wtorek, 8 maja 2018

Piekielny ogrodnik - jak rząć, kosić i ciachać bez litości.


 

 
 
Piekielny ogrodnik we własnej osobie - autoportret.
 
 
 
 
 
 
 

 
W RAMACH swych ogrodniczych kompetencji ogrodnik przystąpił do dzieła zniszczenia...

 
 
 
 
Pamiętacie tego pacjenta?
 
 
 
No więc wzięłam się w końcu w garść i za namową Małgosi poczęłam rząć. Znaczy skubać właściwie, ale niektóre gałązki były takie jakieś miękkie i sflaczałe, że trzeba było użyć noża bo inaczej się nie dało. Tak pacjent wygląda po zabiegu:
 
 
 
W sumie nie wiem czy DOBRZE, ale na pewno LEPIEJ niż przed.
 
To jak mi tak dobrze szło, to pod nóż poszła też druga posiadana przeze mnie Crassula, też już taka mizerna i żałosna, że lada chwila spodziewałam się u moich drzwi przedstawicieli Ligi Ochrony Przyrody z kajdankami i konewką:
 
 
No i tu mnie może troszkę poniosło, bo ogolona krasula wygląda tak:
 

 
Po obydwóch pacjentach zostało mi oczywiście 10 kilo gałęzi, często bardzo dziwnych:
 
 
 
 
Z tego zagubionego w przestrzeni egzemplarza:
 
 
 chcę zasadzić od razu cały las za jednym zamachem, o tak:

 
 
 
 
Te dwa cudaki też posadzę, może urosną:

 
I tych kilku normalsów też uziemię, będę hodować, i postaram się żeby wyszli na prostą, a nie tak jak ich przodek błądzili w przestworzach:
 
 
 
 
A jak się nie uda, to będę dalej zbierać muchomory.
 

........................................................

 

P.S. Czemu ja myślałam, że "Sekretne życie pszczół" jest o życiu pszczół? (Och - ja, czysta, naiwna istotka wierząca książkom na słowo i okładkę!)
Oczami i uchami zarejestrowałam ten tytuł wielokrotnie jakiś czas temu, że dobry, na okładce była pszczoła, więc przyjęłam że będą opisy życia codziennego Mai i Gucia z rojną rodziną, może jakieś afery pyłkowe, nadworne skandale, czy walka o garstkę kwiatów gryki wyrosłej bujnie dzięki błogosławieństwu krowiej kupy.
No i znalazłam tą książkę w autobusie, i się okazuje, że o życiu pszczół są tylko motta na początku rozdziałów. No nic to, czytam dalej.


........................................................

 
Aha, i mamy LATO! Lato w północnych Niemcach, radość, swawola i sandały, tereny zielone spowite po czubki drzew chmurami tajemniczej mgły o aromacie grilowanej Świnki Peppy, ludzie zapominający o tym, że ich czteroletnie dziecko na mini-rowerku nie zna przepisów ruchu drogowego i jest absolutnie niewidoczne zza stojącego obok niego auta, gołębie tak zaaferowane łączeniem się w pary, że zapomniały o jedzeniu, bo bombardują o wiele mniej.
A przez spaliny na ulicach da się nawet wyczuć zapach kwitnących drzew!

Co prawda to oznacza, że jeszcze tydzień albo dwa, i będzie po zawodach, i nastaną dni pochmurne, ciemne i deszczowe, czyli będzie lać do sierpnia - ale trochę jednak człowiek na tym słońcu przeschnie, wysuszy pleśń i grzyba z mieszkań i ubrań, przewietrzy umysł - przewietrzy, jeśli nie zbliży się za bardzo do tych parków spowitych mgłą, gdzie tubylcy oddają się narodowej pasji smażenia kiełbasy. Zawsze mnie zastanawia jak oni w ogóle oddychają w tym dymie, bo zaprawdę powiadam wam, jak na trawniku wielkości mojego małego mieszkania pali się 30 grili jednocześnie, i to w upale, to jest tak jakby zażywać rekreacji w płonącym magazynie Tesco.
No ale Jedem das Seine czyli każdy ma jakieś tam swoje odchyły. Żeby jeszcze potem swoje śmieci potrafili zabrać ze sobą, to by już było po prostu perfekcyjnie. Ale wiadomo, nie można wymagać od ludzi takiego poświęcenia, żeby całą długą drogę spowrotem do domu targali ze sobą plastikowy talerzyk, przebóg, toż to byłby całkowity brak miłosierdzia.


