wtorek, 26 kwietnia 2016

Just another brick in the wall?

Dyrektor szkoły mojego dziecka to człowiek miły, sympatyczny, inteligentny - gada czterema językami na przykład, na poziomie wyższym niż wielu nativów - tylko tak trochę naiwny jest i łatwowierny. Nieobecny duchem. Niski człowieczek będący wiecznie w pośpiechu, z dziecięcym tornisterkiem, powiewającym szalikiem i krzywo zapiętą kurtką. Biegnie przez szkolny korytarz albo podwórko rozrzucając naokoło uśmiechnięte "dzień dobry" wszystkim bez wyjątku i całkowicie na oślep, żeby przypadkiem nie urazić kogoś znajomego, bo przecież i tak nie widzi, kogo mija (czy w ogóle kogoś akurat mija), bo głowa w chmurach.

I przez tą naiwną wiarę w to, że wszyscy reformatorzy edukacji i oświaty chcą dla uczniów dobrze (więc widzicie, jaki łatwowierny człowiek), dał sobie wcisnąć pewien projekt, taki eksperyment. I niestety nie ma od niego odwrotu. Uczniów ani rodziców projektodawcy oczywiście nie pytali, czy owemu eksperymentowi w ogóle chcą się poddać. Spryciarze. Pewnie spora kasa za wdrożenie była w grze, bo jestem pewna że wiedzieli, jaka byłaby nasza odpowiedź. A dyrcia urobili pewnie raz-dwa.


A oto i ów projekt służący... eee, no właśnie, czemu właściwie służący? Otóż:

Obiera się temat przewodni, który będzie omawiany na każdym adekwatnym do tegoż tematu przedmiocie codziennie przez trzy miesiące (!) Czyli tu akurat na niemieckim, angielskim/hiszpańskim, geografii, historii z polityką i bodajże plastyce. Biologia, matematyka i chemia są na szczęście nieadekwatne. Czy muzyka też, nie pamiętam, szczerze mówiąc - albowiem szczegóły tego projektu zalały mi mózg krwią, która z hukiem wodospadu wpadła między neurony i troszku je poobijała, skutkiem czego odmawiają teraz współpracy ilekroć zaczynam o tym projekcie myśleć.

Tematem są - oczywiście - imigranci. No bo co by innego. Toż przecież nie ma tematów, które potrafiłyby bardziej zainteresować młodych ludzi nauką. Ja wiem, że to aktualne, że ważny temat, że kształtujemy przyszłość (nie tylko) Europy. Ale litości, codziennie po 3-6 godzin prze trzy miechy to odrobinkę jednak za dużo chyba. Plus godziny poświęcone na pisanie w domu niezliczonych elaboratów na jeden i ten sam temat... Wątpie, czy politycy aż tyle czasu siedzą nad tym zagadnieniem.

Ale teraz jeszcze wisienka na torciku, trzymajcie się: każdy uczeń ma przez ferie (jest tydzień w maju) ZNALEŹĆ SOBIE JEDNEGO IMIGRANTA z Bliskiego Wschodu, Afryki lub Ameryki Południowej, przeprowadzić z nim wywiad, a pod koniec eksperymentu przyprowadzić ze sobą do szkoły - jak jakiegoś chomika - na event, imprezkę, szkolną wystawę chomików. Miło widziane jest, jak chomik zatańczy lub zaśpiewa, przygotuje potrawę ze swojego kraju lub zaprezentuje inne narodowe ciekawostki lub walory.
 

_(°~°)_

Nosz kur*#§*!!°'!!!mać.


No i teraz nie wiemy za bardzo, jak ten torcik ugryźć. (Kwestię uchomiczenia imigranta pomijam, nie mam siły.) Od tygodnia myślimy, i nic. Jak i połowa klasy i rocznika w szkole zresztą. Druga połowa kogoś tam znalazła, bo dysponują okolicznością zwaną "krewni i znajomi Królika". Ale my nie. W robocie też wszyscy made in Germany. I co teraz? Chodzić po mieście i nagabywać obcych ludzi o wywiady, gotowanie i szkolna imprezę? W akcie desperacji samemu ubrać karnawałowe pióra i brokaty i udawać dla dziecka na evencie niemą i głuchą (z racji nieznania języka) Królową Samby? Niejednym idiotycznym projektem już nas tutejsze szkolnictwo obdarzyło, uparcie stawiając na drodze edukacji wysokie mury w bezsensownych całkiem miejscach i sadząc kolczaste żywopłoty ukryte niespodziewanie za zakrętem, i widać dalej pragnie kultywować tą tradycję.

