poniedziałek, 9 października 2017

Jezus Marian!

Dziś krótko o jedzeniu.

Bo mieliśmy znowu zakładową fiestę, czyli kupę tłustego żarcia, przesolonego, przesłodzonego oraz dla równowagi (chyba?) zalanego octem.

Do tego skoczne muzyczne hity (a przypominam, jesteśmy w Niemczech ;) bijące żarem wyszukanej liryki wspomaganej bitem tak intensywnym, że trzeba było krzyczeć na interlokutora, i dać następnie jemu krzyczeć na siebie.

A ja strasznie nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy.
 
Niedobre jedzenie, hałas i small talk - no, "small roar" w tym przypadku - z ludźmi całkowicie mi obojętnymi to rzeczy, których unikam jak ognia, ale odwaliłam PONAD GODZINĘ tej pańszczyzny, więc jak ktoś chciałby zaklaskać, to serdecznie zapraszam, bo w pełni zasłużyłam.
Dziękuję.
(Duszyczka mi krwawiła jeszcze kilka dni)



 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
Spróbowałam tam czterech czy pięciu sałatek, tak po małej łyżce dosłownie, i to była może i mała łyżka, ale wielki krok ku kamieniowi w żołądku i zgniłemu szczurowi w ryju.
Bo jakaś pomroczność umysł mój opadła, i zapomniałam, że północnoniemieckie sałatki składają się głównie z cukru i octu i zużytego oleju silnikowego (nie, żebym kiedykolwiek prubowała, ale tak sobie ten smak wyobrażam).
 
No to mi się przypomniało.
 
A wypluć było gópio, bo - uwaga teraz - kto usiadł przy stole dokładnie naprzeciwko biednego diabła, zafrasowanego hałaśliwym tłumem, straszliwą muzyką i kłopotliwą zawartością talerza?
Ano szef usiadł. A zaraz obok niego ten drugi po bogu. I pałaszowali radośnie, szef opowiadał o wakacyjnym nurkowaniu z mantami, o delfinach igrających z morską falą w różanym świetle zachodu słońca, no i nie licowało tak pluć sałatką.
Pogrzebałam więc trochu widelcem i uciekłam wywalić resztki do kosza, ale zgniły szczur w ryju pozostał, i tu popełniłam DRUGI BŁĄD, ja to durna jestem jak stóg siana, bo pomyślałam, że zagryzę tego szczura ciastem.
I wzięłam mikrokawałeczek śliwkowego z kruszonką, które smakowało cukrem skondensowanym w stopniu wręcz arcymagicznym (niejeden naukowiec by się zacukał nad sekretami tutejszych pań domu) i łyżkę tiramisu, które smakowało kwaśną śmietaną i w dodatku było bez alkoholuuuu!!!!! No przecież za takie coś powinni wsadzać do więzienia. To jest zbrodnia kulinarna.
(Po jednym gryzie pierwszego i drugiego - znowu do kosza)
(Szczur zachichotał złośliwie i mi się, że tak to ujmę: na dobre rozłożył w paszczy)

Żołądek mnie 3 dni bolał, a w głowie kłębiły się wspomnienia z różnych kantyn, stołówek i cateringów, z którymi przyszło mi mieć nieprzyjemność... Gdyby tak można było się obyć bez jedzenia! Taka strata czasu, sił i środków, które by można było zużyć na przyjemniejsze rzeczy, na przykład słoneczne wakacje trzy razy w roku! ehhhhh...
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
Współpracownicy siedzieli tam do wieczora i twierdzili, że zabawa była przednia a jedzenie przepyszne.
To drugie chwacko udowadniali czynem - okazało się ponownie, że w ludzkie żołądki o pojemności 0,75 litra (czyli butelka wina) gładko wchodzą 3 kg mięsiwa z makaronem i warzywem (trzy duże, kopiaste talerze), a do tego 1,5 litra piwa.
Nie licząc deseru.
Naprawdę tyle w siebie wrzucili w ciągu tej mojej godziny tam spędzonej - a jeszcze na początku przecież chwilę trwało rozpalenie grilla i upieczenie surowych kopytnych i skrzydlatych, więc czas samego wrzutu był krótszy.
Pojęcia nie mam JAK, na bogów, JAK oni to robią?!
 
