poniedziałek, 21 grudnia 2015

Takie różne dziwne sprawy.

Dawno nie było tutaj Wielkich Ryb, chociaż w domu się z nimi nigdy na dłużej nie rozstaję, gdyż je kocham miłością nierdzewną i niezmywalną.

♥ ♥ ♥ -(ˆoˆ)- ♥ ♥ ♥

No to proszę, dla pani karpik raz a pan sobie (u)strzeli śledzika:


 
 
"Ah, potrzebujesz rybki na święta?" - czyli - "Serdecznie witamy świeżutką konserwę"
 

 
 
 
A oprócz tego to od piątku było dziwnie.
Najpierw chciałam wyjść wcześniej z pracy, ale zapomniałam. Odbyło się to w następujący sposób:
Ja, w myślach: "Przydałoby sie dziś wyjść wcześniej z pracy"
Sterta papierów na biurku: "Haaa ha ha, hiii hi hi! Kobieto, zapomnij!"
No to zapomniałam.
 

A jak już w końcu wyszłam, to w autobusie naprzeciwko mnie siedziała jakaś baba z imponującej wielkości tlenionym na jaskrawą żółć, lokatym czymś na czubku głowy. Nie wykluczam, że to była jakaś osobna, nieznana dotąd nauce forma życia, tylko akurat spała. Siedziałyśmy same na "czwórce" naprzeciwko siebie. Babie zadzwonił telefon, otworzyła torbę spoczywającą na kolanach, wyjęła telefon: "Halo? Tak, poczekaj chwilę". I "odczepia" telefon od ucha!!! Myślałam już, że przekaże go temu kudłatemu pokemonowi, że to do niego ktoś dzwoni, statek-matka czy tam inna baza kosmiczna w Galaktyce Andromedy, ale nie - baba spojrzała oto na mnie wzrokiem bazyliszka, przytuliła telefon do łona, zamknęła torbę na zamek, schowała ją pod zaciśniętą kurczowo pachę, podniosła telefon i "Dobrze, teraz mogę rozmawiać". No????? Ja wiem, w sumie mam aparycję troche nieprzysiadalną - często słyszałam od ludzi, że jak mnie jeszcze nie znali, to myśleli że ich nie lubię - ale żebym miała aż taką mordę bandyty, skłonnego do rabowania bezbronnych niewiast i ich kosmicznych pudli? Nie spodziewałam się :}
 
Potem w sobotę obejrzałam bajkę "To się nie mieści w głowie" (Inside Out), tą o mózgu i emocjach. Rany jeża, jaka ona smutna jest! Tego nikt w recenzjach nie napisał, a to dół totalny przecież! A jak już ten różowy słonik (ten wymyślony przyjaciel z dzieciństwa) na wysypisku wspomnień zaczął się rozpuszczać, znaczy znikać, noooo, to się poryczałam koncertowo. (Kalina, pies w lodowej rozpadlinie!) To niesprawiedliwe jest, znikać takie niewinne słoniki.
 
W niedzielę po śniadaniu zaś zasnęłam na stole w kuchni. Normalnie wbiłam gwoździa. Bo siedziałam, i na chwilę położyłam ręce na stole i głowę na rękach, zmywarka szumiała rytmicznie, zzzzzum, zzzzum, zzzzzum, no i hop siup, już pływałam po jakimś jeziorze na wielkim pudełku farbek plakatowych. Odpychałam się patykiem, a dookoła były wielgachne liście lilii wodnych, całkiem jak u Kasi Bajerowicz w jej genialnej książce o żabach (To jest jedna z najpiękniej zilustrowanych książek EVER!!!)
 
No i tak to. To trzymajta się, jeszcze parę dni i wolne! I obyście za często nie zapominali wyjść wcześniej z pracy ;)
 
 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Straszliwy morderca, ponury krwiożerca. Bezbronna ofiara, choć uciec się stara.

Wychodzimy z małżonkiem w sobotę z mieszkania, a na ścianie koło schodów, tak troszkę wyżej niż głowa moja sięga, siedzi ON. Pająk w rozmiarze takim, że można by go ubierać w sweterki dla yorków, tylko trzeba by więcej rękawków dorobić.
Serce mi podskoczyło i stanęło, żołądek się skurczył, a mózg skołowaciał. Chwilę mi zajęło uporanie się z tą niesubordynacją narządów wewnętrznych, albowiem cały czas przed oczami miałam wizję, jak to bydlę wkrada się nam do domu i anektuje zaciszny kącik w sypialni, a w nocy przychodzi wtulić się w ciepły róg podusi jak śpię!!!! (I kto wie, może jeszcze pożycza moje swetry)
Żeby się chociaż do czynszu dorzucił, albo obiad ugotował, ale przypuszczam, że nie zamierza.

No ale wracając: poczwara siedzi tak na tej ścianie w pozycji "gotowy do startu", zpod falującej złowieszczo skudlonej sierści łypią czerwone, złe oczka, kłapią potężne szczęki zdolne ciąć stal, jad kapie i wypala dziury w schodach...

Mimo skołowacenia, momentalnie zadziałały instynkty wykształcone przez pokolenia przodków konfrontowanych na codzień z taką straszliwą, wielkoformatową zwierzyną futerkową (jak na przykład też tygrys szablozębny) i po odzyskaniu zmysłów zobaczyłam, że stoję wciśnięta w strategicznie korzystny punkt przy przeciwległej ścianie, tuż przy drzwiach do mieszkania gwarantujących szybką ewakuację. Złożyłam w myślach głęboki ukłon w stronę szanownych atentatów, którzy poziom odwagi roztropnie utrzymywali daleko poniżej maniakalnego bohaterstwa, gwarantując sobie tym samym może i brak sławy, ale za to długie i spokojne życie, po czym odezwałam się do małżonka w te słowy:

- Omatkobosko! Patrz! Ale morderca!!! Oje! Idź ty pierwszy, jak się na ciebie rzuci, to MOŻE sie obronisz, bo jesteś silniejszy niż ja i znasz takie różne chwyty!

Na co mój Dzielny Rycerz, znudzonym tonem, nie marnując na bestie nawet jednego spojrzenia:
- Widziałem go już, siedzi tu z tydzień chyba.
- Co?!! I ja koło niego codziennie przechodziłam? To dlaczego mi nie powiedziałeś?!!
- A po co?

I za tym pytaniem, wbrew pozorom, kryje się wielce roztropna decyzja - no bo faktycznie, po co? Oszczędziło to wszak paru dni niezłego cyrku i bezsennych nocy. Oraz nawet być może licznych i bolesnych złamań kończyn wskutek schodzenia po schodach z wykręconą o 180 stopni głową (bo przecież muszę mieć go na oku!)

