poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Lejdi Szełi i starcie Gigantów.


Kiedy Diablę było jeszcze bardzo młode i siarkę do kaszki trzeba mu było rozcieńczać wodą z cukrem...

E, no nie, nie, tak dawno to jednak nie.

Jeszcze raz.
No więc młode Diablę za czasów szkoły podstawowej wysyłane było kilka razy na letnie kolonie. Jako zdeklarowany lecz w miarę spokojny mizantrop (bawiłam się tylko z dziećmi, z którymi razem wyrosłam, do obcych nie podchodziłam nawet na długość kija), posłusznie wsiadało z pomarańczową walizeczką w autobus, po dotarciu do celu zajmowało przydzieloną leżankę i jakoś tam spędzało te 3 tygodnie nie zamieniając z nikim ani słowa. Pewnie nie to dokładnie mieli w planach rodzice, wysyłając małego dzika na kolonie, no ale co zrobić, niektórych dziur nie przeskoczysz :D

Jako że z powodzeniem unikałam kontaktów - tako też i konfliktów, ale jeden utkwił mi w pamięci, bo do dziś przychodzi mi na myśl często, jak pokazują w telewizorze różne takie jednostki "u koryta", z obszaru zarówno świeckiego jak i sakralnego.

To tak:
Siedzimy w tym naszym pokoju-sypialni, jakieś 12 dziewczynek, pora podwieczorku. Rozmowa toczy się wartko, ale nie że bzdurki jakieś i dyrdymały, fiu-bździu i głupoty, jakby to można pomyśleć w przypadku dwunasto- czy trzynastolatek w latach osiemdziesiątych, nie, nie! Tu poruszana jest kwestia niezwykle ważka, a mianowicie:
Czy Modern Talking [wym.: modertokink] śpiewa "szeri szeri lejdi" czy też "szełi szełi łejdi".

No.

Dwojakość interpretacji tego tak znaczącego dla naszego dziedzictwa kulturowego utworu, w zrozumiały sposób dla niektórych okazała się być kwestią życia i śmierci.
W mig utworzyły się dwa obozy, niezwykle wrogie i zacięte, gotowe przeciwniczkom wydrapywać oczy, wyrywać języki, szarpać trzewia i tępym nożem ze stołówki bezlitośnie pruć w drzazgi cenne artefakty plemienne, znajdujące się na wrażych stopach - atrakcyjne sandałko-czółenka gumiane "plastiki", oraz praktycznie bezcenne tenisówki "czeszki".

I trzeba było opowiedzieć się po którejś stronie, nie było siedzenia okrakiem na palisadzie i przyglądania się z góry, łupiąc słonia w paski* (jak to Diablę miało w zwyczaju w takich chwilach).
Siły wodzące konfliktu wprowadziły bowiem na sali powszechny obowiązek głosowania.

 
I teraz mamy taką sytuację: w miarę padania kolejnych trupów odpowiedzi, obóz Szeri-Szeri zyskuje sporą przewagę.
W obozie Szełi-Szełi jest właściwie tylko inicjatorka konfliktu, która wadliwy miała albo słuch, albo dźwięk w Rubinie, i jej jedna wierna poddana.

Zaczyna się więc walka o dusze. Argumenty obozu Szełi-Szełi są, trzeba przyznać, mocne: pożyczenie długopisu wielokolorowego do napisania listu do domu, lub chińskiej gumki do ścierania o upojnym zapachu owocowego plastiku, obietnice leżenia razem na ręczniku na basenie, "bycia z nami przyjacółką" i chodzenia razem jutro pod rękę po boisku RAZEM Z PANIOM EWELINOM BO MI POZWOLIŁA (na Reksia i Kulfona, wierzyć mi się dzisiaj w to nie chce)
 
I nic! Siła mega-hitu zza zachodniej granicy jest nie do odparcia.
Walka wydaje się przegrana, nie ma nawet cienia szansy na laury. Koniec, klapa.

ZDAWAŁOBY SIĘ.

