czwartek, 2 maja 2019

Keep your friends close, and your enemies closer...

… mawiał Michael Corleone i miał cholerną rację.
Ja swojego wroga 40 lat ignorowałam, albo chowałam na dnie szafy i udawałam że nie istnieje. Owszem, często z tej szafy wychodził i toczyliśmy małe lub większe bitwy, ale jak już wylizałam rany to znowu zamykałam go na trzy spusty i kuśtykałam przez ten labirynt życia, po każdej bitwie trochę mniejsza, trochę słabsza, trochę bardziej przeźroczysta i z połatanymi na szybko ranami, zmagając się z wyzwaniami każdego dnia.
Powiem wam szczerze, że blog i wy to bardzo ważna część tego leczenia ran.

A wróg w tej szafie sobie spokojnie siedział, w ciepełku rósł i nabierał sił.
Aż w końcu, korzystając ze sprzyjających (jemu, nie mi) okoliczności, wyskoczył i dał mi takiego kopa pod żebro, że padłam od razu, jak podcięta kosą trawa.
Poczym dostałam najdłuższego ataku paniki w moim życiu – trwał właściwie bez przerw trzy tygodnie, tylko czasem zasypiałam ze zmęczenia na 2-3 godziny.

Czaicie taki moment, kiedy śmierć zagląda w oczy? Jak zauważacie tuż przed sobą maskę jadącego samochodu, albo wasze dziecko balansujące na wysokim krześle przed otwartym oknem na czwartym piętrze, albo w górach noga się wam nagle ześlizguje z urwiska. Ta sekunda bezgranicznego strachu, że to koniec, otchłań piekielna.
No to rozciągnijcie tą sekundę na trzy tygodnie, dzień i noc, nie ma zmiłuj - i będziecie mniej więcej wiedzieć jak się czułam. Średnio, co nie. Zestarzałam się chyba z dziesięć lat w tym czasie.

Po trzech miesiącach na zwolnieniu lekarskim nieco się uspokoiłam (nie bez pomocy przemysłu farmaceutycznego) i jestem gotowa pierwszy raz w życiu nie chować wroga do szafy, tylko wywlec go za fraki na ring i walić w mordę.
Idę do kliniki, moi drodzy. Na 6-8 tygodni. Będę walczyć sama ze sobą, z moją ciemną stroną.

................................

Silne zaburzenia osobowości i fobia społeczna, wynikające z kompletnego braku poczucia własnej wartości. Takie jest imię wroga. Pierwszy raz w życiu zaczynam troszeczkę wierzyć, że może jednak da się to zmienić. Że zyskam w swoich własnych oczach chociaż odrobinę. Że przestanę być mniej niż zero.

................................

Trzymajcie przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Nie ignorujcie ich, nie pozwalajcie strachom rosnąć i potężnieć w cieplutkiej szafie. Na ring i w ryj. Szkoda że dopiero teraz widzę, że to jedyna słuszna opcja. Ale z drugiej strony, jeśli mi się uda, to przede mną trochę lat w miarę normalnego życia. Fajnie by było.

Zobaczymy, kto kogo zje.






























poniedziałek, 28 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: jeszcze raz cierpliwość. Bez tego naprawdę ani rusz.

Znowu będzie o zakupach, sobotnia spożywka, ten cotygodniowy, niewygodny rytuał do odbębnienia mający na celu uświadomienie szaremu konsumentowi, jak bardzo idzie w górę wszystko oprócz jego wypłaty. Jednocześnie jest to jedyna forma interakcji ze społeczeństwem jakiej zaznaję, i szczerze mówiąc, wystarczy.

Butelka coli. Ukryta w niekończących się labiryntach ustawionych ze skrzynek z wodą mineralną od tysięcy producentów. W sumie nie wiem po co w mieście, w którym wodę można bezpiecznie pić z kranu, ludziska decydują się na tachanie skrzynek butelkowanej - ale ich pieniądze, ich plecy, ich sprawa, co mi do tego. A patrząc na to, jak bardzo ostatnio rozbudował się producent wody mineralnej obok mojego zakładu pracy, można oszacować jak wielki hajs przytula się w tym biznesie. 

