poniedziałek, 16 lipca 2018

Internet jest fajny dopóki się nie zwali. A crumble z rabarbarem jest zawsze fajne :D


Na począteczek-poniedziałeczek naprawiłam sobie w pracy w komputerze dwie rzeczy. SAMA naprawiłam, więc halo, jestę informatykię, ha! Bo nie mam serca każdą pierdołą zawracać głowy dziewczynie z IT, ona biedna jest sama na całą firmę i nie wyrabia, no więc pokopałam w internetach i mam naprawione.
Ostatnio u nas jest taki dziwny trend w pracy, na jednoosobowe działy. Niedługo chyba wszystkie będą jednoosobowe. Tylko co to będzie, jak dział XY zachoruje albo pójdzie na urlop? Trzy tygodnie przestoju? No ale nie ja tym cyrkiem dyryguję, to co będę się przejmować.


W zaistniałej sytuacji (że ludzi ubywa a roboty przybywa) podstawowa umiejętność na polu walki to umieć powiedzieć „Na ten termin się nie wyrobię", żeby nie uciąć sobie głowy deadlinem. Już się tego nauczyłam.
I stanowczo jako podstawowy warunek do rozpoczęcia działań stawiać kompletny briefing (też mi to już dobrze idzie), nie ładować się w pułapki typu „bo ja bym chciał taki folder, nie mam jeszcze żadnych zdjęć produktów i tylko połowę tekstu, ale może pani już zacząć, prawda?" Otóż nie, pani nie może. Bo potem się okazuje, że muszę robić wszystko od nowa i całkowicie zmienić koncepcję.
Także ten. Zakład pracy dba o trenowanie mojej kulejącej asertywności ;)

 
A jeszcze a propos diagnozowania przez internet, to ostatnio też w taki sposób wyleczyłam się z okrutnych, czerwonych plam na ryju, które, a jakże, leczył pan dermatolog (spoglądał nawet na nie przez lupę, tudzież dźgał patyczkiem). Aż w końcu po którymś z koleji słoiku maści na zamówienie nie strzymałam i wpisałam w internet objawy. I powiem wam, na takim diagnozowaniu to naprawdę można polegać - OD RAZU, jak przystało, wyskoczyło mi że rak skóry! :)
No ale niezrażona szukałam dalej i wyszło że muszę kupić maść za 1,30 € i parę razy posmarować, i to tyle. I spokój mam do dziś.


No więc to były dwie rzeczy o tym, że internet jest fajny.
A teraz trzecia rzecz:
DaWanda, czyli tam gdzie można kupić diabelskie rękoczyny, likwiduje się z końcem sierpnia. Możemy przenieść swoje sklepiki na Etsy, został w tym celu napisany programik-narzędzie mający to ułatwić - przenosi cały sklep na raz, oferty i oceny, i opisy, wszystko.
Tylko że nie działa. !!!!!!! Oceny (gwiazdki) mi przeniosło, ofert nie. A tego narzędzia można użyć tylko raz, no i nagle doopa, już nie jestę informatykię, za to przeszłam wczoraj kolejno: mega-nerwa, czarną rozpacz, deklarację o zaprzestaniu wszelkiej działalności ever, darcie szat, nikt mnie nie kocha, wypiję sobie Summersby i zjem paczkę chrupków. No a potem napisałam maila do Etsy, może coś pomogą (łudzę się, ha haaa)



No. A tak z analogowego świata, to zrobiłam pierwsze w swym życiu crumble, z rabarbarem. Bo co roku jak przychodzi sezon na rabarbar to wilcze kły mi rosną, marzę o rabarbarze, ślinie się w snach. Ale ja NIE CIERPIĘ zagniatać ciasta. Aż tu nagle odkryłam niechcąco crumble bez gniecenia, wystarczy widelcem zamieszać, 15 minut i siedzi w piekarniku, istne cudo! Następne zrobię ze śliwkami. A potem z jagodami.
 

Obrazkowo i ilustracyjnie to popadłam ostatnio bardzo w czarno-białość, głównie dlatego, że na nic innego nie mam czasu. Ale powiem szczerze, że lubie tych panów ;)
(i są "sprzedajni", jakby ktoś chciał wejść w bliższe kontakty i zaprosić ich pod swój dach, to pisać śmiało na maila)






 
 

 
 

 
 
 
I jeszcze raz:
 
 
 

 
 




 
I jeszcze:
 
 
 
 

 
 

 
 
To buziaki, moi mili !!!
:*
 
 
 
 
UPDATE !!!!
 
