wtorek, 23 grudnia 2014

Co tam panie we wszechświecie? 5

Niepublikowane dotąd zapiski z obserwacji „orbium coelestium"



Gwiazdka moi mili - a więc wspaniałe okoliczności przyrody na kolejne sekretne fakty z życia gwiazd. Jak zwykle, z tajnego notatnika Mikołaja Kopernika.
Enjoy.
 
 
 
Także więc, ten, no - przyjemnej gwiazdki, już do was leci ;)
 
 

środa, 17 grudnia 2014

Kazimierz i Lucyna - czyli - to the moon and back.


Dziś opowiem wam bajkę. Tylko nie zaśnijcie przed końcem :)
 
Kret Kazimierz nie widział za dobrze. Jak to kret. Zresztą w dzień słońce świeciło tak mocno, że jeśli tylko odważył się wyjrzeć z podziemnego korytarza, zaraz aż trzeszczało mu w uszach i chrupało w zębach od tego oślepiającego blasku. Potem jeszcze długo bolała go głowa i musiał brać aspirynę, a bardzo nie lubił łykać tabletek. A jak próbował potem kopać tunel, to przybierał on niestety całkowicie bezsensowne i nieużyteczne kształty.
Co innego w nocy. W nocy na powierzchni ziemi panowała podobnie aksamitna i miękka ciemność, jak w krecich korytarzach. Tylko w dolinie za rzeczką widać było światła miasteczka, a po odległej ulicy czasami przejeżdżały auta, świecąc białymi i czerwonymi oczami. Poza tym wszystko oblewała ciemna, chłodna i przyjazna noc. Kret Kazimierz bardzo lubił nocne niebo - słońce zastępowały wtedy gwiazdy, które wyglądały jak małe, błyszczące żuczki chodzące w głębokim cieniu pod wysoką trawą na łące Kazimierza.
Ale najpiękniejszy był księżyc. Czasem rożkowaty, w kształcie smakowitej poczwarki, a czasem okrąglutki - też jak poczwarka, zwinięta w kulkę do snu. Świecił na łąkę łagodnym, bladym blaskiem i tylko dzięki niemu Kazimierz mógł zobaczyć, jak właściwie ta jego łąka wygląda. A im dłużej patrzył Kazimierz na księżyc, tym większej nabierał ochoty, żeby przypatrzeć mu się z bliska, żeby go dotknąc i może tak trochę nadgryźć? (A nóż nie tylko wygląda jak poczwarka, ale i tak smakuje?)
W tym celu Kazimierz przedsięwziął niezwykle sprytny - i, nie ukrywajmy, dość karkołomny - plan. Niedaleko miała swoją norę nornica Lucyna, która często chodziła do ludzkich domów po jedzenie, i przy okazji wynosiła czasami różne inne rzeczy, najczęściej ponętnie błyszczące albo miło szeleszczące. Takie już bowiem są nornice. Za kilka soczystych dżdżownic wytargował więc Kazimierz od Lucyny przyciemniane gogle (gdyby księżyc z bliska jednak świecił zbyt jasno dla krecich oczu) i dwie sprężyny z materaca.
Teraz mógł wcielić swój plan w życie. Wspiął się na gałąź rosnącego w pobliżu małego dębu (i przekonał się, że wspinanie to naprawdę ostatnia rzecz, do jakiej stworzone są krety). Otarł pot z czoła, nałożył gogle, do stóp przywiązał sprężyny... i... hop! Rzucił się w dół! I jeszcze nie zdążył się nawet porządnie wystraszyć, a już odbił się od ziemi i leciał w górę! W uszach mu szumiało, trawa oddalała sie od niego, kretowisko stawało się coraz mniejsze i mniejsze, widział z góry miasteczko i - ojej! - jaka wielka była jego łąka!
 
 
 
 
A potem Kazimierz rozejrzał się na boki. I wszędzie były gwiazdy! Migotały i tańczyły wokół niego, na tle granatowego nieba. A w górze - księżyc, przepiękny! Wielki i jasny, coraz większy i większy, otulał Kazimierza swoim miękkim, mlecznym światłem, nadając kreciemu futerku elegancki, srebrny połysk. I już Kazimierz otworzył pyszczek, już chciał tak delikatnie, jednym zębem, spróbować nadgryźć krawędź księżyca, gdy ten nagle zaczął się oddalać i maleć! Ah, Kazimierz spadał! To koniec lotu... Na spotkanie wyszły mu czubki łąkowych roślin, miłosiernie łagodząc upadek. Oszołomiony lotem Kazimierz, z błogim uśmiechem na pyszczku, ściągnął gogle i odwiązał sprężyny. Spojrzał jeszcze raz w górę, a potem, na drżących z wrażenia łapkach wszedł do swojego ulubionego korytarza i położył się na plecach na miękkiej ziemi. Trochę kręciło mu sie w głowie, a serce biło mu bardzo mocno. Przez wejście w kretowisku wlewał się blask księżyca, a w czarnych ścianach korytarza migotały jak gwiazdy kwarcowe drobinki. Szczęśliwy Kazimierz nawet nie zauważył, kiedy zasnął, i śniło mu się, że płynie powoli przez nocne niebo, a gwiazdy łaskoczą go w boczki.
 
Koniec.



To taki tekst motywujący, żeby wytrwać w postanowieniach noworocznych (jeśli jakieś robicie) - wszak chcieć, to już prawie móc! A także, i przede wszystkim, ku pamięci babci, która całe lata niestrudzenie i z anielską cierpliwością opowiadała pewnemu małemu diablęciu przy jedzeniu wymyślane na poczekaniu bajki o przygodach krecika...
:)
 
 
 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Przedświąteczny chaos i laurka z piekła.

Dziś krótko o tym, jak to niektórzy tracą głowę w tym "gorącym", przedświątecznym  okresie:
 
 
 
 
Mnie dany problem na szczęście nie dotyczy. Moja krew płynie spokojnym, zimnym karpiem... (bo prawdopodobnie powoli zamarza).
 