 

poniedziałek, 25 września 2017

Sardynia odc. III - kamienie z plaży i kamienice z Orgosolo

No i znowu nas dopadł dupiaty poniedziałek, porozmawiajmy więc sobie o czymś miłym dla kontrastu, na przykład o urlopie :)

Tęsknicie na urlopie za domem? Bo mi się nie zdarzyło ani razu. Wprost przeciwnie nawet - od razu w ostatni dzień mogłabym jechać w nowe miejsce, dalej, wyżej, głębiej, byle nie znowu do domu, pracy i szarówy codzienności, do dnia świstaka i rutyny tzw. obowiązków domowych. Choć niektóre od lat z powodzeniem ignoruję (prasowanie, mycie okien) i żyję.
 

Pewnie dużą rolę w tym braku urlopowej tęsknoty za domem ma fakt, że ja nie mam DOMU. Mam sypialnię, kuchnię, pokój, nie pada mi tam na głowę i mogę ugotować, spać, myć się.
Wiem, wiem, w tych czasach to wiele - ale to nie jest to prawdziwe, moje miejsce na ziemi, tylko po prostu któreś tam z kolei mieszkanie. Ubrane w maskę z "dzieł" ręców moich - ryby, kotki, domki - żeby stworzyć pozory swojskości przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Ale wystarczy ściągnąć te parę(dziesiąt ;) obrazków, i mamy pustego, kwadratowego, białego ducha, zimnego i smutnego, oddzielonego od szarego i brzydkiego świata twardymi ścianami z grzybem, zatrzaśniętymi drzwiami, małymi oknami, brudnoszarymi zębiskami stopni w ciemnej paszczy klatki schodowej. Brzydkie mieszkanie w brzydkim miejscu ogólnie fajnej (na szczęście) dzielnicy.

A wyobrażenia o domu, takim prawdziwym, to mam takie (popuśćmy wodze fantazji, hejaaaa!) że:
Przede wszystkim otwarty na świat: na góry, morze, ocean, zieleń, błękit. Albo przynajmniej na tą zieleń i błękit.
Że cały czas jest w nim lekki przewiew, świeże powietrze w ruchu, słońce na tarasie, jego refleksy na ścianach, kot w ogrodzie, dużo roślin, sukulentowe drzewka i kaktusy w donicach, passiflora i powojniki na płocie, dziwacznie ukształtowane przez wiatr i wodę kawałki drewna i skał poukładane na schodach albo wśród roślin.
Malwy pod ścianami. Wiatrowskaz na dachu, koniecznie z rybą albo z kotem.
Trochę azulejos albo innych artystycznych kafli - ale to już szczegóły, wystrojowe zachcianki, bez tego mogę się obejść.

W takim miejscu czułabym się w domu.

Osiągnęłabym „byt nie wymagający ucieczek" jak to pięknie sformułowała mistrzyni ujmowania skomplikowanych rzeczy w proste słowa, Tove Jansson.
Takie miejsca wybieramy zawsze na urlop.
Pewnie nigdy nie będę mieć takiego domu własnego, ale po tym urlopie, z którego wróciliśmy do naszego śmierdzącego spalinami, głośnego, betonowego oceanu szarości, zimna i deszczu, jedno jest pewne: czas najwyższy znaleźć inne mieszkanie, w spokojniejszym miejscu. Tylko trochę długów różnych jeszcze pospłacać trzeba i się za to weźmiemy. Czyli za jakieś 5 lat... No cóż, JAKOŚ dam radę, skoro tyle lat już tu mieszkamy, to damy radę jeszcze jednej pięciolatce...


A na razie maluję kamienie w "wakacyjne" kotki, głównie kotki.
Albowiem któż nie kocha kotków! :}
Jak mam chwilę po pracy i po obiadokolacji, to siup, kamyczek. Nie wiem co prawda, co z nimi zrobię, ale maluję. Może magnesy? Ale nie wiem, ile nasza lodówka jeszcze udźwignie magnesów - KAMIENNYCH magnesów - żeby się nie zawaliła - można to jakoś obliczyć?




 
 
 
Wino, kobiety ryby i śpiew:
 
 
Sekcja darcia i wycia:
 


 
 
 
 
Prawy górny róg:
„Co jest, co jest? Zasnełem?
Już noc?! JUŻ PO KOLACJI?!!!"
 
 
 
 
"Czego chce od kotka?! Zostawi w spokoju!"
 
 
 
 
 .......................................................
 
 
 
A jak już jesteśmy przy malowaniu kamieni, to przejdźmy płynnie do malowania kamienic - oto miasteczko Orgosolo, gdzie w centrum (choć "centrum" to naprawdę zbyt duże słowo) jest ponad 300 murali na temat głównie polityki i wolności jednostki, co związane jest z historią tego miejsca. Opisana jest ona tysiąc razy w internetach, nie będę jej tu więc powtarzać - a kto chce poczytać, to na przykład może tutaj >> Orgosolo <<
 
(nie liczyłam, nie, liczbę „ponad 300" podają przewodniki i informacje w samym Orgosolo)
 

 
 
"Niekontrolowana siła atomu zmieniła wszystko,
poza naszym sposobem myślenia, i pociagnęła nas w stronę
z niczym nieporównywalnej katastrofy" (Einstein)



 
Zły kapitalizm. Zły.