Oto i nasza rewelacja!
(bo skoro Anika i Pies w Swetrze siedza jak na tluczonym szkle i czekaja, to nie moge zwlekac! ;) 

Hit! Fontanna szczęścia!
Crumble z rabarbarrem, bez gniecenia ciasta,
ekspresowe w wykonaniu i tak proste, ze nawet mi wyszlo!
 
 
Składniki
250 g masła 
250 g cukru 
1 cukier waniliowy 
szczypta soli 
400 g mąki
100 g drobnych płatków owsianych
800-1000 g rabarbaru (ile kto lubi)
cukier puder, do posypania 
 

Przygotowanie - na okragłą formę 28-30 cm.
Rabarbar pokroic na 2 cm kawałki. (Grubsze najpierw wzdłóż na pół, potem na małe kawałki)
Piekarnik nastawić na 200 °C.
Rozpuścić masło w nieco większym rondlu.
Do płynnego masła powoli dodać (miesząjac widelcem) cukier, cukier waniliowy, sól, mąkę i płatki owsiane. Cudna kruszonka powstaje nam sama!
Teraz połowę tego ciasta-kruszonki wyłożyć na blachę (wysmarowaną masłem albo wyłożoną papierem do pieczenia) jako cienkie dno naszego crumble, i lekko ubić. Rozłożyć kawałki rabarbaru na wierzchu i dodać pozostałą kruszonkę. Posypać cukrem pudrem - będzie po upieczeniu bardziej chrupiące.

Piec w 200 °C na średniej półce przez 30 - 35 minut.
Powinno być ładne, złociste; uważać bo w pewnym momencie szybko sie przypala.
 
- Lody waniliowe lub sos waniliowy są do tego idealne.
- Można też ugotować budyń waniliowy i przed pieczeniem wlac go na rabarbar (pod górną warstwę kruszonki)
- W przypadku słodszych owoców, takich jak truskawki, brzoskwinie lub morele, zmniejszyć trochę ilość cukru.
Oryginalny przepis po germańsku i zdjęcia tu:
 
 
Enjoy :D
 
 
 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Portret przodka. Opowieść nostalgiczna.


Oto wuj Břetislav Klousek - szacowny przodek z nieco ekscentrycznej gałęzi rodowego drzewa, którą przed laty burza dziejów odłamała od pnia i rzuciła na żyzne Morawy, w rozkołysane ciepłym wiatrem morelowe ogrody i winnice wśród łagodnych wzgórz.




 


Wielbiciel klusek, knedli i knedlików polanych sowicie sosem bądź masełkiem. W chwilach rozpaczy lub zwątpienia lubił rąbać drewno.
 
Literat-amator w odcieniu lekkiej melancholii, pisał tylko dla siebie i kaczek mieszkających na bajorku w parku blisko domu. Bajorko porośnięte było grubym korzuchem rzęsy wodnej, którą kaczki - chcąc nie chcąc - ustanowiły jedyną pozycją w swoim menu.
Gdy wuj Břetislav przychodził do parku, zawsze siadał na pokrzywionej ławeczce pod płaczącą wierzbą zwieszającą nad kaczym stawem wiotkie, długie ramiona. Wyrastały z nich srebrzyście migoczące w słońcu listki, i niczym smukłe palce grały na strunach wiatru dawno zapomniane przez ludzi melodie.


Posłuchawszy ich chwilę z respektem należnym rzeczom nieuchwytnym, wuj wyciągał brulion w kartonowej okładce, w którym spisywał swoje przemyślenia najstarszymi korzeniami sięgające czasów, kiedy to Břetislav nosił jeszcze podkolanówki i marynarskie ubranko, a przez matkę i sąsiadki nazywany był pieszczotliwie Kudlačkiem.

 
 
 

Następnie zakładał monokl kupiony na pchlim targu i pozbawiony już niestety łańcuszka - zaginął on podczas jednej z licznych bitew (słownych oczywiście!) stoczonych w młodości przez Břetislava w gospodzie "Pod Chytrým Kocourem" przy kufelku ležáka.
Tak uzbrojony przeciwko nieprzyjaznej i kanciastej teraźniejszości - w brulion, monokl i wierzbowe witki - wuj Břetislav czytał kaczkom swoje brulionowe myśli, zabarwione melancholią i westchnieniami na lekko złoty, miodowosłodki kolor właściwy dobrym wspomnieniom.