A teraz znów coś z całkiem innej beczki.
9 miesięcy bloga wydało na świat okragłe i pulchniutkie 10.000 wejść... A ani mi na początku przez myśl nie przeszło, że choć do jednego tysiąca dojdzie! W życiu. Serio serio. Siedzę i smarkam w botwinę ze wzruszenia! (i wyjątkowo jestem poważna, naprawdę).
Przybijam więc wam wirtualnego żółwika i zgodnie z odebraną w dzieciństwie edukacją przedszkolną (bo czym skorupka za młodu nasiąknie...) naskrobałam dla was tę otę tu laurkę.
(w oku - łezka wyżej wymienionego wzruszenia)
 
Dziekuję wam, naprawdę. Bo w sumie to zakładałam, że pies z kulawą nogą tu nie zajrzy. A co dopiero, że niektórym się spodoba i będą zaglądać regularnie i nawet dobrym słowem uraczą. A to, powiadam wam, czekolada na mą duszę i cement na mą kąstrukcję psychiczną!
 
 
 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Czym skusić diabła i czym to się kończy.


 

W piątek wieczorem, na dobry początek weekendu, doszła do mnie paczka z kosmiczną poduszką :)

I nie wiem właściwie, czy diabłu wypada tak mówić, ale BOSKA jest! I powiem jeszcze tak: IDEALNIE pasuje kolorem do krzesła w Zakamarze Buraczanej Twórczości! Także wiecie, ten, nie dość że w Zakamarze jest teraz mega wypas, to jeszcze jest to mega wypas dizajnerski!!! No? I kto mnie przebije? No?

Dzięki ci Elżbieto, matko kosmicznych stworów!

Z tej całej radości zrobiłam prażone migdaly w karmelu. I TAK SIĘ ICH NAJADŁAM, ze czułam sie jak nadziana, przygotowana do pieczenia świąteczna kaczka, czy inna gęś. Jeszcze tylko dołożyć śliweczek, w ryj wetknąć jabłko i gotowe.
Nie bez znaczenia jest tu pewnie fakt, że tuż przed tymi migdałami bezlitośnie odgryzłam głowę i górną część korpusu ciemnoczekoladowemu Mikołaju After Eight. No bo one są tylko na święta, a tak to są tylko te After Eighty - czekoladki, nadziewane pastą do zębów. A Mikołaj ma smaczny, pusty łeb z lekko miętową nutką. Mniam.

No i po tych wszystkich ekscesach to myslałam, że mi przyjdzie kopyta wyciągnąć. Serio.
No ale co, sam sie diabeł durny skusił, to miał. (Nawet  Bestia  nie musiała się do swoich zwykłych forteli uciekać, tym razem to byłam ja sama, z własnej woli.) Zostało opaść na kanapę i wachlować się ogonem.

 
 
A teraz z całkiem innej beczki: co ma cztery łapy, wyszczotkowaną, rudą kitę, i z tego co wiem, skromny wianuszek oddanych fanek? Lis Stefan oczywiście! Dziś oddaje się do dyspozycji swych wielbicielek jako tapeta kąputrowa lub bardziej światowo łolpejpar. Żeby sprowadzić Stefana w swoje progi, kliknij go tylko prawym sierpowym i zapisz!
Zrobiłam cztery wielkości, jakby się komu tapeta spodobała, a nie znajdzie swojego rozmiaru - pisać w komentarzu, to dodam.


1024 x 768
 
 
 
1280 x 960
 
 
 
1280 x 1024
 
 
 
1920 x 1200
 


 


Apdejt.
A jamnik w ogniu wyglądał tak.
I patrzył też tak. Może go sweter drapał...

 
 
 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jamnik w ogniu

Moja ulubiona pora roku to jesień.



Buu-

      uuu-

             aaa-

                   aaaaaaaaaa-

                       haa-

                     haa-

          haaaaaa!



BAZINGA!

Oczywiście że nie. Moja ulubiona pora roku to lato nad brzegiem morza, koszulka na ramiączkach i luźne, lekkie spodnie.

ALE! Jednak tak mnie jakoś wzięło na jesień, pewnie dlatego, ze ta cholerna zima już lata w powietrzu, a ona jest jeszcze gorsza. Szczególnie rano, jak zamarzam na sztywno w połowie drogi z łóżka do łazienki.
(I to nie dlatego, że potrzebuję 20 minut na przejście przez buduar, oranżerię, salę balową i gabinet myśliwski do Pokojów Kąpielowych w innym skrzydle pałacu. Choć właściwie to skandal, że nie dlatego.
Ale pomińmy.)

I mój jesienny faworyt: wielki rudy jamnik w dzierganym na drutach płomienno pomarańczowym swetrze z golfem, stojący pod bankiem z małą, szarą babinką na drugim końcu smyczy. Już lat temu wiele, bo jeszcze w liceum, ale do tej pory mam go przed oczami jak sobie tak stoi w tej wszechogarniającej szarości i burości, jak - pardon le mot, jamniku - żywa pochodnia.


 
 
 
No ale listki, kasztanki i inne jesienne duperelki już za nami niestety, nadciąga dno totalne, marazm i zgnilizna. Czas ciemny, zimny i posępny, kiedy na drzewach zamiast liści rosną mokre, smutne wrony i poszarpane reklamówki-jednorazówki. Kiedy największym osiągnięciem każdego dnia jest utrzymanie oczu otwartych, mózg zamienia się w spleśniałą galaretę (po czym zamarza i pęka, i to dlatego tak głowa boli), a biometr jest niezmiennie niekorzystny.
Grudzieństyczeńlutymarzec - to zdecydowanie najmniej atrakcyjna oferta naszej strefy klimatycznej. Powinni nam za to płacić. Rękąpęsaty żądam, czy cóś. Zadośćuczynienia za straty moralne.

