wtorek, 27 grudnia 2016

Nosorożec po irlandzku i prosię w korsykańskich ziołach.

Jest pewna poetka spod znaku Nosorożca, co swoje wiersze, zwięzłe, treściwe, o grubych listkach i mocnych korzonkach, zasadza w torfie Mullaghmore. Trwają tam, opierając się najmocniejszym wiatrom, bezpiecznie chowając słowa w swojej butelkowej zieleni. Dobrze się do nich wraca po czasie żeby pogłaskać po listkach i rozbudzić na nowo i słowa, i to co między nimi.

Od niej właśnie dostałam, eony temu już, dwa drewniane domki. Długo się zastanawiałam, co z nimi zrobić, żeby nie zepsuć! W końcu stanęło na tym, że namaluję swój własny skrót przez kosmos, boczne wejście do uniwersum prowadzące stąd - wprost na torfowiska. I w ten oto chytry i przebiegły sposób, otwieram tylko drzwiczki i chyc-chyc, raz-dwa, jestem na miejscu i już mogę zabutelkować się na zielono z widokiem na Ben Bulben i Classiebawn Castle!

Dzięki raz jeszcze, Margo :*
 
 
 

 

 

 

 
 
 
 
A tu na półkach, u Dziecka Zpiekłarodem.
 



...............................................................................................



Mikołaj Diabłu przyniósl kilka tubek akwarelek z wyższej półki.

Mnóstwo radości (jak one pięknie płyną! jakie pigmenty!)
Całe góry frustracji (jak ja nie umiem! jak ja nic nie rozumiem!)

Aktualnie mam 7 obrazków z tym samym motywem w różnym stopniu wypieczenia - od całkowitego zakalca do wpółzjadalnego wypieku.
Oraz jeden całkiem inny, który zwaliłam chyba dokumentnie. A szkoda, bo z Planktonami jest...
Ale nie poddaje się, nie!



...............................................................................................


 
A teraz, razem ze świniakami korsykańskimi, które tam uroczymi watahami hasają na półdziko (a nawet całkiem), po górach i lasach, życzę wszystkim wspaniałego roku 2017. Szczęśliwego i radosnego jak te świniaki!
Chrum chrum, kłiiiiiii!
 
 
A Klusek Rico proszona jest o decyzję w sprawie kalendarza, bo dziś albo jutro zamawiam!













 

wtorek, 20 grudnia 2016

Na kalendarium w akwarium złote myśli zawiśli.

Jak ktoś jest taka kalendarzowa lebiega jak ja, że pod koniec grudnia jeszcze nie kupił kartek z tymi takimi liczbami, cyferkami różnymi i literkami w rządkach na rok 2017, to jest możliwość zamówienia sobie ekskluzywnego wydania buraczanego w formacie A4, w cenie 20 ełro + przesyłka (4 ełro Dojczland, 6 ełro reszta EU).

No bo ja sobie taki zamówię w foto-servisie, to mogę komuś też. Z tym że „interfejs" będzie po niemiecku oczywiście, natürlich, Montag-Sonntag-Januar-Dezember-itd (ale żadne święta i inne holideje nie są zaznaczone, więc spokojnie, nie będziecie mieli nagle święta Wurst Mit Muschtarda czy innego Wielkiego Tygodnia Orkiestr Dętych)

O, tak to wyglada:


 
 
 
 

 

Jakby się kto pytał, czemu tak drogo, to ja naprawdę nie wiem, takie foto-servis ma ceny.




Czy som jakieś opcje. Opcje som czy. Raz, dwa, czy:
 
 
1. Kalendarz dla potłuczonych
😸
 
Z wieloma (nie)życiowymi radami i sentencjami haftowanymi złotą nicią lotnej myśli na buraczanych liściach:







2. Kalendarz dla wielbicieli ryb
❤ 🐟  
 
Ryby, łodzie podwodne i dużo, duuuużo Planktonów!





3. Kalendarz dla potłuczonych wielbicieli ryb
😸 ❤ 🐟
 
Kilka dań rybnych z planktonem, okraszonych tu i ówdzie sentencjami:

 
 
W dolnym prawym rogu na każdej stronie będą oczywiście krateczki z cyferkami (patrz yeti i syrenki powyżej).
 
 

Więc jakby co, to pisać, albo tutaj w komentarzach albo na priv tu:

aryatara_a@yahoo.de

To po świętach na spokojnie zamówię, może i przyjdą parę dni po nowym roku, ale jaka to różnica w sumie. (w sandaczu też chyba bez różnicy) (albo w dorszu)
 
 
...................................................................................
 