No więc używając małżonka jako żywej tarczy jakoś się koło smoka przemknęłam, po powrocie też. A następnego dnia mordercy już, całe szczęście, nie było. Ufff. Widać nie wpisaliśmy się w jego preferencje co do wyboru ofiary. Z sąsiadów też nikogo nie brakuje, choć Frau von See z parteru powłóczy nogą w grubym opatrunku. Dzielna kobieta, nie poddała się bez walki!

...................

A skoro już jesteśmy przy potworach. Ogłoszenie z prasy lokalnej:

ATRAKCYJNY ZAMEK na wzgórzu, ze smokiem i huśtawką tanio sprzedam. Tylko poważne oferty. Kontakt: ksiezniczka_szloch-w-lochu@imperium.com



 

wtorek, 8 grudnia 2015

Zapaść


To co, gotowi zapaść w sen zimowy? Ciepłe piżamki przygotowane?

 

 
 

 
 
Ciekawa lektura na podorędziu?
 
 

 
 
 
 
 
Misiu zaprasza jakby co do gawry, jest ciepła, przestronna i z widokiem na niebo. I on sam też ciepły ( i w sumie przestronny) oraz mientciutki.
 
 
 

 
 
 
 

A przed zapaścią, znaczy przed zaśnięciem, opowiemy sobie o Panu Od Jajec.


Otóż Pan Od Jajec był chudy, długi, w górze zakończony jasnobrązowym, loczkowatym mega-wiechciem kształtu gwiazdowatego, coś jak krzyżówka Hendrixa z Lisą Simpson. Zaatakował mnie na ulicy. Stał tam też mały przenośny straganik, na nim jakieś ulotki o wolnych kurach wkomponowanych w rajskie krajobrazy rodem z sielskich broszurek pewnej powszechnie znanej mniejszosci religijnej. Za straganikiem dwie dziewoje. A Kurzy Zbawiciel krążył dokoła jako ten satelita i zagadywał przechodniów, no i dopadł też mnie (chociaż uciekałam, zawsze uciekam od takich zagadujących ludzi, NIE-CIER-PIĘ jak mnie ktoś zaczepia na ulicy).

No więc satelita Wolny Kurnik leci (Cвободный Курятник III), wchodzi na kurs kolizyjny z moim, macha tą broszurką o wyzwolonej kurze i z bojowym błyskiem w oku krzyczy (naprawdę, było słychać wykrzykniki po każdym słowie) : "Czy! pani! wie!, co! oznaczają! te! kody!!! wydrukowane!!! na!!!! jajkach?!!!!!" Na co ja, lekko zdębiawszy, odpowiadam zgodnie z prawdą: "Eee...a po co mam to wiedzieć, tak na pamięć? Przecież wszystko jest opisane na opakowaniu." Po czym odbijam w lewo, chyłkiem / boczkiem wykonuję manewr wymijania i podążam swoim kursem, zezując trochu przez ramię do tyłu - a tam Ojciec Kurzego Narodu stoi, taki przygarbiony i zagubiony jakoś w tłumie, patrzy w dół lekko potrząsając wiechciem - no i teraz nie wiem, pochylał się tak nad moją głupotą i ignorancją (no ale niby jak inaczej miałam zareagować?) czy raczej zepsułam mu akcję? Pozbawiłam sensu w życiu? Głupio mi trochu... Ale przecież NAPRAWDĘ wszystko jest napisane na opakowaniu, no nie? I to takimi, o, takiiiiimi dużymi literami. Można tego w ogóle nie zauważyć? Do tej pory nie wiem, co mam o tym myśleć. Prześpię się z tym może. W każdym razie Ojciec Kogut chyba nie przemyślał zbyt starannie sensu tej akcji.


 

poniedziałek, 30 listopada 2015

Gadał diabeł do obrazu, a obraz mu ani razu.


Się mi tak przyśniło:


Jest zimowa noc, stoję nad ogromnym, czarnym jeziorem, po którego drugiej stronie widać przysypany śniegiem drewniany dom wsród przysypanych śniegiem drewnianych drzew. I nie wiem czemu, ale koniecznie muszę się do tego domu jak najszybciej dostać. Tylko to jezioro! Aż tu nagle podchodzi do mnie lis. Jest bardzo puchaty i biało-srebrzysty, futro mu się tak ślicznie błyszczy i opalizuje w świetle księżyca, w sumie wygląda jakby było z pociętych na wąskie paseczki foliowych woreczków i srebrnej folii, wymieszanych razem, taki dyskotekowo-sylwestrowy lisek. No i ten lis mówi do mnie (tak, tak, lis do mnie mówi) że mam nie pękać, tylko wsiadać mu na grzbiet i lecimy. I nagle robię się taka jakaś mniejsza (albo on większy?) no, w każdym razie siedzę na tym lisie całkiem wygodnie, nie zgniatając go jednocześnie na nielotne frisby z wyłupiastymi gałami, jestem zagrzebana w puchate kłaki, i frrrrru! Lecimy. A w górze czas jakoś tak zwalnia, niby lecimy, ale bardzo powoli, wszedzie dookoła jest czarne niebo pełne migoczących gwiazd. W dole widzę ciemne jezioro, w którym te gwiazdy się odbijają, dach domu, dym z komina i wielką, bezkresną równinę pokrytą śniegiem. W końcu zaczynamy lądować, stajemy pod drzwiami domu. "Widzisz? Mówiłem." - mówi lis, jakby chcąc rozwiać ostatnie ewentualne wątpliwości, że naprawdę gada. Po czym sam się rozwiewa. Znika. I sen też się rozwiewa.

I chociaż zimy nie cierpię, to ten sen był bardzo fajny. Poproszę częściej takie, przefiltrowane przez 3 tęcze i chusteczkę z różowego włosia jednorożca (ha! teraz wiecie, na co został zużyty ostatni jednorożec! Na środki halucynogenne.) Się potem cieszę jak dziecko. Sportretowałam nawet tego latającego celofanowego futrzaka, żeby nie zapomnieć - i zagaduję nieśmiało od paru dni, ale on nic! Milczy. Ale za to ciągle lata - trzy razy już spadł z półki.
 
 
 
 
 
....................................................................................................