Poza tym piekło mi zamarza. Poważnie. Znaczy, ogrzewania w biurze nie ma od piątku. W piątek "uciekłam" po czternastej, nie wytrzymałam całego dnia. Jak będzie dzisiaj - zobaczymy...
 
Z lodowatym pozdrowieniem,
Jej Oziębła Wysokość


 
 
 

środa, 26 listopada 2014

O ramach raz jeszcze

Krokodyla Ryszarda pamiętają?
(poznaj Ryszarda)
Dorysowałam mu rodzinę, co tak sam będzie siedział.





Jak widzimy, najmłodsza latorośl wdała się w ojca. Amadeuszek (Czesława bardzo nalegała na to imię, Ryszard uważa, że uległa chwilowej modzie i będzie tego żałować) swoimi jeszcze nielicznymi mleczakami intensywnie stara się przegryźć odgórnie narzucone ograniczenia. Choć ledwo wystaje mu z nich nos. Ot, buntownicza natura. Małe, wywrotowe ziółko, korzonkami rozsadzające zatwardziałe schematy. Mróweczka dzielnie podkopująca fundamenty kanonu.

Edrwad, starszy syn i duma rodziny, na okoliczność rodzinnego portretu wyprosił muchę od Ryszarda, ściągnął aparat ortodontyczny, i każdym centymetrem swojego ciała stara się pokazać, że jest dojrzałym krokodylem z zasadami, całkowicie wyrosłym z wszelkiej dziecinady (choć za plecami w łapce skrywa ulubioną figurkę Batmana na skuterze z serii Lego Super Heroes).

Czesława, która jak już wiemy, lubi ulegać czasem modom i innym przyjemnościom, pociągnęła rzęsy najczarniejszym szlamem i utleniła lok ekskluzywną farbą prestiżowej linii Płowy Płaz.

A Ryszard - bez zmian, jak widać. Wierny swoim dotychczasowym ideałom. Jak zwykle wykracza poza ogólnie przyjęte ramy, wytycza własne ścieżki. Chętnie steruje swym mocnym ogonem pod prąd, na przekór głównym nurtom.
 

piątek, 21 listopada 2014

O krasnoludkach, czyli tajemnica brukwi.


Ale najpierw nawiążę krótko do tej opierzonej katarynki za moim oknem. Otóż, dziś w nocy było 0-2°C! Przymroziło zadek do gałęzi tak jak mówiłam, ani nie pisnął normalnie! Wykrakałam, że tak powiem ;)

A teraz do tematu dzisiejszych rozważań. Bajkę o Królewnie Śnieżce i siedmiu brodatych przykurczach każdy zna. To może ktoś mi pomoże w analizie, bo strasznie mnie jedna kwestia gryzła wczoraj po robocie, w zimnej i pustej kuchni (i nadal gryzie):
Krasnoludki wyskakiwały bladym świtem ze swoich małych łóżeczek, zarzucały na małe ramionka swoje małe kilofki, i śpiewając mało sensowną piosenkę, w równym rządku małymi kroczkami udawały się do kopalni rąbać na przodku. Rąbały tak do wieczora i wracały do domu. Jadły kolację i szły spać. Właśnie. JADŁY KOLACJĘ. Nie, nie chodzi o to, że jedząc kolację jako pierwszy i jedyny posiłek dnia, dość ciężko jest tak codziennie po 12 godzin machać kilofem. Niech tam, w końcu bajki nie podawały, jak długo żyły krasnoludki, więc można założyć, że niedługo. (A z siwymi brodami już się rodziły. A może lęgły z błota i kamieni, pomińmy.)
Mnie bardziej interesuje, skąd się brały te kolacje, a konkretnie, niezbędne do wyprodukowania kolacji produkty spożywcze? Krasnoludki nie uprawiały ogródka, nie polowały, nie hodowały żywego inwentarza. Zresztą halo, przy ich wzroście, to taki na ten przykład indyk by im głowy pourywał i wybrukował nimi podwórko. A bródkami wyścielił sobie gniazdo na zimę.

No to skąd te kolacje. Coś tam z tego przodka niby zawsze urąbały, ale źródła nie podają, co dalej. Chodziły co sobotę 10 mil do najbliższego miasteczka na targ i wymieniały rubiny na tygodniowy zapas brukwi? Nie bardzo, obrabowaliby takich małych pokurczów od razu na wejście.

A może brały, co znalazły na drodze dom-kopalnia? "Oh, Gapciu biedny, znowu gałąź spadła ci na głowę... A nie, to zdechła wiewiórka zleciała ze świerczka, co za miła niespodzianka! Gburku, pakuj do worka, będzie wyśmienita upieczona na chrupko." I tak potem zakąszają szychtę tą wiewiórą. Jedną na siedmiu? Hmm. Musieliby znaleźć więcej. Ale jakby na mojej drodze codziennie masowo spadały ze świerczków martwe wiewiórki, to ja bym to nazwała epidemią, a nie miłą niespodzianką. I zdecydowanie wolałabym ich nie jeść.

Właściwie, to możnaby jeszcze wyjść z taką - śmiałą nieco - hipotezą, że krasnoludki żarły glebę. Takie malutkie glebogryzarki w czerwonych czapeczkach. To z jednej strony tłumaczyłoby ich zamiłowanie do branży kopalnianej, z drugiej jednak strony, nie pasuje absolutnie do posiadania w chatce kuchni, garnka z zupą, stoliczków i miseczek - a jak wiemy, w kwestii "ktoś jadł z mojej miseczki" wszystkie źródła są zgodne. No i jakoś nie chce mi się wierzyć, że Śnieżka zeżarła michę czarnoziemu i zagryzła torfem.


No i nie wiem. Ale bardzo chętnie rozwikłałabym zagadkę zawartości krasnoludziej miseczki, no i fajnie też by było posiąść sekret pełnego garnka każdego wieczora po robocie, no nie?