 
Przeczytałam "Ostatnią arystokratkę" i "Arystokratkę w ukropie". Między ostatnią stroną pierwszej książki, a pierwszą stroną drugiej, jeden pies zdąrzył zmienić imię - nagle nie nazywa się już Leodardo (Leoś) tylko Włodek :)
A pani Cicha wybiega w jednej scenie na dziedziciec wymachując patelnią z litu :)))
Fajna taka patelnia - lekka, można wymachiwać bez końca. I smażyć na samej wodzie, zdrowo i zarazem niezwykle efektownie, wręcz wystrzałowo.
 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ile kosztuje karma dla smoków.

Porcja karmy dla moich smoków na zeszły tydzień kosztowała (nie licząc strat moralnych oczywiście) dwa dobre cienkopisy.
No bo było tak, że w celu weekendowego leczenia poniesionych w tygodniu ran na psyche, chciałam namalować coś kolorowego, najlepiej coś z tą fajną złotą farbką, która tak uwielbiam. No więc myślę, i myślę, co by tu wybrać z buraczanego szkicownika* i trafiam na wielce miłe projekty Planktonów. Zresztą wszystkie projekty Planktonów są miłe przecież.

Poczym, gdy jedna połowa mózgu planuje już festiwal kolorów i złote fontanny, ze śpiewem na ustach wyciska farbki, szykuje pędzelki - druga połowa nikczemnie i zdradziecko kieruje rękę po czarny cienkopis i kawałek szarej tekturki...

Pierwsza połowa oponuje, że akurat nie mamy zwykłych BICów na stanie, jedynie wypasione Fabercastele i Eddingi w luksusowym rozmiarze XS, przeznaczone do Celów Wyższych, no a poza tym wyraźnie chcieliśmy przecież KOLORY.

Walka trwa jednak tylko krótka chwilkę, okamgnienie.
(Trzykroć miauknął kot pstrokaty. I jeż trzykroć i raz świsnął - kto pamięta skad to?) :D
Ciemna połowa mocy jest silniejsza. Widać tamta jest od myślenia, a ta od działania, tyle że po swojemu. Wpycha akrylowe fontanny zpowrotem wgłąb tubek i wyciąga łapy po cienkopis.
 
No i to tyle jeśli chodzi o plany. Skrobię więc czarne tło na tekturce tym Eddingiem na zmianę z Fabercastelem, i z jednej strony serce mi krwawi na takie marnotrawstwo, wiem że XS nie przeżyje tej tektury, ale z drugiej strony się jednak raduje to serce moje   dwukomorowe  dwulicowe, bo ileż to satysfakcji ma człowiek z takiego siania kropeczek maczkiem i ćkania kreseczek mazaczkiem! Zawsze wszystko u mnie leci dwutorowo, no Waga i już, nic nie poradzisz.
 

 

Nie wiem ile tych kreseczek jest... Może nasza Specjalistka Od Siania Maczkiem posiada tu jakieś statystyki, arkusze Excela z symulacjami zagęszczenia na centymetr kwadratowy, może potrafi oceniać takie rzeczy na oko? Ja mogę tylko powiedzieć, że jest ich baaaardzo dużo!!! I że to bardzo wciąga.
 
 
 
 
 
 
 
 
Fajne chłopaki z tych Planktonów ogólnie są.
Czasem jeden drugiego tak jakby trochę wchłonie, ale bez urazy.
 
 
 
 
 
 
Są bardzo przyjacielscy, trzymają się razem - bardzo równe chłopaki.
 





A przy rafie im. Dorsza Hadriana, na czwartym kamieniu od lewej, działa nawet Amatorski Klub Utulania Do Snu - całkowicie darmowa usługa obejmuje jeden całusek na dobranoc i pięć minut smyrania macką po pleckach**
 
 
 
 
 
 
 
♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥  Gdyż działać należy z pasją, n'est pas?  ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

 
 
 
 
 
 

♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥


 

* Szkicownik - to brzmi dumnie! Ale nie łudźmy się, tak naprawdę to jest zyliardstomilionów przeróżnych karteczek spiętych klamerką, czyli moje drugie imię jest Chaos.
 