A jak już o spadaniu mowa: rozwaliliście kiedyś dezodorant w kulce o podłogę? (Kupiłam taki w szklanym opakowaniu i oczywiście zaraz po kilku dniach SRRRU! na kafelki. Jak nigdy w życiu mi żaden nie upadł - to teraz ten szklany przeciez MUSIAŁ. Ten tak zwany Los czy tam inne Przeznaczenie to ma strasznie złośliwe poczucie humoru)
No w każdym razie, jak się już ten dezodorant rozwali, to ma się wtedy do czynienia z innym zwierzątkiem, nie futerkowym, chociaż też biało-srebrzystym: taką przezroczystą meduzą z jednym białym, ślepym okiem powstałym z wypadniętej kulki. Leży se w tym stanie ćwierćpłynno-półstałym, galareta uzbrojona w szklane odłamki i łypie upiornie bladym bielmem. Sadzone, zębate jajo-albinos (co by się to z niego wylęgło? Bazyliszek? Kikimora?). Bardzo fajnie się to sprzątało z kafelków o piątej z minutami rano, bardzo.

A na zakończenie taki miły palindrom:
- wół utył i ma miły tułów -
(Czyli ja też mam, no bo co, gorsza od woła jestem?)
 



 

piątek, 20 listopada 2015

Gdy za oknem chlapie, pada, grzmi i wieje - dźgnij neurona szpilą, niechaj nie gnuśnieje!

Oto przedstawiam państwu temporalny translokator strumienia świadomości, z funkcją dynamizacji aktywności gnostycznej, kognitywnej i emocyjnej układu neuronalnego:
 
 
 
Urządzenie należy ustawić 40-50 cm od oka (w przypadku półślepych kretów - od oka uzbrojonego w okular lub soczewkę) i otworzyć przednia klapę, odsłaniającą pierwszą tablicę z kodem transmisyjnym. W celu zainicjowania procesu translokacji, nakierować oko na górny lewy róg tablicy, i przesuwać je od lewej do prawej, oraz od góry ku dołowi (może wymagać wstępnego treningu koordynacyjnego). Metodą alternatywną jest przesuwanie urządzenia od prawej do lewej i z góry na dół, przy oku nieruchomym, jest to jednak sposób bardziej skomplikowany, z niezbadanych jeszcze przyczyn powodujący bóle ramion.
 
 
 
Po dotarciu okiem do prawego dolnego rogu pierwszej tablicy, powtarzamy procedurę na drugiej i kolejnych. Po dojściu do końca ostatniej tablicy kodu zamknąć tylną klapę. Proces translokacji powinien w tym momencie zakończyć się samoczynnie, może jednak (a nawet powinien) zostawić trwały ślad w strukturze neuronalnej, cechującej się dużą plastycznością i wysoką zdolnością adaptacji, oraz wynikający ze stymulacji wyżej wymienionych funkcji układu.
 


No czyli po ludzku - fajnie se poczytać trochu.

A skoro już inicjuję szczerą rozmowę o lekturze, to powiem coś, za co pewnie niejeden klub miłośników Świata Dysku by mnie z ochotą zlinczował, ale co jest po prostu może tylko zwykłą głupotą durnego Diabła obcującego na codzień z bytami tak ekstraordynaryjnie wysublimowanymi mentalnie, i o światowym szlifie, jak polny burak zwyczajny (Beta vulgaris). Czasem też cukrowy - ale jednak wciąż burak... (Ha! Czuję w tym zdaniu pewną głębię uniwersalnej prawdy) A więc, uwaga, mówię: nie po drodze mi z Pratchettem... Tak, możecie zacząć na mnie krzyczeć. No po prostu mnie nie wciąga i nudzi. A wychwalany pod niebiosa "Mały Książę" A.d.S.E. to wywołuje u mnie od pierwszej strony czerwony alarm (krew mi oczy zalewa), porównywalny z lekturą np. Paula Coehlo. Więc odkładam, bo grozi drgawkami, krostami na mózgu i wstrząsem anafilaktycznym. A próbowałam, nie raz, żeby nie było, że nie wiem o czym gadam. No. To się wyoutowałam.

A ostatnio siedzę u Tove Jansson. Muminki (znowu. love forever.), "dorosłe" opowiadania i biografia (po raz pierwszy). Bardzo fajnie tak znajdować nici łączące miejsca, postaci i wydarzenia z książek/obrazów z tymi z prawdziwego życia lubianego pisarza/malarza nie? Lubie. A ile ta kobieta potrafi zawrzeć w jednym opowiadaniu, ba, nawet w jednym zdaniu! Tak sobie czytam, i czytam, i czasem nagle robi mi w mózgu tak "klik" i czuję jak mi się coś prostuje (oby nie fałd mózgowy, przebóg!) i rozjaśnia, jak jakiś element, który plątał się zagubiony bez przydziału, wskakuje na swoje miejsce. Tak jakby literki na kartce układały się w kształt foremki do pierniczków, której lekki odcisk dawno już nosi się w środku, tylko nie do końca zdaje się z tego sprawę, no i ta foremka nagle wskakuje w ten ślad i pasuje, i gra, buczy i wycina. No. To tak se czytam i w(y)cinam te pierniczki.

(A do pierniczków piję smołę, czyli "kakauko" w moim wydaniu: 3 czubate łyżeczki najczarniejszego kakao na kubek + skromna łyżeczka cukru. Zawsze tak mam, jak się robi zimno.)

Spytna była, ta Tove. Wiedziała jak ograniczyć ilość słów na papierze, żeby wzbudzić ich strumien w wyobraźni.
I jak ograniczyć w życiu dobra materialne, żeby mieć wszystko. Szacun, panno Jansson, Wielka Kondensatorko. Ja bym nie dała rady bez łazienki z ciepłą wodą, albo bez internetu. Aj, co tam internet, bez chusteczek papierowych bym pewnie po tygodniu wróciła z płaczem.
A jej "wszystko", przypomnijmy, wyglądało tak:


 

 

 





A teraz mały wywiad środowiskowy:
 
 


No cóż, samo życie... A wy? Czym ostatnio dźgaliście neorona? Lub czym dźgacie go obecnie? Czy znajdujecie dość czasu na dźganie?

 

 
 
 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Druga misja kosmiczna szlifowanych śledzi.


(kto nie zna pierwszej, to jak chce, to TU)

 

Czyli kapitan Śledź i szeregowy Mintaj wyruszają ponownie. Z nimi - bezcenne doświadczenia wyniesione z pierwszej misji oraz zestaw praktycznych haczyków na okazy, próbki i zdobycze. Oraz żeby móc się gdzieś ewentualnie zahaczyć - skoro teraz całkiem oficjalnie na Marsie jest woda...

