrotnie zgiętym zygzakiem (to około 40-50 osób), wychodzi przez 2 pary rozsuwanych drzwi (dodajemy 15 osób), wije się po parkingu niczym Quetzalcoatl szeleszczący żółtymi karteczkami awizo zamiast piór (plus maksymalnie 30-35 osób), a w skrajnych przypadkach kończy się nam pojemność parkingowej ścieżki (na szczęście zadaszonej!) i wtedy wijemy się kolektywnie dalej po cieniutkim chodniku wzdłuż ulicy (tutaj to już różnie - osobiście brałam udział w wiciu ogonka z około 30 osób). Dobrze, że żaden kierowca się jeszcze nie zagapił.
Nie ma to jak godzinka w takiej kolejce w sobotnie przedpołudnie. Potem aż chce się żyć, człowiek idzie przed siebie i czuję się taki wolny!
Jako ten głąb pocztowy.
Gołąb znaczy, gołąb.

No i tak to. To jeszcze wam opowiem, ze buraczane pola rozrosły się w końcu na Instagram, na razie małe, skromne poletko, na razie każde zamieszczone zdjęcie to jeden mikro-zawał (internet przez telefon to jednak koszmar w porównaniu do kompa) ale pierwsze buraki zasiane!
O, tu (a po prawej jest link w obrazku):
https://www.instagram.com/diabelwburaczkach/
 
 
 
 

środa, 29 marca 2017

Nowy Zodiak 3 oraz bitwa pod Kotletem.

W piątek mamy imprezę firmową. Od początku zeszłego tygodnia chodzą już słuchy, że będzie piękne, pyszne jedzenie w formie eleganckiego bufetu. Niektórzy, powtarzając te słowa, unoszą się wyraźnie 5 cm nad korytarzową wykładziną i świecą. Jak to niewiele trzeba ludziom do szczęścia, naprawdę. Ja jednak wolę kanapkę z domu i święty spokój. A jak sobie przypomnę, ile potrafili zeżreć na ostatniej imprezie, na której byłam, i jaka walka była o każdą kiełbasę z grilla, o każdą miskę sałatki, to nawet mi się tej suchej kanapki odechciewa. Chociaż lekki podziw też żywię, bo jednak srogo zachwiali podwalinami nauki, naginając wiele praw fizyki i matematyki, tych o masie i pojemności zwłaszcza. Darmowego żarcia ludzie są w stanie pochłonąć nieprawdopodobną ilość.

Nie mam naprawdę ochoty na kolejną rekonstrukcję "Bitwy pod Kotletem". Matejko, gdyby mógł zmartwychwstać, to by płakał na ten widok, poczułby się jak początkujący, nieudolny czeladnik, a potem z rozpaczy umarłby drugi raz, wykłówszy sobie uprzednio oczy i zjadłszy wszystkie pędzle.

Nie wiem, jak się z tego wykręcić. Impas. Cóż, postaram się chociaż szybko i niezauważalnie zniknąć z pola walki - jak zaślepiona oparami Wurstu tłuszcza rzuci się na trofea, powinno się udać.

Oni będą sobie wyrywać kurze gicze, a ja wyrwę się giczą raczą ku wolności.

Zpomiędzy ciał, od śledzikowej zalewy lśniących, wyślizgnę się i popłynę pod prąd, ku szerokim horyzontom.

Mistrz Ulrich będzie dwoma ostrzami wywijał boczkiem na grillu, a ja boczkiem pierzchnę.

Strumień piwa (non-alco) zaleje gardła i rozumy, a ja spłynę cichą wodą, brzegów nie rwącą.

Przynajmniej taką mam nadzieję. Jeszcze mi w głowie nie przebrzmiał dźwięk oręża po poprzedniej bitwie, a przecież było to już kilka lat temu, i trzymałam się raczej na uboczu. (Sera z grilla i tak nikt nie ruszył, więc poczekałam spokojnie aż padną pierwsze trupy i zrobi się luźniej. Tylko z sałatek zostały nędzne ochłapy, ale coś tam wyskrobałam)

Czas wolny powinno się spędzać z ludźmi, których się lubi, a nie z którymi się akurat pracuje. Niektórzy mają oczywiście to szczęście, że to jest u nich to samo, no ale ja nie. Nie w tej pracy. Bo na przykład w poprzedniej to ooo, ho ho, to się działo, kochani, tam to mogłam świętować. Był to sektor publiczny, a co za tym idzie, w środę był dzień bez petenta (taka lokalna tradycja). I w każdą środę było najpierw wspólne śniadanie, z ciepłymi bułeczkami, bez pośpiechu, w miłym towarzystwie ludzi, którzy nawet jak mówili sobie uprzejmości, to robili to SZCZERZE, a na koniec Margareth, kobieta w wieku przedemerytalnym, sprawnym ruchem odbijała dwie butle prosecco, kielichy się pieniły, słońce igrało w bąbelkach i łaskotało w nosie, i w tym szampańskim nastroju przystępowało się do pracy biurowej. I to prosecco smakowało, chociaż ja wcale nie lubię prosecco, rozumiecie o co chodzi. Przy urodzinach albo świętach Margareth oczywiście podwajała wysiłki, a szef, ponad dwumetrowy facet z wielką brodą, to nam nawet na święta bajki na głos czytał, przejęty jak dziecko.