Kaczki wychodziły na brzeg i przyglądały mu się poważnymi oczami kontrastującymi z komizmem płetwiastych stóp. To, czy naprawdę słuchały opowieści wuja zmieszanych z melodiami wierzby, czy po prostu miały nadzieję na chwilowe urozmaicenie rzęsowodnego menu o okruchy smakowitego precla, nie miało dla wuja absolutnie żadnego znaczenia - po prostu bardzo lubił czytać swojej poważno-komicznej widowni mikrusów przyodzianych w eleganckie piórka. Precla dostawały na końcu i tak, bez względu na swoje intencje.

 

Po skończonym odczycie i zjedzonym na spółkę z kaczkami preclu, Břetislav zamykał i wygładzał z namaszczeniem brulion, chował monokl do kieszonki surduta, trochę jeszcze posiedział na ławeczce westchnąwszy raz i drugi, mruknąwszy w zadumie pod wąsem, chrząknąwszy nostalgicznie, poczym wstawał i odchodził, otoczony przezroczysto-złotą bańką miękkiego światła z odległych lat.

W parku zostawały kaczki szukające na brzegu ostatnich okruszków, wierzba gładząca powierzchnię stawu tysiącem delikatnych dłoni i ledwo widoczny na ławce, migoczący w słońcu zarys małego Kudlačka w marynarskim ubranku i czerwonych podkolanówkach. Bawi się blaszanym i bardzo poobijanym błękitnym samochodzikiem, a kaczki zerkają na niego czarnymi, poważnymi oczami istot widzących świat w ciągle tej samej, niezmienialnej z upływem lat postaci.

Koniec.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Weekend, dwa dni wolnego: prawda czy miejska legenda?

Słońce się skończyło, a ja w jakiś sposób razem z nim.
Czuję się jak cień samej siebie, czarne chmurzyska przygniatają mnie do ziemi swoimi wielorybimi cielskami, we łbie zalegają tony szarego betonu. Odżywam dopiero pod wieczór, jak trzeba iść spać.
W pracy ludzie coś do mnie mówią, ale nie wiedzieć czemu robią to zza jakiejś szklanej szyby grubej - widzę tyko jak ruszają ustami ale nic nie słyszę. Właściwie to mogłabym im coś powiedzieć, ale mi się jakoś tak nie chce.
Od poprzedniego wtorku wydawało mi się że jest piątek - ale nieeee, nie. Dopiero był wtorek, potem środa, czwartek który trwał chyba ze trzy tygodnie, i dopiero potem piątek.
A potem nagle i niespodziewanie od razu poniedziałek - SRRRU!
Kto zeżarł weekend?! Przyznać się mi tu. Pewnie jakiś jamnik.

Ja też żarłam - poznałam albowiem urok domowych lodów i sorbetów. Jeeeeeezu słodki, już chyba nigdy nie zjem tych z pudełka! Sorbet z truskawek 100%, i lody mega-czekoladowe - I'M IN LOVE !!! Takie z pudełka zawsze mi zostawiają dziwny posmak, coś jak po lizaniu tych blaszek od płaskich baterii za dziecka. A domowe są kremowe, niesłodkie, no i czekoladowe, bo to co można dostać w sklepach to jest jakiś żart przecież, trzeba sobie że 2 łyżeczki czarnego kakao dosypywać do miseczki. I nutelli można domieszać pod koniec kręcenia w maszynce, i ona się tak lekko rozprowadzi po masie lodowej, ale nie całkiem. NIEBO. Tak musi smakować niebo.

No dobra, jeszcze naleśniki w nim są, muszą być. I średnio ostre curry.
Eh, no i cukinia w sumie też, przecież ja nie umiem bez cukini...
I kartofelki.
Dobra pizza też by się przydała.
I chiński makaron z tofu i grzybami.
No, i koniecznie coś do głaskania - beczułkowate, nierasowe piesy z krótkimi krzywymi nóżkami, kotki, morskie świniaki. W sumie wszystko jedno, byle by się dało miętosić.


 

 



W sobotę był coroczny wielki festyn uliczny na dzielni, w tym jedna uliczka ze stoiskami ze sztuką, a druga z designem.