No nic to, grzejmy się ludziska :)
 

Uściski, Diabeł.

]:-*
 

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Po drugiej stronie tęczy.

Za siódmą dziką chmurą burzową, za siódmą ponurą zasłoną z szarego deszczu, i za siódmym pastelowym obłoczkiem delikatnym jest już tylko rześkie, kryształowo-niebieskie powietrze krążące w korytach prądów wschodzących i w żyłach wiatrów.

Te puste niebieskie przestworza przetnie czasem tylko ostrymi skrzydłami jakaś zagubiona jaskółka, co w porę nie zeszła z linii wiatru, i przez chwilę - choć i tak nie potrafi tego docenić - dany jest jej widok, jakiego nie doświadcza żaden inny mieszkaniec ziemi. Bo na tych ukrytych przed naszym wzrokiem wysokościach dryfuje przez powietrzne sfery coś, czego nikt się nie spodziewa - maleńka wysepka porośnięta mchem. Na niej stoi dziwacznych kształtów domek z obłażącą farbą i kilkoma innymi mankamentami, mocno już tknięty zębem czasu i kornika.

 
 
 

W domku tym mieszka Leprechaun, skrzat z drugiej strony tęczy.

Na środkowej części swojej cudacznej chatki zamontowany ma skomplikowany mechanizm napędzany ręczną korbką. To właśnie dystrybutor tęczy, a konkretnie tęczowego mostu - Leprechaun schodzi nim na ziemię w celu płatania ludziom złośliwych figli, które starannie i pieczołowicie obmyśla siedząc w domu przez długie okresy deszczowe i ulewne, kiedy to nijak nie da się rozwinąć tęczowego mostu i trzeba jakoś przetrwać (bez internetu!) tą mokrą szarówę. Doszedł w tym rzemiośle do takiej wprawy, że my, ludzie, zwykliśmy nazywać te zdarzenia "złośliwością losu" i nawet nie przypuszczamy, iż ktoś za nimi stoi i chichra się w kułak do rozpuku.
 
 
 

 

 



Do świata ludzi nasz krnąbrny gagatek schodzi też aby pozyskać złoto. Pozyskiwanie nie zawsze przebiega w sposób całkiem zgodny z prawem pisanym przez człowieka. Właściwie to bardzo rzadko nawet, a w sumie to chyba nigdy. No ale w końcu to jest LUDZKIE prawo, prawda?

Złoto, jak wiadomo z podań i leged, Leprechaun gromadzi w garncu po swojej stronie tęczy. Czego z kolei powszechnie nie wiadomo, więc teraz czytajcie uważnie, to że garniec trzyma w skrytce - a skrytka znajduje się w komórce z pomarańczowymi drzwiczkami zamykanej na wielki, ciężki klucz odziedziczony po praprapradziadku lubującym się w grze na kobzie i hafcie krzyżykowym (głównie wyszywał jelonki na rykowisku, choć to akurat nie jest istotne dla naszej historii).
 
 
 

 

 

Klucz do komórki zawieszony jest na sznurku pod urwiskiem. Dla bezpieczeństwa. Niby nikt po tęczowym moście oprócz Leprechauna nie chodzi, bo jest on niewidzialny i tylko w trakcie rozwijania błyska na chwilę fontanną kolorów - ale przezorny zawsze ubezpieczony. A przezorny skąpiec zabezpiecza swój skarb po wielokroć.

 
 

 

Po co całe to złoto właściwie gromadzi, Leprechaun nie wie. Ale który skąpiec wie? Gromadzi się, żeby mieć. Ma się, żeby na nie patrzeć i sycić się jego blaskiem a to przy świetle księżyca, a to kaganka, a to w pełni dnia przy blasku słońca. No napewno nie gromadzi się po to, żeby wydawać! Nie-nie-nie, taka myśl perwersyjna nawet przez moment skrzatowi przez głowę nie przemknęła!

