czwartek, 2 maja 2019

Keep your friends close, and your enemies closer...

… mawiał Michael Corleone i miał cholerną rację.
Ja swojego wroga 40 lat ignorowałam, albo chowałam na dnie szafy i udawałam że nie istnieje. Owszem, często z tej szafy wychodził i toczyliśmy małe lub większe bitwy, ale jak już wylizałam rany to znowu zamykałam go na trzy spusty i kuśtykałam przez ten labirynt życia, po każdej bitwie trochę mniejsza, trochę słabsza, trochę bardziej przeźroczysta i z połatanymi na szybko ranami, zmagając się z wyzwaniami każdego dnia.
Powiem wam szczerze, że blog i wy to bardzo ważna część tego leczenia ran.

A wróg w tej szafie sobie spokojnie siedział, w ciepełku rósł i nabierał sił.
Aż w końcu, korzystając ze sprzyjających (jemu, nie mi) okoliczności, wyskoczył i dał mi takiego kopa pod żebro, że padłam od razu, jak podcięta kosą trawa.
Poczym dostałam najdłuższego ataku paniki w moim życiu – trwał właściwie bez przerw trzy tygodnie, tylko czasem zasypiałam ze zmęczenia na 2-3 godziny.

Czaicie taki moment, kiedy śmierć zagląda w oczy? Jak zauważacie tuż przed sobą maskę jadącego samochodu, albo wasze dziecko balansujące na wysokim krześle przed otwartym oknem na czwartym piętrze, albo w górach noga się wam nagle ześlizguje z urwiska. Ta sekunda bezgranicznego strachu, że to koniec, otchłań piekielna.
No to rozciągnijcie tą sekundę na trzy tygodnie, dzień i noc, nie ma zmiłuj - i będziecie mniej więcej wiedzieć jak się czułam. Średnio, co nie. Zestarzałam się chyba z dziesięć lat w tym czasie.

Po trzech miesiącach na zwolnieniu lekarskim nieco się uspokoiłam (nie bez pomocy przemysłu farmaceutycznego) i jestem gotowa pierwszy raz w życiu nie chować wroga do szafy, tylko wywlec go za fraki na ring i walić w mordę.
Idę do kliniki, moi drodzy. Na 6-8 tygodni. Będę walczyć sama ze sobą, z moją ciemną stroną.

................................

Silne zaburzenia osobowości i fobia społeczna, wynikające z kompletnego braku poczucia własnej wartości. Takie jest imię wroga. Pierwszy raz w życiu zaczynam troszeczkę wierzyć, że może jednak da się to zmienić. Że zyskam w swoich własnych oczach chociaż odrobinę. Że przestanę być mniej niż zero.

................................

Trzymajcie przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Nie ignorujcie ich, nie pozwalajcie strachom rosnąć i potężnieć w cieplutkiej szafie. Na ring i w ryj. Szkoda że dopiero teraz widzę, że to jedyna słuszna opcja. Ale z drugiej strony, jeśli mi się uda, to przede mną trochę lat w miarę normalnego życia. Fajnie by było.

Zobaczymy, kto kogo zje.






























poniedziałek, 28 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: jeszcze raz cierpliwość. Bez tego naprawdę ani rusz.

Znowu będzie o zakupach, sobotnia spożywka, ten cotygodniowy, niewygodny rytuał do odbębnienia mający na celu uświadomienie szaremu konsumentowi, jak bardzo idzie w górę wszystko oprócz jego wypłaty. Jednocześnie jest to jedyna forma interakcji ze społeczeństwem jakiej zaznaję, i szczerze mówiąc, wystarczy.

Butelka coli. Ukryta w niekończących się labiryntach ustawionych ze skrzynek z wodą mineralną od tysięcy producentów. W sumie nie wiem po co w mieście, w którym wodę można bezpiecznie pić z kranu, ludziska decydują się na tachanie skrzynek butelkowanej - ale ich pieniądze, ich plecy, ich sprawa, co mi do tego. A patrząc na to, jak bardzo ostatnio rozbudował się producent wody mineralnej obok mojego zakładu pracy, można oszacować jak wielki hajs przytula się w tym biznesie. 

Z ciekawostek przyuważonych podczas Odyseji przez labirynt: oranżada bananowa. Na sam widok tego kuriozum desperacko rzuciłam się do ucieczki, Borsuk znalazł mnie później na dziale win, schowaną pod regałem z zacnym Chardonnay, i namówił do wyjścia za pomącą wielu łagodnych, dobrych słów i słodkiej przekąski.
Naprawdę, ktoś kto decyduje się na oranżadę bananową jest jak saper: pomyli się tylko raz.