** Borsuk złośliwie twierdzi, że to wcale nie całuski, tylko rybka po prostu już goni w piętkę, lada chwila rymsnie w kalendarz, wyciągnie płetwę kopytną, a Planktoni jako ludek zaradny i praktyczny, kierujący się zasadą "Co w brzuchu - tego już nikt nie zabierze" zaczynają ochocze wchłanianie. Ale ja wiem swoje.
Cmok! :*
 
 

 

 
 

piątek, 2 grudnia 2016

Słowa kluczowe

Skoro już umiem robić gify, to zrobiłam jeszcze jeden. Ale strasznie żmudne takie gifowanie, chyba jestę na to za leniwą...

Ten tu oto przedstawia dwie połowy mojej osobowości:
Jedna połowa gada farmazony jadąc na radosnym haju wywołanym używaniem materiałów plastycznych (ZGODNIE z przeznaczeniem)
Druga połowa tylko wzdycha i wywala oczami, no bo co jej innego pozostało biorąc pod uwagę obecną sytuację w miejscu pracy, opisaną poprzednim razem.

Ja tak sobie żartobliwie-pieszczotliwie na to mówię, że karmię smoki.
Poniedziałek-piątek karmię smoki, weekend na leczenie ran, i od nowa. Taka praca.

(Pamiętacie bajkę "Dawno temu w trawie"? Płomienie śmieeerci!!! No. Na tej zasadzie.)
 
 

.................................................



Wichry wieją u nas straszliwe. Wczoraj to myślałam, że mnie ktoś szarpie z tyłu za kaptur, odwracam się a tam - nikt. Tylko wicher duje i wyje. Do tego zimne te wichry takie, wbijają się w kark jak wampirze kły. Człowiek dociera w końcu do domu umęczony i zmarznięty, zjada ciepłą obiadokolację (znaczy nie tak od razu, najpierw se ugotować musi) i od razu senność owija mu plecki swoim ciepłym kocykiem w puchate misie i szepcze czule do uszka "Zaśnij sobie, zaśnij, tu na stole złóż główke, olej wszystko, brudny talerz nie zając, nie ucieknie." Normalnie aż trzeba uważać, żeby tej główki prosto w resztki buraków nie złożyć, efekty byłyby niezwykle zaskakujące, nawet po krótkiej tylko drzemce.
Słowa kluczowe: zwała, spać, usnąć, wbić gwoździa, przyciąć komara, ciąć chrapickiego, knurzyć, piłować, tartak.


Natomiast w tamten piątek po pracy okazałam kierowcy autobusu zamiast biletu - klucze od mieszkania.
Na szczęście zorientowałam się i zamieniłam fanty, zanim zdąrzył to źle odczytać, albo cokolwiek powiedzieć. Wiecie jak w filmach, w scenach rozgrywających się w hotelowych barach, ktoś komuś daje swoje klucze i odchodzi na pięterko? Patrząc wymownie? No. Znaczy ja nie patrzyłam wymownie, właściwie chyba w ogóle nie patrzyłam, bo kto ma w piątek po pracy siłę patrzeć. (W oczach tylko wirujące spirale chaosu i odmętów szaleństwa niespokojny blask...)
Słowa kluczowe: drętwota, otępienie, korpo-zombie, diabeł-buła.

 
A te słowa kluczowe to dlatego, że ja (jak wszyscy chyba) z ogromną ciekawością sprawdzam w trzewiach bloga jakimi to pokrętnymi ścieżkami ludzie docierają przez googlowe manowce na moje buraczane poletko. Poprzez słowa "diabeł" czy "buraki" to oczywiście oczywista oczywistość, ale czasami... Proszę:


Zoologicznie

zdjęcia cyrkowych jamików (Boże uchowaj, mam nadzieję, że cyrkowe jamniki nie istnieją)

dzień konia (Ku chwale ojczyzny!)

koniki plakatów (Nie jestem pewna, co autor miał na myśli)

borsuk na zmarszczki (Nie chcę wiedzieć, co autor miał na myśli)

oddam sowę (No wiesz co! Jak możesz!)

kot leci wysoko od ziemi (Jak się go mocno podrzuci, to niewykluczone, z tym że długo tak nie polata)

nierówność dromadera (Wrodzona i nieuleczalna, drogi internauto. Dromaderów nie prostuje się.)