Any ideas?

wtorek, 18 listopada 2014

Twój czas się kończy, ptaszyno


Jak wszyscy wiemy, każdemu dany jest na tym swiecie tylko pewnien skończony czas. Czy nam się to podoba czy nie, kiedyś nadejdzie koniec. Mnie z tym faktem oswaja mój budzik, regularnie co wtorek, bardzo delikatnie i z wyczuciem:

 



No. I od razu człowiekowi chce się wstać i żyć ;)

A żeby było jeszcze łatwiej odkleić się od podusi, to (ponieważ listopad tego roku taki jakiś ciepły) wcześniej niż zwykle powrócił motyw kwilącego za okienkiem ptaszęcia w wiosennym, w jego mniemaniu, zachwycie nad światem. Ptaszę codziennie miedzy 3 a 4 rano zaczyna drzeć koparę z mocą strażackiej syreny. I wylewa z siebie nieprzerwany strumień decybeli miłości, które wkręcają się w mózg jak malutkie, diamentowe wiertełka. Nawet oddechu raz nie zaczerpnie. Kwiatki na parapecie więdną a pająki pakują male plecaczki, porzucają tkane w trudzie i znoju sieci i uciekają w stronę wschodzącego słońca.
Takie to mikre, chudziutkie, okruszkiem małym się pożywi, kropelką wody popije - a ma siłę ryczeć godzinami jak smok.
Piekielna wywłoka ptasia, jak nic z koguciego jaja o północy wykluta, na rozstaju dróg i przy pełni księżyca. I siarką karmiona.
Ale jeszcze ty się zdziwisz dziobata cholero, jeszcze ci ta kopara opadnie za tydzień albo dwa jak przyjdzie w nocy minusik i przymrozi pierzasty zadek do gałęzi. Odechce ci się tak ryja nocami wydzierać i ludziom pracy sen sprawiedliwy rabować.

Szkic sytuacyjny
 

wtorek, 11 listopada 2014

Żeby marzenia się spełniły...

...trzeba im pomóc. Ja wiem, że jesień, a za rogiem już zima, z dnia na dzień coraz bardziej ponuro i szaro, tylko się zagrzebać w kołdrę i jeść ciemną czekoladę / pić ciemną czekoladę / pić ciemnoczekoladowego Baileysa / jeść ciemnoczekoladowe ciasto / jeść ciepłe naleśniki z Nutella i migdałami, po czym popaść w stupor i odrętwienie (no dobra, to była zima w MOIM wykonaniu, każdy ma pewnie swoje własne sprytne, kaloryczne sposoby).

Ale: jak już tak siedzimy wygodnie owinięci w kołdrę, to może podlewajmy tą czekoladą jakieś małe marzenie? Sypmy mu okruszki ciasta, niech se dziubie powoli? Może do wiosny akurat się tak rozbuja, że wypuści kwiaty i zaowocuje? Co?

 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Co tam panie we wszechświecie? 4

Niepublikowane dotąd zapiski z obserwacji „orbium coelestium"

 
Drogie ludzie! (I nieludzie, jeśli tu jakie są.)
Czy ktoś z was się przypadkiem może stęsknił za Sylwusiem? Bo ja w sumie tak :) A więc, czasu na zbędne pogaduchy nie trwoniąc, przystępujemy do odsłony czwartej.
(A ci, którzy zapisali się na buraczane njusy, mają okazję sprawdzić, czy przez okno rzeczywiście wpadnie im bulwa zawinięta w list.)
 
 
 
 
 
Jednak, jak to często bywa, teoria od praktyki odbiega troszkę...
 
 
 
 
P.S. I pamiętajcie, drogie dziatki, czujne jak kuna bądźcie gdy ogórkową gotować będziecie, co by wam się ręka nie omskła i nie wsypała tyle soli co do "normalnej" zupy, albowiem powiadam wam, taki ogór kiszony to kawał mściwego sukinsyna jest, i zemsta jego będzie SŁONA. I dużo wody do gara dolać będziecie musieli, ażeby zemstę tą ową jakoś przełknąć, a i w talerzu kartoflów nieproporcjonalnie mało pływać będzie, polewkę chudą czyniąc i jałową.
(z pamiętnika zamyślonej kucharki)
 

 
 

środa, 22 października 2014

Żelazna logika - albo - Jak obalić mit


Wczoraj wyjaśniliśmy rzetelnie i profesjonalnie, z rycinami oraz rurznymi mundrymi wyrazami, dlaczego już nie widujemy syren. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się centaurami.

 
Czyli mamy już taki panel edukacyjny. 
(Sheldon Cooper presents "Fun With Flags", yeeee... ;)





 
 
No. Przecież każdy wie, ze centaurów nie ma.






Apdejt!
Tak tylko chciałam nadmienić, że dziś krótko przed godziną 10 licznik odwiedzin osiągnął tą oto liczbę:
 
Buahahahaaa! Mam was wszystkich w swoich szponach!
 
 
 

poniedziałek, 20 października 2014

(Wcale nie taka) Mała Syrenka

Syreny, tak jak homary, rosną przez całe życie. Te największe, urodzone w pradawnym oceanie pełnym olbrzymich, wodnych potworów, nadziwić się nie mogą jak kruche i drobne stało sie dzisiaj życie. Najokazalszy wieloryb wygląda przy nich jak nakręcana zabawka ze straganu.

Zostały same w swojej wielkości, z przeterminowanymi o wieki wieków wspomnieniami, z tęsknota za ulatującą wizją młodego świata. Coraz częściej zamykają więc ogromne oczy, kłada się wygodnie na dnie i śnią swoje stare, piękne sny. Ryby wpływają wtedy w falujące labirynty ich długich włosów i bawią się w berka i chowanego.








Dawniej podobno łatwiej było zobaczyć syreny. Dziś już się to nie zdarza, bo nie lubią naszego głośnego i zatłoczonego świata.
 