 
 
.......................................................
 

 
 
 
 

.......................................................
 

 
Ku chwale kobiety!
Nie mam nic przeciwko - szczególnie jeśli chodzi o tą,
która sobie tak wygodnie siedzi ;P

 

 


.......................................................
 



 
 
 .......................................................
 
 
 
"Ciotka Elisabetta - Sybilla z Orgosolo"
 
Elisabetta Lovico urodziła się na początku XX wieku w Orgosolo. 
Posiadała dar niechętnie widziany u kobiet w tamtych czasach:
zdrowy rozsądek oraz umiejętność wnikliwego obserwowania
i wyciągania wniosków.
(No dobra, dzisiaj też niektórzy patrzą na to z odrazą)


Szybko się uczyła na czym ten świat stoi.
Zależnosci typu biedny - bogaty, bandyci - zwykłe, dobre ludzie,
wyzyskujący - wyzyskiwany,
krótko mówiąc: Elka szybko zczaiła bazę - ale NIE pochyliła głowy,
i zawsze była po stronie słabszego.

Ludzie schodzili się do niej ze wszystkich okolicznych miejscowości
bo potrafiła podać miejsca, w których
odnajdowano zaginione / porwane osoby albo skradzione bydło. 
Do tego znała się na ziołach, leczeniu ran, oparzeń, złamań i chorób.
Nie chodziła do kościoła i nie bała się kleru, twierdziła,
że oszukuje on prostych ludzi dla własnych korzyści.


Dla jednych była darem boskim, dla innych szatańskim,
a jeszcze dla innych - niewygodnym.

Umarła nagle i przedwcześnie. Miała sześcioro dzieci.
 
 
 
 .......................................................
 
 
 
Ogromnie mi sie podobają te dzieciaki-kwadraciaki!
 

 

 
 
 
.......................................................
 
 
Ten mural był, jak dla mnie, najpiękniejszy:
 
Chociaż temat smutny - obok jest fragment wiersza
o obozie koncentracyjnym Joyce Lussu
„C‘è un paio di scarpette rosse":
To para czerwonych butów numer dwadzieścia cztery,
prawie nowa. Na wewnętrznej podeszwie można jeszcze
zobaczyć markę fabryki Schulze Monaco.
To para czerwonych butów
na szczycie stosu butów dziecięcych w Buchenwald (...)

 

 
 
 
.......................................................
 
 
 
Na pamiatkę sycylijskich syndykalistów
zabitych przez mafię w latach 40tych i 50tych.
 
 
 
.......................................................
 
 

 
 
 
.......................................................
 
 
 
Oooj, jak już spadną więzy,
zemsta tu będzie OKRUTNA ;)
 
 

.......................................................




Laokoon & Synowie, wersja 2.0
 
 
 

.......................................................
 



 


.......................................................
 
 
I znowu kwadratowe bambino,
oraz żona wyrastająca z żebra małżonka - chyba.
Choć może być też buk ojciec, syn boży 
i cycaty duch święty.
 
 
 
.......................................................
 
 

 
 
 
.......................................................
 
 
 
Niewygodny dla mega-koncernów USA
i chilijskiej prawicy prezydent Salvador Allende.
To jego śmierć - a raczej pucz i przejęcie władzy
przez Pinocheta - skłoniła Gabriela Garcię Márqueza do napisania
 „Jesieni patriarchy", pięknej i smutnej krytyki
latynoamerykańskich dyktatorów.
 
 

 



.......................................................
 
 

 

 
 
 
.......................................................
 
 
 
Mieli też imponujący (jak na skalę wioski) dział nekrologów
w formacie A3 i nawet A2:
 

 

 
 
 
.......................................................
 
 
Był nawet Zbigniew Wodecki ;D
 
 

.......................................................
 
 
 
Niekonwencjonalne rozwiązania ogrodowe: 
 
 
 
.......................................................
 
 
 
I bukiety lubczyku, wszędzie i co krok.
 
 

.......................................................



Domy bez murali też były niczego sobie:
 
 
 
 
No i tak to.
A na deser?
Deska serów? To może każdy.

U mnie jest deska kotów!
 
 
 
 
 
 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...