 
Porady ogólne

dlaczego ludzie zasłaniają rejsyracje (Bo są zbrodzieniami)

co zawiera kukułka (Otwieramy i a kuku - oto flaczki, kiszki, nereczki i inne elementy. Generalnie kukułka dosyć skomplikowana jest)

buahaha - co to znaczy (Łał! To mogła być tylko Morticia Addams! Jeeejk! :)

co oznacza poczwara za głową (Smok. Albo ta Kowalska z trzeciego. W obu przypadkach szybko uciekaj)



Edukacja, społeczeństwo, kultura

kaganek oświaty (U mnie?! :) wzruszonam!)

obalić mit (Może byc trudno, ale nie takie rzeczy się ze szwagrem obalało)

szczała baba koło płota (Obalić tą nieobywatelską postawę mandatem!)

ciężkie chwile wyrażone wierszem (Ach, drogi licealisto... a wiesz że kiedyś nie było internetu i trzeba było wszystkiego samemu w książkach szukać? Serio! To dopiero były czasami ciężkie chwile.)

fenkuł halo jesteś tam? (Nie. Może Fenkuł ma akurat ciężkie chwile i próbuje wyrazić je wierszem?)

siada na kaktusie (No, to bank ma teraz ciężkie chwile. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy narzucającą mu się formą ekspresji jest akurat poezja)

 

 
Rzeczy oczywiste, czyli piekło i buraki

diabeł wśród ryb :)))))

diabeł bez spodni (No tak od razu do intymnego pożycia?!)

żelazo w buraczkach (Heavy metal beets, yeah!)

wyciąganie ciepła przez diabły (No i czego tu robi z igły widły? Budżet ograniczony, klientów coraz więcej, a pod kotłami trzeba palić, inaczej szef się wścieka. Czasem się jakąś tam rurkę podłączy na lewo, ojeju.)

19 lipiec diabeł na niebie (Szef czasem lubi poszpiegować konkurencję)

buraczane plamy na suficie (To Buraczany Jeździec Apokalipsy przesącza się do naszego świata!!! Pakuj się i uciekaj)
 

 
.................................................


 
Dziś tylko na szybko takie mizerne zdjęcie malutkiego, roboczego szkicu Stefana, robione po ciemku więc mizernie do kwadratu jest nawet, ale obiecuję, następnym razem będzie lepiej!

Zwrócenie uwagi na Jedyny Słuszny W Tej Sytuacji Ołówek pilnie wskazane ;)
 
 
 
 
 
 
 
To lecę karmić moje smoki, jeszcze kilka godzin zostało.
:*

piątek, 25 listopada 2016

Do serca przytul psa, weź na kolana konia...

... bo zwierzątka, wiadomo, dobre na ból duszy są. Także Lis Stefan jest świadomy mocy drzemiącej w jego futerku. A że jest lisem czynu, to teraz też nie wahał się ni chwili. Spakował już walizeczkę pierwszej pomocy i jest gotowy ruszyć w drogę. Wołajcie - a przybieży.


Wręczy smutnej duszy lizaka o jej ulubionym smaku, naklei kwiecisty plaster na rany zadane przez los, sypnie confetti z najpiękniejszych wspomnień.


Wyciągnie z walizeczki syrop na słodkie sny i balsam na poobijane marzenia. Wszystko bez recepty!


No i oczywiście pozwoli się pogłaskać i pomiziać.

 
 

Zestaw pierwszej pomocy Lisa Stefana na ból duszy:
lizak o jej ulubionym smaku, puchaty ogon, confetti z najpiękniejszych wspomnień,
kwiecisty plaster na rany zadane przez los.
W torbie skrywa: syrop na słodkie sny, balsam na poobijane marzenia
i starannie zwiniętą w rulonik z perforowanymi porcyjkami radość.



p.s. Uprasza się NIE posądzać Stefana o handel substancjami chemicznymi znajdującymi się na listach produktów zakazanych przez Ministerstwo Zdrowia i ONZ.


...................................................................................
 

Taki stary obrazek że Stefanem znalazłam - i jest jak znalazł (!) na dzisiaj bo moja dusza już goni ostatkiem sił.

Bo kolega z biurka obok się rozmnożył do końca, to znaczy żona jego dokonała w końcu ostatecznego podziału na dwa organizmy żywe, wypączkowała małą sadzonkę z pełnym garniturem świeżutkich chromosomów, no i kolega jest na urlopie od sześciu tygodni i wróci po nowym roku, a ja z tej okazji muszę przytulić do mej wątłej klaty tak jakby dwa etaty. Sam ten fakt już sucks, bo roboty po pachy, ale jeszcze gorsze, że trzeba "współpracować" z szerszym gronem ludzi. Cudzysłów dlatego, że od tej "współpracy" to już mam ryj czerwony od strzelania sobie facepalmów, a mózg mi w poprzek stanął od rozwiązywania licznych zagadek (nie)logicznych zawartych w mailach, i od innych różnych takich whatthefucków.