Ale dobra, cola jest, cała reszta jest, do kasy. Kolejki długie, ludzie odpowiednio do pory roku odziani w zimowe, grube kurtały i swetery, szalami okutani, a atmosfera gorąca. Na sklepie między chłodniami i lodówkami tak się tego nie czuło, ale teraz oj, ciepło. 

No ale nic to, piętnaście minut i paru Kevinów później pani kasjerka kasuje nareszcie zakupy faceta przed nami, gościu 50+, i albo dobrze sytuowany albo te bardzo drogie i bardzo brzydkie ubranka (to zadziwiająco często idzie w parze) dostał od tego bezdomnego od Maybachów. 
Już kasjerka skanuje ostatnie produkty faceta, my już mentalnie prawie jesteśmy w domu, już witamy się z dresikiem, kocykiem i kanapą, aż tu nagle wtem!!! Oko faceta, uzbrojone w wykwintny okular, wyłapuje że wyświetlacz kasy przy puszce jajec jesiotra pokazał cenę 5,99 € zamiast promocyjnych 5,85€. No i w tym momencie już wiemy że dupa, pozamiatane, przyjdzie nam nocować w supermarkecie dzisiaj. Bo w tym mieście takich rzeczy się nie popuszcza, nie ma zmiłuj. Tu obywatel będzie czekał przy kasie na tego należnego mu miedziaka aż reszta zakupów mu spleśnieje i zgnije, a kolana odmówią posłuszeństwa i rozsypią się w proch. Wtedy się położy i dalej będzie czekał. A rozumiecie, gościu wziął aż dwie puszki tych jajec, w końcu 14 centów zniżki to jak za darmo, trza brać jak dajo! 

(A zaznaczam że takie pomyłki zdarzają się bardzo rzadko, kierownik sklepu prędzej by sobie dał rękę uciąć niż pozwolił na umyślne zafałszowanie w ten sposób cen)

No i się zaczęło. Facet powołuje się na gazetkę promocyjną, której jednak nie ma akurat przy kasie, trzeba wołać kierownika.
Kierownik przychodzi i oznajmia, że możliwe, ale trzeba zweryfikować.
Woła Frau Kruppke z gazetką.
Frau Kruppke przychodzi i oznajmia, że gazetki się skończyły. 
Kierownik idzie na zaplecze sprawdzić cenę w komputerze. 
Frau Kruppke strategicznie znika po angielsku. 

Kolejkowicze zdejmują szaliki i rozpinają kurtki, otwierają dzieciom batoniki i paczki Haribo.

Wraca kierownik i oznajmia, że jajec jesiotra w promocji niestety nie ma w komputerze. 
Razem z kasjerką wołają przez mikrofon Frau Kruppke, żeby sprawdziła cenę na półce. 
Frau Kruppke wraca już po godzinie i potwierdza cenę promocyjną.
Kierownik idzie po ten mały, czarodziejski kluczyk od kasy. 

Kolejkowicze ściągają kurtki i kładą na nich młodsze dzieci do drzemki. 

Kierownik wraca już po dwóch dniach, bo musiał kluczyk wyłuskać z sejfu na magiczne zaklęcie, które zdradza mu Sfinks w nagrodę za rozwiązanie niezwykle skomplikowanej zagadki, a do Sfinksa prowadzi droga, której strzeże wielki zły smok, a smoka może pokonać tylko czarownica mieszkająca na zatrutym bagnie, a ona nie pracuje w weekendy!!!
No ale nic, utrudzony i uznojony kierownik ma w końcu ten kluczyk, wsadza go do kasy i razem z kasjerką coś tam zmieniają w sklepowym matrixie.
Czary mary hokus pokus, i są jesiotrowe jajca po 5,85€.

Klient dostaje klepaki do ręki, wszyscy w kolejce wiwatują, budzą maluchy i zwijają obozowiska uwite z kurtek i szalików, następnie budzą starsze dzieci i emerytów śpiących w kapuście, życie i taśma przy kasie toczą się dalej. 


I najpierw to ja w myślach tysiąc razy zabijałam tego faceta na wiele wyszukanych sposobów, bo mimo że zarabiam znacznie poniżej średniej krajowej, tak znacznie że linia tej średniej wisi wysoooko nade mną jak kable elektryczne nad ziemnym żuczkiem gnojarkiem, to szczerze, w takiej sytuacji od razu olałabym sprawę i wzięła ten kawior za 5,99€ byleby móc już wyjść i zacząć weekend, a on z tym fancy płaszczykiem i zakupami za milion ściera się o 14 centów i psuje ludziom nerwy i kradnie wolny czas. 
Ale potem mi się przypomniały komiksy o Sknerusie McKwaczu i jego siostrzeńcach, które mój brat czytał w dzieciństwie, i ten Sknerus mówil, że jak ktoś chce mieć pieniądze, to nie powinien ich wydawać. I dlatego on ma. Nie wiem czy to prawidłowe podejście, ale logiki nie sposób mu odmówic. No a tutaj przy tych jajcach rozchodziło się wszak o 28 centów, przebóg, toż to wincyj niż ćwierć Euro! Dodajmy do tego, że mieć ćwierć Euro a nie mieć ćwierć Euro to razem pół Euro, więc widzimy że:

a) zaczyna się poważna sytuacja
b) dlatego ja nigdy nie będę bogata
c) cierpliwość los nagradza piniondzem i jajcami
d) warto jednak kupić butelkę mineralnej żeby było co pić podczas koczowania przy kasie

Zapamiętajcie to sobie.