I nie wiem co mnie bardziej przeraża - czy ilość badziewia odwalonego na szybko i bez głębszego namysłu, czy ilość ludzi, którzy na ten badziew lecą, gdy obok wystawione są rzeczy PRAWDZIWE. Prawdziwe w emocjach, talencie, spojrzeniu, wykonaniu - osobno albo i na raz.
Ja wiem, że niby to ładne co się komu podoba, ale w tej wielkiej skondensowanej masie w jakiś sposób działa to na mnie deprymująco. Ale mimo wszystko warto iść i wyłowić te kilka pereł z morza tandety.

No i pchli targ był. Kupiłam stare, drewniane klamerki do prania - zawsze chciałam takie mieć, nie wiem czemu właściwie - no to mam :) Fajne są! O takie:

 

Zdjęcie znalezione w internetach, ale te moje są identyczne w kolorze właśnie, stare i wytarte, niewalące nowością w oczy i drzazgami w palce.



Aaaahhhhh... spać, spać mi się chce...


 


poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wielki Biurwion.

Życie w miejscu pracy to sztuczny twór. Cały wielki świat misternie utkany z fukcji (i dysfunkcji), przywilejów i uprawnień, zwierzchnictwa i podlegania. Jak wielka grzybnia przenikająca wszystkie piętra budynku od piwnic do poddaszy, z której śluzowatych, nitkowatych ramion wyrastają biurka, krzesła i przyrośnięci do krzeseł bladzi pracownicy.
 
Stary, poczciwy czas i kalendarz zostały tu zastąpione Outlookiem nie znającym stref czasowych, godzin pracy ani litości. Papierowe wieże formatu A4 na rogatkach biurka wytyczają granice naszych obowiązków. Drogi wyznaczane są przez pokrętne procedury, często w sposób całkowicie pozbawiony sensu i logiki, zataczają błędne koła albo prowadzą do ślepych zaułków, ciemnych uliczek wypełnionych próchniejącymi resztkami zapomnianych projektów. Kto je zna na pamięć, jest władcą labiryntu.

To taka huba co wyrosła na drzewie naszego prawdziwego życia. No bo w domu to jest normalnie - jesteś takim Zdzisławem czy inną Halina, oglądasz "M jak miłość", lubisz twaróg, nie chce ci się dzisiaj myć wlosów, chodzisz w kapciach ze słonikiem. Twoja strona łóżka to ta od okna, Haliny ta druga, a psa to obie. Twaróg też czasem jest bardziej psa niż twój, ale mimo to jest harmonia i zgrane współistnienie.

A tu nagle od punkt ósmej rano te funkcje i procedury. Labirynty. Zakresy, wykresy, diagramy, pałerpointy. Spójnia z grzybnią.

I czasem ludzie wariują. Na przykład drukują wszystkie maile. Któż wie po co? Chyba tylko sam Wielki Biurwion, mroczny pan biurowej otchłani siedzący w ukrytym, prastarym sercu grzybni, w gnieździe pierwotnej plechy. Przecież w domu ludzie nie drukują całej prywatnej poczty.

 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 

 
 

I taka sytuacja teraz: musimy kupić pewien program. Z opisu u producenta nie wynika dokładnie, czy w cenie zakupu jest jedna czy dwie licencje. Ludzie Na Odpowiedzialnych Stanowiskach dyskutują o tym od miesięcy, jedni twierdzą że jedna, inni że dwie. Nerwy. Maile. Zarzucanie sobie nawzajem różnych cech (lub ich braku). Ogólnie ślepy zaułek i ciemny róg.
Ha. I co teraz, to koniec, wszyscy umrzemy, biznes nam zjedzą szczury.

No więc jeśli by ktoś mnie pytał, to rozwiązania są dwa.

Pierwsze to oderwać kawałek biurowej grzybni, najstarszy jaki uda się znaleźć i zapakować go starannie do drewnianego pudełeczka nasączonego olejkiem paczuli.
Następnie odziać się w białe, zwiewne szaty oraz sznury koralików i wyruszyć na nietknięte ludzką stopą pustkowia (może trochę potrwać). Na miejscu oszołomić się przyniesionym grzybkiem, otworzyć swe ciało astralne na wicher kosmicznych energii i prastarą inwokacją przywołać przedwieczne Istoty Świetliste spoza Sfer, żeby spytać je o te licencje. W zamian będziemy pewnie musieli później jeszcze przez 10 lat poświęcać jednego pracownika rocznie na pożarcie przez wyssanie energii, ale to ja mogę bez problemu szybko spisać listę.

