poniedziałek, 5 listopada 2018

Wielki Bzzzu. Prawie-elegia o melancholijnej musze. Oraz kot, duuużo kota.

Rachu-ciachu i po Halloween. Szkoda. Uwielbiam cały ten klimat, wystrój, dynie, czaszki, czarownice, czarne koty. 
No i przynajmniej raz można kupić tonę słodyczy bez żadnych dziwnych spojrzeń że "Ona to wszystko zje?!" 
(a zje, zje, co ma nie zjeść)
Nawet czarownicę Sabrinę na Netflixie wciągnęłam - myślałam że to jest jakaś bajka dla nastolatków o miłości w stylu tych tam wampirów Zmierzchu świecących w słońcu brokatem, a tu się okazało, że całkiem fajna opowiastka w wiedźmowatym klimacie, ciotka Hilda - the best one! I optycznie po prostu bardzo ładnie, a jak lubię jak jest ładnie. Scena w kuchni zawalonej cytrynami przerabianymi na przetwory - aaach, mogłabym tam zamieszkać, w tej kuchni, na krześle!
Żadne wielkie kino - lekko ale fajnie i z odrobiną czarnego humoru.

.......................................

Orzechy włoskie z drzewa na naszym podwórku, zazwyczaj pilnie wynoszone przez wiewiórki, sroki i wrony, w tym sezonie padły łupem dwóch sąsiadek. Po wielkiej wichurze poszły z siatami pod drzewo i wyniosły po 100 kilo - tylko po co to nie wiem, bo najeść to się tym nie da, trzeba chyba ze 2 kilo nałupać żeby cokolwiek uzyskać. No ale tak to już jest z ludźmi, że jak coś jest za darmo, to trzeba brać. 
(Co wie każdy, kto kiedykolwiek wystawiał coś na targach. Zniknie nawet twoje prywatne jabłko, nieopatrznie położone na stoliku)
Chyba że orzechówkę będą pędzić, przekonamy się.

.......................................

Oraz mamy w domu muchę. Pojawiła się jakiś tydzień temu, dawno po zniknięciu całego rodu muszego (czy ród muszy zapada w sen zimowy czy po prostu przechodzi do muszej krainy wiecznych łowów, to nie wiem, ale w każdym razie dawno już zniknął)
No a ta lata i lata, samotna taka. Ostatni Mohikanin muszego świata. 
Całkiem inaczej się patrzy na taką pojedyńczą, spóźnioną muchę - w lecie rój much to po prostu rój much. Denerwujące, wkurzające, włażące wszędzie gdzie się da stworzenia. A taka jedyna, samotna, skupia nagle na sobie całą uwagę, zmusza do obserwacji, staje się postacią dramatyczną!

Po kilku dniach zachciałam tego niedobitka jakoś nazwać, bo jednak spędzamy tyle czasu razem. Niech będzie dalej w konwencji indiańskiej, niech będzie Wielki Bzzzu.

Wielki Bzzzu jest melancholikiem. Lata powoli, bezgłośnie i apatycznie, nie tak wściekle jak to czynią muchy w lecie, w ogóle nie traci się go z oczu jak mozolnie przebija się przez bezbrzeżną pustkę pokoju. 
Kręci smętne ósemki jak na zwolnionym filmie. Siada na oknie i patrzy tęsknym wzrokiem we mgłę na zewnątrz, czy może widać gdzieś na prerii horyzoncie jakichś współplemieńców. Macha tymi maleńkimi rączkami "Tu jestem, tu! Czekam!"
Cichutko i skromnie pożywia się na plamce zaschniętego sosu w kuchni. 
W łazience spędza długie godziny, zagubiony wsród odbić w kafelkach, niczym wsród duchów przodków. 
W środę miałam wolny dzień, i razem obejrzeliśmy "Maniac" - na ekranie telewizora mały Wielki Bzzzu błądził w dymie papierosowym doktor Fujity, grzał się na jej maleńkiej czarce herbaty, ckliwie gładził emitowany przez pixele blask jej okularów. 

Do nas, żywych ludzi, się nie zbliża. Porusza się po marginesach naszego mieszkania, nie wchodząc nikomu w drogę. Jakby go już prawie nie było, jakby przeczuwał muszą zagładę, koniec muszej epoki. 
Markotnie, cichutko, boczkiem. Z rezygnacją. 
Mnie natomiast bolał ząb, co może poniekąd tłumaczy to lekkie elegijne zabarwienie obserwacji owada. Ale wisi już nad nim (nad zębem) termin u dentysty, jutro. Ma trwać godzinę. Ten pierwszy raz, bo potem jeszcze dwa terminy. Miejcie mnie w opiece, duchy Mohikan, żeby mi szczęka nie odpadła i żeby pan doktor miał super fajne znieczulające dragi. 