Z ciekawostek przyuważonych podczas Odyseji przez labirynt: oranżada bananowa. Na sam widok tego kuriozum desperacko rzuciłam się do ucieczki, Borsuk znalazł mnie później na dziale win, schowaną pod regałem z zacnym Chardonnay, i namówił do wyjścia za pomącą wielu łagodnych, dobrych słów i słodkiej przekąski.
Naprawdę, ktoś kto decyduje się na oranżadę bananową jest jak saper: pomyli się tylko raz.


Ale dobra, cola jest, cała reszta jest, do kasy. Kolejki długie, ludzie odpowiednio do pory roku odziani w zimowe, grube kurtały i swetery, szalami okutani, a atmosfera gorąca. Na sklepie między chłodniami i lodówkami tak się tego nie czuło, ale teraz oj, ciepło. 

No ale nic to, piętnaście minut i paru Kevinów później pani kasjerka kasuje nareszcie zakupy faceta przed nami, gościu 50+, i albo dobrze sytuowany albo te bardzo drogie i bardzo brzydkie ubranka (to zadziwiająco często idzie w parze) dostał od tego bezdomnego od Maybachów. 
Już kasjerka skanuje ostatnie produkty faceta, my już mentalnie prawie jesteśmy w domu, już witamy się z dresikiem, kocykiem i kanapą, aż tu nagle wtem!!! Oko faceta, uzbrojone w wykwintny okular, wyłapuje że wyświetlacz kasy przy puszce jajec jesiotra pokazał cenę 5,99 € zamiast promocyjnych 5,85€. No i w tym momencie już wiemy że dupa, pozamiatane, przyjdzie nam nocować w supermarkecie dzisiaj. Bo w tym mieście takich rzeczy się nie popuszcza, nie ma zmiłuj. Tu obywatel będzie czekał przy kasie na tego należnego mu miedziaka aż reszta zakupów mu spleśnieje i zgnije, a kolana odmówią posłuszeństwa i rozsypią się w proch. Wtedy się położy i dalej będzie czekał. A rozumiecie, gościu wziął aż dwie puszki tych jajec, w końcu 14 centów zniżki to jak za darmo, trza brać jak dajo! 

(A zaznaczam że takie pomyłki zdarzają się bardzo rzadko, kierownik sklepu prędzej by sobie dał rękę uciąć niż pozwolił na umyślne zafałszowanie w ten sposób cen)

No i się zaczęło. Facet powołuje się na gazetkę promocyjną, której jednak nie ma akurat przy kasie, trzeba wołać kierownika.
Kierownik przychodzi i oznajmia, że możliwe, ale trzeba zweryfikować.
Woła Frau Kruppke z gazetką.
Frau Kruppke przychodzi i oznajmia, że gazetki się skończyły. 
Kierownik idzie na zaplecze sprawdzić cenę w komputerze. 
Frau Kruppke strategicznie znika po angielsku. 

Kolejkowicze zdejmują szaliki i rozpinają kurtki, otwierają dzieciom batoniki i paczki Haribo.

Wraca kierownik i oznajmia, że jajec jesiotra w promocji niestety nie ma w komputerze. 
Razem z kasjerką wołają przez mikrofon Frau Kruppke, żeby sprawdziła cenę na półce. 
Frau Kruppke wraca już po godzinie i potwierdza cenę promocyjną.
Kierownik idzie po ten mały, czarodziejski kluczyk od kasy. 

Kolejkowicze ściągają kurtki i kładą na nich młodsze dzieci do drzemki. 

Kierownik wraca już po dwóch dniach, bo musiał kluczyk wyłuskać z sejfu na magiczne zaklęcie, które zdradza mu Sfinks w nagrodę za rozwiązanie niezwykle skomplikowanej zagadki, a do Sfinksa prowadzi droga, której strzeże wielki zły smok, a smoka może pokonać tylko czarownica mieszkająca na zatrutym bagnie, a ona nie pracuje w weekendy!!!
No ale nic, utrudzony i uznojony kierownik ma w końcu ten kluczyk, wsadza go do kasy i razem z kasjerką coś tam zmieniają w sklepowym matrixie.
Czary mary hokus pokus, i są jesiotrowe jajca po 5,85€.

Klient dostaje klepaki do ręki, wszyscy w kolejce wiwatują, budzą maluchy i zwijają obozowiska uwite z kurtek i szalików, następnie budzą starsze dzieci i emerytów śpiących w kapuście, życie i taśma przy kasie toczą się dalej. 


