poniedziałek, 14 stycznia 2019

Jak ma na imię Szatan?

Słuchajcie, nie jest najgorzej. Co prawda wieje jak wściekłe, że szyby w oknach trzeszczą, pada (tu deszcze, ówdzie śniegi, czasem oba na raz) i biometr niezwykle niekorzystny - ale, ALE!!! Mogłoby też być tak, jak mi się śniło dzisiaj, a gwarantuję, nie chcielibyście tego. 

Bo wymyśliłam w tym śnie całkiem nowy stan pogodowy!
Była zima, białe chmury, śnieg na ulicach, a na wysokości piątego piętra budynków w powietrzu utworzyła się warstwa LODU, normalnie jak na wodzie. No i potem wiatr i ruchy powietrza zaczęły ten lód kruszyć i on oczywiście zaczął spadać na ziemię, na ludzi, psy i sikorki, no idziesz sobie, idziesz, a tu nagle z nieba lecą ci na łeb rozpędzone kawały lodowej kry... Średnio, co? 
Ja akurat na szczęście byłam w domu i widziałam z wysokości drugiego czy trzeciego piętra jak się kruszy i spada. 
Mam bardzo wielką nadzieję, że coś takiego jest absolutnie niemożliwe. 
I chyba jest to pomysł na nowy film katastroficzny, takiego zdaje się jeszcze nie było. 

..................................

A z niecodziennych przeżyć to jeszcze jedno mam. Dziecko Zpiekłarodem zaczęło od niedawna dorywczo pracować, i po jakimś czasie z urlopu wrócił jeden pracownik, którego jeszcze nie znała. I przyszedł się przedstawić nowej współpracownicy:
- Cześć, jestem Szatan, ale możesz mi mówic Ulli.
Uroczo, prawda?

..................................

A jak już o zimie mowa, bo mi się przypomniało: czytałam kiedyś książkę o powstaniu dekabrystów w carskiej Rosji. Na podstawie pamiętników i listów, więc wiarygodna. No i jak już tym dekabrystom nie wyszło, to car Mikołaj - jak nakazywała miejscowa tradycja - zesłał ponad setkę ich przywódców, ludzi ze starych, arystokratycznych rodów, na Syberię do więzienia i kopalni. 
Z tym że słowo "więzienie" to nie jest całkiem na miejscu chyba, bo to były wykute w litej skale lodowate cele, mokre i całkowicie ciemne (nawet bez okienka w drzwiach), a więźniowie byli cały czas przykuci łańcuchami do ścian. Rano pobudka, do kopalni na 6 godzin, następnie na 2 godziny do świetlicy na posiłek i mały odpoczynek i potem zpowrotem do ciemnej celi, na łańcuch. Czyli było tam jeszcze bardziej średnio niż w moim śnie. 

I teraz sobie przedstawcie, że to była jeszcze wersja light, ze względu na arystokratyczne pochodzenie więźniów (żeby nie kipnęli od razu, wychuchane chłoptasie) bo obok było osobne więzienie dla przestępców z "normalnych" kręgów społecznych, morderców, złodziei itd. (Ale pracowali w kopalni wszyscy razem) 
No i ci niearystokratyczni mieli podobno o wiele bardziej przerąbane, szczególnie jeśli chodzi o czas pracy, po sześciu godzinach to oni dopiero się rozgrzewali pewnie. I oto trzem z nich udało się uciec! Niewiarygodne wręcz, ale jednak. I co zrobili cię szczęśliwcy, ci wybrańcy losu? 
Ano pod osłoną nocy poszli do wsi i za posiadane 5 rubli (pożyczone od autorki pamiętnika) ... schlali się na umór. 
I oczywiście ocknęli się zpowrotem w tym samym więzieniu. 
To się nazywa fason i brawura, nie?  
(Yolo: the Origin)

..................................

To zostawiam was z jeszcze jednym szatano-kotkiem, których wyprodukowałam naprawdę niepokojąco dużo, i idę na trzecią herbatę, bo inaczej przymarznę do krzesła i trzeba mnie będzie na fajrant odkuwać młotkiem i łomem. 

Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie prawdziwego imienia Szatana, nie wiadomo co się może w życiu przydać.























poniedziałek, 7 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: cierpliwość.

Sobotnie zakupy spożywki. Nikt tego nie lubi, ale przejść przez to trzeba.

Najpierw krążenie wkółko parkingu jak stadko wilków wypatrujące rannej sarenki. Już od razu tutaj, na początku, próba cierpliwości i test sprawnościowy w jednym - bo ciasno straszliwie a do tego ludzie łażą jak ślepi, jakby nie widzieli ile aut dookoła: a to wózek z dzieckiem stoi na środku ulicy bo ojciec roku akurat upycha zakupy w bagażniku, tu jakiś czterolatek biega samopas między jadącymi samochodami, tu rodzina z psem na kilometrowej smyczy przechadza się jak po parku, smyczą oplatane już są cztery auta i jeden pan na rowerze, a pies najspokojniej w świecie "staje na rękach" na parkingowym poboczu szerokości 30 cm. 

Po upolowaniu sarenki miejsca na parkingu i wejściu do sklepu mamy kolejne wyzwanie - Walkę Rydwanów na dziale warzyw i owoców. Marketowe wózki robią się chyba coraz większe, a naprawdę trudno jest upchnąć 147 takich pojazdów wraz z powożącymi i ich dziećmi między skrzynkami ogórków a piramidami jabłek. Na dodatek niektóre Keviny - tak się tu mówi na Januszy - myślą, że jak postawią swój wózek wpoprzek przejścia na te dwadzieścia parę minut podczas których wybierają odpowiedniej wielkości cukinię, to oesssu, przecież nic się nie stanie. Choć zaraz, zaraz, "myślą" to chyba nie jest odpowiednie słowo tutaj.

Pustki w półkach z kartoflem. Kryzys idzie?! A jak już na kartofla zeszliśmy, to ja chciałam zapytać co za sadysta w tym kraju kazał kierować do sklepów tylko te nie większe od bardzo małego jajka? Przecież obranie ziemniorów na obiad dla nas trojga już powoduje przykurcz mięśnia w ręce trzymającej nożyk, a co dopiero jak ktoś ma troje dzieci... No i co się właściwie dzieje z tymi dużymi ziemniakami? Wszystkie idą na frytki do Maca?! Mówię wam, jak jadę do Polski to w osiedlowym Tesco mnie takie wzruszenie ogarnia na widok tych kartoflów w rozsądnym, słusznym rozmiarze, wystarczy obrać po 1-2 na osobę i gotowe. Tutaj trzeba w trudzie i znoju ścibolić po 40 na głowę. 
Za to pory są wielkości - i grubości - sekwoi, medal dla tego, kto potrafi taki egzemplarz zużyć na raz w całości. Ja mam już litrowy pojemnik siekanego pora w zamrażarce. 

Bułki na niedzielę, makaron, puszkę groszku i kostkę masła zwijam w biegu, tam zawsze idzie dobrze i szybko. 
To samo przy półce z hummusem - toż przebóg, kto to je w ogóle! - więc mogę spokojnie nawet skład przeczytać, bo niemiecki producent żywności za sprawę honoru poczytuje sobie wlanie litra octu do wszelkich słoików i pudełeczek z dipem, sosem czy warzywem, inaczej produkt jest niejadalny. Więc szukam tych nielicznych bezoctowych rebeliantów. 

Następnie przytrafia się mała zawieszka Borsuka przy półkach z whiskey, ale to zrozumiałe jest. Wszak takie chwile należy celebrować. Ja się od kilku lat zafiksowałam na jednym winie, to mi szybko idzie, ale teraz akurat zachciało mi się czekoladowego Baileysa, a nie było, więc płakałam troszkę.