A dla tych, co nie zaglądają na Instagrama, mam tu moją opowiastkę o kocie i dyni. Powstała w ramach Inktober (challenge rysunkowy), czyli jeden rysunek dziennie przez cały październik z finałem w Halloween - ale jako że wszelkie siły wszechświata uparły się ostatnio na urozmaicanie mojego życia swoim do niego wkładem, to dałam radę tylko 20.



Voilà: le Kot et la Dynia!

Nie ufam tej dyni. Lepiej bede jej strzegl!
(nie wiadomo przeciez, co jej do tego lba kostropatego moze strzelic,nie?)


Ha! Mam cie! Nawet nie próbuje teraz uciekac. Nawet nie próbuj.
(no bez szans jest)


Nawet nie drgnij! Ja tu ciagle jestem!
(nie, nie ty, mala myszo. Z tym futrzatym dziwakiem to ty tu jestes calkiem bezpieczna, on ma inne cele)


Obserwuje! Mówilem! Ciagle cie obserwuje.
(nie ma wuja we wsi, nie uciekniesz)



Aha! Próbowalas uciec jak nie patrzylem! Sprytnie dynio, sprytnie. Ale NIE DOSC sprytnie!


OK, dobra. Nie zebys byla moim przyjacielem, nie nie, ale dzisiaj jest nudno. Chcesz sie pobawic? Nie? Hmmm....
(jak mozna nie chciec myszy wypchanej kocia trawka?! cos tu jest naprawde nie tak)


Ej, dynia! Czemu sie przestalas ruszac? Spisz?


Moze jestes chora? Albo glodna? Chcesz cos wrzucic?
Swieza, z zeszlego tygodnia.


EEEEEEJ! Ty mnie slyszysz w ogóle?! Chce sie bawic ty gópia pomaranczowa [paro posladków]


No dobra, ty przerosniety kartoflu! Jak ty sie nie chcesz bawic, to ja tez nie chce!
(no szantaz pierwszej klasy, doprawdy)


Nuuuudnooooo.....


Ej, dynia! A chcesz, zawolam ci moich sluzacych, chcesz?
Nie? Hmmm...
Bo mam dwóch czlowieków, wiesz. Odkad bylem kociatkiem.


A moze masz problem z brzuszkiem, co? Musisz wypluc klaczek? Nie wstydz sie, wypluj to cholerstwo, mówie ci! Dawaj, dawaj!
(porady specjalisty)


Ej, dynia! A moze pobawimy sie na dworze, w ogrodzie?
Nie? Hmmm...
Ale w sumie rozumiem, no. Mokre, zimne lapki, nie? Brrrr!!!! Tez tego nie cierpie.
(przechodzimy do omawiania wspólnych problemów? To chyba juz wyrazne wiezy jakies sie nam tu wytworzyly)


No ale teraz serio, co jest z toba nie tak? Nie ruszasz sie, nie mówisz, nawet nie jesz!!! Odmawiasz zabawy moja mysza, wypchana kocia trawka, bro!
(Bardzo sie caly czas staram nie brac tego osobiscie, wierz mi)



Emmm... sluchaj... Nie chce byc niegrzeczny, ale... Czy jest mozliwe ze ty jestes... yyy... nie tak calkiem zywy? Albo tak jakos... no wiesz, wcale i calkiem niezywy? Moze? Co?


OK, spójrzmy w oczy faktom. Ten kolo tutaj nawet mnie nie slyszy. Przez 3 tygodnie gadalem do niezywej dyni. To jakas zenada jest przeciez. Jak moja sluzba mogla do tego dopuscic?!!!
Grrrr! Moja zemsta bedzie bolesna i bezlitosna!


Oho, o wilku mowa. Tak, zabierzcie go, zdrajcy. Ukorzcie sie, na kolanach, i moze zabije was SZYBKO. Moze.
(rozjuszyli bestie - beda srogie konsekwencje)


A to co k... kostki wolowej?! Woooow! Ej, to ty jestes zombi?! Czemu mi nie powiedziales od razu?! Ale zarabiscie! Mega hyper super duper zarabiscie!