No więc tylko gromadzi, i gromadzi, moneta do monety, dokłada do garnca, a jak pełny to do drugiego, a jak garnców nie starczy, to układa w słupkach na podłodze komórki. Czasem jednak nieostrożnie stąpnie przy otwieraniu drzwi, i jedna z drugą sztuka złota przetoczy się przez próg i spadnie w dół przez niebieskie otchłanie, błyszcząc pięknie po drodze. W bezchmurne noce, kiedy spojrzy się w odpowiednim momencie, można czasem zobaczyć ten błysk na niebie - ziuuuuu.... leci sobie po ciemnym niebskłonie.

Chociaż tyle mamy spowrotem z niecnych numerów wycinanych nam przez tego ananaska!


 

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Dom pod szczęśliwą gwiazdą chyba.

Jak tak siedziałam w domu przez ten ogon - gdzie słowo "siedzieć" występuje tu tylko w sensie umownym, bo siedzieć nie mogłam - to musiałam sobie wymyślić jakieś kreatywne zajęcia na stojąco, no bo przecież nie będę tak tylko stać na środku kuchni (mój kreatywny kącik jest w kuchni) i patrzeć na blok i kredki.

No to narobiłam domków drewnianych. Różnych. Kilka malutkich, jeden średni, i jeden całkiem spory.

I wszystkie pod szczęśliwa gwiazdą, a co.



 
Dziś pokażę wam te małe, proszę bardzo:
 
Gwiazda nad każdym, jak się patrzy.
 
 
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
............................................................................
 
 
 
Tu promienie gwiezdnego blasku są przezornie i roztropnie wbite w dach na fest ;)
 
 
 
 

 
 

 

A domki zaopatrzone w skrzydła poniosą szczęście tam, gdzie właściciel zapragnie.

(Uwielbiam te drzwiczki z kawałków kafelkowych)


 



 

 
 
............................................................................
 
 

 

 

 
 
 
............................................................................
 
 
 
Może powinnam nakleić taką gwiazdę też na drzwi naszego mieszkania, albo sobie na czoło, na szczęście. Bo niby mam drzewko szczęścia na parapecie, ale ono jest jakieś takie dziwne, i chyba nie działa.
 
 
 
 
Kompletnie nie wiem, o co mu chodzi. Ono też się najwidoczniej srodze pogubiło i nie wie, którędy spowrotem do pionu.
 

 
 
............................................................................


Weekend miał być piękny i słoneczny - był mokry, duszny i deszczowy. Więc nici z długich spacerów, które miałam w planie.

Następny weekend niby piękny ma być, więc może w końcu uda się pojechać gdzieś w dzicz, daleko od ludzi i betonu. Wiecie że ja mam ochotę zabijać, jak siedzę w pociągu i dookoła kilka osób słucha muzyki na tanich słuchawkach, które wypuszczają prawie tyle samo na zewnątrz, co do wewnątrz ucha, a ja chcę tylko spokojnie poczytać książkę, jednak nie mogę się nijak skoncentrować bo siedzę jak w roju pszczół? W sumie nawet jedna taka "pszczoła" wystarczy i już mam ochotę wyrwać jej żądełko i ukręcić łeb.

Coś ze mną nie tak?
 

Albo jak ostatnio jedna pani obok mnie opowiadała przez telefon, jak to ona nie ma czasu. Dwadzieścia minut tak opowiadała, dosyć głośno. I to nie jednej osobie - jak kończyła z jedną i się żegnała, to wszyscy wkoło oddychali z ulgą, ale ona wybierała następny numer i znowu opowiadała, i przy czwartej osobie zauważyłam, że wszyscy dookoła dostali już nerwowych tików na twarzy.

Naprawdę niektórzy się nie nadają do życia w społeczeństwie (pytanie tylko ja czy oni, hy, hy).
 
 
 
 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Przypowieść o diabłach mądrch i głupich.


Dzień dobry drodzy miłośnicy kopytnych.


Witam wszystkich serdecznie po miesiącu z hakiem od chwili, gdy akcja snutej tu opowieści niespodziewanie przybrała zabarwienie dramatyczne, czyli jak to pewnego ranka odwaliłam niezwykle widowiskową sztuczkę akrobatyczną na oblodzonych schodkach.


