poniedziałek, 19 lutego 2018

Raporty z frontu.

 
Jest sobie korytarz. Po obu jego stronach, naprzeciwko siebie, dwoje drzwi:
- do maleńkiej kuchni, są ciągle otwarte, no bo wiadomo, nie ma po co zamykać
- do schowka na szczotki, jeszcze mniejszego niż kuchnia. Nie żaden kantorek dla sił sprzątających, gdzie kawa, herbata i krzesło, tylko po prostu mini-schowek na narzędzia pracy. Te drzwi są ciągle przymknięte, no bo wiadomo, nie ma na co patrzeć.

I teraz taka sytuacja.

Wchodzę do tego korytarza, zza zakrętu. Wchodzę do kuchni, chowam kubek do zmywarki, płukam sitko do herbaty. Wychodzę, i w tym momencie te drugie drzwi się otwierają i ze schowka na szczotki wychodzi mały, bardzo elegancki, srebrnowłosy Japończyk przyodziany w stalowoszary garnitur i dość zakłopotany wyraz twarzy. Zamyka drzwi, uśmiecha się niepewnie, lekko kłania. No to też się uśmiecham. Następuje wymiana uprzejmych "Hello".

Ja wryta w ziemię, z mętlikiem w głowie, kto schował delegata z Japonii do schowka na szczotki?! On też stoi, jakoś tak bokiem trochę i dziwnie przyklejony do klamki, jakby się nie mógł zdecydować czy ma uciec, czy schować się spowrotem.
Za chwilę się wyjaśniło oczywiście - szukał toalety. Ktoś mu pewnie powiedział, że to pierwsze drzwi za zakrętem - tylko nie od której strony zakrętu, a to jednak robi różnicę.

Ale:
Mój pobyt w kuchni co prawda nie był długi, razem z drogą zza winkla niech będzie 30 sekund, no ale te 30 sekund, a w zasadzie nawet dłużej, Japończyk siedział w schowku! A z jedynych tam rzeczy, mogących na zasadzie dalekich konotacji dziejowych kojarzyć się z toaletą, jest spora plastikowa miska niepierwszej świeżości, stojąca na taborecie. Różowa taka. Ze starą ścierą przewieszoną przez krawędź.

I teraz się tak zastanawiam, czy on naprawdę rozważał możliwość?
I konieczność?
Oraz zacofanie tych dzikich, europejskich barbarzyńców pod względem higieny i kanalizacji?
To musiało być doprawdy najdłuższe 30 sekund w życiu tego biedaka. Aż nie chcę myśleć, przez co by przeszedł decydując się na "tak".

 
.....................................................................
 
 
Oraz, komuś zasmakowało mleko z mojego kartonika we wspólnej lodówce. Te pół litra, które przynoszę sobie do kawy, starcza mi zawsze na 2 tygodnie albo dłużej - a tu nagle na niecały tydzień. I raz, i drugi, i po małej przerwie trzeci. Już rozważałam zastawienie sideł, na przykład w postaci silnego środka na przeczyszczenie - ale proceder ustał.

Niemniej jednak, może ktoś ma jakieś propozycje na wypadek, gdyby się to miało powtórzyć?


.....................................................................
 

A teraz pokrzepiające obrazki dla wszystkich, którzy jak ja spragnieni są wiosny.

Przy okazji doskonały przykład na to, jaką różnicę robi papier w malowaniu akwarelami. Popatrzcie jak całkowicie różne efekty dały te dwa papiery, ja nie malowałam inaczej (poza kolorami rzecz jasna) to po prostu inaczej wychodzi - czy to nie jest fascynujące?!

Jest.

:)




Nie martw się wilku, wiosna przyjdzie -
nawet gdyby wszyscy postanowili, że nie.
 
 
 

 
 

 
 
 
Detaliki, szczególiki, ogonki, wąsiki:
 
 

 

 

 
 
....................................................................
 
 
 

 

 

 
 

wtorek, 13 lutego 2018

Z albumu ze zdjęciami.

 
Takie tam, koledzy z pracy.
 
 
 


W pracy jak to w pracy: miało być przyjęcie składkowe, a wyszło Kółko Amatorów Żarcia Na Krzywy Ryj - jedną marchewkę i parę jabłek przynieśli, a i to pewnie tylko przez przypadek. Ehhh.
 



Ktoś nawet dziecko przyprowadził, a potem się ulotnił, pewnie żeby szybko skoczyć do Aldika po ogrodowe krzesełka z promocji. Albo do lekarza, bo kolejka przepadnie. No chyba że to nowy, młodociany praktykant jest.

 
 
 
 

Ten to w sumie nie wiem, nie za bardzo diabeł, nie? Taki smok trochę jakby. Może cudzoziemiec. Albo delegacja z innego departamentu.
 