Na przykład zlikwidowali sobie kiedyś nagle jeden taki rodzaj szkół nikomu o tym nie mówiąc. Po ukończeniu pewnego poziomu ludzie mieli plany na następny, właśnie wielu z nich w szkole tego zlikwidowanego typu, i kiedy zaczynali się rozglądać za konkretną placówką - to a kuku, level canceled, ale co masz teraz zrobić, to ci nie powiemy, gdyż nie mamy pojęcia. Nawet poszłyśmy się poradzić do takiego specjalnego centrum edukacyjno-zawodowego dla młodzieży, że psze pani, co teraz, jakie alternatywy - a pani nawet nie wiedziała, ze te szkoły po wakacjach zostaną zlikwidowane. Dopiero przy nas obdzwoniła kilka i się przekonała. Ale żebyście widzieli jej twarz, jej wyraz i kolory. Przeszła przez tęczę kobieta.

Jednak jakoś w trudzie i znoju wyjście się zawsze znajdowało, ale teraz, przyznam że nawet nie wiem, w którą stronę...

Smutne to. Smutne, że szkoła nie potrafi zachęcać do nauki. Że nie rozwija, tylko dusi i przygniata wrodzoną przecież każdemu ciekawość. Tak jakby chciano z premedytacją odsunąć ludzi od nauki, zniechęcić do szkoły. Naprawdę, ludzie narzekają na szkoły w Polsce, ale tu jest tak samo. Więcej przykładów? Proszsz:

 
Poprzednia szkoła:

- Nauczycielka chemii po prostu i bez powodu nienawidzi i gnębi niektóre osoby. Na przykład na każdej lekcji omija wzrokiem rękę takiej osoby, wyciągniętą do odpowiedzi, a pod koniec półrocza wystawia 6 z aktywności na lekcji ze złośliwym uśmieszkiem mówiąc "Ja coś nie widziałam, żebyś się zgłaszał(a) na lekcjach". A to bardzo zaniża tutaj ocenę końcową. Albo za prawidłową odpowiedź daje różnym osobom skrajnie inną ilość punktów. (Skargi nic nie dają)

- Na przerwie, także tej długiej, godzinnej, klasy 5-9 muszą opuszczać budynek szkoły (zostać mogą tylko starsi, 10-13). Mróz, śnieg, ulewa, wszystko jedno, raus. Stój se 15 minut na deszczu na podwórku (zadaszenia nie ma żadnego nigdzie) a nawet i godzinę, bo tam nie bardzo jest gdzie pójść, z resztą przecież cała (duża) szkoła nie pójdzie na godzinę do tych dwóch-trzech mikrych  kawiarnio-piekarni w pobliżu. Pada godzinę deszcz - stoisz godzinę na deszczu i jesz mokrą kanapkę. (Skargi nic nie dają)

- Nauczyciel historii całą lekcję szepcze coś cichutko odwrócony do okna albo wtulony w kołnierzyk, nawet w pierwszym rzędzie słabo go słychać. Każe coś pisać - ale co? Jak zapytasz się kolegi z przodu - masz pozamiatane, zapomnij o zaliczeniu ćwiczenia. Uczniowie usiłują więc czytać z ruchu warg kolegów w pierwszym rzędzie. (Skargi nic nie dają)

- Szkolna "pani od problemów" no czyli taka etatowa Ciocia Dobra Rada dla uczniów, uczniów tych nienawidzi ogólnie, wszystkich. Przeważnie jej i tak nie ma w biurze, a jak się już uda ją złapać, to mówi (a raczej drze ryja) wprost, że są tępi i głupi i że będą zamiatać ulice, bo do szkoły się nie nadają i że ona im nic nie pomoże, bo są tępi i głupi. (Skargi nic nie dają)



Aktualna szkoła:

- Nauczyciel angielskiego nie oddaje klasówek przez 2 miesiące, a teczek z ćwiczeniami przez 4 miesiące, i przekupuje klasę wyjściem na lody, żeby go nie podkablowali u dyra. JESZCZE nie podkablowai, ale cierpliwość im się kończy.