 


 

O, proszę, jak se okiem zblazowanym łypią, doświadzeni astronauci:
 
 

 

A skoro już jesteśmy w kosmosie: znacie taką czeską grę "Samorost"?
 
 
 
 
Jak w gry ogólnie wcale nie gram, powtarzanie ciągle tej samej czynności przy przechodzeniu plansz nudzi mnie POTWORNIE, rzeczy jak strzelanie, latanie samolotami czy jeżdżenie samochodami to już w ogóle jest nudniejsze niż niekończące się msze roratowe we wczesnej podstawówce*, od biegania po wnętrzach o pokrętnej i skomplikowanej architekturze kręci mi się w głowie i dostaję mdłości, a poza tym od razu się gubię i nie potrafię trafić tam, gdzie chcę. No czyli czapa. Ale "Samorost" mnie tak urzekł grafiką, że przepadłam. I tym, że się nie biega bezładnie z karabinem/mieczem/laserem tylko trzeba troche pokminić (ale tak na luzie) i po prostu cieszyć oko (i ucho, ucho też się cieszy). Bardziej jak interaktywny film, niż gra.
A z resztą se sami zobaczcie, jak ktoś nie zna Amanita Design to tu może sobie wsiąknąć, akurat trochę zajęcia na długie zimne wieczory:
 
Szczególnie polecam w "Samoroście" planszę z borsuczą norą :} Ale nic więcej nie powiem.
 
 
* Czyli bite 2 godziny w twardej ławce (jak się przyszło 15 minut przed czasem i miało szczęście) albo na stojąco (wewnątrz jak sardynki, alibo na zewnątrz, na śniegu i mrozie), 2 godziny słuchania listów od jakichś nieznajomych panów do jeszcze bardziej nieznajomych Koryntian (kojarzyli mi sie z kosmitami - Marsjanie, Koryntianie, zielone macki) i innych opowieści dziwnych treści, których kompletnie nie dało się zakumać, ale które trzeba było przetrwać po to, żeby na końcu dostać kwadratowy kawałek białego papierka z kilkoma zagadkowymi, czarnymi kreskami. I nie dało się chytrze przyjść pod koniec mszy, na samo rozdawanie papierków, bo na kościelnej wieży siedziała smoczyca o stu głowach. Głowy były na długich szyjach i zwieszając się w dół do samej ziemi, pilnowaly wrót oraz dziedzińca. Każda głowa dla niepoznaki wyglądała jak siostra zakonna, a ich oczy ciskały płomienie, gotowe spalić grzesznych cwaniaczków na-popiół i na-tychmiast. Przy rozdawaniu papierków smoczyca poddawała każdego skanowaniu twarzy, i jeśli orzekła "A ciebie to ja na mszy nie widziałam" to można było zapomnieć o obrazku. Nic nie pomagały kity że "ale ja stałem na dworze", nie nie, nie z nią takie numery. Ona NAPRAWDĘ każdego pamiętała.
Nigdy nie udało mi się poskładać z tych kwadracików kompletnego Serca Jezusowego Z Koroną Cierniową, Tronu Niebieskiego czy tam innej szopki. Nigdy. Ba, nawet z fundamentami było krucho. Matka, na moje szczęście, nie naciskali ;) i chwała wielka jej za to. A kończący mszę zaśpiew "Idźcie, ofiara skończooonaaa" to do dziś dla mnie symbol końca mąk piekielnych i pojawia mi się w głowie za każdym razem, kiedy kończy się coś nieprzyjemnego. Zaprawdę, dołóżmy do tego jeszcze lekcje religii z mściwymi, złośliwymi katechetkami i siejącymi terror księżami, niekończące się kucie na pamięć tekstów, których nikt z nas nie rozumiał i których nikt nam nigdy nie tłumaczył, odpytywanie o czym była wczorajsza msza szkolna, karty spowiedzi na podpisy kwitujące dostarczenie grzechów i pobranie modlitw pokutnych - no czy oni tak serio myśleli, że takimi praktykami utrzymają dzieci "na łonie"? I, o dziwie nad dziwy, dlaczego dalej tak myślą mimo upływu tylu lat? Ja nie twierdzę absolutnie, że nie ma normalnych księży, podobno są, czasem się słyszy takie legendy. Ale ja trafiłam na samych potłuczonych. Później, w liceum, religia była w szkole i poszłam na nią z braku laku (czyli z braku etyki) ale długo tam nie zabawiłam. Konkretnie do, zdaje się, czwartej lekcji, kiedy to ośmieliłam się wyrazić swoje zdanie o piosenkach puszczanych od tyłu i o rogatym, ogoniastym i kopytnym alter ego Paula McCartneya, tego dobrotliwego spaniela o zapłakanych oczach, żywiącego się jedynie brukwią i to taką, która sama wyskoczyła z ziemi bez brutalnego wyrywania, no i niby ten Paul McCartney ma być odźwiernym Wrót Piekielnych. Dowiedziałam się że jestem bezczelna i mam wyjść. Ja na to że w sumie to bardzo chętnie bo rzeczywiście się zasiedziałam, i tak oto opuściłam bramy raju, obrzucona banem i z kiełkującym zapewne już ogonem. I nawet mi jabłka na tą moją drogę do piekła nie dali.
 
A rogaty McCartney to i tak dzisiaj małe bubu - teraz posłańcy Piekieł zaczynają tak jak trzeba, od najmłodszych, Hello Kitty dla dziewczynek, Gormity dla chłopaków (czy co to tam było, te ekskomunikowane figurki). Idziemy z duchem czasu i wyprzedzamy konkurencję! ;)
Pozdrawiam rogato,
Diabeł.
 

środa, 4 listopada 2015

Borsuk we mgle zagubiony, ogórek w szkle zakiszony, chińska zupa z buraka, i krówka od Rumburaka.

Dzisiaj zaczniemy od tego, iż wydarzył się cud. Dotyczący mojej, najmojejszej osoby, mua. No, nie żebym po obudzeniu się rano stwierdziła że nagle trochę łatwiej mnie obejść, a trudniej przeskoczyć, lico odmłodniało, wypiękniało i miota urodą powalającą na glebę cały rodzaj męski wokół mnie, jak maczuga Herkulesa. Albo że umiem chodzić na wysokich obcasach, albo grać Beethovena na waltorni. Lub też że jestem nieprzeciętnie intelygętna i nagle wyznaję się na kwantach i teorii strun. Albo chociaż rozumiem jak to się dzieje, że w gniazdku płynie prąd a samochód jeździ. Nienienie, aż tak to nie(stety) nie. Moja znajomość hiszpańskiego też si nie zmieniła. (czyli że dalej nie wykracza poza hijo de la luna, la vida loca, conchita, puta vieja, vamos a la plaja, cojones i corazon espinado.)