Przytoczmy treść ostatnich kilku "ciekawszych" dialogów mailowych. Mailowych, co oznacza, że każda linijka dialogu to przynajmniej 1-3 dni, więc państwo sobie imaginują ile czasu to trwa, podczas gdy terminy nieubłaganie lecą:


- Joanna, potrzebuję w formie newslettera zdjęcie produktu XY z zawiadomieniem o czasie realizacji zamówień.
- Dobrze, ale jaka ma być treść tego zawiadomienia?
- Tak.

........................................................................................

- Ile kosztowałby nas dodruk tego folderu?
- Tu masz link z cenami każdego możliwego nakładu.
- A ile kosztuje 500 sztuk a ile 1000?
- Tyle, co w linku właśnie, masz tam wszystkie nakłady i ceny.
- Aha, ok, dzięki.

........................................................................................

- Joanna, możesz proszę wysłać ten folder do druku? Chciałbym 250 sztuk.
- Na jakim papierze? Bo jest wiele możliwości, tu masz link, zobacz sobie i wybierz. Chcesz żeby folder miał numer magazynowy, bo widzę że jeszcze nie ma?
- Chciałbym 250 sztuk.
- Jaki papier...
- ... link...
- ...numer....
- ... (pomocy, wody... !)
- ... (wódki!)
- ....


........................................................................................


- Możesz zmienić teksty na tych zdjęciach z niemieckich na francuskie?
- Niestety nie. To są pliki .jpg i nie mogę edytować w nich napisów. Potrzebowałabym te zdjęcia oryginalne, czyste, wtedy mogę dodać napisy.
- To możesz jednak zmienić te napisy? Bo Francuzi to potrzebują na jutro.
- Niestety nie. To są pliki .jpg...
- ...
- ...

........................................................................................


- Joanna, mam już prawie wszystkie francuskie tłumaczenia tekstów ze strony o produkcie YZ.
- Serdecznie gratuluję, ale po co mi o tym piszesz?
- No przecież do katalogu.
- Jakiego katalogu? Mam wam z tymi tekstami zrobić francuski katalog?
- Nie, nie. Katalog już mamy.
- Mamy francuski katalog?
- Nie.
- No to po co mi te teksty?
- Bo on jest po niemiecku.
- Co, ten katalog?!
- Tak.
- Czyli mam wam zrobić francuski katalog?
- Tak.

Ten facet jest absolutnym Mistrzem Dialogu. Za każdym razem się z nim tak rozmawia, yoga dla mózgu. Trzy miesiące temu przydzielono mu młodego padawana, bardzo przejętego - przychodził na początku pod krawatem. (NIKT u nas nie nosi krawatów, raczej tak na luzie i mocno casual, a jedna pani to nawet tak wygląda, jakby przed chwilą wróciła z koncertu Janis Joplin, bo spostrzegła nagle, że artystka gdzieś wyszła, publiczność też, światła pogaszone, i że już ogólnie koncert się skończył chyba)

No w każdym razie ten padawan, jak przyszedł, to był wystrachany, omiatał wszystko dokoła wzrokiem spłoszonej sarny, chrząkał z przejęcia i pracował powoli ale skrupulatnie. I co? Minęło kilka tygodni i zaczął zachowywać się tak samo jak jego Master. Zaprawdę, ciemna strona mocy nie bierze jenców, albo jesteś z nami albo giń.

........................................................................................

- Może pani w tym tekście wytłuścić jeszcze to, to, to i to, żeby to też podkreślić?
- Ale wtedy to już cały, calutki teks będzie jednolicie tłustym drukiem, co znaczy, że nic nie będzie podkreślone, nic się nie będzie wyróżniać.
- Ale jak to? Przecież wszystko będzie tłustym drukiem!
- No właśnie. WSZYSTKO. Wszystko będzie jednakowe, nic nie przyciągnie uwagi na najważniejsze fakty.
- To może jeszcze dodatkowo cały tekst na czerwono zrobimy? I większą czcionką?

........................................................................................


- O, tutaj mamy trochę miejsca! (3 cm kwadratowe luzu, ostatni bastion rozpaczliwie broniący estetycznego layoutu) Proszę tu wstawić parę zdjęć produktów, ale dużych (!!! na 3 cm?!), żeby było widać co mają napisane na etykietkach.