Drugie rozwiązanie, to można po prostu zadzwonić do producenta. Ale na to jakoś nikt do tej pory nie poszedł. Któż wie czemu?
Sprawa utknęła w gąbczastym gąszczu grzybni.


 
 

 
 


To dam znać jak będę się wybierać w te pustkowia, jakby ktoś miał koraliki i zwiewne szaty do odstąpienia to proszę o kontakt.
Czołem, rogiem i burakiem moi mili,

Wasz Diabeł.
 

p.s. mrrrroczne malunki w sklepiku na DaWandzie! (a jak kto chce bez DaWandy, to pisze maila!)

 

poniedziałek, 28 maja 2018

Obcy, kosmos, fantastyka, cuda-dziwy jak ze snu.

A dzisiaj rano w pracy padał deszcz!!!

W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego objawi mi się jako odmiana od standardu, jako coś nowego i trochę takiego niezwykłego jakby. Normalnie odwykłam od deszczu! Moje stawy i głowa też, i bardzo jesteśmy szczęśliwi z tego powodu. Nic nie boli, nie ciągnie i nie strzyka, i to od chyba sześciu tygodni już.

Więc mam nadzieję że sobie troszkę popadało a teraz wracamy do ludzkich temperatur 25-30°C i cudnego, suchego powietrza, w którym moja grzywka nie wyglądaja jak ta puszysta, pofalowana sierść na zadku psa pekińczyka, tylko jak grzywka istoty cywilizowanej.
 

No a poza tym to ja miałam takie dwa sny w sobotę.
W pierwszym podjęła ze mną kontakt obca cywilizacja, a w drugim miałam chudy brzuch.
I najzabawniejsze w tym jest to, że jak pomyślę który z tych snów ma szansę się w moim życiu spełnić, to bez wahania stawiam na kosmitów. Taka fantastyka, no. Chudy brzuch, pffff!


To tak pod ten kosmos: gwiezdny pirat w dwóch odsłonach.
Raz akwarelą, raz czarnym tuszem. Którego wolicie? Bo ja jak zwykle nie wiem ;)))

Złupiwszy niecnie kurczaka, kocisko-piracisko ulatuje w kosmiczną dal z chytrym uśmieszkiem i niewiadomymi (ale z pewnością złowrogimi) zamiarami.
Najlepiej to niech złupi jeszcze wtorek, środę i czwartek, żebyśmy jutro mogli od razu przystąpić do piąteczku.


 
 

 
 

 
 

wtorek, 22 maja 2018

Dzikie strusie w mojej głowie.

Ostatnio doszłam do wniosku, że ja tylko dlatego tak się ciągle śmieję do samej siebie, tylko dlatego moje życie pędzi szeroką autostradą rechotu, wybrzeżem perlistego śmiechu, bo potrafię śmiać się z własnych porażek.

Albowiem ponieważ nic innego do śmiania to tam właściwie nie ma.

No i to niby dobrze (że potrafię) ale źle (że ta autostrada śmiechu jest w rzeczywistości autostradą porażek, tylko ja ją z uporem wariata ciągle maluję na różowo i wieszam takie łańcuchy z pasków folii po wyciętych kapslach do mleka i śmietany, co to na wysypisku u nas można było znaleźć i one były dla nas jako dzieciaków magiczne jak karnawał w Rio).
 
 
 
 
 
 
 

I obstawiam, że nie jestem w tym sama, a nawet są nas miliony.
 
Ilustruję to moje życie parchatymi, skudlonymi kotkami zagubionymi w przestrzeni i zabawnymi diabłami z gołym zadkiem, stojącymi z głupią miną na widoku publicznym i mówię wam, każdy z nich to autoportret.



Zeszły tydzień to łojeeeezu. Ile on refleksji mi dostarczył, jak on wysoko na orbitę mego życia mnie zabrał i z góry pokazał ten big picture, te poplątane ścieżki mojego umysłu, pełne sideł i wnyków, te ślepe uliczki moich przyzwyczajeń! Góry lęków i strachów, nie do przeskoczenia. Głębokie i ciemne jeziora letargu. Lepkie bagna zwątpienia i beznadziei. Ciemne jamy zapraszające do schowania się przed życiem. Wilcze doły, z których nie ma siły się wyjść. Ta autostradę.
 
Z góry faktycznie widać lepiej, tyle że ochota do śmiechu przechodzi jak ręką odjął.