- Nauczycielka biologii jest tak niezorganizowana, że (jeżeli w ogóle przyjdzie na lekcje) przez pierwszą połowę lekcji usiłuje nieporadnie zakumać o co tu kurna chodzi, co ja tu robię i co to za jaszczurka sie na mnie paczy z tego słoika na półce (siedzi i grzebie w swoich papierkach, od czasu do czasu toczy wokół przerażonym wzrokiem), a przez drugą połowę gada kompletnie od rzeczy i bez sensu sprawiając wrażenie mocno "wczorajszej", i potem na klasówce jest wiele nieprzyjemnych niespodzianek, bo wielka większość pytań dotyczy nieprzerabianego materiału - choć ludzie uczą się sami "na czuja" to jednak ciężko jest tak dobrze trafić. (Skargi nic nie dają)

- Dla nauczyciela matematyki ważniejszy jest format zeszytu (ma być A4) niż to, że uczeń się stara. Oczywiście wyjawia to dopiero po jakimś czasie, i jeśli masz zeszyt A5, to masz pecha, nie masz już co liczyć na łaskę.

- Nauczycielka informatyki nie umie wytłumaczyć i przekazać wiedzy, bo jej znajomość niemieckiego jest niewystarczająca. (Skargi nic nie dają). Do tego pani ta jest jedną z dwóch wychowawczyń klasy. Na wszelkie pytania i problemy odpowiada "Tak, tak, w przyszłym tygodniu, dobrze". [Ja, ja, nächste Woche, ok."]

To tylko kilka przykładów z naszego bogatego życia szkolnego. O, jeszcze ostatnio jakiś siedemnastolatek walnął dziesięciolatka w głowę młotkiem na przerwie, znaleziono też przy nim duży nóż kuchenny. Ale to też w tej poprzedniej szkole, opowiadała to koleżanka, która tam została.



My też mieliśmy nauczycieli-świrów, łojezu i to jakich, ale jednak było inaczej - ocenę można było poprawić, material nadrobić (jeśli komuś zależalo oczywiście) żeby na koniec wyjść z jedynek czy tam z czego kto chciał wyjść. Tu najważniejsza jest praca końcowa, pod koniec semestru, czyli niepoprawialna - ona w 80%-ach wpływa na ocenę semestralną. I jak przez pół roku nic konkretnego się na lekcjach nie działo (patrz: biologia, historia, informatyka) to choćbyś się sam uczył nie wiem ile, ciężko jest utrafić w tematy, bo podstawą nauczania nie jest książka, tylko różne takie ksera przynoszone przez nauczycieli. A pytania na pracy semestralnej są definiowane przez materiał obowiązkowy - którego zakresu uczniowie nie znają. Mają wszak tylko te ksera.

Ooooj, no to wylało się ze mnie. Dobra, już nie będę. Ale kurczę, quo vadis, edukacjo.

 
O, nawet ryby jakieś takie smutne, i zamyślone nad losem rodzaju człowieczego: 
 
 

 
 
( Można sobie przy kawie poszukać szczegółów różniących łoba łobrazki )
 
 


...................................................................................................................................
 

 
A teraz z całkiem innej beczki, gdyż dość tego smucenia :)

Ale ale, jeszcze jedno jednak - bo, cholera jasna, od czterech dni pada ŚNIEG. A nawet grad. Oraz deszcz. Naraz lub w dowolnych kombinacjach. Jeszcze trochę, i będę gotowa uwierzyć w chemtrails. Była ostatnio gdzieś manifestacja na ten temat, i pokazywali jedną panią, która twierdziła, że Prince tuż przed śmiercią wypowiedział się o chemtrails. I że ona niczego nie sugeruje ALE jednakowoż zaraz potem znaleziono go umartego. Inna pani pokazywała natomiast jakiś kamień, który przetwarza złą atmosferę z chemtrails w dobrą. Taki jakiś pozytronit, pewnie sobie przywiozła z tej samej planety, na której spotkać można pajtrakały symforowe i końdzioła w trykrętnych pordeljansach*