Dział krojonych na wagę wędlin i mięs to nie nasz świat, więc na szczęście stanie w dodatkowej kolejce nas omija. Ale dla równowagi półka z sojowymi / seitanowymi rzeczami na chleb i na obiad wciśnięta jest za szeroki filar, i wejść tam można tylko pojedyńczo, bez koszyka, i będąc w miarę szczupłym, z tym że trzeba najpierw zdjąć kurtkę, wciągnąć brzuch, ramiona rozsunąć i ustawić po bokach tułowia, a stopy też stawiać bokiem. Tak jak te śmieszne ludziki na staroegipskich papirusach. Widać też wszędzie mieli ciasno. 

Zagadka tartej bułki... Jedne sklepy stawiają przy pieczywie, inne przy mące i cukrze, jeszcze inne wśród przypraw. You never know! Daj się zaskoczyć.

Mleko bez laktozy schowano nie wiedzieć czemu w dziale dla bezglutenowców. 

53 rodzaje mrożonych tortów i ani jednego czekoladowego. Wszędzie tylko lukier i farbowana galaretka. Co za barbarzyński kraj...  :(

Potem jeszcze tylko szukanie igły w stogu siana, czyli wyłuskanie zpośród czterystu odmian crème fraîche kubeczka zwykłej śmietany - crème fraîche odkąd się pojawił, wyoutowal ją z półek prawie całkowicie, nie wiem dlaczego. Bo lepiej brzmi? 
Prowadzi do tej śmietany niekończąca się aleja jogurtowa, jak pas startowy dla Jumbo Jeta, no ale trudno, innej drogi nie ma, jak się chce mizerię na obiad to trzeba przez to przejść. Oczywiście tu znów Keviny rozkminiające czy wziąć zdrowy i modny jogurt z ochydnym glutem chia, suszoną agawą, karmelizowanym selerem i łzami delfina, czy zwykły brzoskwiniowy, który co prawda smakuje w pyteczkę ale cebulacko wygląda we wspólnej lodówce w korpo-kuchni.

To jeszcze szybko jakieś chrupki na wieczór i jesteśmy w kasie. 
Kolejki do kas długie, a oświetlenie sufitowe dobre, mocne, cieplutkie, stoimy więc w tych zimowych kurtkach jak kurczaki w inkubatorze. (W kolejce do - hy hy - oskubania)

Kończy się papier do drukowania paragonów. 

Kod z jogurtu z karmelizowanym delfinem nie chce wejść na kasę.

Przed nami zakupy na taśmę wykłada znowu jeden z tych bardzo dziwnych ludzi, co nie ogarniają, że jak butelki się położy w poprzek taśmy, to one będą się toczyć do tyłu za każdym razem jak taśma ruszy do przodu. Serio, Kevin, ZA KAŻDYM RAZEM, naprawdę. Ale zamiast położyć je po prostu wzdłuż taśmy, to Kevin co i rusz przytrzymuję je ręką, przetacza dwa metry do przodu i uważa, żeby nie stukały jedna o drugą. No i jak ten świat ma nie upaść, skoro 90% ludzi nie ogarnia tak prostego zjawiska?! Jak im się woda z wanny przelewa, to też wycierają ciągle podłogę zamiast zakręcić kran? Dodajmy do tego te puszczone samopas na parkingu dzieci i psy, i mamy pewność że gatunek ludzki dąży ku samozagładzie. Kiedyś nastanie taka chwila, że procent Kevinów w ziemskiej populacji wzrośnie na tyle, że zacznie się staczanie po równi pochyłej, a wiadomo jak to wtedy leci. Szybko i w dół. 

Każda interakcja z większą masą ludzką kończy się u mnie tymi samymi wnioskami. Trudno, będę już zawsze dzikiem-samotnikiem. Chrum chrum, kłłłiiiii.
Ehhh...

To popatrzmy sobie w gwiazdy dla uspokojenia. Koziorożec w gwiezdnym, złotym pyle:











No. Od razu lepiej, co? Mi tak :)

środa, 2 stycznia 2019

Dlaczego oglądamy złe filmy?