Ale. ALE! Do rzeczy. Otóż od paru miesięcy siwiały mi coraz bardziej brwi, co nadawało mi wyglądu jeszcze-bardziej-niż-zwykle-zborsuczonego. Ja w ogóle jestem dość podobna do Kryspina (obczaj Kryspina) tyle że on wygląda sympatyczniej. Nawet okularesy mamy podobne, a teraz z moimi brwiami w czarno-białe pasy to już byliśmy całkiem jak z jednego miotu. Nawet farbkę taką specjalną do brwi i orzęsków zakupiłam i pomazałam razy kilka, ale schodziła.

No i w sobote rano, w pamięci mając tą ostatnio znowu spraną farbkę spoglądam ku zwierciadłu, lustereczko powiedz przecie, któż królową jest borsuków na tym naszym świecie, a tu nagle wtem! Całe brwi znowu czarne. No cud! No bo co, jak nie, no nie? Pojęcia nie miałam, że coś takiego jest możliwe, że pigment we włosy wraca. Może co zeżarłam? Jagódka jaka magiczna była w mrożonym placku z supermarketu Edeka? (z tego, w którym nie ma cebuli - no ale, halo, skoro mają magiczne jagódki!)
Niech no tylko naród to odkryje, a rzesze siwych, bladych i bezbarwnych będą płynąć z każdej strony kraju! Przy okazji wezmą też pewnie ze sobą chorych, pokurczonych i potłuczonych, niedołężnych i wariatów, a co, spróbować nie zaszkodzi. A Edeka na jagódkach dorobi się fortuny przy której Bill Gates spąsowieje ze wstydu, splatając dłonie za plecami i dziubiąc w piasku czubkiem bucika. A podatek z tego Rzesza zainkasuje taki, ze Angela rozwiąże wszystkie problemy z uchodźcami, Erdogan, Obama i Wielki Chiński Cesarz... eee, przepraszam Wielki Chiński Ojciec Narodu będą mogli nam naskoczyc, a Putin ze złości rzuci zabawki o podłogę i wyjedzie na daczę polować w tajdze, hodować szczypior i chlać wódę z niedźwiedziami.

Albo i nie. Prawdopodobnie nie.

Ale w każdym razie brwi są czarne a Kryspin stracił siostrę-bliźniaczkę.



A jak już jestem przy supermarketach, to jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce, też zakrawające na cud właściwie. Albowiem ponieważ oto w końcu jakiś niezwykle bystry specjalista od marketingu skumał, że od paru lat przecież trochę Polaków jednak mieszka w tych Niemczech, a skoro Polacy to istoty żywe, to pobierać muszą pokarm, a skoro są z zagranicy, to pewnie tęsknią za pokarmem zagranicznym, tak jak Niemiec na obczyźnie tęskni za drobno zmielonymi trocinami wymieszanymi z wapnem w gumowej skórze (czytaj: białą kiełbasą) i MOŻNA BY NA TYM ZAROBIĆ. I tak oto wziął był ten bystrzak kija, stuknął nim w kamienne kafle podłogowe w sieci supermarketów Rewe i zakrzyknął "Niechaj popłynie słodkie źródło!" I popłynęło, niosąc słoje z łakociami: kiszonego ogóra tudzież kapustkę (bez octu!) majonez (bez octu!), buraczki (bez octu!). Niesie też barszczyk instant, zupki chińskie buraczane nach polnischer Art, kukułki, kasztanki, prince polo a nawet z rozpędu porwało ruski słonecznik i czeskie krówki. Możliwe, a nawet prawdopodobne bardzo, że było tego więcej, ale tak się zawiesiłam na ogórkach i wzruszyłam przy kapuście, że zmysły odmówiły mi posłuszeństwa i postrzeganie całej reszty rzeczywistości ograniczyło się do potencjalnych przeszkód pod nogami, żeby nie upaść i nie upuścić słoja tulonego czule w ramionach. Dobrze, że małżonek był ze mną, to doprowadził mnie do kasy, i nie musiałam zwracać uwagi na ludzi, bo pewnie się mogli dziwnie patrzeć na wariatkę gadającą ckliwym tonem do słoika kapusty. (Chociaż pani w kasie pewnie zna to uczucie bo tak na oko i ucho to była z jakichś bardzo egzotycznych Bergamutów, a dojrzałe morskie ogórki albo świeżego krokodyla pewnie jeszcze trudniej tutaj dostać)

A potem był bigosik, trzy dni się zażerałam i żyłam długo i szczęśliwie.



A tymczasem, borem lasem, zakradł się listopad (w kolorze bigosiku, ale to go wcale nie tłumaczy). I odkąd sie zakradł, to przykrył wszystko zimną mgłą. Te bory i lasy, i sieć Rewe, i autobusy, które wyłaniają się na przystanku tak nagle i niespodziewanie, że bym go wczoraj rano w tej mglistej ciemności przegapiła. Zimno. I cieplej raczej nie będzie. A jeden pan, co go często rano widzę w autobusie, to zawsze chodzi w krótkich spodenkach. Dzisiaj też był. Jak on to robi? Czy on w ogóle jest człowiekiem? Bo zima NIE JEST dla ludzi. Albowiem gdyby była, to ludzie wyglądali by tak:




a tutaj w stadzie:


 

 



oraz parami:
 




No i? Czy ktoś z nas tak wygląda?! No. To wszystko jasne.

środa, 14 października 2015

W krainie Oz i Czarnych Żmijów.

(Czyli znowu na początku będzie trochu straszno)
 
 
Mrok patrzy na mnie zza okna
srebrnym wzrokiem,
gwiezdnym okiem,

kusi-mami-obiecuje
nieodkryte,
niezdobyte.

Ciemna toń z ławicą oczu,
w nich zobaczysz
to, co chcesz.

Ziszczą wszystkie się marzenia -
- słodko gra
muzyka sfer,

czarny kot o złotych ślepiach,
mrucząc, w oknie
kładzie się.
 
...........................
 
Lecz w samym środku ciemności,
ukryte za światłem gwiazd
jest to, co kpi z wieczności,
pierwotny lęk budząc w nas.

Co żywi się snem i strachem,
duszom ukręca głowy,
życiu skrzydła podcina
sierpem obsydianowym.

Z najgęstszej utkane ciemności,
trawione przez wieczny głód,
żarłoczne serce mroku
wciągnie cię w pustki chłód.