I najpierw to ja w myślach tysiąc razy zabijałam tego faceta na wiele wyszukanych sposobów, bo mimo że zarabiam znacznie poniżej średniej krajowej, tak znacznie że linia tej średniej wisi wysoooko nade mną jak kable elektryczne nad ziemnym żuczkiem gnojarkiem, to szczerze, w takiej sytuacji od razu olałabym sprawę i wzięła ten kawior za 5,99€ byleby móc już wyjść i zacząć weekend, a on z tym fancy płaszczykiem i zakupami za milion ściera się o 14 centów i psuje ludziom nerwy i kradnie wolny czas. 
Ale potem mi się przypomniały komiksy o Sknerusie McKwaczu i jego siostrzeńcach, które mój brat czytał w dzieciństwie, i ten Sknerus mówil, że jak ktoś chce mieć pieniądze, to nie powinien ich wydawać. I dlatego on ma. Nie wiem czy to prawidłowe podejście, ale logiki nie sposób mu odmówic. No a tutaj przy tych jajcach rozchodziło się wszak o 28 centów, przebóg, toż to wincyj niż ćwierć Euro! Dodajmy do tego, że mieć ćwierć Euro a nie mieć ćwierć Euro to razem pół Euro, więc widzimy że:

a) zaczyna się poważna sytuacja
b) dlatego ja nigdy nie będę bogata
c) cierpliwość los nagradza piniondzem i jajcami
d) warto jednak kupić butelkę mineralnej żeby było co pić podczas koczowania przy kasie

Zapamiętajcie to sobie.


Na ilustracji: klienci ścigający atrakcyjne promocje.











.....................................................................

Co do ogrzewania i ciepłej wody na kwadracie: dobra i zła wiadomość.
Dobra: od czwartku wieczór znowu ciepło.
Zła: to całe ustrojstwo w piwnicy, co ta wodę grzeje i rozdziela, ciągnie na ostatnim dechu i musi być wymienione najpóźniej w lutym. W LUTYM. 
Mam nadzieję że to nie potrwa znowu tydzień... Bo w środę, a więc po pięciu dniach bez ciepła, odważyłam się zmierzyć temperaturę w mieszkaniu i wyszło mi 12°C. A to nie jest dużo, nie.

.....................................................................

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Stopień zagrożenia życia lokatora w mieszkaniu spółdzielczym. Ocena subiektywna.

Do tradycji należy już fakt, że zima zawsze zaskakuje drogowców. Przynajmniej w Polsce, bo tu o dziwo dają radę chłopaki. Ale żeby nie było za słodko, to zima zaskakuje u nas co roku naszą miejską spółdzielnię mieszkaniową, w której lokalu i nam przyszło żyć. 
W nocy z czwartku na piątek przyszedł mróz i - pozwólcie że podkreślę jeszcze raz: JAK CO ROKU - momentalnie zabrakło ciepłej wody w kranach i kaloryferach. A ja akurat przeziębiłam sobie pęcherz, więc tylko tego było mi w tym momencie trzeba. The most perfect timing ever. 

W piątek przed południem przyszedł co prawda jakiś pan, pomajstrowal coś tam w piwnicy przy rurkach i kaloryfery ożyły, ale tylko na 2 godziny.
Wezwany ponownie, przylazł coś koło wpół do szóstej wieczorem, pogmerał, postukał. Kaloryfery ożyły ponownie, ale tylko na godziny pół tym razem. 
Jeszcze raz wezwać go nie można było, gdyż było po godzinach urzędowania spółdzielni (wiedział dobrze skubany kiedy przyjść) a wtedy takie telefony są dozwolone tylko w razie gdy istnieje zagrożenie życia lokatorów lub konstrukcji budynku. 
(Nie, nie, wiem co myślicie, niestety -6°C bez ogrzewania i ciepłej wody nie jest uznawane oficjalnie za zagrożenie życia. Skandal, wiem!)

Chcąc nie chcąc zaczęliśmy się przygotowywać psychicznie na weekend w zimnie i mrozie. Szło nam niesporo. To znaczy mi i Dziecku Zpiekłarodem, bo Borsuk to wiadomo że jest kosmitą, i nie czuje zimna jak zwykła ludzka istota. 
No więc ubrałyśmy po trzy swetry, czapkę, szalik, grube skarpety z owcy. Na to koc jak namiot. Ja zabunkrowałam się z tym wszystkim na kanapie i odpaliłam netflixa, dziecko na fotelu przed swoim komputerem zaczęło skakać po dachach budynków i czaić się w szuwarach z prawdziwym krokodylem przy boku, którym szczuło wroga. 
Borsuk w t-shircie, cienkich dresowych spodniach i na boso (!!!) wlazł do czołgu. (no w grze też oczywiście) 
Jak na złość w domu nie było akurat żadnych świeczek - może to złudzenie, ale jak się palą świeczki to jest jakoś tak cieplej. Ale na stanie mieliśmy tylko trzy małe tee lighty, więc raczej bez szału był to spektakl. 

