poniedziałek, 16 lipca 2018

Internet jest fajny dopóki się nie zwali. A crumble z rabarbarem jest zawsze fajne :D


Na począteczek-poniedziałeczek naprawiłam sobie w pracy w komputerze dwie rzeczy. SAMA naprawiłam, więc halo, jestę informatykię, ha! Bo nie mam serca każdą pierdołą zawracać głowy dziewczynie z IT, ona biedna jest sama na całą firmę i nie wyrabia, no więc pokopałam w internetach i mam naprawione.
Ostatnio u nas jest taki dziwny trend w pracy, na jednoosobowe działy. Niedługo chyba wszystkie będą jednoosobowe. Tylko co to będzie, jak dział XY zachoruje albo pójdzie na urlop? Trzy tygodnie przestoju? No ale nie ja tym cyrkiem dyryguję, to co będę się przejmować.


W zaistniałej sytuacji (że ludzi ubywa a roboty przybywa) podstawowa umiejętność na polu walki to umieć powiedzieć „Na ten termin się nie wyrobię", żeby nie uciąć sobie głowy deadlinem. Już się tego nauczyłam.
I stanowczo jako podstawowy warunek do rozpoczęcia działań stawiać kompletny briefing (też mi to już dobrze idzie), nie ładować się w pułapki typu „bo ja bym chciał taki folder, nie mam jeszcze żadnych zdjęć produktów i tylko połowę tekstu, ale może pani już zacząć, prawda?" Otóż nie, pani nie może. Bo potem się okazuje, że muszę robić wszystko od nowa i całkowicie zmienić koncepcję.
Także ten. Zakład pracy dba o trenowanie mojej kulejącej asertywności ;)

 
A jeszcze a propos diagnozowania przez internet, to ostatnio też w taki sposób wyleczyłam się z okrutnych, czerwonych plam na ryju, które, a jakże, leczył pan dermatolog (spoglądał nawet na nie przez lupę, tudzież dźgał patyczkiem). Aż w końcu po którymś z koleji słoiku maści na zamówienie nie strzymałam i wpisałam w internet objawy. I powiem wam, na takim diagnozowaniu to naprawdę można polegać - OD RAZU, jak przystało, wyskoczyło mi że rak skóry! :)
No ale niezrażona szukałam dalej i wyszło że muszę kupić maść za 1,30 € i parę razy posmarować, i to tyle. I spokój mam do dziś.


No więc to były dwie rzeczy o tym, że internet jest fajny.
A teraz trzecia rzecz:
DaWanda, czyli tam gdzie można kupić diabelskie rękoczyny, likwiduje się z końcem sierpnia. Możemy przenieść swoje sklepiki na Etsy, został w tym celu napisany programik-narzędzie mający to ułatwić - przenosi cały sklep na raz, oferty i oceny, i opisy, wszystko.
Tylko że nie działa. !!!!!!! Oceny (gwiazdki) mi przeniosło, ofert nie. A tego narzędzia można użyć tylko raz, no i nagle doopa, już nie jestę informatykię, za to przeszłam wczoraj kolejno: mega-nerwa, czarną rozpacz, deklarację o zaprzestaniu wszelkiej działalności ever, darcie szat, nikt mnie nie kocha, wypiję sobie Summersby i zjem paczkę chrupków. No a potem napisałam maila do Etsy, może coś pomogą (łudzę się, ha haaa)



No. A tak z analogowego świata, to zrobiłam pierwsze w swym życiu crumble, z rabarbarem. Bo co roku jak przychodzi sezon na rabarbar to wilcze kły mi rosną, marzę o rabarbarze, ślinie się w snach. Ale ja NIE CIERPIĘ zagniatać ciasta. Aż tu nagle odkryłam niechcąco crumble bez gniecenia, wystarczy widelcem zamieszać, 15 minut i siedzi w piekarniku, istne cudo! Następne zrobię ze śliwkami. A potem z jagodami.
 

Obrazkowo i ilustracyjnie to popadłam ostatnio bardzo w czarno-białość, głównie dlatego, że na nic innego nie mam czasu. Ale powiem szczerze, że lubie tych panów ;)
(i są "sprzedajni", jakby ktoś chciał wejść w bliższe kontakty i zaprosić ich pod swój dach, to pisać śmiało na maila)






 
 

 
 

 
 
 
I jeszcze raz:
 
 
 

 
 




 
I jeszcze:
 
 
 
 

 
 

 
 
To buziaki, moi mili !!!
:*
 
 
 
 
UPDATE !!!!
 