Krzyk w gardle zdławi ciszą,
zamrozi ręce i myśli,
ty zgaśniesz - a o zmierzchu
zimna gwiazda rozbłyśnie.
 
 
 
 

 
 
Jeśli czegoś mnie te ostatnie tygodnie na zakładzie nauczyły, to tego, żeby NIGDY nie mówić "Gorzej już być nie może!" Albowiem ponieważ może. I z całą pewnością natychmiast będzie.
Niby człowiek wie takie rzeczy, ale jednak ciągle się daje podejść...
No więc ja już się więcej nie dam.
Koniec, Dorotko, definitywnie nie jesteśmy już w Kansas. Trza się mieć na baczności. Bo nie każdy Żelazny Drwal dysponuje sercem, ale za to zakutym łbem - każdy.
 
...........................
 
Tymczasem sezon grypowy, ludność w środkach publicznego transportu raz po raz smaruje ręce żelami do dezynfekcji - ah, te zapachy, uuuh, wkręcają się z rana w mózg, przez nozdrza, jak zaostrzone śrubki. Ciekawe jak długo w ogóle działa taki żel.
I czy działa lepiej niż szczur.
W "Czarnej Żmiji" albowiem była taka interesująca recepta średniowiecznego, prostego ludu pracującego (kata i jego żony bodajże) która brzmiała:
"Szczura zjedz gdy coś cię swędzi, to zarazę wnet odpędzi."
Podobno wyśmienity był na wszelkie choroby, taki szczur.
Co mi przypomina jak Boldrick (w okopach, o głodzie i chłodzie) częstował Czarną Żmiję potrawką z duszonego szczura. "A jak go udusiłeś?" spytał Czarna Żmija. "Sznurkiem" odpowiedział niezawodny Boldrick wyjmując zza pazuchy sztywny, potargany i trochę pognieciony kadawerek.
 
A do autobusu wczoraj po południu wsiadł facet z wiklinowym koszykiem na głowie, takim w kształcie wiaderka / doniczki. I tak siedział całą drogę w tym koszyku.
Zaprawdę, powiadam wam, w dużym mieście cudów moc napotkacie, a waryatów jeszcze więcej, i dziwować się będziecie, a kopary do ziemi opadną wam jako te liście jesienne.

p.s. A jakby ktoś nie wiedział, jak najlepiej wykorzystać ostatnie promienie jesiennego słońca - to lis Stefan podpowiada:


 
 
 
 

czwartek, 1 października 2015

Las braci Grimm i inne historie.

(Czyli najsampierw będzie trochu straszno, ale potem się pocieszymy)



W mojej głowie las jest ciemny,
coraz więcej drzew.
Źródło życia dawno wyschło,
Jaś Małgosię zjadł.



Wśród paproci, zamiast kwiatu,
kwitnie bielą kość.
Tam, gdzie trawa najzieleńsza,
trup się gęsto kładł.



Ścieżka moja - lotne piaski,
ostre zęby skał.
Ostatni żelazny trzewik
z nogi dawno spadł.



Nad strumieniem z łez i mroku
umiera mój strach.
Teraz nic już we mnie nie ma,
las mi wszystko skradł.



Głaszczą mnie odciętę ręce
plamiąc włosy krwią.
Mój ostatni, cichy oddech
do strumienia wpadł.

..........

Czarne kwiaty, drzewa czarne,
ślepe oczy zła.
Ptak nie śpiewa, bóg nie żyje,
martwa cisza trwa.


 

Szkic sytuacyjny
 

 


A w ogóle to od paru tygodni wielkie emocje, o ho ho, powiązane z pierwszym weekendem października. Azaliż wżdy? Atoli ponieważ na mieście nie dość że Street Art Festival, na którym nawet specjalna, nocna parada z efektami świetlnymi i ogniem, to jeszcze dni ceramiki, takie ze straganami, no ful wypas, tylko szykować aparat fotograficzny, portfel i jazda nadziewać się wrażeniami jak kundel kaszanką!!! Normalnie jakby się całe miasto zaoferowało osłodzić mi dzień, w którym kończę okrągłe ... lat. (Jeszcze nie potrafię wymawiać tej liczby) Z kilkudniowym przesunięciem to osładzanie co prawda, ale co tam, darowanemu koniowi nie zagląda się wszak w otwory, i tak dalej.

No tyle że się przedwczoraj okazało, że to chodziło o pierwszy weekend września jednak......  (oczywiście nie ja to zauważyłam, nie, no gdzie tam. To małżonek, zwany też Borsukiem, ale to całkiem inna historia)


(-_-)

Czyli sprawa sie rypła.


Peszek.

Foch.

Idę ... wyjść ... i ... nigdy ... nie ... wrócić.
 
 



Pocieszanie. Aby ogień troche przygasł.


Jeśli chodzi o liczby - daty to też liczby! - to nigdy chyba nie ogarnę sprawy... Wiecie jak ja kułam na blachę dniami i nocami datę urodzin córki, żeby nie było wstydu w urzędach? ;) Ale wykułam. Do dzisiaj jest to jedyna data, której jestem pewna. Umiem nawet rok! Nie tylko dzień i miesiąc.

Osiem lat później przyszło mi jeszcze kuć datę ślubu - dla niemieckich urzędów tym razem, nie tyle żeby nie było wstydu, co żeby Frau Helge czy inny Herr Burkhardt za biurkiem nie pomyśleli, że chcemy lipnym mariażem wyłudzić prawo pobytu dla małżonka. To znaczy, właściwie to była prawda, bo właśnie chcieliśmy - inaczej byśmy sobie pewnie nigdy nie zawracali głowy jakimiś ślubami - no ale Frau Helge nie powinna o tym wiedzieć raczej.
Gdyż mogłoby to spowodować odłożenie naszego wniosku na niewłaściwą stronę jej perfekcyjnie zorganizowanego biurka, tą stronę z zapadnią skrywającą małą, podręczną niszczarkę do papierów, mini-palnik (na paliwo eko) do kremowania papierowych szczątków, zraszacz oraz podajnik odprowadzający spopielone apelacje, marzenia i wnioski do donicy z dyżurną paprotką. Wszystko w ciągu 5 sekund, cicho, szybko i sprawnie. (i ekologicznie!) Podanie? Jakie podanie? Nie ma, nie było, paprotka świadkiem, a pan tu nie stał. 
Ale to całkiem inna historia.
Z tym że tu mi już chyba tak dobrze nie poszło z tym kuciem, bo dzisiaj tej daty już nie pamiętam. Wiem, że w lecie to było, bo za oknem urzędu na zieloniutkim trawniku pasła się śnieżnobiała koza, jeden z ostatnich reliktów tych czasów, kiedy dobrze było dysponować spożywczym buforem w postaci żywego nabiału i mięsiwa. Koza była także obiektem gorącego uwielbienia naszego dziecka (ale to jest też całkiem inna historia). Czyli prawie członek rodziny, nie? No więc jak mogło by jej zabraknąć na ślubie. Miał ktoś z was na ślubie brodatą kozę z wytrzeszczem i krzywym ryjem? I nie, nie mówimy tu o jednostkach ludzkich. Ha. Właśnie. A ja miałam.