........................................................................................


- Te tabele są takie niedekoracyjne i jasne, strasznie białe to tło, oślepiające!
- Bo tu jest mnóstwo tekstów drobnym druczkiem, tło powinno być jasne i jednolite żeby móc to przeczytać. Kolorami oznaczone są tylko grupy artykułów w lewej szpalcie, to wystarczy. A wiersz z co drugim artykułem ma jasnoszare tło, co optycznie oddziela artykuły od siebie i oko "nie skacze i nie zjeżdża".
- Ale tak pusto w tle jest! Może jakieś takie kolorowe romby? Duże, kolorowe romby!


(To była ta pani co właśnie wróciła z koncertu. I tym wrąbała mi ostatni gwóźdź do trumny)


Idę rąbać romby. A potem, na cmentarzyku pogrzebanych uczuć i spopielonych marzeń, rąbnę w jakimś zapomnianym kątku malutki grobek (oczywiście romboidalny) z granitową płytą "Tu spoczywa, bezlitośnie porąbana w kawałki, Godność Osobista Anonimowego Grafika" To będzie taki grób zbiorowy, na cześć całej braci graficznej. I tak, oczywiście LOGO BĘDZIE WIĘKSZE. I NA ŚRODKU.


Istnieje jakiś święty od pikseli i designu? Jakieś miejsce pielgrzymek o idealnym layoucie przestrzennym i złotych proporcjach? Matka Boska Graficzna? Całe życie całkiem dobrze sobie radziłam bez tego typu gadżetów, ale czuję że mogą być teraz potrzebne. Żeby mieć, jakby co, adresata do zawodzenia inwokacji, bo inaczej mi zostanie tylko wycie do księżyca.

Stefanie, przybywaj z tymi balsamami...

wtorek, 8 listopada 2016

Transformers 6: Splashing Cauliflowers - The Last Battle at The Vegetable Stand

No to mamy pierwszy śnieżek, jasna i ciapata jego mać. Niby wiedziałam czego się spodziewać, patrzyłam wszak na prognozy wczora z wieczora, ale i tak dziś rano (rano? czy godzina 4.55 to jest właściwie rano czy noc?), po odsłonięciu okien, trzepnęło to dosyć mocno moją wewnętrzną harmonią. Harmonia zarzęziła, jęknęła, przestroiła się na tony jednoznacznie złowróżbne, nieprzyjemne i zgrzytliwe, i wypełniła nimi moje jestestwo od kopyt aż po rogi.


W pierwszym odruchu od razu poleciałam do szafy i wyciągnęłam kurtkę godną Czomolungmy i dodatkową podkoszulkę, bo jak pamiętamy z lekcji biologii, jednym z podstawowych warunków przetrwania organizmu żywego w ciężkich warunkach środowiskowych jest odpowiednia, ochronna powłoka zewnętrzna.


Zadbawszy zatem o moje zewnętrze, zajęłam się wnętrzem, to znaczy zestawem ćwiczeń, do których zmuszam się 2 razy w tygodniu, ażeby to moje wnętrze całkiem nie zardzewiało od siedzenia po 8-9 godzin przy biurku. No i tak sobie machałam tym i owym, wyginałam i wykręcałam, rozciągałam i napinałam, a śnieżek prószył, i prószył, i prószył. A ja coraz bardziej przerażona, i coraz bardziej, i coraz bardziej, że muszę na ten śnieżek wyjść...


I z tego przerażenia chyba, to zapomniałam parasola. A jak już dojadę do pracy, to muszę jeszcze z buta tak 6-8 minut, no i ten śnieżek mi ciął w poliki, walił w oczy, i coraz bardziej trzepał tą moją i tak już sponiewieraną harmonią, dziury w niej porobił, przez które smętnie gwizdał i świstał wicher, i to były jedyne dźwięki już, jakie się z niej wydobywały. I w takich właśnie chwilach jak ta, człowiek sobie boleśnie uświadamia ten ogrom niesprawiedliwości dziejowej, który jednym pozwala urodzić się w pięknych, ciepłych krainach nad turkusowym morzem, pełnych kolorowych motyli, słodkich melonów, i takich na przykład jeszcze słodszych dziobaków albo kapibar, co każdego ranka jedzą ci z ręki, i gdzie wewnętrzna harmonia wydaje z siebie tylko i wyłącznie trele anielskie i boskie pienia - a innym tutaj. Wiem, wiem, są gorsze miejscówki, ale są też na przykład Hawaje.