Jeszcze tylko 4 miesiące i wiosna!
Hy hy. 
Państwo wybaczą ten czarny humor z samego rana, ale się wczoraj bardzo przejadłam bigosu i dziś mam marne samopoczucie, a i noc była marna. Unikam przejadania się ogólnie, ale jednak wczoraj jakoś tak wyszło, gópio było zostawiać w garnku taką resztkę na dnie - tym bardziej że w nocy wicher nie zwiał mi jednak tego garnka z balkonu chociaż bardzo się starał - no to teraz mam za swoje. 

Do północy w Sylwestra dotrwałam, oglądając bardzo, baaardzo zły film o eksperymentalnym, inteligentnym samolocie bojowym, zwanym pieszczotliwie Blaszakiem, co to naprawdę latał tak jak nazwa wskazuje czyli sam, bez człowieka. I najpierw stał się zły bo piorun uderzył mu w przetwornik kwantowy, ściągnął z internetu w garażu wszystkie piosenki (serio, tak powiedzieli: wszystkie) i wyruszył na misję uwalniania świata od terrorystów nie bacząc na ogromne straty w cywilach. 
Ale później docenił prawdziwą, męska przyjaźń z dowódcą swojej drużyny (z człowiekiem znaczy) który najpierw go ścigał żeby go zestrzelić za tą samowolkę, ale potem już jakoś nie (może przegapiłam dlaczego) no i w końcu Blaszak zginął bohatersko ratując tegoż dowódcę i jego ukochaną przed ostrzałem na granicy dwóch Korei. 
No? Oglądał ktoś gorszy film? 
Ha! Tak myślałam.
Wszystko to trwało bite dwie godziny i zmuszało do refleksji na temat "dlaczego my to właściwie oglądamy i czy naprawdę tak bardzo nie chce nam się nacisnąć paru guziczków w tym Netflixie?" 
Niech każdy, kto zna ten problem sam sobie odpowie na to pytanie, po cichu, jak mu wstyd na głos.

Rakiety natomiast jak zaczęły na podwórku strzelać o tej północy, tak strzelały godzinę (czyli podczas drugiej godziny Blaszaka, więc to była zaprawdę wystrzałowa noc). Zawsze nie mogę się nadziwić dlaczego puszczanie z ogniem takiej grubej kasy sprawia ludziom tyle radości? No ale ja dziwny człowiek jestem, wiem. Dzik z puszczy.


To jak już mowa o strzelaniu, to takiego Strzelca namalowałam, o:
















Format A4, w sklepiku nawet już TUTAJ siedzi.


No i obeszło się tym razem bez sylwestrowego tureckiego disco do 4 rano po sąsiedzku, jak w tamtym roku. Gdyż nie ma na tym świecie nic, absolutnie nic potworniejszego od tureckiego disco, te dźwięki wymyślił Szatan, jestem tego pewna. I żyłam w strachu przed powtórką już od dobrych dwóch tygodni. 
Człowiek, chociaż niezwykle utalentowany w wymyślaniu niezliczonych wersji piekła na ziemi, ma jednak za mało wyobraźni żeby stworzyć coś tak koszmarnie makabrycznego. To wyszło prosto z najciemniejszych infernalnych czeluści, jak Szatan tam siedział i toczył spienioną smołę z pyska bo akurat miał bardzo zły humor, bo ludzkość powołała do życia kolejny program pomocy bezdomnym kotkom, czy nastawiała jadłodajni dla ubogich. 
Więc proszę was, uważajcie z tym pomaganiem bliźniemu i dobroczynnością, bo potem ja tu ponoszę konsekwencje. 


To czołem, rogiem i kopytem moi mili, niech się nam szczęści w tym 2019.
Ja mam taka prośbę małą do losu (czy chyba do samej siebie raczej) żebym w końcu nabrała choć odrobinę odwagi. Tyci-tyci. Już ponad 40 lat jestem największym cykorem w galaktyce, i mimo że to jest niby zawsze jakieś osiągnięcie, to jednak gotowa jestem oddać laury. 
Ale pewnie jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. 

]:-*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...