Bo teraz, mój przyjacielu, zawladniemy swiatem!!! Z twoim wygladem i moja nieporównywalnie szczwana inteligencja, ohhhh! Na kosci Wielkiego Cthuhlu, przejmujemy ten swiat, czlowieki!!!!
Bua-ha-haaaaaaa!!!!


KONIEC.


Nie wiem czy ostatecznie udało się tej arcyprzebiegłej szajce przejąć władzę, tutaj w kazdym razie nic za bardzo nie widać... (ale może to część planu) A jak u was? 

P.S. Dziękuję serdecznie wszystkim pocieszycielom z ostatniego razu. Naprawdę, zrobiło mi się cieplej, miękcej, i pachniało czekoladą. Serio.
Jesteście najlepsi ♥


~(*♥*)~

środa, 24 października 2018

Nie ma mnie.

Znikłam, wyparowałam, wilki mnie zjadły, uległam absorbcji przez ciemną materię. Nie ma nawet mojego cienia - porwały go dzieci nocy o głowach z upiornych dyni, capnęły go chudymi palcami o spiczastych pazurkach i uciekły chichocząc. Pewnie teraz szyją sobie z niego czarne peleryny-niewidki. 

Ja - mizerne strzępki jakiejś tam byle jakiej osobowości, pałętające się luźno w powłoce ciała, w klatce z kości, jak najmniejsza z matrioszek zamknięta w największej. 
Forma ze śladową ilością nieciekawej treści. 
Nawet tego teraz nie ma - rozwiał mnie wiatr, zmieszał te strzępki z jesiennymi liśćmi, zawiesił kilka na opuszczonych sznurkach do prania, cisnął w błoto. 
Przeraża mnie czasem to, jak bardzo nikim jestem. No, chyba że tchórzem. Tchórzem jestem pierwszorzędnym, ale to nie o to chodzi. 

Istnienie w mediach nie dopuszcza niczego poza radością, więc pewnie i tego postu nawet nie ma. Może mnie w ogóle nie ma i nigdy nie było, a może zostałam w tym lesie, kilka tygodni temu, wsród szepczących paproci. 

Może gdybym wykształciła jakieś cechy i zalety, charakter, poglądy, błyskotliwe myśli, to może miałabym jakieś znaczenie, jakąś wartość, może trochę bardziej bym była. Nie żeby od razu kimś znaczącym, po prostu sobą. Może... Może, może. A może i nie. 
Może te kilka marnych strzępków zaciśniętych w supeł na gardle i sercu, to właśnie ja, to wszystko, i reklamacji za wybrakowany towar nie uwzględnia się. 



Portret sprawców: wilcy, co mnie zjedli, i ciemna materia.

poniedziałek, 8 października 2018

Powrót.

A gdyby tak skurczyć się, zwinąć jak liść, albo poskładać w kostkę jak prześcieradło? Stulić płatki, zzipować, i schować się za biurową paprotką. Albo za kubkiem z kawą. Zniknąć im z oczu, co z oczu to z serca przecież, nie zauważyliby nawet. 
Odczekać chwilę, dla pewności, a potem wymknąć się przez uchylone okno na zewnętrzny parapet, wskoczyć na grzbiet przelatującej obok wrony i dać się nieść skrzydłom, miękkim i czarnym jak mrok. 

Lecieć, aż do wieczora.
Spędzić noc w szeleszczących cicho gałęziach brzozy. Zamiast pościeli - wronie pióra pachnące ziemią i dymem ognisk.
Odległe światło gwiazd nagle tak blisko, że mrowi w twarz, brzęczy w głowie echem dawno przebrzmiałych eksplozji. 


Krople porannej rosy na trawie. Z mgły, jak z mlecznej, skłębionej nicości wyłania się las. Wyrasta powoli z mchów i paproci, mruga tysiącem jagodowych oczu. Leśny strumień spłukuje resztki nocy, znika pod drzewami, zostawiając w ich korzeniach kilka gwiazd.
Wronie skrzydła otrząsają się z nocnego chłodu. Nad dziobem oko jak czarne lusterko, w którym widzę swoje odbicie, jakby innej takiej, może tej prawdziwej właśnie?