 
 
Grímhildur Hjalmarsdóttir z narybkiem, na porannym spacerze.
 

poniedziałek, 13 października 2014

Uwaga, będzie o dupie.

Żeby nie było, że nie ostrzegałam. No. To teraz do rzeczy. W sobotę, korzystając z faktu, ze małżonek wybył z kolegami, postanowiłam się kopnąć w miasto i poszukać spodni - no przecież mam litość i nie będę w wolną sobotę ciągąć go ze sobą po sklepach, sama tego nie cierpię, więc co dopiero on. A z racji tego właśnie, że sama tego nie cierpię, ilość spodni zdatnych do noszenia osiagnęła u mnie dolną granicę jednej pary. Dość ryzykowna sprawa. Mam jeszcze 2 inne pary, ale za duże, więc noszę je tylko w razie ostatecznym, jak te jedne dobre są w praniu.

No. Się więc uzbroiłam w optymizm i rzuciłam w wir przymiarek. Przymierzyłam tych spodni tak na oko z milionpińćset, wykazując cierpliwość na poziomie Zen master-wymiatacz, naprawdę anioł, kwiat lotosu na niezmąconej tafli kryształowego jeziora, ani brewka nie pykła. No i co? Czy zostałam nagrodzona? NIE. Bo wszędzie coś odstawało, wisiało albo uwierało, albo się nie mieściło.
Jak pasowało na zadzie, to w pasie mogłam sobie jeszcze wsadzić 10-ciokilowy worek kartoflów. Czasem te 10 kilo można też było wepchnąć w pasie z tyłu, bo tam tak dziwnie dużo miejsca było, nie wiem na kogo to szyte, na dromadera? (Nie żebym dromaderom tekstyliów żałowała, skąd.)
Jak widziałam, że mogą być dobre w pasie (na zasadzie przytknięcia do korpusu) to podczas przymiarki stwierdzałam, iż zad-rebeliant nie zamierza podporządkować się systemowi i nie wchodzi w ten układ.
Jak pasowały w talii, to uda miałam tak ściśnięte, ze wyglądam jak próba pobicia rekordu świata na największego kabanosa.
O długości nogawek już w ogóle nie wspomnę, bo zawsze wloką się za mną smutno, jak jakiś jeansowy kilwater.

I za każdym razem, jak szukam spodni, to jest tak samo. No i w związku z tym, mam takie pytanie: DLACZEGO?!!! CO JEST NIE TAK Z TYM DIABELNEJ URODY ZADEM???!!!

 
 
A oto i ów zad, do którego nie da się przyłożyc zwykłej miarki! (Ale obczajcie to wylakierowane kopyto, no wypas przecież)
Zad specjalnej troski?
Nieszablonowy, czy może wadliwy?
Zły zad. Nikczemny zad!
Zad buntownik.
Zad out of control.
Dysydent, wywrotowiec, destruktor moich jeansowych planów.
Niwelator tekstylnej równowagi w szafie.
Opozycjonista, zawsze i z reguły przeciwny. (Czy dąży do przejęcia władzy??!! Aaaaa!!!)
Wieczny oponent w dyskusji góry z dołem.
Wróg czający sie na tyłach.
Wielki Mściciel odkładanego z roku na rok fitnessu?
Zad szyderca, odbijający się w lustrze w sposób nad wyraz złośliwy i bezczelnie drwiący.
Prawdziwa żmija wśród zadów.
 

piątek, 10 października 2014

Rzeczywistości alternatywne

Pamiętacie "Howl's Moving Castle" ze Studia Ghibli?
 
 
 
 
 
 
Wędrował sobie powolutku przez piękne i puste łąki z górami w tle, miał takie jedne drzwi, przez które wyjść można było do najróżniejszych miejsc, nawet jeśli zamek stał w miejscu. I tak samo działa umysł. To takie drzwiczki do "gdziekolwiek bądź". Lubię jak ludzie tworzą alternatywne opcje, jak wprawiają w ruch zębate kółeczka wyobraźni, jak ze zwykłych rzeczy powstają niezwykłe. To skutkuje dobrymi książkami, filmami, dziełami sztuki, wynalazkami, osiągnięciami naukowymi, czekoladowym ciastem, pachnącą kawą i internetem! (Jak się znajdzie jakaś osoba nie żywiąca głębokiego uczucia do chociaz jednej z trzech ostatnich rzeczy - bardzo proszę o zapisanie się w kronikach ludzkości przy pomocy komentarza, będę zaszczycona mogąc poznać taki wyjątek:) Osobiście strasznie bym chciała mieć więcej wyobraźni, strasznie. Tymczasem fascynuję się produktami wyobraźni innych. Na przykład, proszę, o tu:
 
 
 
 
 
Oto kącik w pokoju pandeMonii, między gniazdkiem elektrycznym a biurkiem. Takie rzeczy się w nim dzieją jak Monia zamyka oczy! Tutaj dokładny opis, jakby ktoś jeszcze nie czytał. Pozwoliłam sobie uwiecznić część tej wizji na powyższej rycinie - dla potomności, Autorko!!! :)
 
 
 

wtorek, 30 września 2014

Nieproszeni goście


Ciocia Dobra Rada? Znajoma Wszystko Lepiej Wiedząca? Kolega Świetny Dowcip, Energetyczny Wampir albo Na Krzywy Ryj? Sąsiad Zryty Beret, Rozdarta Morda albo Co To Nie Ja?


Na typy powyższe, jak i różne inne wyżej niewymienione a równie dokuczliwie drażniące i męcząco wpieniające, polecam ten oto diabelnie sprytny a bardzo efektywny projekt architektoniczny (bazujący na klasykach, więc jak mógłby nie być dobry)


Pałacyk na wzgórzu, z fosą i atrakcyjnym systemem ukrytych zapadni




 

Procesowi twórczemu przyświecało motto:

Ileż radości z nieproszonych gości!