I jest zadupie na północnych ziemiach germańskich, tnące śniegiem w ryj i wichrem w harmonię.

A ja bez parasola.

A mam nowy nawet, wreszcie. Gdyż stary (taki składany), wredna druciana menda, dysponował samozapłonem i nie wahał się go użyć. Czyli otwierał się sam z siebie i znienacka. Pół biedy jeszcze, jak był w stanie suchym i leżał w torbie, zapięty na ten taki paseczek z rzepem - wtedy mógł odpalić tylko teleskopowe, stalowe ramię zagłady i co najwyżej jakiś współpasażer autobusu otrzymywał nieoczekiwany cios w bok (lub cokolwiek innego) od tego podstępnego Transformera-padalca.

Gorzej, jak padalec był mokry i jeszcze nie zdąrzyłam zapiąć rzepa, albo zapięłam go za słabo, i akurat wchodziłam do autobusu. Od razu wykorzystywał moment, bazyliszek jeden. Wtedy nie tylko wybrany Pechowiec Dnia dostawał cios w zadek lub przeponę, ale jeszcze całe towarzystwo obrywało lodowatą deszczówką wystrzeloną pod ciśnieniem. A to niekoniecznie wyzwalało dobre i szlachetne emocje, no wiecie jak to jest - sporo ludzi na niewielkim metrażu, stres, z trudem tłumiona agresja, no problematyka znana z większości zakładów karnych... Nikt wtedy raczej nie uśmiecha się do ciebie słodko, biorąc pod rękę, i nie proponuje wspólnego dziergania puchatych skarpet z różowym jednorożcem przy szklance gorącej herbatki z sokiem malinowym, tylko wali w łeb swoją własną, podziurawioną parasolowymi drutami harmonią.

Chyba że wchodziłam z przodu autobusu, od strony kierowcy - wtedy było jeszcze ciekawiej, bo akcja z samopałem mogła być traktowana właściwie jako zamach na służbę mundurową. Ot, włazi taka, niepozorna niby, w szarym płaszczyku, i znienacka wbija kierowcy parasol w oko rycząc do tego dziko (ale to z przestrachu!)

Później było jeszcze gorzej, i dochodziło do takich sytuacji, że stoję sobie spokojnie w sklepie, w jednej ręce trzymam kalafior, drugą wybieram pomidorka, myśli moje i wszystkich wokół dryfują już spokojnie wśród niebiańskich smaków i aromatów rychłej obiadokolacji i wokoło miękkiej sofy - a tu nagle SRRRRRU-KLICK-ŁUP!!! ni z tego ni z owego wyrasta mi spod pachy przenośna, rozkładana szpiegowska antena satelitarna. Ładna taka, czerwona, aczkolwiek mało dyskretna i siejąca popłoch wsród gawiedzi. (Hallo, hallo, słyszy mnie ktoś? Tu al_de_baran75, po ile dziś kartofle w Lidlu bo nie wiem czy warto wychodzić z nadświetlnej, jedna turbina mi trochę lata, odbiór)

No więc zrozumiałym jest, że w końcu nieobliczalny Megatron poszedł na złom. Optimus Prime tym razem nawalił i zupełnie nic nie pomógł ludzkości, więc ja uratowałam świat, ja sama. No co było robić. A potem kupiłam po prostu parasol, chociaż też czerwony. I nie obchodzą mnie żadne zepsute turbiny, niech sobie ceny ziemskich kartofli w internecie sprawdzą.

No i tak to. A tymczasem śnieżek dalej prószy. Staram się, naprawdę bardzo się staram nie zapomnieć, jak wygląda słońce, ale łatwe to nie jest. Ostatnio dwa tygodnie temu w niedzielę na cztery godziny otworzyło sie okienko w niebiesiach, to poszlim trochę na dwór przypomnieć sobie co to są kolory i zrobiłam na balkonie zdjęcia nowemu aniołowi, bo ma złote włosy, ze prawdziwnej złotej farbki, i na zdjęciach widać to tylko, jeśli są zrobione w prawdziwym słońcu.
 

 
 

 
 
Tak sobie przysnął w ogródku leciutko, w słoneczku. Dłuższą chwilkę chyba nawet,
bo już się różyczki po nim pną, i widać że fryzjera też dawno nie odwiedzał.
 

 
 

 


A tu jego miejsce w domu, jak sobie poszedł spać z rybami.
 
 
 



----------------------------------------------------------------------------------------------------------



A na koniec zagadka: czemu kociątko-czajątko tak się czai?
 