W sobotę było jeszcze jako-tako. Chociaż cały tydzień cieszyłam się na ciepłą wannę pełną piany w weekend, to jeszcze usiłowałam trzymać wkurw na wodzy, pić litr herbaty na godzinę (Borsuk: woda z kranu i zimny napój mate) i myśleć pozytywnie. Że na przykład ogólnie to ludziska kupę kasy płacą za takie marznięcie w zimnym domu - bo po pierwsze kupują dom, po drugie centralny piec do niego, czyli 2x wielka kasa, no i wszystkim się potem te piece psują i siedzą w zimnie dokładnie tak samo jak ja. Tylko że ja to mam bez kredytu na 30 lat, po prostu gratis od spółdzielni! Powinnam się czuć wyróżniona?

Ale w niedzielę już nie strzymałam. Byłam zmarznięta, wściekła i ciągle głodna. I trochę smuteczek jednak - że spółdzielnia tak ostentacyjnie olewa tą sprawę co roku - ale mocno przytłumiony przez wściekłość. Moooocno.
Z tej złości to nawet umyłam łazienkę i kuchnię, pościerałam kurze w najbardziej widocznych miejscach, a potem zaczęłam odkurzać i ten ogrom zmasowanych prac domowych chyba przeraził Borsuka strasznie, bo czegoś takiego to raczej jeszcze nie przeżył przez te dwadzieścia parę lat ze mną, i aż wylazł z czołgu, wyrwał mi odkurzacz z ręki (nie oponowałam) i poodkurzał sam. Ja tymczasem przetarłam na mokro zakurzone listwy, czy jak to się tam nazywa, to na dole ściany, no, między ścianami a podłogą. 
Taaak... Musiałam mieć naprawdę bardzo, bardzo dużo złej energii do wyrzucenia.

Chociaż ja uwielbiam jak jest tak czysto w domu! Serio. Tylko nie lubię sprzątać, a wolny czas poświęcam na malowanie gópich kotków* albo seriale, więc ta czystość jest bardzo ulotnym stanem. Niektórzy co miesiąc myją okna, albo odsuwają kanapy i pod nimi odkurzają, pewnie też ścierają kurze z półek częściej niż raz w roku. Filifionka z doliny Muminków tak miała. I nasza sąsiadka z drugiej strony podwórka, na której balkon mamy widok vis-à-vis. 
Ale ja uważam, że to niezdrowo. Filifionka co prawda wyszła z tej obsesji bez szwanku, no ale to jest postać fikcyjna z bajki dla (nie tylko) dzieci, więc happy end jest oczywisty. 
Za to już sąsiadka jest jak najbardziej realna, z krwi i kości, i co? I w lecie najpierw miała cała nogę w gipsie, a niedługo po jego zdjęciu całą rękę. To nie przeszkodziło jej w cgłym skakaniu ze szmatą po całym domu, włażeniu na balustradę balkonu żeby powiesić dekoracyjne lampki i chorągiewki pod balkonowym "sufitem", i pucowaniu wnętrz kuchennych szafek, najpierw opróżnianych cierpliwie jedną ręką z całej zawartości - ale jak dla mnie to jest wyraźny i jednoznaczny sygnał przeciwko ciągłemu sprzątaniu. 
Choć nie powiem, sąsiadka stanowi naprawdę fascynujący obiekt do obserwacji. Obstawialiśmy z Borsukiem czy się zrąbie z drabiny w tym gipsie przy myciu balkonowych lampek, bo po miesiącu od ich powieszenia musiała je oczywiście umyć - nie zrąbała się. Profeska. No i ma ciągle czysto, nie jak ja raz na ruski rok. Oprócz tych okien, bo one wystarczają do pierwszego deszczu, a tu przecież ciągle pada to zaniechałam mycia ich już na samym początku, bo co się będę kopać z koniem.