Wejdę w las, taka zmniejszona, nie większa od kota. W szepty jesiennych paproci, labirynty sosnowych korzeni. W opadłe, złociste liście, w czarcie kręgi grzybów wyrastające ze szmaragdowego mroku miękkich mchów. Zmienię skalę, rzeczy drobne staną się wielkimi; kropla wody zawieszona na źdźble trawy, taniec świetlików, lot sowy. Kolor wrzosów. 
Milczenie ciemnego jeziora, fosforyzujący mech.

Wejdę w las, taka lekka nie zostawię za sobą żadnych śladów. Będę tylko małą, ulotną częścią całości. Odcinkiem w czasie, który przemija jak szum traw, bez uciążliwego szukania celu i sensu. Bez balastu oczekiwań.

Wejdę w las, a pożółkła trawa i jagodowe krzewy zamkną się za mną jak gdyby nigdy nic.






............................................
Ten wpis i obrazki, gdzie jak widzicie zaszalałam cyfrowo, to wynik fascynacji norweskim lasem. Kto raz w niego wejdzie, jest stracony - zawsze będzie chciał wrócić. Teraz właśnie zaliczyłam go w wersji lekko jesiennej, z zyliardem różnorakich grzybów, krzaczkami jagód w jesiennych kolorach, bujnymi porostami zwisającymi z drzew, i tak, był fosforyzujący mech! :)
............................................







A teraz przepis na curry, bo obiecałam Adamowi, a przy okazji może i ktoś jeszcze skorzysta. 
Wszystkie składniki są w ilościach "mniej więcej" bo ja zawsze raczej improwizuję i podążam za fantazją niż za przepisem. Wychodzi tego curry DUŻO - my w trójkę mamy na dwa obiady, i to tak na bogato.
No i przyprawy do curry to jest historia sama w sobie oczywiście, ja biorę po prostu gotową pastę średnio ostrą, więc niczym tu nie zabłysnę ani nie zaskoczę. Do zrobienia mieszanki samodzielnie to jeszcze nie dorosłam.

Ogólnie to chodzi o to, że curry jest na bazie soczewicy + chrupiące warzywka, lekko ostre, a kontrastem są kostki dyni o rozkosznie kremowej konsystencji i łagodnym smaku. No mega po prostu.

- 1 puszka mleka kokosowego
- przyprawa do curry (ostra raczej, 3-4 łyżki)
- 2 średnie cebule
- 1 ząbek czosnku
- 350 gram dyni Hokkaido pokrojonej w kostkę (o boku powiedzmy niecałego 1 cm) I pamiętamy, Hokkaido jako jedynej dyni nie trzeba obierać ze skórki.
- 1,5 - 2 szklanki suchej soczewicy czerwonej albo żółtej (takiej co się gotuje w 20 minut)
- 0,75 litra bulionu warzywnego
- trochę (1-2 szklanki, powiedzmy) kalafiora w małych różyczkach
- 3/4 szklanki passaty pomidorowej
- 300 gram pieczarek albo cukinii albo innego warzywa, follow your belly, let your dreams run.
- nać pietruszki


Mleko kokosowe siup do dużego garnka, na to posiekaną cebulkę. Smażymy kilka minut, dodajemy zgnieciony czosnek i przyprawę do curry. Smażymy jeszcze parę minut, aż zacznie tak ładnie pachnieć że żołądek zaczyna krzyczeć "szybciej, szybciej!!!" 

Wrzucamy opłukaną soczewicę, pokrojona dynię, wlewamy bulion i passatę. Jak się zagotuje to na małym ogniu niech sobie pyka jakieś 10 minut.

W tym czasie bierzemy pokrojone pieczarki czy tam cukinię i przysmażamy na patelni (+ sól, pieprz).

Jak minęło w naszym garnku już te 10 minut, to wrzucamy kalafior (surowy) i pieczarki z patelni. Dodajemy soli do smaku i ewentualnie jeszcze przypraw, i niech se pyka następne 10-15 minut. Po drodze kontrolujemy poziom wody, bo może być że trzeba dolać, soczewica dużo pije.
UWAGA, pod koniec łatwo się przypala, więc lepiej czuwać niż siedzieć w internetach.
Jeśli wybraliśmy opcję z cukinią, to ją wrzucamy do garnka na samym końcu, bo inaczej się rozmemła.

Pod koniec gotowania wrzucamy pietruszkową nać, mieszamy, upewniamy się czy soczewica naprawdę jest miękka.
Nakładamy na talerz z ryżem, popadamy w obłęd, przez następny kwadrans świat składa się wyłącznie z dyni, taki dyniowy Minecraft.

No to smacznego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...