 

wtorek, 25 października 2016

People Of The Soap. Czy karp może śpiewać, a mydło przejąć władze nad światem?


Jesień uparła się występować jako gęsty, mokry koncentrat. Roślinna pulpa i spleśniałe pajęczyny zalane szarą chmurą. Niby są jakieś tam kolory na drzewach, ale ledwo je widać przez brudnobiałe opary mgły. Wszystko jest jakby opakowane w watę, łącznie z moim mózgiem. Leży on sobie tak w zaciszu wacianego kokonu i dobrze mu chyba, bo się za nic nie chce obudzić. A przekupiam ciepłą kawką, wabię pachnącym, ciemnoczekoladowym ciastem, kuszę mieszankami egzotycznych herbat. Nic. Ani drgnie. (Może się w tym kokonie przepoczwarza) (Przebóg, ale w co?!)


Do tego co uchylę na chwilę okno w pracy, to akurat słychać odlatujące żurawie, jak wesoło klangorzą "Glllrrr, glllrrr, odlatujemy sobie w cieplejsze miejsce właśnie, glllllrrrr, glllrrr, a wy tu se siedźcie w tej czarnej dooooopie, gllllrrr, glllrrrr, glllrrrr". No nie pomaga to, nie pomaga. Też mi się marzy jakiś taki fajny odlot. ("Zjedz grzybka, grzybka zjedz" podszeptuje głosik z wnętrzna wacianego kokonu, chichocząc złośliwie)


Tęskniło mi się za jakimś żywym kolorem, to deskę sobie zmalowałam. Za rybami też mi się już tęskniło - no więc zlały się te dwie tęsknoty w niebiesko-granatowy ocean pod gwiaździstym niebem. Przy czym chyba mi się wydaje, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa, może być tak, że jeszcze będą poprawki, bo jakoś mi tak... za jasno jednak ;) 
 

 
 
 

 
 
 
Król Ryb Polikarp IV. Uwielbia wyć przepraszam, śpiewać do księżyca, szczególnie przy pełni. Czy księżyc też to uwielbia? Chyba jeszcze się zastanawia.
Ambiwalentne silnie uczucia targają nim...
Szamotanina, rozterki, chybotanie.
Oscylacja, fluktuacja, emocjonalna huśtawka!
Raz w tę, raz we w tę.
Waha się, a wraz z nim przypływy i odpływy.
 
 

 
 
 
 
Są i dawno niewidziani Bracia Plakton. Im się podoba, zafascynowane chłopaki jak widać, być może dlatego, iż nie mają uszu. Podziwiają z okiem wybałuszonym i mackami gotowymi do owacji na plywająco. Ekscytacja, euforia, ekstaza!
Dworzanie jak widać zbiegli, względnie spłynęli. Można z tego wywnioskować, że mają uszy.
 
 
A to ma być w założeniu gif kroczący, znaczy ukazujący proces twórczy krok po kroku, ale nie wiem czy wam działa, czy tylko mi... Działa?
 
 

 
 
 
 
..................................................................................

 
 

A czasem to jest tak, że człowiek jak co dzień przychodzi po pracy do domu, do swojego przecież mieszkania, a tu nowi lokatorzy na kwadracie siedzą! I się patrzą.
 


Zaczątek nowej cywilizacji, która pod moją nieobecność wzięła i sobie rozkwitła. Wyłoniła kilku pierwszych osadników, wypączkowała przedstawicieli, nestorów wielkiego być może kiedyś w przyszłości rodu. Wyprztyknęła z niczego i znienacka. To znaczy z niczego to w sumie chyba nie, bo ze zmieszanych poprzedniego wieczoru dwóch mydeł w pojemniku z pompką, ale napewno znienacka. Ot, rano nie było - po południu już są.

Co oczywiście natychmiast uruchomiło w mojej głowie pewne nieuniknione procesy...


 

 
 
Szczególnie że Halloween za pasem.
 
 

 
 
Na razie nie wyszli poza pojemnik z mydłem, lecz kto wie, kto wie, w końcu my też kiedyś nie schodziliśmy z drzew. Potem może być że "Lud Mydła pozdrawia cię, człowieku. Oddaj po dobroci władzę nad planetą, a nikomu nic się nie stanie!"
A może jednak będziemy żyć gładko i bez poślizgów, i nie wyjdziemy jak Zablocki na mydle? Wszak rączka rączkę myć może...
 
 

 
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...