No i tak to. Jesień na całego, rano zimno, nad polami malowniczo wisi widmo depresji. (To białe takie. Myśleliście, że to mgła? Buaaaa ha ha.)

środa, 23 września 2015

Kiedy ranne wstają zorze...

taka myśl świta, że może...
 

 





Obrazek powyższy jest podsumowaniem ostatniego półrocza. Sponsorowanego głównie przez mój zakład pracy. MARNIE sponsorowanego, biorąc pod uwagę ogrom odwalonej roboty. Smoły z kopyt to już nawet zeskrobać nie idzie, tyle warstw zaschniętych. Ogon przypalony, widły pokrzywione. Zapasy drewna na wyczerpaniu, cierpliwości i wewnętrznego ognia - takoż.


Robota pali się w rękach, że tak powiem.


Żeby ci tam, w kotle, chociaż zadowoleni byli, żeby docenili starania, płomienną dbałość o temperaturę lawy, pełne zapału oddanie przy dekoracji wnętrz, nieugaszoną namiętność do detali, siarczystą i pełną ognia oprawę światło-dźwięk, wyważony dobór rumianych, ciepłych barw! Ale gdzie tam. Skwaszeni siedzą i kolczaści, miny stroją. Ten po prawej to mi zaraz jakiś wredny numer wytnie, państwo patrzy tylko, aż mu zęby iskrzą. Zero wdzięczności, zero.
Jestem na dobrej (dobrej? to słowo tu chyba nie pasuje) drodze do popełniania ZŁA !!!! Myślą, mową i uczynkiem.


¯\_(ˆ~ˆ)_/¯
..................

A tak z innej beczki (choć może jednak to była ta ostatnia kropla, która doprowadziła do tejże beczki przelania) to dlaczego przepisy na ciasta są zawsze takie od macochy? W sensie otrzymywanej ilości urobku. Ja niby piekę bardzo nieczęsto (rzadko się miejsce na ogniu zwalnia ;) więc nie za bardzo w temacie się wyznaję, ale jaki ma sens narobić się jak galernik, uświnić całą kuchnię, a potem 2 razy kłapnąć szczęką i po cieście? Na rozjuszenie apetytu to ja se mogę obrazki pooglądać, na to samo wyjdzie a się człowiek nie napoci. Bo z ostatnich dwóch przepisów to takie właśnie mi wyszły maleńkie apitajzery. Naprawdę istnieją ludzie, którzy potrafią tak mało zjeść?!
 

środa, 9 września 2015

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Ponury, ciemny i deszczowy był to łikęd. Świat się wyludnił, zszarzał, ściemniał, wszelkie odgłosy utopiły się w dźwięku wody chluszczącej na szyby. Mimo zamkniętych okien, w całym domu słychać było pluski i chlupoty. Nawet chodząc po suchym przecież dywanie miałam wrażenie, że brodzę w kałużach po kostki. Do śniadania trzeba było zapalić światło, do spania wziąść dodatkowy koc, a po godzinie 15 przekonywać swój własy organizm że nie, to jeszcze nie wieczór, jeszcze nie idziemy spać.

Ciemno, zimno, nieprzytulnie.
Kanapa, koc, herbata, lampka świecąca ciepłożółtą lawą, która przelewa się hipnotycznie, unosi i opada, płynnie i miękko jak brzegi powiek wytyczajacych granicę między jawą a ciemnym pustkowiem snu.
Woda pluszcze i chlupie. Przesiąknięta deszczem wyobraźnia łagodnie buja falami pod kanapą. Na obrzeżach mojej ukołysanej świadomości kłębi się wodny bezmiar. Przelewa się, burzy ostatnie tamy. Pełne zanurzenie. Dźwięki stają się przytłumione, jakby nieważne, coraz dalsze. Przez chwilę dryfuję w aksamitnej, miękkiej, cichej ciemności. Nie wiem gdzie jest góra, gdzie dół, nie wiem czy w ogóle jestem. Nagle w ciemności miga coś złotego. Krótko, szybko, błysk, i znów ciemność. Potem pojawiają się następne złote punkciki, jak brokat wrzucony do wody, jak gwiazdy na czarnym niebie. Naraz obok mnie otwiera się powoli oko wielkości sporej szafy, mruga błękitną powieką i przepływa w bok, ciągnąc za sobą rzędy migotliwych złotych łusek, przesypujących się przede mną jak ogniste iskry. Wirują bąbelki powietrza, porywając do tańca giętkie wodorosty. Coś trąca mnie w ramię, coś ociera się chropowato o łydkę. I wszędzie dookoła coraz więcej złotych refleksów, błyszczących w ciemnościach łusek. Tak, to one! Wielkie ryby wróciły! Jedyna dobra strona złej pogody. Unoszą się wszędzie wokół, powoli i majestatycznie machając płetwami. Jedne patrzą zamyślonymi, złotymi oczami gdzieś przed siebie, inne kładą się na miękkim piasku i zasypiają. Woda pluszcze i chlupie.
Ciemno, ciepło, przytulnie.


Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, idzie się spać z rybami ;)



 
 
 
 
 

 

środa, 26 sierpnia 2015

Addio, pomidory.


Odkąd jakiś czas temu Bebe napisała (i to dwa razy, sadystka!) o pomidorach malinówkach, którymi to wraz z progeniturą zajada się w Polsce na wywczasach, no to mi te malinówki w głowie siedzą i nie chcą wyjś. A już jak rozkrajam te germańskie (a raczej holenderskie) diabelskie pomioty pomidoropodobne, to łzy leją mi się z żalu strumieniami, tak jak tym pomidoropodobnym leje się woda udająca sok. Wracając do piosenki z tytułu - tęsknota dojmująca i łza przełknięta wpół.