Albowiem drogi widzu, nie sklapuj jeszcze krzesełka i nie wychodź z teatru, gdyż czeka cię nieoczekiwany zwrot akcji.
Oto tu Lejdi Łejdi Szełi, już prawie wdeptana w pył pobojowiska, może i nie pełnoletnia ale pełna żądzy zwycięstwa, nagle powstaje! Chmurne jej lico przecina chytry i przebiegły błysk ócz, szczwany plan zdradzając. Na ramię odrzuca płaszcz swój karminowy, krwią i potem zbroczon, i wytacza broń ostateczną.
Olifanta zagłady.
Masakratora świadomości.
Tak, tak, znalazła Łejdi argument nie do odparcia, przeważający szalę.
Argument ten chwyta oponenta za sam pierwotny korzeń mózgu, generuje impuls wprawiający w ruch ciąg zdarzeń neuronalno-hormonalnych, jak przewracające się jedna za drugą kostki domina ustawione w rządek, który prowadzi ofiary do celu jak po sznureczku.
A tam czeka spokojnie Łejdi i łapie bezwolne już ciała w stalowe sidła obrządku i obyczaju. Przykuwa żelaznym łańcuchem schematów plemiennych i atawistycznej uległości w obliczu Niewyjaśnionego.
Rzecze bowiem tak:
- Kto powie, że szełi szełi łejdi, ten może modlić się dziś w nocy do mojego świecącego jezuska.

Ha. !!!!!!! I pozamiatane.

Gdyż w dzień poprzedni, na wycieczce do miasta, weszła w posiadanie takowego w sklepie z dewocjonaliami, kiedy reszta młodzieży trwoniła mamonę na lody, "orężady", gofry z bitą śmietaną oraz inne grzechy lekkie i próchnicznogenne.

Jezusek Łejdi ze składu precozjów sakralnych wisiał, jak to Jezuski od wieków czynią, na krzyżu, ale ten akurat miał opanowany taki sprytny fortel, że w ciemności fosforyzował sobie radośnie na zielono - może i nie licując z powagą symbolu, ale za to przyciągając wiernych skuteczniej od niejasnych obietnic raju, sugestywnych opisów mąk piekielnych, a już napewno bardziej od "czytania z listu świętego Gorliwiusza do Cnotliwian".

Obóz Łejdi Szełi momentalnie zapełnił się po brzegi (duża większość grupy).
W zapomnienie poszły własne słowa i przysięgi sprzed minuty, otarto pianę z ust, jednym mrugnięciem powiek zmyto pogardę ze spojrzeń. Szybciutko i sprawnie załatano dziury w plastikach i w wątpiach.
Łejdi z tryjumfującym uśmieszkiem przyjmowała od każdej nawróconej deklarację wiary: "Modertokink śpiewa szełi szełi łejdi" po której pozwalała usiąść jej na swoim łóżku pod Jezuskiem.
Diablę, wychowane na szczęście bez kultu bezrefleksyjnego bałwochwalstwa**, prychnąwszy w duchu pogardliwie, jak zwykle nie powiedziało nic, ale swoje wiedziało. Nie ma co ufać ludziom. Chorągiewki na wietrze. Puch marny.

Nie mówiąc już nawet o tym, że "jezuskowi" też raczej nie o takich wiernych chodziło. I pewnie za życia nie przyszło mu nawet do głowy, że kiedyś inkarnuje w postać plasticzanego, śnieżnobiałego i larwopodobnego zjawiska, objawiającego się nocą pod sufitem (pani pozwoliła powiesić ten olśniewający egzotyk na ścianie) niczym lewitująca poczwarka-albinos emitująca trupiozieloną poświatę prosto z chińskiej fabryczki uranu, a moc zawarta w tej makabresce okaże się silniejsza nawet od potężnej Magii Zachodu i słodkiej melodii słów wypływających z nabłyszczykowanych ust Thomasa Andersa*** (może gdyby Thomas był fluorescencyjny, miałby szansę?)

Czyli niby sukces - ale na bazie przekrętu i hipokryzji... Ludzkość naprawdę ma to wrodzone, czy "tylko" skorupki za młodu nasiąkły? Pewnie jedno i drugie...

A kilka dni później Łejdi Szełi dostała 40 stopni gorączki i przyjechała po nią karetka, aaaa-ha-ha!
Oliwa sprawiedliwa.

..........................................................

* Ciekawe co zrozumiałby współczesny niepolski nastolatek pod pojęciem "łupać słonia" albo "uprażyć słonia w paski" albo "łupać prażonego słonia". Albo "jakiego masz słonia, w paski czy czarnego?" Ach, tyle wspaniałych możliwości.

**Ja wiem, że wy umiecie czytać ze zrozumieniem, ale jakby jednak ktoś do końca nie skumał: nie należy mylić tego z wiarą w cokolwiek.

*** Wiecie że on dalej jest wielką gwiazdą? W Rosji. I Sandra też! :) Ponoć całe stadiony wykupują do ostatniego miejsca, żeby zobaczyć Thomasa lub Sandrę - która wygląda teraz jak spracowana barmanka Gisela z największej mordowni Düsseldorfu na zasłużonej emeryturze, i w niczym nie przypomina tej szupłej trzciny o bujnej grzywie, no ale czas nie stoi w miejscu dla nikogo, co nie. Za to Thomas ze szupłej dziewczynki wyrósł na całkiem wyglądnego faceta.