Oto i nasza rewelacja!
(bo skoro Anika i Pies w Swetrze siedza jak na tluczonym szkle i czekaja, to nie moge zwlekac! ;) 

Hit! Fontanna szczęścia!
Crumble z rabarbarrem, bez gniecenia ciasta,
ekspresowe w wykonaniu i tak proste, ze nawet mi wyszlo!
 
 
Składniki
250 g masła 
250 g cukru 
1 cukier waniliowy 
szczypta soli 
400 g mąki
100 g drobnych płatków owsianych
800-1000 g rabarbaru (ile kto lubi)
cukier puder, do posypania 
 

Przygotowanie - na okragłą formę 28-30 cm.
Rabarbar pokroic na 2 cm kawałki. (Grubsze najpierw wzdłóż na pół, potem na małe kawałki)
Piekarnik nastawić na 200 °C.
Rozpuścić masło w nieco większym rondlu.
Do płynnego masła powoli dodać (miesząjac widelcem) cukier, cukier waniliowy, sól, mąkę i płatki owsiane. Cudna kruszonka powstaje nam sama!
Teraz połowę tego ciasta-kruszonki wyłożyć na blachę (wysmarowaną masłem albo wyłożoną papierem do pieczenia) jako cienkie dno naszego crumble, i lekko ubić. Rozłożyć kawałki rabarbaru na wierzchu i dodać pozostałą kruszonkę. Posypać cukrem pudrem - będzie po upieczeniu bardziej chrupiące.

Piec w 200 °C na średniej półce przez 30 - 35 minut.
Powinno być ładne, złociste; uważać bo w pewnym momencie szybko sie przypala.
 
- Lody waniliowe lub sos waniliowy są do tego idealne.
- Można też ugotować budyń waniliowy i przed pieczeniem wlac go na rabarbar (pod górną warstwę kruszonki)
- W przypadku słodszych owoców, takich jak truskawki, brzoskwinie lub morele, zmniejszyć trochę ilość cukru.
Oryginalny przepis po germańsku i zdjęcia tu:
 
 
Enjoy :D
 
 
 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Portret przodka. Opowieść nostalgiczna.


Oto wuj Břetislav Klousek - szacowny przodek z nieco ekscentrycznej gałęzi rodowego drzewa, którą przed laty burza dziejów odłamała od pnia i rzuciła na żyzne Morawy, w rozkołysane ciepłym wiatrem morelowe ogrody i winnice wśród łagodnych wzgórz.




 


Wielbiciel klusek, knedli i knedlików polanych sowicie sosem bądź masełkiem. W chwilach rozpaczy lub zwątpienia lubił rąbać drewno.
 
Literat-amator w odcieniu lekkiej melancholii, pisał tylko dla siebie i kaczek mieszkających na bajorku w parku blisko domu. Bajorko porośnięte było grubym korzuchem rzęsy wodnej, którą kaczki - chcąc nie chcąc - ustanowiły jedyną pozycją w swoim menu.
Gdy wuj Břetislav przychodził do parku, zawsze siadał na pokrzywionej ławeczce pod płaczącą wierzbą zwieszającą nad kaczym stawem wiotkie, długie ramiona. Wyrastały z nich srebrzyście migoczące w słońcu listki, i niczym smukłe palce grały na strunach wiatru dawno zapomniane przez ludzi melodie.


Posłuchawszy ich chwilę z respektem należnym rzeczom nieuchwytnym, wuj wyciągał brulion w kartonowej okładce, w którym spisywał swoje przemyślenia najstarszymi korzeniami sięgające czasów, kiedy to Břetislav nosił jeszcze podkolanówki i marynarskie ubranko, a przez matkę i sąsiadki nazywany był pieszczotliwie Kudlačkiem.

 
 
 

Następnie zakładał monokl kupiony na pchlim targu i pozbawiony już niestety łańcuszka - zaginął on podczas jednej z licznych bitew (słownych oczywiście!) stoczonych w młodości przez Břetislava w gospodzie "Pod Chytrým Kocourem" przy kufelku ležáka.
Tak uzbrojony przeciwko nieprzyjaznej i kanciastej teraźniejszości - w brulion, monokl i wierzbowe witki - wuj Břetislav czytał kaczkom swoje brulionowe myśli, zabarwione melancholią i westchnieniami na lekko złoty, miodowosłodki kolor właściwy dobrym wspomnieniom.


Kaczki wychodziły na brzeg i przyglądały mu się poważnymi oczami kontrastującymi z komizmem płetwiastych stóp. To, czy naprawdę słuchały opowieści wuja zmieszanych z melodiami wierzby, czy po prostu miały nadzieję na chwilowe urozmaicenie rzęsowodnego menu o okruchy smakowitego precla, nie miało dla wuja absolutnie żadnego znaczenia - po prostu bardzo lubił czytać swojej poważno-komicznej widowni mikrusów przyodzianych w eleganckie piórka. Precla dostawały na końcu i tak, bez względu na swoje intencje.