 
No to teraz bohater pozytywny dzisiejszego odcinka: otóż namalowałam pegazowi Herozjuszowi brata bliźniaka, bo czasem tak mam, że jak coś skończę to chcę od razu jeszcze raz, bo tak fajnie jest (patrz ryby powyżej ;) No więc mam teraz dwóch bohaterów na kwadracie - czyli dużo za dużo testosteronu i adrenaliny jak na mój metraż. Kopytami się tłuczą od rana do nocy o wieniec zwycięzcy, wszystkie liście laurowe z półki z przyprawami kradną, pozbawiając moje zupy aromatu. (Uwielbiam zupy, jestem nieuleczalnym zupocholikiem)

W związku z czym Herozjusz I z poprzedniej notki jest do wzięcia po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 ełro łącznie z przesyłką - choćby do sąsiedniej galaktyki! Jak ktoś byłby zainteresowany, to pisać tu: aryatara_a@yahoo.de to mu wystawie na DaWande czy cóś.
 


 

(rysunek oczywiście bez dziurów i napisów, format A4)



Oraz mam na guziku moich spodni - ja namiętnie czytam guziki, taka słabostka niegroźna - napis "Crazy Lover" :) No? Ma ktoś lepszy, no?
 
 
Sincerely yours, Crazy Lover From Hell.



 
.........................................................
* Hasło bardzo popularne swego czasu, ale jakby kto nie znał:

"Zwracam uwagę, że pod wpływem peyotlu ma się ochotę na neologizmy językowe. Pewien mój przyjaciel, pod względem mowy najnormalniejszy w świecie człowiek, tak określił w transie swoje widzenia, nie mogąc dać sobie rady z ich przekraczającą wszelkie normalne kombinacje słów dziwnością: „Pajtrakały symforowe i końdzioł w trykrętnych pordeljansach". Takich sformułowań stworzył wiele pewnej nocy, gdy sam leżał otoczony widziadłami. Pamiętam to jedno tylko." (Witkacy, "Narkotyki")

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Ewolucja bohatera drugoplanowego w tragedii greckiej. (Czyli jak to było naprawdę z Perseuszem)

 
(Portet pamięciowy bohatera.)



 
 
Miejsce: gdzieś na skalistym wybrzeżu morskim starożytnej Hellady.


Głos zza sceny:
"Andromedo, och, och, ma Andromedo! Ni na krok jeden nie odstąpię ja nigdy Ciebie! Nieba Ci przychylę i ambrozją boską poił Cię będę!"


Chór:
"Cóż teraz, ah, cóż teraz? Któż od Gorgony straszliwej uwolniż nas uciśnionych? Ah, nieszczęsnyż losie maluczkich!"


Pegaz Herozjusz, krzesze iskry kopytem:
"Gdzież jest ta ździra z wężami na łbie, ah gdzie ona?! Dawać mi jom tu, na Zeusa! Perseusz li tylko zbędnym mi balastem - od niego uwolnion, Potworze tej tyłek skopię, iż nie pozbiera się ta ona więcej już!"


Chór:
"Cóż teraz, ah, cóż teraz? Azaliż zaprawdę przepotworna Meduza pokonanaż zostanie przez konia tegoż o kopycie tak mizernym? Ah, nieszczęsnyż losie maluczkich!

 
Pegaz rusza do walki. Stukot kopyt, syk węży, heroiczne rżenie wysokim barytonem, szczęk końskich szczęk.
W końcu ostatni krzyk zwyciężonej Meduzy. Herozjusz, zbroczon krwią i jadem, ulatuje w kierunku zachodzącego słońca. Krew Potwory, bulgocząc, wsiąka w piasek.


Chór:
[Nie mogąc wykrztusić ni słowa, ze łzami wzruszenia patrzy za oddalającym się Herozjuszem i macha zasmarkaną chusteczką.]