No i tak to. Mam nadzieję, że dzisiaj naprawią to ciepło, ja naprawdę muszę do ciepłej piany, bo inaczej będzie bardzo źle. 

_________________

* żeby nie było jednak, że tylko kotki, to tu macie rybkę:















A na koniec się pochwalę, ha. 
Kubek i sól-pieprz to nówki ze sklepów norweskich, diabła to wiadomo sama sobie zmalowałam i wstawiłam do zdjęcia bo pasuje kolorem, ale resztę wytargałam za grosze ze sklepu ze starociami niedaleko mojej pracy. Naprawdę piękne rzeczy tam można czasem znaleźć! Oczywiście łut szczęścia do tego potrzebny, bo na 100 wejść może ze dwa kończą się jakimś łupem (i to najczęściej w postaci ramki na obrazki) ale jednak sporo się tego już zgromadziło. Już kiedyś pokazywałam wcześniejsze łupy w innym poście, jak ktoś chce to >> tutaj <<









Fajne co? :)))


To czołem, rogiem i burakiem moi mili, z tym że ten ostatni niech was nie pokona. Niech ducha w was nie złamie. Trzeba wyjść z tego silniejszym, nie ma innej opcji. Skoro sam Diabeł osobiście przed przeszło ćwierćwieczem trzymał w rękach jedną z całkiem naj-najpierwszych puszek WOŚP, zapraszając opolan do datków metodą przyjaznej i łagodnej perswazji, to gwarantuję wam, tak szybko się ta impreza nie skończy! 




poniedziałek, 14 stycznia 2019

Jak ma na imię Szatan?

Słuchajcie, nie jest najgorzej. Co prawda wieje jak wściekłe, że szyby w oknach trzeszczą, pada (tu deszcze, ówdzie śniegi, czasem oba na raz) i biometr niezwykle niekorzystny - ale, ALE!!! Mogłoby też być tak, jak mi się śniło dzisiaj, a gwarantuję, nie chcielibyście tego. 

Bo wymyśliłam w tym śnie całkiem nowy stan pogodowy!
Była zima, białe chmury, śnieg na ulicach, a na wysokości piątego piętra budynków w powietrzu utworzyła się warstwa LODU, normalnie jak na wodzie. No i potem wiatr i ruchy powietrza zaczęły ten lód kruszyć i on oczywiście zaczął spadać na ziemię, na ludzi, psy i sikorki, no idziesz sobie, idziesz, a tu nagle z nieba lecą ci na łeb rozpędzone kawały lodowej kry... Średnio, co? 
Ja akurat na szczęście byłam w domu i widziałam z wysokości drugiego czy trzeciego piętra jak się kruszy i spada. 
Mam bardzo wielką nadzieję, że coś takiego jest absolutnie niemożliwe. 
I chyba jest to pomysł na nowy film katastroficzny, takiego zdaje się jeszcze nie było. 

..................................

A z niecodziennych przeżyć to jeszcze jedno mam. Dziecko Zpiekłarodem zaczęło od niedawna dorywczo pracować, i po jakimś czasie z urlopu wrócił jeden pracownik, którego jeszcze nie znała. I przyszedł się przedstawić nowej współpracownicy:
- Cześć, jestem Szatan, ale możesz mi mówic Ulli.
Uroczo, prawda?

..................................

A jak już o zimie mowa, bo mi się przypomniało: czytałam kiedyś książkę o powstaniu dekabrystów w carskiej Rosji. Na podstawie pamiętników i listów, więc wiarygodna. No i jak już tym dekabrystom nie wyszło, to car Mikołaj - jak nakazywała miejscowa tradycja - zesłał ponad setkę ich przywódców, ludzi ze starych, arystokratycznych rodów, na Syberię do więzienia i kopalni. 
Z tym że słowo "więzienie" to nie jest całkiem na miejscu chyba, bo to były wykute w litej skale lodowate cele, mokre i całkowicie ciemne (nawet bez okienka w drzwiach), a więźniowie byli cały czas przykuci łańcuchami do ścian. Rano pobudka, do kopalni na 6 godzin, następnie na 2 godziny do świetlicy na posiłek i mały odpoczynek i potem zpowrotem do ciemnej celi, na łańcuch. Czyli było tam jeszcze bardziej średnio niż w moim śnie. 