 
 
 
 

Sercem każdej imprezy jest jakiś Atrakcyjny Kazimierz, co to i z koleżankami wszystkimi zatańczy, i z każdym kolegą się napije, sypnie żartem i trafną anegdotką, a formy nawet o pół grama przez całą noc nie straci.
 
 
 
 
 

Zdarzy się i Sebix co z odżywkami przesadził.
 
 
 
 


Mały wystrachany księgowy.
 
 
 
 
 

Długowłosy, lekko zhipisialy miłośnik otrąb, kadzidełek i warzywnych koktajli.
 
 
 
 
 

Małomówny informatyk w wełnianym swetrze nie jest, jak się okazało, od miesiąca na urlopie - został znaleziony kilka dni temu w kłębowisku kabli w zakurzonym kącie serwerowni.
 
 
 
 
 

Przyjazny pan od przyjmowania towaru, co do każdego się uśmiechnie i pomacha kończyną.
 
 
 
 
 
 

Pracownik działu obsługi klienta, kąsany bez przerwy przez ostre zębiska pretensji i żądań stawianych przez ludzi o dziwnych nazwiskach jak Jaznam Twojegoszefa, Ty-Nie-Wiesz Kim Jajestem albo Jużtu Niepracujesz.
 
 
 
 
 
 

Inżynier kontroli jakości, wiecznie na granicy momentu wrzenia. Zabiegany, spocony, z rozwianą sierścią.
 
 
 
 
 
 

Zaspany woźny, dla którego stres jest pojęciem równie abstrakcyjnym jak zasada nieoznaczoności Heisenberga i teoria strun dla mnie.
 
 




A to pan z archiwum. Nie za bardzo lubi schodzić z najwyższej półki pod oknem, gdzie uroczystym, drżącym ze wzruszenia głosem czyta pająkom co piękniejsze fragmenty przestarzałych ustaw i kodeksów - ale dał się jednak namówic na małego drineczka. 
 
 



 

Podobieństwo do prawdziwych osób z życia zawodowego autorki jest jak najbardziej zamierzone, aczkolwiek nie tylko z aktualnej kotłowni, ale też z poprzednich.
 
A wam któryś kogoś przypomina?
Albo w jakikolwiek sposób przemawia wam do serca?
Widzicie jakieś rzucające się w oczy cechy charakteru?
Idealne imię?
 
To dawajcie, podzielcie się w komentarzach!
Dla ułatwienia ponumerujemy sobie towarzystwo:
 
 
 
 
 

 A tutaj jeszcze jak ktoś chce, kolorowanka w formacie A4 i nawet A3, dla siebie (no nie ma się co wstydzić przecież!) lub dzieciątek:


A4
 
A3
 
 
 
No, to ten: czołem, rogiem i kopytem moi mili.
 

poniedziałek, 5 lutego 2018

O tym, co ja właściwie widzę.

Stoję ja sobie w piątek, szary, wilgotny, zapleśniały piątek po pracy na przystanku i czekam na autobus, który niczym czarodziejski rydwan uwiezie mnie do baśniowej Krainy Weekendu, gdzie malutkie różowe wróżki będą mi rzeczywistość wonnym a barwnym kwieciem maić, przysłaniając w ten sposób grząskie bagno Pięciu Dni Roboczych czających się za progiem.
Może nawet dadzą jakieś miłe tabletki, pełne przyjaznych alkaloidów, i potem przylecą świetliste motyle ciągnące za sobą tęczowa kotarkę zapomnienia, i będą mnie gilgotać łapkami, aż upadnę ze śmiechu prosto w gromadkę mięciutkich, turkusowych borsuczków pachnących goframi z cukrem pudrem. Będziemy chichotać, ćwierkać, i tarzać się w puszystej euforii.
Czy jakoś tak.


Napisałabym, że czekam tego autobusu jak kania dżdżu, ale dżdżu akurat w tym momencie miałam aż nadto, albowiem lało jak z cebra.
I to od samiusienkiego ranka.
Poprzedniego.
A jako rasowy meteopata reaguję na taka pogodę całkowitym otępieniem umysłowym. Mózg zamienia mi się w kawał betonu, który uwierając, ciężko zalega w czerepie, pochłania i hamuje wszelkie impulsy elektryczne, a to bardzo przeszkadza w myśleniu.