Na ilustracji: klienci ścigający atrakcyjne promocje.











.....................................................................

Co do ogrzewania i ciepłej wody na kwadracie: dobra i zła wiadomość.
Dobra: od czwartku wieczór znowu ciepło.
Zła: to całe ustrojstwo w piwnicy, co ta wodę grzeje i rozdziela, ciągnie na ostatnim dechu i musi być wymienione najpóźniej w lutym. W LUTYM. 
Mam nadzieję że to nie potrwa znowu tydzień... Bo w środę, a więc po pięciu dniach bez ciepła, odważyłam się zmierzyć temperaturę w mieszkaniu i wyszło mi 12°C. A to nie jest dużo, nie.

.....................................................................

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Stopień zagrożenia życia lokatora w mieszkaniu spółdzielczym. Ocena subiektywna.

Do tradycji należy już fakt, że zima zawsze zaskakuje drogowców. Przynajmniej w Polsce, bo tu o dziwo dają radę chłopaki. Ale żeby nie było za słodko, to zima zaskakuje u nas co roku naszą miejską spółdzielnię mieszkaniową, w której lokalu i nam przyszło żyć. 
W nocy z czwartku na piątek przyszedł mróz i - pozwólcie że podkreślę jeszcze raz: JAK CO ROKU - momentalnie zabrakło ciepłej wody w kranach i kaloryferach. A ja akurat przeziębiłam sobie pęcherz, więc tylko tego było mi w tym momencie trzeba. The most perfect timing ever. 

W piątek przed południem przyszedł co prawda jakiś pan, pomajstrowal coś tam w piwnicy przy rurkach i kaloryfery ożyły, ale tylko na 2 godziny.
Wezwany ponownie, przylazł coś koło wpół do szóstej wieczorem, pogmerał, postukał. Kaloryfery ożyły ponownie, ale tylko na godziny pół tym razem. 
Jeszcze raz wezwać go nie można było, gdyż było po godzinach urzędowania spółdzielni (wiedział dobrze skubany kiedy przyjść) a wtedy takie telefony są dozwolone tylko w razie gdy istnieje zagrożenie życia lokatorów lub konstrukcji budynku. 
(Nie, nie, wiem co myślicie, niestety -6°C bez ogrzewania i ciepłej wody nie jest uznawane oficjalnie za zagrożenie życia. Skandal, wiem!)

Chcąc nie chcąc zaczęliśmy się przygotowywać psychicznie na weekend w zimnie i mrozie. Szło nam niesporo. To znaczy mi i Dziecku Zpiekłarodem, bo Borsuk to wiadomo że jest kosmitą, i nie czuje zimna jak zwykła ludzka istota. 
No więc ubrałyśmy po trzy swetry, czapkę, szalik, grube skarpety z owcy. Na to koc jak namiot. Ja zabunkrowałam się z tym wszystkim na kanapie i odpaliłam netflixa, dziecko na fotelu przed swoim komputerem zaczęło skakać po dachach budynków i czaić się w szuwarach z prawdziwym krokodylem przy boku, którym szczuło wroga. 
Borsuk w t-shircie, cienkich dresowych spodniach i na boso (!!!) wlazł do czołgu. (no w grze też oczywiście) 
Jak na złość w domu nie było akurat żadnych świeczek - może to złudzenie, ale jak się palą świeczki to jest jakoś tak cieplej. Ale na stanie mieliśmy tylko trzy małe tee lighty, więc raczej bez szału był to spektakl. 

W sobotę było jeszcze jako-tako. Chociaż cały tydzień cieszyłam się na ciepłą wannę pełną piany w weekend, to jeszcze usiłowałam trzymać wkurw na wodzy, pić litr herbaty na godzinę (Borsuk: woda z kranu i zimny napój mate) i myśleć pozytywnie. Że na przykład ogólnie to ludziska kupę kasy płacą za takie marznięcie w zimnym domu - bo po pierwsze kupują dom, po drugie centralny piec do niego, czyli 2x wielka kasa, no i wszystkim się potem te piece psują i siedzą w zimnie dokładnie tak samo jak ja. Tylko że ja to mam bez kredytu na 30 lat, po prostu gratis od spółdzielni! Powinnam się czuć wyróżniona?