Bądź jak Herozjusz. Bierz sprawy w swoje ręce kopyta, jeśli zajdzie potrzeba.
 
 
 
 
 

(Tu portertowi bohatera cześć oddają inni członkowie mitycznych
i fantastycznych lotnych brygad. Na całkiem realnej, kuchennej półce.)
 
 
 
..................................................................................................................................................
 
 
 
I jeszcze jedna taka sprawa. Nie wiem jak tam miał Perseusz z parkowaniem Pegaza i innych pojazdów, ale przypuszczam ze ten akurat aspekt jego życia był absolutnie bezstresowy - czego nie możemy powiedzieć my, dzisiaj, parkując pegazy spalinowe w miastach i mieścinkach. Bo nie dość, że wiecznie nie ma miejsca, to jeszcze (o)koniem stają nam na drodze urzędnicy ze swoimi parkomatami o technologii starszej niż Partenon.
 
W związku z tym, dzisiaj chcę wam publicznie coś obiecac. Otóż:
Ludzie (a raczej monstra, potwory) projektujący parkomaty, które przyjmują tylko monety, pójdą wszyscy jak jeden mąż do piekła. Jak bum-cyk-cyk. Szczególnie jak parkomat ten stoi na przykład w nadmorskiej miejscowości, na jedynym parkingu, oddalonym od plaży o 15 minut spacerku strefą z zakazem ruchu kołowego - a więc i od wszelkich placówek usługowo-handlowych dysponujących gotówką - co gwarantuje nam przynajmniej półgodzinną przebieżkę i żebraninę o drobniaki.
 
XXI wiek, ludzie w kosmos latają - i to bynajmniej nie na starożytnych pegazach - czasy międzykontynentalnych transakcji bezgotówkowych i... parkomaty na bilon...
Ale już ludzie (tfu - monstra, potwory) projektujący parkomaty przyjmujące TYLKO NIEKTÓRE monety (czyli konkretnie tylko Euro, bez Centów, nawet bez 50-tek) to mają w cichym, milutkim zakątku piekła zarezerwowane miejsce w takim specjalnym pokoiku dla V.I.B. -ów (Very Important BigAsshole) i zagwarantowany program specjalny w wersji endless looping i na poziomie hard core, a do tego room service 24 godziny na dobę, z najlepszymi pracownikami przeszkolonymi w temacie zacieśniania fizycznych i psychicznych relacji z klientem. I nie weźmiemy za to od nich ani nawet jednej złamanej 50-ciocentówki. Ma się ten gest w końcu.
Szkoda tylko, że dla warujących w nieopłaconym aucie kierowców i żebrających o drobniaki pasażerów nie zmieni to właściwie nic...
 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Kołysanka falującocicha.

[Ostrzeżenie o apopleksji dla maniaków poprawnej pisowni! Tekst zawiera dużą dawkę słów, które przez Ministerstwo Edukacji nie zostały dopuszczone do użytku w publicznych placówkach oświatowych. Uciekły więc, aby plenić się na dziko po swojemu, łączyć w kolorowe pary i na nowo wyrażać siebie. W swojej hippisowskiej beztrosce nigdy nie patrzą pod nogi, nałapałam ich więc we wkopane w ziemię słoiki i nie zawahałam się tu użyć.]



 

Pod oceanów powierzchnią słonowełnistą, w miejscach zacisznogłębnych, daleko od straszliwych burz czarnoramiennych, wirów żelaznoszczękich i szlaków okrętowych najeżonych stalą zimnoostrą, są takie ciepłe łąki podmorskie i laguny miękkopiaszczyste, na których gromadzi się i kondensuje w wodzie słoneczny blask.

Strumienie fotonów tańczącorozedrganych wpadają od góry jak rozżarzone druciki i rozpuszczają się w chmury opalizującozłote, wsiąkają w piasek na dnie, i nasycają wszystko dookoła topazowym światłem skrzącomigotliwym.

Woda jest tam jasnopachnąca - gruszkami i melonem słodkim.