Albowiem tutaj malinówek nie ma. W tym sklepie, w którym nie ma też cebuli, jest co prawda stopińdziesiąt rodzajów pomidorów - żółte, pomarańczowe, czerwone, zielone, a nawet w paski (te zielono-białe Kumato a drugie czerwono-żółte pomidory tygrysie), okrągłe, podłużne, plaskate, sercowate, gruszkowate, gładkie, pobrużdżone, ogoniaste (no z taką wypustką na dole) małe, średnie, duże i ogromne - ale nie ma malinówek, tak jak i w żadnym innym sklepie zresztą. Nie i już, i co nam pan zrobi. Ano nic nie zrobi. Co najwyżej obślini się lubieżnie, na wspomnienie smaku.
No ale jak można mieć coś za złe Bebe, kobiecie władającej kometami! No więc nie mam. Zemsty nie będzie ;)

 
Będzie natomiast wspomnienie. Wystąpi w nim oczywiście pomidor, tyle że... a nie, więcej nie zdradzę...

Jest to mrożąca krew w żyłach i soki w żołądku przygoda z bruschettami. Otóż bądąc pewną razą na rodzinnym obiedzie w restauracyji w Polsce, przeczesywałam grubą kartę - czy raczej księgę - dań, w poszukiwaniu czegoś bezmięsnego. Gdyż to raczej taki wierny mięsnej tradycji kulinarnej lokal był. Przeczesuję więc. I tu nagle, wtem! Co ja paczę? Bruschetta! Z polskich pomidorów zapewne, myślę, pachnących i soczystych, więc hulaj dusza, dzisiaj piekła nie ma! Zamówię se trzy porcje, jak jedna będzie mi mało, i się napcham do wypęku. I na pytanie miłej (naprawdę bardzo miłej) pani kelnerki "Co dla pani?" mówię, stukając radośnie paluszkiem w odpowiednią pozycję w karcie, iż dla mnie bruschetta.

- Bruszczetę? Dobrze, oczywiście! - odpowiedziała z promienym uśmiechem pani kelnerka, skrobiąc w notesik.
- Bru.... eee.... tak. - wydukałam niezwykle elokwentnie.
Bo ja uprzejma z natury jestem (nawet za bardzo, twierdzi małżonek) i nie chciałam jej robić wiochy, wiecie, żeby nie pomyślała, że niby ją poprawiam, chociaż wkradł mi się w tym momencie pewien taki cień zwątpienia i podejrzliwości... No ale nie takie late maćato i inne kapukino my już pijali, w końcu to tylko słowa.

Przejdźmy zatem do czynów: oto po dłuższej chwili pani kelnerka wkroczyła ponownie, prezentując profesjonalną, kelnerczą postawę ciała (plecy proste, nos do góry, wzrok utkwiony w dali, równy krok), z profesjonalnie trzymanym talerzykiem (ręka zgięta w łokciu, uniesione do góry i rozcapierzone palce podtrzymują od spodu talerzyk), nie powiem, robiło to wrażenie, i profesjonalnym gestem godnym lokalu z co najmniej dwiema michelinowymi gwiazdkami, wyprowadziła w moim kierunku po pięknym łuku z łokcia ów element ceramiczny.
A na jego nieskazitelnej bieli spoczywała bruszczeta.
Dwie kromki chleba z supermarketu posmarowane przecierem pomidorowym, takim skoncentrowanym w gęstą, twardą, cynobrową pastę.
Film nagle zatrzymał mi się przed oczami.

- Oto bruszczeta! - wykrzyknęła kelnerka z emfazą (film ruszył znowu) głosem czystym i mocnym, sugerującym, że wszystko jest magnifico, bellissimo, a nawet delizioso. Podniosłam głowe ku niej z nadzieją, że to żarty, ukryta kamera czy cóś, a tam w górze znów ten uśmiech jak milion dolców, przypięty do kelnerki, która w tym momencie odwróciła się na pięcie i oddaliła w pląsach ku sąsiednim stolikom, aby zaproponować innym klientom równie niezwykłe i zaskakujące dania. Nad moją głową został tylko ten uśmiech, uwięziony w oparach serwowanej obok mnie wieprzowej - nie bójmy się ponownie użyć tego słowa - giczy po depilacji, alias golonki. Jak w Krainie Czarów. (Ten uśmiech, znaczy. Nie gicz.) A ja przecież nie Alicja.

Siedzę tedy, z przepalonymi neuronami, i patrzę na tą moją kulinarno-lingwistyczną katastrofę, na te bezlitośnie zamordowane pomidorki, na dramatyczną nieobecność cebulki i bazylii (zapewne zmarły w czasie tortur), na dwie trupioblade i sztywne, podeschnięte kromki wyrwane spod supermarketowej gilotyny, i opada mnie kłębowisko myśli: to jeden z tych modnych teraz lokali tematycznych? "Szpitalne wspomnienia" albo "U Żylety pod celą"? A może dziś Dzień Astronauty i podają gratis te suszone posiłki z torebeczek, co to statki-matki karmią nimi swoje kosmiczne dzieci fruwające w powietrzu od jednego monitorka do drugiego? O borze, borze szumiący, szybko, lepiej się do krzesła przywiązać serwetą, jeszcze zara grawitację wyłonczom, a mi od fiflaków się niedobrze robi!

Grawitacji jednak nie wyłączyli, bruszczetę z niezdrowej ciekawości nadgryzłam i przekonałam się, że smakuje tak, jak wygląda (czyli jak suchy chleb z twardym koncentratem), po czym zamówiłam tradycyjne danie wegetariańskie kuchni polskiej - frytki z surówką kapuścianą.


No i tak to. Się trzeba obejść smakiem niekiedy.
Tylko zabawnie było, jak na końcu pani kelnerka przy zbieraniu talerzy zapatała, czy smakowało. Jedyną nasuwającą mi się uporczywie odpowiedzią było "Pomidor" ;) Na szczęście wybawił mnie chór rodzinny, który głosem chropawym, dobywanym z nadwerężonej nadmiarem chlorku sodu krtani, wycharczał: "Tahhh, tylhhho dosyć słone." A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

p.s. To było jakieś 4 - 5 lat temu, czyli nie tak dawno, żeby zasłonić się nieznajomością i niedostępnością zagramanicznej egzotyki. Od tamtej pory tam nie byłam, ale bardzo, bardzo jestem ciekawa, czy dalej podają tą zmumifikowaną bruszczetę ;)

p.p.s. Golonka, podobno, była bardzo dobra. Ryba smażona i inne mięsiwa niby też.

To co, po rybce? Tylko trzeba najpierw wyłowić jakąś dorodną sztukę:


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...