Ale w niedzielę już nie strzymałam. Byłam zmarznięta, wściekła i ciągle głodna. I trochę smuteczek jednak - że spółdzielnia tak ostentacyjnie olewa tą sprawę co roku - ale mocno przytłumiony przez wściekłość. Moooocno.
Z tej złości to nawet umyłam łazienkę i kuchnię, pościerałam kurze w najbardziej widocznych miejscach, a potem zaczęłam odkurzać i ten ogrom zmasowanych prac domowych chyba przeraził Borsuka strasznie, bo czegoś takiego to raczej jeszcze nie przeżył przez te dwadzieścia parę lat ze mną, i aż wylazł z czołgu, wyrwał mi odkurzacz z ręki (nie oponowałam) i poodkurzał sam. Ja tymczasem przetarłam na mokro zakurzone listwy, czy jak to się tam nazywa, to na dole ściany, no, między ścianami a podłogą. 
Taaak... Musiałam mieć naprawdę bardzo, bardzo dużo złej energii do wyrzucenia.

Chociaż ja uwielbiam jak jest tak czysto w domu! Serio. Tylko nie lubię sprzątać, a wolny czas poświęcam na malowanie gópich kotków* albo seriale, więc ta czystość jest bardzo ulotnym stanem. Niektórzy co miesiąc myją okna, albo odsuwają kanapy i pod nimi odkurzają, pewnie też ścierają kurze z półek częściej niż raz w roku. Filifionka z doliny Muminków tak miała. I nasza sąsiadka z drugiej strony podwórka, na której balkon mamy widok vis-à-vis. 
Ale ja uważam, że to niezdrowo. Filifionka co prawda wyszła z tej obsesji bez szwanku, no ale to jest postać fikcyjna z bajki dla (nie tylko) dzieci, więc happy end jest oczywisty. 
Za to już sąsiadka jest jak najbardziej realna, z krwi i kości, i co? I w lecie najpierw miała cała nogę w gipsie, a niedługo po jego zdjęciu całą rękę. To nie przeszkodziło jej w cgłym skakaniu ze szmatą po całym domu, włażeniu na balustradę balkonu żeby powiesić dekoracyjne lampki i chorągiewki pod balkonowym "sufitem", i pucowaniu wnętrz kuchennych szafek, najpierw opróżnianych cierpliwie jedną ręką z całej zawartości - ale jak dla mnie to jest wyraźny i jednoznaczny sygnał przeciwko ciągłemu sprzątaniu. 
Choć nie powiem, sąsiadka stanowi naprawdę fascynujący obiekt do obserwacji. Obstawialiśmy z Borsukiem czy się zrąbie z drabiny w tym gipsie przy myciu balkonowych lampek, bo po miesiącu od ich powieszenia musiała je oczywiście umyć - nie zrąbała się. Profeska. No i ma ciągle czysto, nie jak ja raz na ruski rok. Oprócz tych okien, bo one wystarczają do pierwszego deszczu, a tu przecież ciągle pada to zaniechałam mycia ich już na samym początku, bo co się będę kopać z koniem.

No i tak to. Mam nadzieję, że dzisiaj naprawią to ciepło, ja naprawdę muszę do ciepłej piany, bo inaczej będzie bardzo źle. 

_________________

* żeby nie było jednak, że tylko kotki, to tu macie rybkę:















A na koniec się pochwalę, ha. 
Kubek i sól-pieprz to nówki ze sklepów norweskich, diabła to wiadomo sama sobie zmalowałam i wstawiłam do zdjęcia bo pasuje kolorem, ale resztę wytargałam za grosze ze sklepu ze starociami niedaleko mojej pracy. Naprawdę piękne rzeczy tam można czasem znaleźć! Oczywiście łut szczęścia do tego potrzebny, bo na 100 wejść może ze dwa kończą się jakimś łupem (i to najczęściej w postaci ramki na obrazki) ale jednak sporo się tego już zgromadziło. Już kiedyś pokazywałam wcześniejsze łupy w innym poście, jak ktoś chce to >> tutaj <<









Fajne co? :)))


To czołem, rogiem i burakiem moi mili, z tym że ten ostatni niech was nie pokona. Niech ducha w was nie złamie. Trzeba wyjść z tego silniejszym, nie ma innej opcji. Skoro sam Diabeł osobiście przed przeszło ćwierćwieczem trzymał w rękach jedną z całkiem naj-najpierwszych puszek WOŚP, zapraszając opolan do datków metodą przyjaznej i łagodnej perswazji, to gwarantuję wam, tak szybko się ta impreza nie skończy! 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...