Znaczy według mnie to było dość imponujące takie, Gwiazdy Tańczą Na Lodzie, tyle że bez łyżew i z rękami w kieszeniach, ale na niektórych wrażenia nie zrobiło wcale - na przykład na ambulansie, który stał na czerwonym świetle, w pierwszym rzędzie przed sceną z moim popisowm występem. No ale w końcu nie takie sztuczki już pewnie widział, to po prostu wziął i cichutko odjechał z teatru, szczególnie że po serii spektakularnych piruetów na schodkach tancerz padł na chodnik, rozpłaszczył się jak rozgwiazda i wyglądało, że ani myśli wstać. No nuuuda, panie.

Następnie i po drodze miałam też grypę. Nie polecam łączyć tych dwóch rzeczy ze sobą, kaszel strasznie szarpie mięśniami przydupnymi.

No i tak trochę skręciłam nogę w kostce (dla odmiany tą drugą teraz) ale tylko spuchło i był siniak, i jakoś chodzę, nie wiem, zobaczymy jak się to rozwinie.

A jak obtarły mnie buty i musiałam jakiś kilometr iść boso po chodnikach zasypanych jeszcze tym małym, ostrym żwirkiem przeciwpoślizgowym (no bo przecież dopiero co była zima) to porobiły mi się takie krwawe bąble na piętach od spodu, że właściwie pięt nie widać. I to dopiero boli! Obklejone mam te stopy teraz jak rasowa mumia.

Nie żebym się chwaliła ilością porażek na czas, tak tylko wspominam. W końcu podobno każdy coś potrafi, więc może to jest mój talent.

I jak w końcu wyruszyłam pierwszy dzień do pracy, to wpadłam prosto w sidła miejskiej komunikacji, która wyłączyła z ruchu dwie stacje metra i zastąpiła je autobusem - i to powoduje 30-45 minut spóźnienia w każdą stronę. I w każdą stronę 6 przesiadek... Z tymi obklejonymi stopami i wykręconą kostką - a siedzieć na twardych siedzeniach nie mogę dłużej niż 10 minut... Trzy tygodnie tak będzie.

Jak ja nienawidzę miasta.


 

A skoro złamałam sobie tą mizerną resztkę ogona, to pomówmy dzisiaj o istotach ogoniastych. Takich niepołamanych, w jednym kawałku, świeżutkich i rumianych.
O, proszę jacy rozsądni młodzi diabłowie - przy schodzeniu z oblodzonych schodków prowadzących do przejścia przez ulicę ładnie trzymają się za rączki:









A tu diabłowie nierozsądni: tak proszę NIE robić jak jest ślisko na ulicy. Ja wiem że już kwiecień, ale wiecie. Najlepiej w ogóle proszę tak nie robić, nie ma co ryzykować.















Przez tą całą moją serię niefortunnych zdarzeń, trwającą już prawie 3 lata, to mi już znikły całkiem wszystkie mięśnie. Dużo to ich co prawda nigdy nie miałam, bądźmy szczerzy, ale tych resztek mizernych też szkoda ;) Szczególnie po ostatnich tygodniach z tym ogonem, bo nie jestem w stanie nawet robić moich skromniutkich ćwiczeń (dwa razy w tygodniu po pół godziny coś tam machałam kończynami)
Za to stan posiadanych kilogramów zwiększył się o 5...

W tamten poniedziałek poszliśmy z Borsukiem na spacer, i po przejściu jakichś może 7 km po płaskim terenie, chodnikami i parkiem, czułam się zmęczona i bolały mnie uda i kostki.
Porażka, całkowita porażka, toż nawet taki karzeł jak mój chomik z dzieciństwa przeszedłby więcej! (o imieniu Perełka, proszę się nie śmiać, nawet diabeł miał kiedyś siedem lat i sweterek w serek) (I berecik)
No i tak sobie z przerażeniem myślę, że chyba będę się musiała zapisać na jakiś fitness?! Pilates może czy cós?! Tak normalnie w sali, z ludźmi?!! Obcymi! I znając moje szczęście, instruktor na pewno będzie kazał robić niektóre ćwiczenia w parach! Aaaaaaa!!!!!!
O Przenajświętsze Masełko, na co mi przyszło...

