środa, 10 sierpnia 2016

Panta rhei i inne wariabilizmy.


Dawno, dawno temu, w odległych czasach, kiedy łono Matki Ziemi pokrywały gęste, dzikie haszcze (tylko bez gópich skojarzeń mi tu), bory i lasy szumiące, oraz zwierzyny mnogość - tu ptaszek wesoły, tamój bóbr futrzaty - kiedy trawka zieleniła się beztrosko pod błękitnym niebem rozświetlanym przez słoneczko uśmiechnięte jak na przedszkolnym rysunku, Diabeł chodził do kotłowni takoż jak to słoneczko uśmiechnięty.

Bo co by do roboty nie było, choćby nie wiadomo jakich grzeszników okrutnych dostało się do obróbki, choćby się przy nich nasapać i namęczyć i namachać trzeba było iście piekielnie, a robota marnie płatna, to jednak koledzy uwijający się przy sąsiednich kotłach zawsze czynili szychtę lżejszą i bardziej znośną. Bo i gadać się dużo gadało. I porechotało się zdrowo. Ba, nawet po robocie się niekiedy wychyliło co nieco ognistego, albo w sobotę, rechocząc dalej na wyścigi.

 
No i byli jeszcze znajomi spoza kotłowni - i to ilu! Z nimi włóczyło się zarówno po lasach, jak i po knajpach, paliło ogniska i paliło głupa, myśli i schematy szatkowało beztrosko na małe kawałki i komponowało z nich sałatkę dnia. Przemykało się, chichocząc, między kroplami deszczu i krzyczało na burzę, prosto w jej czarną, rozdartą i najeżoną ostrymi piorunami paszczę. Właziło na drzewa i mosty, żeby poskrobać paznokciem wielki, złoty księżyc wiszący nad miastem.

Choć dookoła piekielnie było dosyć - to jednak jakoś ludzko też.



Teraz Diabeł od kilku lat cieszy się jako-taką finansową stabilizacją, nie musi przez dwa tygodnie przed wypłatą udawać, że tak bardzo smakują mu chińskie zupki ze złotego kurczaka, a jeden plaster pomidora dziennie wydzielany starannie do kanapki na drugie śniadanie całkowicie zaspokaja jego potrzeby na świeże warzywa.
Nie dostaje migotania przedsionków kiedy trzeba kupić nowe buty. Nawet na urlop se wyskoczy czasem, ogon w morzu ciepłym pomoczy i wyszlifuje racice na bruku uroczych, klimatycznych miasteczek.
Tylko koledzy w kotłowni jacyś tacy inni. Ułożeni. Układni. Grzeczni. Uczesani i przystrzyżeni- grzywki i myśli pod grzywką wedle poprawnych, ustalonych odgórnie wzorców i mód. Małomówni. Najczęściej w ciągu całej szychty nie padnie więcej niż kilka zdań. A poza kotłownią to już w ogóle żadnych kolegów nie ma. Niente, nada. Po szychcie Diabeł wraca do domu, w którym też się za wiele nie rozmawia, bo kto ma siłę jeszcze wieczorami nawijać, Borsuk też wraca umęczony. No, chyba że Dziecko Zpiekłarodem, w tym wieku się nawija, ale jednak raczej ze znajomymi przez skype, siedząc w swoim chlewiku pokoju.

Potem jest sobota, dla Borsuka nawet niekiedy wolna, dla mnie na szczęście zawsze.
Pospać dłużej - śniadanie - zakupy - sprawy, na które nie było czasu w tygodniu - późny obiad - film+kieliszek wina - spać.

Potem niedziela.
Pospać dłużej - śniadanie - pranie - sprzątanie - 2-3 godziny na rysowanie (czy tam leniuchowanie / spacer / rower, jeśli pogoda) - późny obiad - film+kieliszek wina - spać.

W tą niedzielę pod wieczór już nawet siły w miarę zregenerowane są po tygodniu roboczym, człowiek nabiera trochę energii i woli czynu - ale co, jak jutro znowu poniedziałek, więc trzeba iść spać.



W wyniku powyższego rozwoju wypadków, Diabeł doszedł był do wniosku, który można przedstawić jednym, jedynym, krótkim słówkiem:




 
I chyba tak już zostanie. Nie mam siły ani czasu, żeby oddziknąć.
Chrum, chrum, kłłłiiiiiiiiii



A do tego zimno, słońca nie ma, wiatr jak prosto z Syberii (naprawdę lodowaty).
Śpię pod trzema kocami - ale jeszcze nie wyciągnęłam zimowej kołdry, tak łatwo się nie poddam, nie! Wygląda to co prawda jak barłóg króla żuli - jeden kocyk pomarańczowy z frędzlami, drugi zielony polarowy a trzeci biały pikowany, w beżowo-niebieskie kwiatki. Ale w końcu nikt na mnie nie patrzy, jak śpię. (Prawda? PRAWDA?)
No.


To na koniec jeszcze Ribu, Ribu, Wielkie Ribu.
 
(JURIUSZU!!! Bezczelnie ukradłam to sformułowanie, wiem, ale trafiłeś nim prosto w me porośnięte złota łuska serduszko!)
 
 
 
 
 

 
 
 



I idę dalej walczyć z:

- niekorzystną aura (aktualnie +12 stopni i leje)

- roszczeniowym klientem (ten zielony kolor proszę zrobić bardziej normalny, taka barwa podstawowa, a czerwony intensywny ale jasny i przejrzysty)

- figlarną drukarnią (podsuwa nieaktualne wykrojniki)

- oraz z czymkolwiek tam mi się przyjdzie jeszcze zmierzyć.


No to czołem, i burakiem.

]:-*

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...