 

Po skończonym odczycie i zjedzonym na spółkę z kaczkami preclu, Břetislav zamykał i wygładzał z namaszczeniem brulion, chował monokl do kieszonki surduta, trochę jeszcze posiedział na ławeczce westchnąwszy raz i drugi, mruknąwszy w zadumie pod wąsem, chrząknąwszy nostalgicznie, poczym wstawał i odchodził, otoczony przezroczysto-złotą bańką miękkiego światła z odległych lat.

W parku zostawały kaczki szukające na brzegu ostatnich okruszków, wierzba gładząca powierzchnię stawu tysiącem delikatnych dłoni i ledwo widoczny na ławce, migoczący w słońcu zarys małego Kudlačka w marynarskim ubranku i czerwonych podkolanówkach. Bawi się blaszanym i bardzo poobijanym błękitnym samochodzikiem, a kaczki zerkają na niego czarnymi, poważnymi oczami istot widzących świat w ciągle tej samej, niezmienialnej z upływem lat postaci.

Koniec.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Weekend, dwa dni wolnego: prawda czy miejska legenda?

Słońce się skończyło, a ja w jakiś sposób razem z nim.
Czuję się jak cień samej siebie, czarne chmurzyska przygniatają mnie do ziemi swoimi wielorybimi cielskami, we łbie zalegają tony szarego betonu. Odżywam dopiero pod wieczór, jak trzeba iść spać.
W pracy ludzie coś do mnie mówią, ale nie wiedzieć czemu robią to zza jakiejś szklanej szyby grubej - widzę tyko jak ruszają ustami ale nic nie słyszę. Właściwie to mogłabym im coś powiedzieć, ale mi się jakoś tak nie chce.
Od poprzedniego wtorku wydawało mi się że jest piątek - ale nieeee, nie. Dopiero był wtorek, potem środa, czwartek który trwał chyba ze trzy tygodnie, i dopiero potem piątek.
A potem nagle i niespodziewanie od razu poniedziałek - SRRRU!
Kto zeżarł weekend?! Przyznać się mi tu. Pewnie jakiś jamnik.

Ja też żarłam - poznałam albowiem urok domowych lodów i sorbetów. Jeeeeeezu słodki, już chyba nigdy nie zjem tych z pudełka! Sorbet z truskawek 100%, i lody mega-czekoladowe - I'M IN LOVE !!! Takie z pudełka zawsze mi zostawiają dziwny posmak, coś jak po lizaniu tych blaszek od płaskich baterii za dziecka. A domowe są kremowe, niesłodkie, no i czekoladowe, bo to co można dostać w sklepach to jest jakiś żart przecież, trzeba sobie że 2 łyżeczki czarnego kakao dosypywać do miseczki. I nutelli można domieszać pod koniec kręcenia w maszynce, i ona się tak lekko rozprowadzi po masie lodowej, ale nie całkiem. NIEBO. Tak musi smakować niebo.

No dobra, jeszcze naleśniki w nim są, muszą być. I średnio ostre curry.
Eh, no i cukinia w sumie też, przecież ja nie umiem bez cukini...
I kartofelki.
Dobra pizza też by się przydała.
I chiński makaron z tofu i grzybami.
No, i koniecznie coś do głaskania - beczułkowate, nierasowe piesy z krótkimi krzywymi nóżkami, kotki, morskie świniaki. W sumie wszystko jedno, byle by się dało miętosić.


 

 



W sobotę był coroczny wielki festyn uliczny na dzielni, w tym jedna uliczka ze stoiskami ze sztuką, a druga z designem.

I nie wiem co mnie bardziej przeraża - czy ilość badziewia odwalonego na szybko i bez głębszego namysłu, czy ilość ludzi, którzy na ten badziew lecą, gdy obok wystawione są rzeczy PRAWDZIWE. Prawdziwe w emocjach, talencie, spojrzeniu, wykonaniu - osobno albo i na raz.
Ja wiem, że niby to ładne co się komu podoba, ale w tej wielkiej skondensowanej masie w jakiś sposób działa to na mnie deprymująco. Ale mimo wszystko warto iść i wyłowić te kilka pereł z morza tandety.

No i pchli targ był. Kupiłam stare, drewniane klamerki do prania - zawsze chciałam takie mieć, nie wiem czemu właściwie - no to mam :) Fajne są! O takie:

 

Zdjęcie znalezione w internetach, ale te moje są identyczne w kolorze właśnie, stare i wytarte, niewalące nowością w oczy i drzazgami w palce.



Aaaahhhhh... spać, spać mi się chce...


 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...