Oczywiście może być też tak, że jak mi w końcu przejdzie ta doopa i noga to znowu coś wymyślę, coś zerwę / stłukę / naciągnę / połamię i znów się na pół roku uziemię - i tyle będzie z fitnessowych planów. A w lipcu niby na tydzień w Bieszczady. Ze szwagierką i szwagrem, co chudzi i wysportowani jak szatany są (żebyście widzieli jak oni potrafią w górach pruć! To byście nie uwierzyli normalnie). Borsuk to wiadomo, no comment.
I do tego ja, buahahaaa! Mistrz autodestrukcji i porażki! Zawsze na końcu, zawsze na krok od padnięcia na ryj, na ostatnim dechu, wyprzedzana przez małe dzieci i staruszków (true story)
Galaretowata kula u nogi aktywnego wypoczynku.
No cóż, najwyżej zostanę w domku, w sensie w tej chatce wynajętej, posnuję się po okolicy (byle nie za daleko, bo się przecież zgubię i trzeba będzie mnie szukać helikopterem) książkę wezmę, ołówek i szkicownik, jakoś to będzie, zawsze lepiej niż w mieście.
Eeehhh, losie. Jedni się rodzą zdobywcami, a inni wołowymi dupami w galarecie, czas się z tym pogodzić, poprawić opadające oponki i śmiało dalej do przodu, z czołem jasnem, sercem radosnem, a pieśnią skoczną na ustach, heeej! POWOLI oczywiście, bo trzeciej nogi do zepsucia już nie mam, a ręce mi są bardzo potrzebne.

To czołem, rogiem i burakiem moi mili, dobrego tygodnia! Co prawda trochę to dziwnie jest, jak w jeden dzień jest +5°C a na drugi +25°C, ale jak dla mnie to teraz tak już może zostać.


................

UPDATE 💀💩
Przez te miljonpinćset przesiadek i ciągle rozmyślanie, czy mogę teraz usiąść na 10 minut bo stopy palą żywym ogniem, czy jednak muszę postać bo ogon pali niegorzej, zajęłam się dla odmiany rozmyślaniem o jednej takiej rzeczy z pracy. I nagle zorientowałam się, że nie mam przy sobie płóciennej torby, bardzo fajnej i ulubionej, w której były rzeczy jeszcze fajniejsze:

- nowa super-kurtka, która miała mnie chronić przed pó
łnocnymi wichrami i ulewami

- cudowna czapka - prezent od Psa w Swetrze (Psie kochany, przepraszam Cię, naprawdę teraz to dowaliłam, wiem...), śliczna i do tego wiatrochronna

- fajna apaszka

- pudełko na kanapki - no to ostatecznie jeszcze nic w sumie.



A potem wróciłam do domu i straszliwie przypaliłam obiad.
 

Normalnie ktoś na mnie patrzy, los, to los na pewno. Patrzy i się chichra, że aż mu się brzuch trzęsie. Udław się, cholero jedna.



:(


poniedziałek, 5 marca 2018

Wuj Kartofel.


Kartofel (Gangrenius vulgaris) systematyka:

Domena: bezduszne.
Królestwo: parchate.
Klasa: zgryźliwce.
Rząd: warchoły gburowate.
Rodzina: zgorzknialce.
Rodzaj: cepowate.
Gatunek: złośliwce.





Występuje na wszystkich kontynentach, niemal w każdym środowisku rodzinnym lub pracowniczym. Jest gatunkiem niejadalnym, w smaku gorzkim i niestrawnym, powodującym silne reakcje alergiczne i objawy typowe dla zatruć.

Preferuje stanowiska mocno kwaśne i cieniste, w których nie dochodzi do wysychania żrącego, bulgoczącego szlamu który wydziela.
 
 
 
 
 
 
 

 
Oraz oczywiście toczy go robak!
 
 
 
Budowa: słabe kłącze z dużą bulwą, najczęściej pustą w środku, poza niewielką zawartością jadowitej piany będącej ośrodkiem magazynowania substancji odżywczych takich jak perfidoalkaloidy, glikodiabolizy, antypatyki i upierdliwosiarczany.

Gatunek ten wyróżnia się silnym dążeniem do eksploracji następujących obszarów:

- Spoglądanie z wyższością i pogardą; wdeptywanie w ziemię butem bez wstawania z fotela i przerywania ciamkania herbatników.

- Prychanie ze wzgardą: jak wybrać odpowiedni moment do wybicia przeciwnika z rytmu.