 

W elwacji budynku ukryta jest wysuwana platforma widokowa z fotelami kinowymi wersji DeLuxe, maszyną do pop cornu i lodówką z napojami.


Zapadnie, w zależności od naszego humoru i zapotrzebowania żywieniowego rekinów, możemy trzymać:
a) ostentacyjnie otwarte - w celu odstraszania potencjalnych wizytantów
b) nikczemnie zamknięte i chytrze niewidoczne - w ten sposób urozmaicimy dzień przekraczającym nasze progi gościom, wprowadzając do niego filuterny element niespodzianki oraz lekki dreszczyk emocji, a sami zakosztujemy owej zawartej w motto radości, tak wszak ważnej dla zdrowia i równowagi psychicznej.
 

W planach także skromniejsza wersja projektu w postaci niedużej willi, odpowiedniej dla kieszeni mniej zamożnej klienteli. Stay tuned.



5 lat gwarancji na machanizmy zapadni i platformy widokowej. Rekiny dostarczamy z aktualnym świadectwem weterynaryjnym i certyfikatem wysokiej żarłoczności.

Gwarancja nie obejmuje:
- naturalnego zużycia elementów takich jak: woda w fosie, rekiny
- defektów powstałych w wyniku samodzielnego udoskonalania systemu zapadni i platformy widokowej
- zadośćuczynienia za straty i rany odniesione przy samodzielnie podjętej tresurze rekinów
- zwrotu kosztów weterynaryjnych powstałych na skutek nadmiernej eksploatacji rekinów (zgaga, niestrawność, apatia i brak apetytu itp.)

 
 

 

środa, 24 września 2014

Dom z widokiem na morze


A co, może nie?







W takim domu, błyszczące łuski przepływających ryb rzucają tańczące refleksy na ściany w pokojach, złote i różowe podwodne iskierki. Światło słońca sączy się leniwie przez rozkołysane fale, maluje lśniące kropki na wirujących bąbelkach powietrza.
Lekko i z wdziękiem łopoczą sukienkami meduzy, niczym przezroczyste duchy zatopionych statków przemierzające niespiesznie bezkres oceanu.
W takim domu pod koralowym drzewem jest cicho i spokojnie. Świat z drugiej strony wodnego lustra dociera tutaj tylko odległym echem, cieniem przesuwającym się wysoko w górze.
Sąsiedzi nie są gadatliwi: nieśmiały krab-pustelnik, wstydliwy łodzik i ośmiornica o zmiennej aparycji, wiecznie w pogoni za najbardziej twarzowym kolorem.
W takim domu zasypia się przy śpiewie wielorybów, a senne marzenia kołyszą się na falujących wstęgach wodorostów. Wyżej, tuż pod powierzchnią, unoszą się miliardy maleńkich drobinek świecącego planktonu tworząc nocny, podwodny firmament. Patrzą z podziwem w górę, na prawdziwe gwiazdy z drugiej strony lustra. Zapatrzona w ten kosmiczny taniec ryba, zasnęła za domem. Zagrzebała sie w miękkim piasku i śni, że jest piękna Meluzyną.
 


Jeden tylko mam problem - żeby tam zamieszkać, muszę wykształcić skrzela. Trochę to chyba, kurka (wodna!), potrwa :/


czwartek, 18 września 2014

Co za piękny koniec świata!


... czyli o morzu, górach, łąkach czy "innych łonach natury", daleko od cywilizacji i najlepiej na bezludziu. (Bo ja dzik jestem.)





Na końcu świata niebo jest nisko, na wyciągnięcie ręki. Można się w nim zanurzyć, albo się nim owinąć jak błękitnym, ciepłym kocem ze słońca i wiatru. Można je wdychać i wydychać, rozgarniać rękami. Wpuścić w arterie, namoczyć w nim duszę - i przeprać ją gruntownie, rozprostować wszystkie zagięcia i fałdy, a potem czystą i błyszczącą rozłożyć na trawie w słońcu do wyschnięcia. Można, stojąc po kolana w trawie, szybować w obłokach.

Na końcu świata między niebem a ziemią nie ma już nic, wszystko więc może zacząć się na nowo. Można uwolnić myśli i puścic je daleko, daleko w niebo. Niektóre pękną zaraz jak mydlane bańki, inne polecą bez końca i bez celu, a kilka może opadnie kiedyś na ciepłą trawę, wykiełkuje i zaowocuje dobrymi zdarzeniami.

Im szerszy horyzont, tym szybciej można zapomnieć o sobie: niby się ciągle jest - ale tylko odbiciem. Wody, gór, nieba, chmur, słońca i księżyca. Jadną nogą w morzu, drugą na lądzie, można patrzeć na prześwitujące przez uniesione dłonie słońce. Złapać je i rozciągnać na niebie w kolorową nitkę tęczy. Patrzeć jak wiatr pcha naprzód chmury i przesypuje ziarenka piasku na plaży, jak w klepsydrze mierzącej czas od początku istnienia. Z migoczących gwiazd na czarnej sukience nocy można ułożyć Smoka i Centaura, patrzeć na swiatło miliardów lat wszechświata wplecione w Warkocz Bereniki. W kropli wody błyszczącej na dmuchawcu znaleźć najpiękniejsze wspomnienia. Zapomnieć jaki jest dzień tygodnia i telefon do x. Przypomnieć sobie jak brzmi deszcz na liściach, jaki kolor ma słońce pod zamkniętymi powiekami, jak pachną leśne poziomki i smakuje wiatr nad brzegiem morza.

Nogi idą tam, gdzie je oczy poniosą. Rozum, jak mały Muminek, śpi na wygodnej, miękkiej chmurce przywiązanej do paska od spodni. Buja ją powolny wiatr wieczności, której nigdzie się nie spieszy. Zaczyna kiełkować spokój. Równowaga powoli wypuszcza nowe gałązki, trochę w lewo, odrobinę w prawo, idealnie. Coraz lżej w głowie, coraz lżej w sercu, coraz więcej miejsca na głęboki oddech.