Tymbardziej że nawet nie ma jak odpocząć w domu - nasze mieszkanie jakoś tak niepostrzeżenie obrosło cywilizacją, bardzo skondensowaną cywilizacją, że ledwo okno na milimetr uchylić, a wciska się na kwadrat warkotaniem i trąbieniem (ulica), koncertową muzyką i darciem ryja do 22 wieczorem (stadion piłkarski z klubowym pubem zaraz obok bloku), wyciem odkurzaczy i myjni samochodowej (stacja benzynowa).


Swoją drogą, to jak to jest, że jeśli już ulicą jedzie auto dudniące czymś w rodzaju muzyki (w dzień bądź też w środku nocy) jedzie tak z rykiem i łomotem ogromnej asteroidy pędzącej do Ziemi i będącej właśnie tuż-tuż, to ZAWSZE jest to najbardziej prostackie techno albo disco? Widzieliście kiedyś auto nakurwiające Pavarottim, Mozartem, Marylinem Mansonem, Rammsteinem? Takie spostrzeżenie na boku.



Chociaż zdarzają się wyjątkowe weekendy w tym naszym ponurym gnieździe cywilizacji, kiedy jest cicho. Teraz tak było. Trzydniowy, ciepły, cichy weekend. Normalnie to byśmy gdzieś pojechali połazić po przyrodzie - no ale obie racice mam zepsute, więc doopa. A przebijać się przez miasto żeby pojechać na plażę po prostu się nam nie chciało bo oboje byliśmy wykończeni, wyssani z energii życiowej do ostatniej kropli.

 
I taka sytuacja, rano na balkonie po porannej kawie: „To co, idziemy chociaż do parku gdzieś?" „No, tak, ok, dobra".
(I oboje leżą gapiąc się na ogromną, zieloną lipę na podwórku. Pamiętacie drzewo, w którym mieszkał Totoro? No to taka wielka właśnie ona jest. Bardzo w porzo lipa)

Po chwili: „No to idziemy? Ciepło tak, fajnie" „No, zaraz" „Ok, dobra"
(I leżą)


Po dwudziestu minutach: „No ja nie wiem, to idziemy czy nie?" „Nie wiem, a chcę ci się?" „Niezbyt" „No właśnie"
(Leżą)
Borsuk włącza Remember Shakti, hinduska muzyka snuje się po balkonie jak dym z kadzidełka, wsącza się do mózgu i mięciutko otula nerwowo wibrujące neurony, sitar to chyba najlepszy lek uspokajający świata, nic dziwnego że ci Hindusi wynaleźli buddyzm i inne medytacje-lewitacje, przy takiej muzyce przecież się sposób planować inwazji na Moskwę albo fuzji atomowej, leżysz tak człowieku i jedziesz po bandzie: może by tak niebieskiego boga w złotej czapce, umalowanego szczodrze eyelinerem, albo z głowa słonia, i jeszcze mu milion barwnych kolegów z małżonkami, latające małpy na niebie, z mieczami i na złotych rydwanach, Ramajana, sansara, reinkarnacja, słońce świeci, lipa szumi, ptaki mordy drą, fajnie tak, walić ten park i jego miliard grilujacych wariatów, zostajemy.

I tak żeśmy siedzieli trzy dni.
 
 
 
 
 
 

I to bardzo dobrze mi zrobiło, bo byłam już w takim dołku, że jeszcze trochę i bym wypadła po drugiej stronie w Australii prosto w stado rozjuszonych strusi.
(Chociaż mogła to też być szansa na zobaczenie dziobaka albo koali, więc niby słodko, ale z drugiej strony dziobaki mają kolce z jadem a koale się podobno bardzo łatwo wściekają i mocno gryzą, więc no nie wiem sama)

No i to tyle. Plan teraz mam taki, żeby w końcu mieć zdrowe nogi, ale co z tego wyjdzie to nie wiem. Jak je kiedykolwiek naprawię, to może zyskam na tyle sił żeby zacząć szukać innego mieszkania. Bo na razie każdego dnia po pracy jestem tak potwornie zmęczona, że nie da rady.


A następny długi weekend dopiero w październiku!
No. To ten. Na pohybel cywilizacji i przeżyjmy jakoś ten tydzień, a może nawet i następny.
I ku chwale włoszczyzny!


 

 

wtorek, 8 maja 2018

Piekielny ogrodnik - jak rząć, kosić i ciachać bez litości.


 

 
 
Piekielny ogrodnik we własnej osobie - autoportret.
 