No więc specjalnie mnie nawet nie zdziwiło, kiedy po drugiej stronie ulicy stanął tir z wielkim napisem "Christian Bowling Spedition". Chrześcijanie, kręgielnia, spedycja, spoko. Nic wielkiego w końcu.
Może sobie do kółek różańcowych kręgle w kształcie dwunastu apostołów przewożą, w komplecie z kulami z krągłych baranków bożych.
Te wszystkie relikwie i dewocjonalia też trzeba czymś transportować - przecież do kieszeni nie włożysz czterdziestu dłoni Marii Magdaleny w wyłożonych aksamitem złotych lodóweczkach, osiemnastu ton drzazg z krzyża, dwustu palców świętego Antoniego, palety świecących w ciemnościach Jezusków, trzech kop Matek Boskich Butelek i kartonu Judaszków-skarbonek mrugających LEDowym oczkiem po wrzuceniu srebrnika.
To i tira potrzeba, logiczne.


Zreszta w tym dziwnym zakątku, gdzie przyszło mi pracować, w drodze autobusem z pracy do dworca widzę codziennie takie rzeczy jak na przykład plastikowe słoniątko w kolorze intensywnego różu, w skali 1:1, taki dwulatek na oko, które - w celach zapewne reklamowych - wystawił na chodnik włoski producent lodów z wafla i kurczaków z różna, Alberto.

Zimą Alberto, na ogrodowej huśtawce zajmującej cały chodnik, sadza Upiorne Trio złożone z Mikołaja co wypchał się sianem (aczkolwiek wielce nieporadnie) oraz dwóch dmuchanych, dziwnie kulistych reniferów na uprzęży, którymi wicher zamiata trotuar i kopytkuje przechodniów. Mikołaj nie ma twarzy, jedynie słomianą powierzchnię płaską przysłoniętą obfitym, nylonowym zarostem i wielkimi okularami słonecznymi.
Obok stoi jeszcze szklany baniak o pojemności sporego tankowca, z otworem na ein Euro, pełen kolorowych kulek.
I dwie włoskie flagi na masztach - oczywiście wielkości preścieradla, bo przechodzień, kopnięty reniferem w oko, mógłby nie zauważyć mniejszych formatów.
W tym roku stali wszyscy razem, a co, Mikołaj, huśtawka, renifery, różowy słoń, oflagowany tankowiec naładowany kulkami. Maleńki lokal Alberto jest zza tego lunaparku właściwie niewidoczny, ale być może jest w tym szaleństwie jakaś metoda.

Zresztą, czym byłby ten kraj matematyczno-technicznych, projektowanych od linijki umysłów, bez uskrzydlonej fantazji cudzoziemców?

Co dzień widzę też, udrapowaną na cokole z kamieni i będącą ozdobą prywatnego ogródka, wielką szyję i głowę konia, żółtą jak cytryna. Tak, może wydawać się dziwne na pierwszy rzut oka, ale pomyślcie jaka to miła odmiana po tych wszystkich krasnoludkach, których rysy twarzy i budowa ciała świadczą o stuleciach bezlitosnego chowu wsobnego.


No więc - na tym tle - co tam chrześcijańscy kręglarze trudniący się spedycją.
 
I gdybym nie miała akurat zwały-giganta, to pewie zobaczyłabym od razu, a nie dopiero po kilku minutach, że jednak to tam jest napisane Cristian Bohling Spedition i że ów Krystian zajechał właśnie pod zwykły, sieciowy supermarket z transportem banalnej pietruszki (czy czegoś tam).

Czasami podejrzewam, że te wróżki z tabletkami to mnie chyba odwiedzają czasami, tylko ja potem nic nie pamiętam po prostu.
Ale towar muszą mieć srogi.
(jeeezu świecący, teraz mi tak przyszło do głowy: może tego różowego słonia i żółtego konia tak naprawdę wcale nie ma?!)

 

.......................


Kiedyś w zimie zaobserwowałam też na mieście plakaty "Christus Circus" i już wyobrażałam sobie bóg (!) wie co, już rozmyślałam nad tym, jak to przesunięciu uległa granicy między sacrum a profanum w zbiorowym umyśle nowoczesnego społeczeństwa wielkomiejskiego - ale potem przy którymś z kolei plakacie się okazało, że to Christmas Circus był.

Jako i wiele dalszych przypadków, które ukryjmy za zasłoną milczenia.




.......................

 
To teraz pod tą piękną pogodę:
 
Niezwykle spektakularna burza śnieżna.
Na szczęście tylko formatu A4.


 

 

 
 
 

Oraz
Niezwykle elektryfikujący, burzliwy sen anonimowego dorsza,
też na nasze szczęście nie wykraczający poza kartkę trochę większą od A4.

 
 

 

 

 

 
Oba oryginalne obrazki dostępne,
jakby ktoś chciał żeby mu akwarelowy piorun strzelił w szypiorek,
to proszę pisać:
 
Miłego tygodnia bez burz życzę! :*


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...