poniedziałek, 8 stycznia 2018

Istoty rozumne zatrudnię od zaraz.

Dzińdybry państwu po raz pierwszy w nowym roku. Co was powitało u progu? Nas sąsiedzi nakurwiający turecką muzyką do 3 rano (przepraszam za wyrażenie, ale tego się nie da inaczej określić) oraz kwitnące wesolutko róże i mieczyki pod blokiem, pelargonie na balkonie i stokrotki w parku.

O ile kwiatki całkiem spoko są, chociaż jakby nie ta pora, to turecka muzyka jest absolutnym przeciwieństwem "spoko". Obojętnie o jakiej porze. Spróbujcie posłuchać jednej piosenki do końca bez zaciskania zebów, no? Spróbujcie.
Ha haaa, widzicie. Nasze rodzime burak tribal music, czyli disco polo, to przy tym Pavarotti i Czajkowski. 

Na następnego Sylwestra muszę się ukryć w jakiejś samotnej, górskiej chacie już naprawdę, co roku sobie to obiecuję tylko jeszcze jakoś nigdy mi nie wyszło.



........................................................



A teraz coś z zupełnie innej beczki.


Jak można - no JAK!!! - napisawszy tak dobrą książkę jak „Marsjanin" opublikować coś takiego jak „Artemis"? NO JAK?! Tego się nie robi czytelnikom... Dotrwałam do ostatniej strony tylko z poczucia obowiązku.
„Marsjanin" był skonstruowany jak szwajcarski zegarek, każda literka na swoim miejscu, każde wydarzenie i akcja wiarygodne i trzymające się kupy (nawet całkiem dosłownie, jak pamiętamy)
A „Artemis"... Niedociągnięcia, naciągnięcia i przegięcia. Owszem, było kilka fajnych pomysłów i szczegółów technicznych, i za każdym razem jak zaczynałam się cieszyć, że teraz nareszcie zrobi się fajnie, to Mr. Weir znowu doznawał jakiegoś udaru mózgu i zaczynał tak pleść, że czułam się - jak to trafnie ujęła niezastąpiona Barbarella - jakbym nagle zaczęła szorować dupą po piasku. Co prawda pisała akurat o innej książce, ale mi to wyrażenie idealnie pasuje.

 
Ogólnie to ciągle było na przykład tak:

Jedno niecałe przedpołudnie i kilka artykułów w necie wystarczają naszej głównej bohaterce, dziewczęciu lekko po 20 roku życia, na dogłębne poznanie zasad elektroniki i zaprojektowanie urządzenia pozwalającego jej dokonać Wielkiego Aktu Zniszczenia. Co prawda sama urządzenia nie konstruuje, bo całkiem przypadkiem ma przyjaciela potrafiącego ze skarpetki i kawałka drutu skonstruować - a jakże - WSZYSTKO, w tym... prezerwatywę wielokrotnego użytku, którą po użyciu należy (jak ktoś akurat coś je, to sorry) wywrócic na lewą stronę i nadziać na drążek w urządzeniu czyszczącym... Tak.

Ale jedźmy dalej:
Nasza Jasmine, dla przyjaciół Jazz, nie mając pieniędzy ciągle kupuje jakieś drogie rzeczy i płaci za noclegi w hotelu. Pieniędzmi. Których nie ma.

Wychowując się od szóstego roku życia na Księżycu, doskonale zna się na ziemskich zwyczajach, warunkach socjalno-ekonomicznych, atmosferze, grawitacji, fizyce i używa ich do porównan z tymi księżycowymi.

Po jednym rzucie oka na plany instalacji napowietrzającej dla całego miasta (ok, małego miasta, ale jednak) wie już WSZYSTKO bo kiedyś widziała jakiś tam zawór.

I w ogóle jak nasza bohaterka weźmie się za cokolwiek, to od razu jej wychodzi, i to jak, ho hooo! Aż dziw że bieduje tam na skraju egzystencji, zamiast opływać w luksusy. Wytrzymała jak Terminator, rzuca się z jednej akcji w drugą, co krok to action, i to prawie nie czując zmęczenia. Do tego oczywiście jest niezmiernie urodziwa, a co, nie będziemy jej żałować.


A to wszystko potrafi dlatego, że jest wielce inteligentną córką spawacza (który to zawód też ma wyuczony) MARNUJĄCĄ SWÓJ POTENCJAŁ, o czym książka kilkakrotnie przypomina w regularnych odstępach, żeby się czytelnik nie pogubił w tym skąd ona to wszystko umie i wie.
No. Po prostu umie i wie, taka się urodziła. Może wszystkie córki spawaczy tak mają.
Osobiście nawet mam dwie w rodzinie (całuski I&J) - i też widziały na pewno kiedyś jakiś zawór, więc teraz to apokalipsa w jakimkolwiek wydaniu może mi nagwizdać, buaha haaaaaa!

Mark w "Marsjaninie" był naukowcem, człowiekiem wykształconym w kilku dziedzinach i wytrenowanym w tym kierunku, żeby poradzić sobie ze wszystkim, wyuczonym w kierunku konkretnej misji i problemów. Dlatego wszystko tam pasowało. A Jasmine jest spawaczem w małej osadzie, choć aktualnie nawet nie praktykuje, tylko dostarcza przesyłki i dorabia kontrabandą.
Nie żebym coś miała do spawaczy, ale jednak w tym konkretnym przypadku to ma znaczenie.

Aha, i ta sama genialna, superinteligentna kobieta wpada w durnowate pułapki. Pułapki, które z daleka machają transparentami z czerwonym wykrzyknikiem i krzyczą „Uważaj, to ja, pułapka!" Ehhhh...

Reszta postaci już tak nie drażni, bo wszystkie właściwie spadają na drugi plan, ogólnie ciągle wałkujemy naszą główna heroinę i mamy ochotę oderwać jej łeb i nasikać do szyji.

Mam nadzieję, że jak zrobią film (bo na 100% zrobią) to zatrudnią do scenariusza jakieś istoty rozumne, bo inaczej to będą po prostu "Szybcy i wściekli" na Marsie. No dobra, może przesadzam. Ale tylko odrobinkę.
Ogólnie rzadko przybieram postawę krytyczną, bo ja przecież też nie zrobiłabym tego lepiej, a nawet z pewnością dużo gorzej, ale to było takie rozczarowanie, żem się zeźliła aż.
 

........................................................

 
No. To teraz na osłodę może kosmiczny kotek :D
Albo dwa. Bo wiadomo że dwa są lepsze niż jeden.

Oba koty jako akwarelowe oryginały są do kupienia - po dwie dychy w lokalnej walucie Ełro + przesyłka, to znaczy każdy osobno po dwie dychy, więc jakby co, to pisać śmiało śmigłym mailem. Format to taki troszkę mniej niż A4. I oczywiście najprawdziwsze akrylowe złoto się tam pięknie błyszczy, kusi oko i mami zmysły ;)

 

Voilà.
Tu pierwszy kotek, o kształcie nieco gruszkowatym, goniący złoty księżyc-rogalik:

 
 

 

 

 
 
 
 

A tu drugi koteł, taki bardziej w kształcie kiszki pasztetowej jakby, a księżyc biały i w pełni:


 

 

 

 

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...