 
 
 
 
 
 

 
W RAMACH swych ogrodniczych kompetencji ogrodnik przystąpił do dzieła zniszczenia...

 
 
 
 
Pamiętacie tego pacjenta?
 
 
 
No więc wzięłam się w końcu w garść i za namową Małgosi poczęłam rząć. Znaczy skubać właściwie, ale niektóre gałązki były takie jakieś miękkie i sflaczałe, że trzeba było użyć noża bo inaczej się nie dało. Tak pacjent wygląda po zabiegu:
 
 
 
W sumie nie wiem czy DOBRZE, ale na pewno LEPIEJ niż przed.
 
To jak mi tak dobrze szło, to pod nóż poszła też druga posiadana przeze mnie Crassula, też już taka mizerna i żałosna, że lada chwila spodziewałam się u moich drzwi przedstawicieli Ligi Ochrony Przyrody z kajdankami i konewką:
 
 
No i tu mnie może troszkę poniosło, bo ogolona krasula wygląda tak:
 

 
Po obydwóch pacjentach zostało mi oczywiście 10 kilo gałęzi, często bardzo dziwnych:
 
 
 
 
Z tego zagubionego w przestrzeni egzemplarza:
 
 
 chcę zasadzić od razu cały las za jednym zamachem, o tak:

 
 
 
 
Te dwa cudaki też posadzę, może urosną:

 
I tych kilku normalsów też uziemię, będę hodować, i postaram się żeby wyszli na prostą, a nie tak jak ich przodek błądzili w przestworzach:
 
 
 
 
A jak się nie uda, to będę dalej zbierać muchomory.
 

........................................................

 

P.S. Czemu ja myślałam, że "Sekretne życie pszczół" jest o życiu pszczół? (Och - ja, czysta, naiwna istotka wierząca książkom na słowo i okładkę!)
Oczami i uchami zarejestrowałam ten tytuł wielokrotnie jakiś czas temu, że dobry, na okładce była pszczoła, więc przyjęłam że będą opisy życia codziennego Mai i Gucia z rojną rodziną, może jakieś afery pyłkowe, nadworne skandale, czy walka o garstkę kwiatów gryki wyrosłej bujnie dzięki błogosławieństwu krowiej kupy.
No i znalazłam tą książkę w autobusie, i się okazuje, że o życiu pszczół są tylko motta na początku rozdziałów. No nic to, czytam dalej.


........................................................

 
Aha, i mamy LATO! Lato w północnych Niemcach, radość, swawola i sandały, tereny zielone spowite po czubki drzew chmurami tajemniczej mgły o aromacie grilowanej Świnki Peppy, ludzie zapominający o tym, że ich czteroletnie dziecko na mini-rowerku nie zna przepisów ruchu drogowego i jest absolutnie niewidoczne zza stojącego obok niego auta, gołębie tak zaaferowane łączeniem się w pary, że zapomniały o jedzeniu, bo bombardują o wiele mniej.
A przez spaliny na ulicach da się nawet wyczuć zapach kwitnących drzew!

Co prawda to oznacza, że jeszcze tydzień albo dwa, i będzie po zawodach, i nastaną dni pochmurne, ciemne i deszczowe, czyli będzie lać do sierpnia - ale trochę jednak człowiek na tym słońcu przeschnie, wysuszy pleśń i grzyba z mieszkań i ubrań, przewietrzy umysł - przewietrzy, jeśli nie zbliży się za bardzo do tych parków spowitych mgłą, gdzie tubylcy oddają się narodowej pasji smażenia kiełbasy. Zawsze mnie zastanawia jak oni w ogóle oddychają w tym dymie, bo zaprawdę powiadam wam, jak na trawniku wielkości mojego małego mieszkania pali się 30 grili jednocześnie, i to w upale, to jest tak jakby zażywać rekreacji w płonącym magazynie Tesco.
No ale Jedem das Seine czyli każdy ma jakieś tam swoje odchyły. Żeby jeszcze potem swoje śmieci potrafili zabrać ze sobą, to by już było po prostu perfekcyjnie. Ale wiadomo, nie można wymagać od ludzi takiego poświęcenia, żeby całą długą drogę spowrotem do domu targali ze sobą plastikowy talerzyk, przebóg, toż to byłby całkowity brak miłosierdzia.


No nic to, grzejmy się ludziska :)
 

Uściski, Diabeł.

]:-*
 

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Po drugiej stronie tęczy.