..........................................................

 
A skoro ten post taki o gwiazdach, to tu proszę, Wielka Niedźwiedzica śle pozdrowionka i mooocne uściski!


 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Gra o tron: w cieniu botwiny.

Przez kilka poprzednich postów bujaliśmy sobie rozkosznie w niebiesiach, ku gwiazdom świetlistym wzrok nasz kierując i poddając się uczuciom rzewnym a romantycznym, jakie ogarniają ludzi od zawsze, odkąd jeden z naszych szacownych praszczurów, siedząc na drzewie i w zadumie drapiąc sie po włochatym zadku spojrzał przez przypadek w górę i ujrzał nocne niebo, bo akurat wybrał sobie jakieś licho uliścione drzewo.

I nic w tym dziwnego, że zrobiło mu się tak rzewnie i ckliwo. Czuł nieświadomie, że coś go z tymi gwiazdami łączy, bo przecież podobno to z nich właśnie pochodzimy, gdyż jakiś jeden z drugim meteor, spadając onegdaj na Ziemię, przywlókł pierwsze lewoskrętne aminokwasy, z których powstały tak wysoko rozwinięte formy życia jak na przykład ludzie i buraki, a nawet też te mniej rozwinięte, jak ludzie-buraki.

Dopnijmy więc dziś tą wielką, kosmiczną klamrę stworzenia i zwróćmy nasze oczy ku ziemi, która te buraczane korzenie tuli, poi i żywi, i trzyma w ciepełku, aby szeroko plenił się ród buraczy, gęsto mogły rosnąć łany dumnej botwiny, kołysząc się dostojnie w ramionach wieczornego zefirku i połyskując diamentami porannej rosy.

Oto bracia Buracy z wybornego rodu o długich, szlachetnych korzeniach.

Na tronie zasiada król Bulwion III Korzenieski, pan na Wielkim Ugorze, rozciągającym się od Kozich Gnojów, poprzez Baranią Łączkę, aż po strumyk Stęchlinek, czyli dobre 48 metrów kwadratowych - niemała potęga!
 
 
 

 

 

 

W cieniu królewskiego tronu jednak ktoś się czai, żywiąc bezsprzecznie niecne zamiary:
 
 
 
 
 To Kłączypląt, brat-bulwiak, młodszy zaledwie o kwadrans od Bulwiona i niezwykle wściekły, że ten głupi kwadransik pozbawił go tronu. Od dawna planuje wykorzenić brata i posadzić się na miejscu króla. Z tej wściekłości i nerwów jednak tak skacze mu poziom antocyjanów, że być może niedługo sam wyciągnie korzonki.
 
 
No i kogo my tu jeszcze mamy. Hmmm, w sumie jak to w każdej długo panującej dynastii, sami wariaci i degeneraci, chyba nie ma się czym chwalić...

O, taki Ćwikłomir na przykład, zacne wielce to chłopię, aczkolwiek durne jak siano i proste jak budowa cepa. Siedzi jeno cięgiem grzecznie w swoim grajdołku i cieszy się do przelatujących pszczółek.
 
 
 

 
 
 

A ten tam całkiem z tyłu, co tak macha korzonkiem, to Botwiniusz, dosyć niemrawy, zawsze w cieniu, cechuje go negatywny stosunek do higieny osobistej i wielka słabość do spijania deszczówki z muchomorów.
 
 
 

Jeden rzut oka wystarczy żeby wiedzieć, że wielkiego pożytku dla dynastii to z tych dwóch egzemplarzy nie będzie.

Co się więc stanie u schyłku panowania Bulwiona III, kiedy całkiem już zdrewnieją mu korzonki, spróchnieje toczone robakiem wnętrze, a botwina zwiędnie i oklapnie? Kto przejmie władzę - Kłączypląt, jeśli dotrwa, czy też panowanie przejmie inny ród? Po drugiej stronie Baraniej Łączki rozciągają się bowiem włości Rzodkiewióra IV Czarnego, którego od dawna korzonki świerzbią na samą myśl o urodzajnych ziemiach Wielkiego Ugoru, a tuż za Stęchlinkiem panuje Groszkogniew XVI Dziki wypuszczając coraz dłuższe i śmielsze pędy nad aromatycznym ciekiem wodnym.

No i co to będzie, co to będzie?
 
 
 



Złota ramka 9 x 9 cm, wygrzebana w rupieciarni za całe 2 ojro, w szlachetny sposób podkreśla dumne spojrzenie władcy, co nie?




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...