- Maksimum treści przy minimum środków: nadawanie pokasływaniu masywnego ładunku lekceważącego.

- Niekonstruktywna krytyka w stylach: na cietrzewia, na dziką osę oraz na wściekłego indora.

- Wydawanie opinii negatywnych: jak krótko i skutecznie dać do zrozumienia rozmówcy, iż każdy jego pomysł to kupa.

- Błyskawiczne formułowanie zestawów kąśliwych uwag, czyli jak mocą słowa miażdżyć optymizm, satysfakcję i nadzieję.

- Czerpanie radości z codziennego życia: podsycanie wewnętrznego kociołka z jadem.

- Kultura na codzień: jak ją w sobie rozpoznać i zwalczać.

- Kołtunizm jako część dumnego dziedzictwa narodowego.

- Potęga zmysłów: jak widzieć i słyszeć wybiórczo.

- Sekrety arogancji dla wiedzących lepiej.

- Tajniki broni białej: szpile złośliwości, igły cynizmu, sztylety impertynencji.


W wyniku ekspozycji na czynniki takie jak radość, optymizm i szczęście, dochodzi do silnego zaostrzenia cech osobniczych związanych z ekspresją werbalną. Dochodzi wtedy także do wzrostu zawartości toksyn i jadów w bulwie, oraz do intensywnego ich wydzielania ze szlamem - jest on wtedy nasycony żrącymi związkami chinin małodusznych, kwasów heterowiedźmowatych i estrów uszczypliwych.


p.s. Tu pragnę serdecznie przeprosić wszystkich, którym na codzień po drodze z biologią i chemią, bo pewnie wam oczy ze zgrozy wypłynęły przy tym gwałcie, który zadałam nauce. Chociaż jak wam już wypłynęły, to i tych przeprosin nie widzicie... Ale może ktoś wam przeczyta. W każdym razie mam nadzieję, że odrosną. Te oczy znaczy. Taaak, na pewno odrosną.


 
 
 
p.p.s. Wuj Kartofel ma brata bliźniaka, jak widać na zdjęciu powyżej. Jakby ktoś odczuwał chęć powieszenia go sobie na ścianie, to proszę śmiało pisać. Bliźniak jest dostępny. Można po powieszeniu rzucać w niego rzutkami, pomidorami (mój egzemplarz wisi już w kuchni) albo po prostu wyładowywać się na nim werbalnie. I on NIC nie powie tym razem, bo jest namalowany, buaaa ha haaaaa! Wszystkie chwyty dozwolone.


................................................


Dziś pierwszy dzień bez siedemsetstopniowych mrozów! Heeeej!

Niemniej jednak, wczoraj też już trochę się śniegi podtopiły, a potem ciemna nocą jeden czy dwóch podstępnych Celsjuszy pięknie zamroziło wilgotne chodniki i pobocza, skutkiem czego dziś rano ledwo wyszłam spod bloku, już jechałam po betonowych schodach w dół, przydzwaniając o każdy stopień kością ogonową [która ma wyjątkowego pecha będąc składową akurat mojego szkieletu, bo to już trzeci raz kiedy wystawiam ją na poważną próbę]

Dobre 5 minut nie umiałam się podnieść, przez jakąś minutę absolutnie nic nie słyszałam, przed oczami wybuchały supernowe, i szczerze mówiac nie wiem za bardzo jak ja wrócę do domu. Bo aktualnie to wyprawa z biura do kuchni i spowrotem doprowadza mnie do kresu sił (rano do pracy dotarłam chyba odruchowo i w szoku)

A Borsuk po mnie nie przyjedzie bo jest chory, akurat wczoraj go złapało i cierpi, jak tylko mężczyźni potrafią. A jeszcze on to właściwie nigdy nie choruje, więc rozumiecie ten szok na widok 38,7 na termometrze. No więc leży i kaszle ostentacyjnie i wymownie. Zresztą nawet bym nie chciała, żeby wsiadał w auto z gorączką.

No i tak to.
Tak se tu siedzę i doopa mi cierpnie, ale za to mam wielki bukiet pięknych kwiatów na biurku, bo się okazało że wybiło mi dziesięciolecie pracy w tej tu oto kotłowni. Oczywiście WSZYSCY wiedzieli, tylko ja nie. Standard.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...