Prądy morskie, gdy przepływają przez te akweny miodowe, lśnią tęczowozłociście jak bajeczne wężosmoki i zostawiają po sobie elektryzujący zapach letniej burzy. Plankton rozbłyska chmurami pomarańczowych iskierek, a przezroczyste meduzy wyglądają jak gwiazdy bursztynowoogniste, dryfujące wolno przez morelowe przestworza.

Rośliny w takich miejscach rosną bujnodziko, nasiąkają tym blaskiem złotopłynnym, żywoświetlistym, przybyłym z nieznanego im świata ponad powierzchnią wody i miraże zadziwiające ze sobą niosącym.
I szumią rośliny rybom kołysanki aksamitnomiękkie o słońcu i wietrze ciepłym, o zapachu słodkopysznym jabłek dojrzałych i koszonej trawy, o soczystej zieleni akacji i kwiatów morfofantazji nieskończonej.
Szumią o lipcowych truskawek smaku wibrującym, o niebie kryształowoniebieskim, które rozleglejsze jest od oceanu największego. O obłokach, płynacych przez to niebo jak ławice srebrnołuskie, o nasionkach dmuchawców maleńkich, podróżujących w dal bezkresnobłękitną, o horyzoncie upalnorozedrganym i barwnym tęczy wachlarzu, którym słońce żegna deszcz.

 
A ryby, zwabione tymi kołysankami i ciepłem miękkosennym, kładą się na dnie i zapadają w miód-drzemkę rozkosznosłodką, zagrzebując brzuchy w nagrzanym piasku. Leżą tak z oczami zamkniętymi, powidoków cudnych pełnymi, a w lśniącozłotych lusterkach ich łusek tańczą cytrynowe drobinki światła.

I wydaje się rybom, że unoszą się na wietrze razem z motylami zwiewnolekkimi i pierwszy raz widzą świat z góry, morze w słońcu błyszczące, łąki zieleniejące, i jeziora mrugające oczkiem szklistoturkusowym.

I tylko bardzo, niezmiernie rzadko naprawdę zdarzy się, że jakaś podwodna łódź zbytciekawska zapuści się aż tak głęboko, że przeszkodzi rybom w ich słonecznej drzemce, pełnej snów powolnogęstych i marzeń klonowosłodkich.
Chociaż, może i to jest tylko jedną z kropli ich podwodnego snu...

 





 
 
..............................................................................
 
 
 
 
 
 
 
 
..............................................................................
 
 
 

 
 

..............................................................................

 
 

Łikęd był słoneczny, prawdziwie SŁONECZNY! Nawet zjadłam loda na dworzu - odkrywszy nową wegańską cukiernio-kawiarnio-lodziarnię. Pyszności, i nie dlatego, że wegańskie, tylko głównie dlatego, że dawka cukru była o połowę mniejsza, niż jest to ogólnie przyjęte, a co znacząco pozytywnie wpływa na smak.

A to słońce tak mnie naładowało, że jak w niedzielę o północy szłam spać, to zrobiłam to na siłę, bo wcale spać mi się nie chciało. Mózg jechał radośnie na endorfinowym rodeo, przy każdym podskoku wynajdując nowy wątek do rozkminy, koniecznie tu i teraz:
[Nie idźmy jeszcze spać, no co ty, noc taka młoda, przed nami aż 5 godzin nudnego snu, a teraz obczajmy jakie kolory pelargonii kupimy w tym roku na balkon i czy do zapiekanki jutro dodać cebuli czy jednak nie. I czy ten kolega z liceum to miał na imię Światowid czy Światosław? Takie "światowe" imię miał. Fajnie było by pojechać w góry, ale przecież mam zepsutą nogę, no ale nad morzem to wszystko jedno, przydałby się nowy ręcznik plażowy, taki duży ale cienki, na Sycylii to dopiero były pyszne lody, i te wielgachne fikusy, a figi w Chorwacji, ah, takie miodne, żółte, i kozice górskie, ciekawe czy w tym roku w końcu pojedziemy w Alpy na Zugspitze, ołówek muszę kupić.... znowu zapomniałam tabletek do zmywarki... fajny był ten notesik z jamnikami.... rano muszę sobie nakleić... plastry na pięty bo te nowe trampki.... jak zwykle mnie..... obciera......ją...... chrrrrrr......]

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...