I teraz sobie przedstawcie, że to była jeszcze wersja light, ze względu na arystokratyczne pochodzenie więźniów (żeby nie kipnęli od razu, wychuchane chłoptasie) bo obok było osobne więzienie dla przestępców z "normalnych" kręgów społecznych, morderców, złodziei itd. (Ale pracowali w kopalni wszyscy razem) 
No i ci niearystokratyczni mieli podobno o wiele bardziej przerąbane, szczególnie jeśli chodzi o czas pracy, po sześciu godzinach to oni dopiero się rozgrzewali pewnie. I oto trzem z nich udało się uciec! Niewiarygodne wręcz, ale jednak. I co zrobili cię szczęśliwcy, ci wybrańcy losu? 
Ano pod osłoną nocy poszli do wsi i za posiadane 5 rubli (pożyczone od autorki pamiętnika) ... schlali się na umór. 
I oczywiście ocknęli się zpowrotem w tym samym więzieniu. 
To się nazywa fason i brawura, nie?  
(Yolo: the Origin)

..................................

To zostawiam was z jeszcze jednym szatano-kotkiem, których wyprodukowałam naprawdę niepokojąco dużo, i idę na trzecią herbatę, bo inaczej przymarznę do krzesła i trzeba mnie będzie na fajrant odkuwać młotkiem i łomem. 

Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie prawdziwego imienia Szatana, nie wiadomo co się może w życiu przydać.























poniedziałek, 7 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: cierpliwość.

Sobotnie zakupy spożywki. Nikt tego nie lubi, ale przejść przez to trzeba.

Najpierw krążenie wkółko parkingu jak stadko wilków wypatrujące rannej sarenki. Już od razu tutaj, na początku, próba cierpliwości i test sprawnościowy w jednym - bo ciasno straszliwie a do tego ludzie łażą jak ślepi, jakby nie widzieli ile aut dookoła: a to wózek z dzieckiem stoi na środku ulicy bo ojciec roku akurat upycha zakupy w bagażniku, tu jakiś czterolatek biega samopas między jadącymi samochodami, tu rodzina z psem na kilometrowej smyczy przechadza się jak po parku, smyczą oplatane już są cztery auta i jeden pan na rowerze, a pies najspokojniej w świecie "staje na rękach" na parkingowym poboczu szerokości 30 cm. 

Po upolowaniu sarenki miejsca na parkingu i wejściu do sklepu mamy kolejne wyzwanie - Walkę Rydwanów na dziale warzyw i owoców. Marketowe wózki robią się chyba coraz większe, a naprawdę trudno jest upchnąć 147 takich pojazdów wraz z powożącymi i ich dziećmi między skrzynkami ogórków a piramidami jabłek. Na dodatek niektóre Keviny - tak się tu mówi na Januszy - myślą, że jak postawią swój wózek wpoprzek przejścia na te dwadzieścia parę minut podczas których wybierają odpowiedniej wielkości cukinię, to oesssu, przecież nic się nie stanie. Choć zaraz, zaraz, "myślą" to chyba nie jest odpowiednie słowo tutaj.

Pustki w półkach z kartoflem. Kryzys idzie?! A jak już na kartofla zeszliśmy, to ja chciałam zapytać co za sadysta w tym kraju kazał kierować do sklepów tylko te nie większe od bardzo małego jajka? Przecież obranie ziemniorów na obiad dla nas trojga już powoduje przykurcz mięśnia w ręce trzymającej nożyk, a co dopiero jak ktoś ma troje dzieci... No i co się właściwie dzieje z tymi dużymi ziemniakami? Wszystkie idą na frytki do Maca?! Mówię wam, jak jadę do Polski to w osiedlowym Tesco mnie takie wzruszenie ogarnia na widok tych kartoflów w rozsądnym, słusznym rozmiarze, wystarczy obrać po 1-2 na osobę i gotowe. Tutaj trzeba w trudzie i znoju ścibolić po 40 na głowę. 
Za to pory są wielkości - i grubości - sekwoi, medal dla tego, kto potrafi taki egzemplarz zużyć na raz w całości. Ja mam już litrowy pojemnik siekanego pora w zamrażarce. 

Bułki na niedzielę, makaron, puszkę groszku i kostkę masła zwijam w biegu, tam zawsze idzie dobrze i szybko. 
To samo przy półce z hummusem - toż przebóg, kto to je w ogóle! - więc mogę spokojnie nawet skład przeczytać, bo niemiecki producent żywności za sprawę honoru poczytuje sobie wlanie litra octu do wszelkich słoików i pudełeczek z dipem, sosem czy warzywem, inaczej produkt jest niejadalny. Więc szukam tych nielicznych bezoctowych rebeliantów. 