Za siódmą dziką chmurą burzową, za siódmą ponurą zasłoną z szarego deszczu, i za siódmym pastelowym obłoczkiem delikatnym jest już tylko rześkie, kryształowo-niebieskie powietrze krążące w korytach prądów wschodzących i w żyłach wiatrów.

Te puste niebieskie przestworza przetnie czasem tylko ostrymi skrzydłami jakaś zagubiona jaskółka, co w porę nie zeszła z linii wiatru, i przez chwilę - choć i tak nie potrafi tego docenić - dany jest jej widok, jakiego nie doświadcza żaden inny mieszkaniec ziemi. Bo na tych ukrytych przed naszym wzrokiem wysokościach dryfuje przez powietrzne sfery coś, czego nikt się nie spodziewa - maleńka wysepka porośnięta mchem. Na niej stoi dziwacznych kształtów domek z obłażącą farbą i kilkoma innymi mankamentami, mocno już tknięty zębem czasu i kornika.

 
 
 

W domku tym mieszka Leprechaun, skrzat z drugiej strony tęczy.

Na środkowej części swojej cudacznej chatki zamontowany ma skomplikowany mechanizm napędzany ręczną korbką. To właśnie dystrybutor tęczy, a konkretnie tęczowego mostu - Leprechaun schodzi nim na ziemię w celu płatania ludziom złośliwych figli, które starannie i pieczołowicie obmyśla siedząc w domu przez długie okresy deszczowe i ulewne, kiedy to nijak nie da się rozwinąć tęczowego mostu i trzeba jakoś przetrwać (bez internetu!) tą mokrą szarówę. Doszedł w tym rzemiośle do takiej wprawy, że my, ludzie, zwykliśmy nazywać te zdarzenia "złośliwością losu" i nawet nie przypuszczamy, iż ktoś za nimi stoi i chichra się w kułak do rozpuku.
 
 
 

 

 



Do świata ludzi nasz krnąbrny gagatek schodzi też aby pozyskać złoto. Pozyskiwanie nie zawsze przebiega w sposób całkiem zgodny z prawem pisanym przez człowieka. Właściwie to bardzo rzadko nawet, a w sumie to chyba nigdy. No ale w końcu to jest LUDZKIE prawo, prawda?

Złoto, jak wiadomo z podań i leged, Leprechaun gromadzi w garncu po swojej stronie tęczy. Czego z kolei powszechnie nie wiadomo, więc teraz czytajcie uważnie, to że garniec trzyma w skrytce - a skrytka znajduje się w komórce z pomarańczowymi drzwiczkami zamykanej na wielki, ciężki klucz odziedziczony po praprapradziadku lubującym się w grze na kobzie i hafcie krzyżykowym (głównie wyszywał jelonki na rykowisku, choć to akurat nie jest istotne dla naszej historii).
 
 
 

 

 

Klucz do komórki zawieszony jest na sznurku pod urwiskiem. Dla bezpieczeństwa. Niby nikt po tęczowym moście oprócz Leprechauna nie chodzi, bo jest on niewidzialny i tylko w trakcie rozwijania błyska na chwilę fontanną kolorów - ale przezorny zawsze ubezpieczony. A przezorny skąpiec zabezpiecza swój skarb po wielokroć.

 
 

 

Po co całe to złoto właściwie gromadzi, Leprechaun nie wie. Ale który skąpiec wie? Gromadzi się, żeby mieć. Ma się, żeby na nie patrzeć i sycić się jego blaskiem a to przy świetle księżyca, a to kaganka, a to w pełni dnia przy blasku słońca. No napewno nie gromadzi się po to, żeby wydawać! Nie-nie-nie, taka myśl perwersyjna nawet przez moment skrzatowi przez głowę nie przemknęła!

No więc tylko gromadzi, i gromadzi, moneta do monety, dokłada do garnca, a jak pełny to do drugiego, a jak garnców nie starczy, to układa w słupkach na podłodze komórki. Czasem jednak nieostrożnie stąpnie przy otwieraniu drzwi, i jedna z drugą sztuka złota przetoczy się przez próg i spadnie w dół przez niebieskie otchłanie, błyszcząc pięknie po drodze. W bezchmurne noce, kiedy spojrzy się w odpowiednim momencie, można czasem zobaczyć ten błysk na niebie - ziuuuuu.... leci sobie po ciemnym niebskłonie.

Chociaż tyle mamy spowrotem z niecnych numerów wycinanych nam przez tego ananaska!


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...