Dzisiaj zaczniemy od tego, iż wydarzył się cud. Dotyczący mojej, najmojejszej osoby, mua. No, nie żebym po obudzeniu się rano stwierdziła że nagle trochę łatwiej mnie obejść, a trudniej przeskoczyć, lico odmłodniało, wypiękniało i miota urodą powalającą na glebę cały rodzaj męski wokół mnie, jak maczuga Herkulesa. Albo że umiem chodzić na wysokich obcasach, albo grać Beethovena na waltorni. Lub też że jestem nieprzeciętnie intelygętna i nagle wyznaję się na kwantach i teorii strun. Albo chociaż rozumiem jak to się dzieje, że w gniazdku płynie prąd a samochód jeździ. Nienienie, aż tak to nie(stety) nie. Moja znajomość hiszpańskiego też si nie zmieniła. (czyli że dalej nie wykracza poza hijo de la luna, la vida loca, conchita, puta vieja, vamos a la plaja, cojones i corazon espinado.)
Ale. ALE! Do rzeczy. Otóż od paru miesięcy siwiały mi coraz bardziej brwi, co nadawało mi wyglądu jeszcze-bardziej-niż-zwykle-zborsuczonego. Ja w ogóle jestem dość podobna do Kryspina (obczaj Kryspina) tyle że on wygląda sympatyczniej. Nawet okularesy mamy podobne, a teraz z moimi brwiami w czarno-białe pasy to już byliśmy całkiem jak z jednego miotu. Nawet farbkę taką specjalną do brwi i orzęsków zakupiłam i pomazałam razy kilka, ale schodziła.
No i w sobote rano, w pamięci mając tą ostatnio znowu spraną farbkę spoglądam ku zwierciadłu, lustereczko powiedz przecie, któż królową jest borsuków na tym naszym świecie, a tu nagle wtem! Całe brwi znowu czarne. No cud! No bo co, jak nie, no nie? Pojęcia nie miałam, że coś takiego jest możliwe, że pigment we włosy wraca. Może co zeżarłam? Jagódka jaka magiczna była w mrożonym placku z supermarketu Edeka? (z tego, w którym nie ma cebuli - no ale, halo, skoro mają magiczne jagódki!)
Niech no tylko naród to odkryje, a rzesze siwych, bladych i bezbarwnych będą płynąć z każdej strony kraju! Przy okazji wezmą też pewnie ze sobą chorych, pokurczonych i potłuczonych, niedołężnych i wariatów, a co, spróbować nie zaszkodzi. A Edeka na jagódkach dorobi się fortuny przy której Bill Gates spąsowieje ze wstydu, splatając dłonie za plecami i dziubiąc w piasku czubkiem bucika. A podatek z tego Rzesza zainkasuje taki, ze Angela rozwiąże wszystkie problemy z uchodźcami, Erdogan, Obama i Wielki Chiński Cesarz... eee, przepraszam Wielki Chiński Ojciec Narodu będą mogli nam naskoczyc, a Putin ze złości rzuci zabawki o podłogę i wyjedzie na daczę polować w tajdze, hodować szczypior i chlać wódę z niedźwiedziami.
Albo i nie. Prawdopodobnie nie.
Ale w każdym razie brwi są czarne a Kryspin stracił siostrę-bliźniaczkę.
A jak już jestem przy supermarketach, to jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce, też zakrawające na cud właściwie. Albowiem ponieważ oto w końcu jakiś niezwykle bystry specjalista od marketingu skumał, że od paru lat przecież trochę Polaków jednak mieszka w tych Niemczech, a skoro Polacy to istoty żywe, to pobierać muszą pokarm, a skoro są z zagranicy, to pewnie tęsknią za pokarmem zagranicznym, tak jak Niemiec na obczyźnie tęskni za drobno zmielonymi trocinami wymieszanymi z wapnem w gumowej skórze (czytaj: białą kiełbasą) i MOŻNA BY NA TYM ZAROBIĆ. I tak oto wziął był ten bystrzak kija, stuknął nim w kamienne kafle podłogowe w sieci supermarketów Rewe i zakrzyknął "Niechaj popłynie słodkie źródło!" I popłynęło, niosąc słoje z łakociami: kiszonego ogóra tudzież kapustkę (bez octu!) majonez (bez octu!), buraczki (bez octu!). Niesie też barszczyk instant, zupki chińskie buraczane nach polnischer Art, kukułki, kasztanki, prince polo a nawet z rozpędu porwało ruski słonecznik i czeskie krówki. Możliwe, a nawet prawdopodobne bardzo, że było tego więcej, ale tak się zawiesiłam na ogórkach i wzruszyłam przy kapuście, że zmysły odmówiły mi posłuszeństwa i postrzeganie całej reszty rzeczywistości ograniczyło się do potencjalnych przeszkód pod nogami, żeby nie upaść i nie upuścić słoja tulonego czule w ramionach. Dobrze, że małżonek był ze mną, to doprowadził mnie do kasy, i nie musiałam zwracać uwagi na ludzi, bo pewnie się mogli dziwnie patrzeć na wariatkę gadającą ckliwym tonem do słoika kapusty. (Chociaż pani w kasie pewnie zna to uczucie bo tak na oko i ucho to była z jakichś bardzo egzotycznych Bergamutów, a dojrzałe morskie ogórki albo świeżego krokodyla pewnie jeszcze trudniej tutaj dostać)
A potem był bigosik, trzy dni się zażerałam i żyłam długo i szczęśliwie.
A tymczasem, borem lasem, zakradł się listopad (w kolorze bigosiku, ale to go wcale nie tłumaczy). I odkąd sie zakradł, to przykrył wszystko zimną mgłą. Te bory i lasy, i sieć Rewe, i autobusy, które wyłaniają się na przystanku tak nagle i niespodziewanie, że bym go wczoraj rano w tej mglistej ciemności przegapiła. Zimno. I cieplej raczej nie będzie. A jeden pan, co go często rano widzę w autobusie, to zawsze chodzi w krótkich spodenkach. Dzisiaj też był. Jak on to robi? Czy on w ogóle jest człowiekiem? Bo zima NIE JEST dla ludzi. Albowiem gdyby była, to ludzie wyglądali by tak:
a tutaj w stadzie:
oraz parami:
No i? Czy ktoś z nas tak wygląda?! No. To wszystko jasne.