Następnie przytrafia się mała zawieszka Borsuka przy półkach z whiskey, ale to zrozumiałe jest. Wszak takie chwile należy celebrować. Ja się od kilku lat zafiksowałam na jednym winie, to mi szybko idzie, ale teraz akurat zachciało mi się czekoladowego Baileysa, a nie było, więc płakałam troszkę.

Dział krojonych na wagę wędlin i mięs to nie nasz świat, więc na szczęście stanie w dodatkowej kolejce nas omija. Ale dla równowagi półka z sojowymi / seitanowymi rzeczami na chleb i na obiad wciśnięta jest za szeroki filar, i wejść tam można tylko pojedyńczo, bez koszyka, i będąc w miarę szczupłym, z tym że trzeba najpierw zdjąć kurtkę, wciągnąć brzuch, ramiona rozsunąć i ustawić po bokach tułowia, a stopy też stawiać bokiem. Tak jak te śmieszne ludziki na staroegipskich papirusach. Widać też wszędzie mieli ciasno. 

Zagadka tartej bułki... Jedne sklepy stawiają przy pieczywie, inne przy mące i cukrze, jeszcze inne wśród przypraw. You never know! Daj się zaskoczyć.

Mleko bez laktozy schowano nie wiedzieć czemu w dziale dla bezglutenowców. 

53 rodzaje mrożonych tortów i ani jednego czekoladowego. Wszędzie tylko lukier i farbowana galaretka. Co za barbarzyński kraj...  :(

Potem jeszcze tylko szukanie igły w stogu siana, czyli wyłuskanie zpośród czterystu odmian crème fraîche kubeczka zwykłej śmietany - crème fraîche odkąd się pojawił, wyoutowal ją z półek prawie całkowicie, nie wiem dlaczego. Bo lepiej brzmi? 
Prowadzi do tej śmietany niekończąca się aleja jogurtowa, jak pas startowy dla Jumbo Jeta, no ale trudno, innej drogi nie ma, jak się chce mizerię na obiad to trzeba przez to przejść. Oczywiście tu znów Keviny rozkminiające czy wziąć zdrowy i modny jogurt z ochydnym glutem chia, suszoną agawą, karmelizowanym selerem i łzami delfina, czy zwykły brzoskwiniowy, który co prawda smakuje w pyteczkę ale cebulacko wygląda we wspólnej lodówce w korpo-kuchni.

To jeszcze szybko jakieś chrupki na wieczór i jesteśmy w kasie. 
Kolejki do kas długie, a oświetlenie sufitowe dobre, mocne, cieplutkie, stoimy więc w tych zimowych kurtkach jak kurczaki w inkubatorze. (W kolejce do - hy hy - oskubania)

Kończy się papier do drukowania paragonów. 

Kod z jogurtu z karmelizowanym delfinem nie chce wejść na kasę.

Przed nami zakupy na taśmę wykłada znowu jeden z tych bardzo dziwnych ludzi, co nie ogarniają, że jak butelki się położy w poprzek taśmy, to one będą się toczyć do tyłu za każdym razem jak taśma ruszy do przodu. Serio, Kevin, ZA KAŻDYM RAZEM, naprawdę. Ale zamiast położyć je po prostu wzdłuż taśmy, to Kevin co i rusz przytrzymuję je ręką, przetacza dwa metry do przodu i uważa, żeby nie stukały jedna o drugą. No i jak ten świat ma nie upaść, skoro 90% ludzi nie ogarnia tak prostego zjawiska?! Jak im się woda z wanny przelewa, to też wycierają ciągle podłogę zamiast zakręcić kran? Dodajmy do tego te puszczone samopas na parkingu dzieci i psy, i mamy pewność że gatunek ludzki dąży ku samozagładzie. Kiedyś nastanie taka chwila, że procent Kevinów w ziemskiej populacji wzrośnie na tyle, że zacznie się staczanie po równi pochyłej, a wiadomo jak to wtedy leci. Szybko i w dół. 

Każda interakcja z większą masą ludzką kończy się u mnie tymi samymi wnioskami. Trudno, będę już zawsze dzikiem-samotnikiem. Chrum chrum, kłłłiiiii.
Ehhh...