No. Tak to ja mogę - i nie dlatego, że alkohol, no nie myślcie sobie mi tu, tylko że ludzie. Z jednymi i prosecco z supermarketu wybornie smakuje, a z innymi najlepsze wino zalatuje stęchłym octem, i już.


.............................................................
 


A teraz skierujmy oczy ku celom ciekawszym, bardziej wzniosłym, i piękniejszym - ku gwiazdom, narodzie, ku gwiazdom!
 
Gwiazdą numer jeden na dzisiejszym niebie jest Skorpion:
Skorpion Nr 1 (zarezerwowany - panie jeżu jakie to trudne słowo, pomyliłam się trzy razy) - właściwie to nie wiem, gdzie skorpiony mają oczy... Improwizacja.
 
 
 
 
 
 
Skorpion Nr 2 - rezerwacja dla mRufy, jeśli się jej spodoba. Popatrz mu głęgoko w oczy, i daj znać czy zaiskrzyło między wami!
 
 
 
 
 
Gwiazda numer dwa: Raki. Wszystkie Raki to fajne chłopaki!
Mam jednego w domu, to wiem.
 
Rak Nr 1 (wolny) - trochę chyba się zdenerwował, albo zawstydził, bo przysłowiowo czerwony.
 
 
 
 
 
 
Rak Nr 2 - (wolny) - jak wyżej. Lekko wstydliwy, ale wart bliższego poznania.
 
 
 
 
Oczywiście jakby ktoś był zainteresowany innymi znakami, to pytać śmiało, śmiało, nie chować mi się tu po krzakach nigdzie.

wtorek, 21 marca 2017

Nowy Zodiak 2

Dziś druga część zodiakalnych wizji snujących się nad buraczanym zagonem. Skoro świat nadal skąpi nam naturalnych błękitów sklepienia niebieskiego (przynajmniej tutaj u mnie) to pooglądajmy sobie chociaż na obrazkach:
 
 


Panna - taka trochę w sumie Buka, tylko se oko zrobiła.
 
 
 
 
 
 
Bliźnięta - dwie Buki, trochę szczuplejsze, ze wspólnym mostkiem.
 
 
 
 
 
 
 
Strzelec - Buka szczela z łuka. (Chyba mój ulubiony - to harde spojrzenie!)
 
 
 
 
 
 
 
Waga - czyli jedyny twór nieożywiony. Wokół same mityczne stworzenia, puchate baranki, piękne panny - a tutaj pospolity sprzęt użytku handlowo-domowego... (To ja, to ja! To wiadomo już, czemu jestem taka niezbyt wysportowana czy aktywna - to gwiazdy zdecydowały, nic nie poradzę)
 
 

 
 
No i jak? Niebieściej wam? Bo mi szczerze mówiąc tak :D
 

.......................................................



A w niedzielę po południu to tak jest, że człowiek ma czas i siłę żeby w miarę trzeźwo myśleć, bo już trochę zregenerowany jest po tygodniu na zakładzie, co nie.

No i jak siedziałam parę niedziel temu na podłodze koło kanapy i kofitejbla i sortowałam papierzyska, których złośliwe urzędniki różne produkują na tony tygodniowo, obowiązkowo z adnotacją "Ważne! Koniecznie zachować do emerytury!", to taka myśl mnie naszła, że dawno coś nie widziałam małego posążka buddyjskiego mnicha, co to nabyłam go sobie jeszcze w liceum, taki à la jadeitowy był czy cóś, no z zielonkawego kamienia w każdym razie. I fajnie się śmiał, tak od serca a zarazem szyderczo trochę jakby. No więc nie dość, że fajny, to jeszcze pamiątka z poprzedniego stulecia, prawda. A nawet można powiedzieć, że z poprzedniego życia.

No i gdzie on? Przecież nie wyrzuciłam.

Patrzę po kątach. Szukam po szafkach / koszykach / kartonach. Pytam Borsuka siedzącego na kanapie - nie, też go dawno nie widział. Snuję na głos rozważania, że w tym mieszkaniu to w ogóle chyba go nie widziałam (8 lat bodajże), więc może zaginął przy przeprowadzce. Borsuk przytakuje, tak, tak, może. Szkoda, no ale trudno, szat rwać nie będę, w końcu to tylko figurka.

Po czym po kilku dniach, po pracy i po obiadokolacji siadam sobie na kanapie. Przed kanapą, jak zwykle od zawsze, kofitejbyl. A na nim: Ta-daaaam! Drewniana miseczka, a w niej kamienie i ....? No? Ktoś zgadnie?

No właśnie.

Po ośmiu latach nieobecności nasz stołowy budda postanowił ponownie odwiedzić ten ziemski padół w nowej inkarnacji. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...