Pęka ostatnia bańka, trawa się podnosi i znika ostatni w niej ślad. Znika "gdzie", znika "kim", zostaje "jestem".
 
 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 



środa, 10 września 2014

Co sie dzieje z lisem po wskoczeniu do nory


Ten, kto pamięta lisa Stefana z jego poprzedniej wizyty  ( Stefan, wizyta pierwsza  )  doszedł być może do wniosku, że jest to osobnik niepoważny, roztargniony lekkoduch, wirujący po cienkim lodzie hulajdusza. Przemykąjacy zręcznym ślizgiem od jednej przyjemności do drugiej epikurejczyk, lub wręcz nawet - o zgrozo - hedonista, omijający każdy problem zgrabnym wyskokiem z podwójnym piruetem.
Że to śpiący do południa wielbiciel ziół z zaspanym, przekrwionym trzecim okiem i zadymionymi czakrami, bon vivant lisiego świata.
Że dotykając podłoża tak małymi nóżkami, nie może stać twardo na ziemi.

Otóż sąd to pochopny, przedwczesny i pospieszny! A także całkiem chybiony. Stefan, moi drodzy, rozważa, rozmyśla i rozstrząsa, analizuje, dedukuje i docieka.

A oto jak:

Od zarania dziejów ludzie obserwują gwiazdy. Układają je w kształty mitycznych bohaterów, zwierząt, potworów, wyczytują z nich swój los, planują gwiezdne podróże. Stefan natomiast zastanawia się, czy to jednak nie my jesteśmy tu wzięci pod lupę:

 

 
 
 
 
 
W związku z powyższym, Stafan postanowił zbadać kosmos:
 

 
 
 Wyniki są zatrważające: wiekszość badanych ma niezmiernie wysoką temperaturę, jest wrecz rozpalona. A może to tylko gorący temperament? Wielu jest napromieniowanych ponad wszelkie normy oraz przejawia niestały i wybuchowy charakter. Niezwykle zaniepokojony Stefan, wróciwszy do rakiety, skrupulatnie sporządzil notatki. W naziemnej norze podda je szczegółowej analizie.
 
 
A jak juz jesteśmy przy norach: przy każdym zasiedlaniu nowej jamy, analityczny i dociekliwy umysł Stefana stawia go przed takim oto zgryzem:
 
 
 
Co objawi się po wskoczeniu w otwór - przytulna jamka czy tez bezdenna otchłań? Z jednej strony ryzyko, a z drugiej nowa szansa... i nie sposób tego sprawdzić, nie wchodząc... Prawdziwie życiowa decyzja.
Na pocieszenie powiedzmy Stefanowi, że nie tylko lisy stają przed takimi dylematami w obliczu ważkich decyzji. „Zgryz Stefana" nie oszczędza także ludzkiej rasy.
 
 
p.s. Pragnę jeszcze zwrócić uwagę szanownych czytelników na niezwykle nowoczesny i praktyczny Lisi Kombinezon Kosmiczny. Tak zaawansowane rozwiązania techniczne zastosowane tu przez Stefana, mówią same za siebie jeśli chodzi o poziom inteligencji i przenikliwości umysłu wlaściciela i twórcy.

wtorek, 2 września 2014

Dobré rady a nápady - 3 - "Devious Maids"


W dzisiejszych dzikich czasach, kiedy rzeczywistość popyla do przodu z bezlitosną szybkoscią huraganu, doba ma za mało godzin, a stara, dobra ewolucja jeszcze nie zdążyła dać nam drugiej pary rąk, zdarzyć się może czasami, że stracimy nieco kontrolę nad ładem i porządkiem w naszej przydziałowej komórce mieszkalnej, zwanej kwadratem.

Ot, parę razy odłożymy sprzątanie na bliżej nieokreślone „później", czy w weekend, zamiast szaleć w oparach środków czyszczących o powalającym aromacie wściekle skondensowanej cytryny, oddajemy się błogiemu i w pełni zasłużonemu odpoczynkowi - a tu hop siup - i już szczury prowadzą zorganizowane życie miejskie, doskonale rozwiniete przetwórstwo naszych zasobów biblioteczno-kuchennych oraz wspaniałe zaplecze naukowo-techniczne i pracują nad napędem neutronowym w celu kolonizacji kosmosu.
Na stole w kuchni zczerniały i wycieńczony banan resztką sił wydrapuje sobie ogonkiem na skórce „kill me!" a kapiące z niego żrące toksyny przeciekają właśnie już do trzeciego mieszkania w pionie.
Karaluchy osiągnęły rozmiar kota, zestrachany kot leży pod kanapą i cichutko kwili, a pająki, w swoim nowoczesnym laboratorium pod szafą opracowywują sposoby na likwidację szczurów, kota, karaluchów i nas.

ZDARZA SIĘ. Nieprawdaż? Prawdaż. No i jak wiadomo, jest na to tylko jeden środek: miotła w garść i do dzieła! W szczegóły wprowadzi państwa oczywiście nie kto inny jak nasza znakomita specjalistka od operowania miotłą - wiedźma Irena.



 
 
 
 
 
 

Rady Ireny - jak zwykle niezawodne. So maids, let’s get a little devious...

 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Stracone ideały

Miesiąc się kończy, a POGODA NADAL NIE RESPEKTUJE IDEAŁÓW SIERPNIA! Co za osioł uparty.

No ale co poradzić... Chmury polubić i oglądać zdjęcia z zeszłych wakacji.

Poniżej wspomnienie lata - Baran Robert i jego pełna słońca podhalańska „Trawiata" ;)  (tak, przez „w" siłą rzeczy.)


 




Posiedziałabym jak Robert, oj tak. Najlepiej tak ze trzy tygodnie.
 
p.s. Co robi biedronka - nie wiem. Nie pytałam. Przyszła, siadła i siedzi.

środa, 20 sierpnia 2014

Kupa mięci...