To popatrzmy sobie w gwiazdy dla uspokojenia. Koziorożec w gwiezdnym, złotym pyle:











No. Od razu lepiej, co? Mi tak :)

środa, 2 stycznia 2019

Dlaczego oglądamy złe filmy?

Jeszcze tylko 4 miesiące i wiosna!
Hy hy. 
Państwo wybaczą ten czarny humor z samego rana, ale się wczoraj bardzo przejadłam bigosu i dziś mam marne samopoczucie, a i noc była marna. Unikam przejadania się ogólnie, ale jednak wczoraj jakoś tak wyszło, gópio było zostawiać w garnku taką resztkę na dnie - tym bardziej że w nocy wicher nie zwiał mi jednak tego garnka z balkonu chociaż bardzo się starał - no to teraz mam za swoje. 

Do północy w Sylwestra dotrwałam, oglądając bardzo, baaardzo zły film o eksperymentalnym, inteligentnym samolocie bojowym, zwanym pieszczotliwie Blaszakiem, co to naprawdę latał tak jak nazwa wskazuje czyli sam, bez człowieka. I najpierw stał się zły bo piorun uderzył mu w przetwornik kwantowy, ściągnął z internetu w garażu wszystkie piosenki (serio, tak powiedzieli: wszystkie) i wyruszył na misję uwalniania świata od terrorystów nie bacząc na ogromne straty w cywilach. 
Ale później docenił prawdziwą, męska przyjaźń z dowódcą swojej drużyny (z człowiekiem znaczy) który najpierw go ścigał żeby go zestrzelić za tą samowolkę, ale potem już jakoś nie (może przegapiłam dlaczego) no i w końcu Blaszak zginął bohatersko ratując tegoż dowódcę i jego ukochaną przed ostrzałem na granicy dwóch Korei. 
No? Oglądał ktoś gorszy film? 
Ha! Tak myślałam.
Wszystko to trwało bite dwie godziny i zmuszało do refleksji na temat "dlaczego my to właściwie oglądamy i czy naprawdę tak bardzo nie chce nam się nacisnąć paru guziczków w tym Netflixie?" 
Niech każdy, kto zna ten problem sam sobie odpowie na to pytanie, po cichu, jak mu wstyd na głos.

Rakiety natomiast jak zaczęły na podwórku strzelać o tej północy, tak strzelały godzinę (czyli podczas drugiej godziny Blaszaka, więc to była zaprawdę wystrzałowa noc). Zawsze nie mogę się nadziwić dlaczego puszczanie z ogniem takiej grubej kasy sprawia ludziom tyle radości? No ale ja dziwny człowiek jestem, wiem. Dzik z puszczy.


To jak już mowa o strzelaniu, to takiego Strzelca namalowałam, o:
















Format A4, w sklepiku nawet już TUTAJ siedzi.


No i obeszło się tym razem bez sylwestrowego tureckiego disco do 4 rano po sąsiedzku, jak w tamtym roku. Gdyż nie ma na tym świecie nic, absolutnie nic potworniejszego od tureckiego disco, te dźwięki wymyślił Szatan, jestem tego pewna. I żyłam w strachu przed powtórką już od dobrych dwóch tygodni. 
Człowiek, chociaż niezwykle utalentowany w wymyślaniu niezliczonych wersji piekła na ziemi, ma jednak za mało wyobraźni żeby stworzyć coś tak koszmarnie makabrycznego. To wyszło prosto z najciemniejszych infernalnych czeluści, jak Szatan tam siedział i toczył spienioną smołę z pyska bo akurat miał bardzo zły humor, bo ludzkość powołała do życia kolejny program pomocy bezdomnym kotkom, czy nastawiała jadłodajni dla ubogich. 
Więc proszę was, uważajcie z tym pomaganiem bliźniemu i dobroczynnością, bo potem ja tu ponoszę konsekwencje. 


To czołem, rogiem i kopytem moi mili, niech się nam szczęści w tym 2019.
Ja mam taka prośbę małą do losu (czy chyba do samej siebie raczej) żebym w końcu nabrała choć odrobinę odwagi. Tyci-tyci. Już ponad 40 lat jestem największym cykorem w galaktyce, i mimo że to jest niby zawsze jakieś osiągnięcie, to jednak gotowa jestem oddać laury. 
Ale pewnie jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. 

]:-*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...