...czyli jeszcze jeden rysunek na cześć Kapitana M.

Chciałam go nazwać „Parostatkiem w piękny rejs" ale uświadomiłam sobie w porę, że ten przeuroczy tytuł przywłaszczył sobie już niejaki Krzysztof K., w którego ciemnych kędziorach i wąsiskach czas zaplątał się i ugrzązł na dobre gdzieś w latach 80-tych. (A spojrzenie ócz jego oraz głos pełne troski i cierpienia są - przynajmniej ja mam takie wrażenie).
No więc tytuł jest inny.






Oraz - jak już jesteśmy przy wspominaniu dziecinstwa - pozwolę sobie przypomnieć wspaniały rebus z czasów głębooookiej podstawówki. Po trzydziestu latach śmieszy mnie dalej tak samo (choć wtedy dlatego bo był taki WOW!!!! JA CIE!!! a teraz - bo jest taki przyjemnie durny ;)
 
 
Kto pamięta rozwiązanie?
 
 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Królowa i Kapitan


Moje dziecko - jeszcze gdy było małym dzieckiem - miało misia. Przybył w reklamówce razem z kilkoma innymi pluszakami do powtórnej adopcji, był brzydki, bury, bezkształtny, z pokaźną nadwagą w rejonie brzucha w czerwoną kratkę, i z miejsca okazał się być TYM misiem, dostał nawet imię (co nie zdarzało się często). Imię brzmiało Kapitan Miś.


Nigdy nie ustalono, czego kapitanem właściwie był Miś, ale biorąc pod uwagę zakres jego obowiązków, był prawą ręką władczyni pokoju dziecięcego.

Pewnego dnia podstępnie i zdradziecko puścił szew szyjny, grożąc Kapitanowi niezasłużoną dekapitacją, a ja - dwie lewe ręce do szycia - nieśmiało wysunęłam propozycję mianowania następcy. Odpowiedzią było mordercze spojrzenie, tupot oddalających się w pośpiechu małych stóp i obrady z Kapitanem za zamkniętymi drzwiami kajuty, zapewne na temat jak by tu usunąć Anty-Matkę Roku z zajmowanego stanowiska.

Ostatecznie, po okazaniu skruchy i obietnicy podjęcia działań szwalniczych, zostało mi jednak wybaczone. Kapitan został zszyty „na okrętkę" i jeszcze długie lata pełnił szczęśliwie swoje powinności. A nawet przeleżał później dobrych 10 lat na emeryturze, w skrzynce za łóżkiem.






 
 

piątek, 8 sierpnia 2014

Bestia w ludzkej skórze


Żołądki potrafią mówić, to chyba wiemy wszyscy. I nie, nie to że burczą. Mówić, przemawiać nam prosto do podświadomości, omamiać centrum decyzyjne, podkopywać silną wolę. Wiecie już, o co chodzi, nie? Stosują szeroki wachlarz technik manipulacyjnych, w zależności od danego produktu spożywczego, którego nie możemy jeść. U mnie jest wiele takich produktów, toteż gwarzymy sobie dość często, ale ja dalej daję się nabrać na te jego niecne chwyty, pułapki i fortele. Dobry jest, skurczybyk.

Oto jeden z naszych ostatnich dialogów. Zaczyna - oczywiście - tytułowa bestia, żołądek:


- Chodź, zjemy kawałek arbuza.
- Nie, wiesz że nie wolno nam arbuza.
- Oj tam, oj tam. Kawałeczek.
- Nie, już i tak dość wycierpiałam po tych truskawkach, do których zjedzenia skłoniłeś mnie w zeszłym tygodniu, używając zapewne hipnozy, impulsów podprogowych lub innego równie podstępnego sposobu.
- Bzdura, nie znam sie na tym. Moją specjalnością są enzymy.
- Jasssne. A te 4 ciastka, które zupełnie nieświadomie zjadłam wczoraj do kawy?
- Pfff! Chciałaś, to zjadłaś. I teraz zwalasz winę na mniejszego, tak?
- Bo to ty mnie ciągle wrabiasz! Ja wcale nie chcę tego wszystkiego jeść!
- Buahaha. Dawaj, kawałeczek zjemy tylko.
- Nie!
- Powąchaj, jak pięknie pachnie arbuzik, jak swieżo.
- Nie!!
- I ten kolor. I jaki soczysty jest, palce lizać.
- Nie!!!
- Spróbujemy tylko. Schłodzony, słodki arbuzik.
- NIE!!! POWIEDZIALAM!!!
- No dobra, dobra, to nie.
- NO!
- Ale może jednak? Popatrz, jak mruga do nas tymi czarnymi pesteczkami
- NIE!!!! GŁUCHY JESTEŚ?!!!
- Nie, tylko ten arbuzik tak ładnie... dobra, dobra, już nic nie mówię.
- No najwyższy czas!
- Ale ale, ohoho, a co to! A gdzie to taki kawał arbuzika nagle się podział?
- Co? ..... ??? !!!! Osz kurrrrr...! Ty zdrajco!!!!
- He he he.
- Bazyliszku jeden! Manipulatorze!!! I co teraz? Znowu ból i odtruwanie!
- Ale smakowało, co? He he.
- Lisie farbowany! Jesteś w końcu ze mną czy przeciwko mnie?!
- Dobry był, przyznaj.
- Krętacz! Adwersarz i niecny podkopywacz!
- No przyznaj że był naprawde znakomity.
- Dwulicowiec! Kota-ogonem-odwracacz!
- Przyznaj!
- ... no... pyszny, pyszny...
- He he he.


Jak widzimy, tym razem byłam twarda jak diament, ale żołądek brawurowo posłużył się sprawdzoną przez liczne pokolenia iluzjonistów techniką odwracania uwagi i tak wygrał.

A obrazka dziś nie będzie, jeszcze tego brakowało, żebym tej kanalii portrety rysowała, co to, to nie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...