środa, 4 listopada 2015

Borsuk we mgle zagubiony, ogórek w szkle zakiszony, chińska zupa z buraka, i krówka od Rumburaka.


Dzisiaj zaczniemy od tego, iż wydarzył się cud. Dotyczący mojej, najmojejszej osoby, mua. No, nie żebym po obudzeniu się rano stwierdziła że nagle trochę łatwiej mnie obejść, a trudniej przeskoczyć, lico odmłodniało, wypiękniało i miota urodą powalającą na glebę cały rodzaj męski wokół mnie, jak maczuga Herkulesa. Albo że umiem chodzić na wysokich obcasach, albo grać Beethovena na waltorni. Lub też że jestem nieprzeciętnie intelygętna i nagle wyznaję się na kwantach i teorii strun. Albo chociaż rozumiem jak to się dzieje, że w gniazdku płynie prąd a samochód jeździ. Nienienie, aż tak to nie(stety) nie. Moja znajomość hiszpańskiego też si nie zmieniła. (czyli że dalej nie wykracza poza hijo de la luna, la vida loca, conchita, puta vieja, vamos a la plaja, cojones i corazon espinado.)

Ale. ALE! Do rzeczy. Otóż od paru miesięcy siwiały mi coraz bardziej brwi, co nadawało mi wyglądu jeszcze-bardziej-niż-zwykle-zborsuczonego. Ja w ogóle jestem dość podobna do Kryspina (obczaj Kryspina) tyle że on wygląda sympatyczniej. Nawet okularesy mamy podobne, a teraz z moimi brwiami w czarno-białe pasy to już byliśmy całkiem jak z jednego miotu. Nawet farbkę taką specjalną do brwi i orzęsków zakupiłam i pomazałam razy kilka, ale schodziła.

No i w sobote rano, w pamięci mając tą ostatnio znowu spraną farbkę spoglądam ku zwierciadłu, lustereczko powiedz przecie, któż królową jest borsuków na tym naszym świecie, a tu nagle wtem! Całe brwi znowu czarne. No cud! No bo co, jak nie, no nie? Pojęcia nie miałam, że coś takiego jest możliwe, że pigment we włosy wraca. Może co zeżarłam? Jagódka jaka magiczna była w mrożonym placku z supermarketu Edeka? (z tego, w którym nie ma cebuli - no ale, halo, skoro mają magiczne jagódki!)
Niech no tylko naród to odkryje, a rzesze siwych, bladych i bezbarwnych będą płynąć z każdej strony kraju! Przy okazji wezmą też pewnie ze sobą chorych, pokurczonych i potłuczonych, niedołężnych i wariatów, a co, spróbować nie zaszkodzi. A Edeka na jagódkach dorobi się fortuny przy której Bill Gates spąsowieje ze wstydu, splatając dłonie za plecami i dziubiąc w piasku czubkiem bucika. A podatek z tego Rzesza zainkasuje taki, ze Angela rozwiąże wszystkie problemy z uchodźcami, Erdogan, Obama i Wielki Chiński Cesarz... eee, przepraszam Wielki Chiński Ojciec Narodu będą mogli nam naskoczyc, a Putin ze złości rzuci zabawki o podłogę i wyjedzie na daczę polować w tajdze, hodować szczypior i chlać wódę z niedźwiedziami.

Albo i nie. Prawdopodobnie nie.

Ale w każdym razie brwi są czarne a Kryspin stracił siostrę-bliźniaczkę.



A jak już jestem przy supermarketach, to jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce, też zakrawające na cud właściwie. Albowiem ponieważ oto w końcu jakiś niezwykle bystry specjalista od marketingu skumał, że od paru lat przecież trochę Polaków jednak mieszka w tych Niemczech, a skoro Polacy to istoty żywe, to pobierać muszą pokarm, a skoro są z zagranicy, to pewnie tęsknią za pokarmem zagranicznym, tak jak Niemiec na obczyźnie tęskni za drobno zmielonymi trocinami wymieszanymi z wapnem w gumowej skórze (czytaj: białą kiełbasą) i MOŻNA BY NA TYM ZAROBIĆ. I tak oto wziął był ten bystrzak kija, stuknął nim w kamienne kafle podłogowe w sieci supermarketów Rewe i zakrzyknął "Niechaj popłynie słodkie źródło!" I popłynęło, niosąc słoje z łakociami: kiszonego ogóra tudzież kapustkę (bez octu!) majonez (bez octu!), buraczki (bez octu!). Niesie też barszczyk instant, zupki chińskie buraczane nach polnischer Art, kukułki, kasztanki, prince polo a nawet z rozpędu porwało ruski słonecznik i czeskie krówki. Możliwe, a nawet prawdopodobne bardzo, że było tego więcej, ale tak się zawiesiłam na ogórkach i wzruszyłam przy kapuście, że zmysły odmówiły mi posłuszeństwa i postrzeganie całej reszty rzeczywistości ograniczyło się do potencjalnych przeszkód pod nogami, żeby nie upaść i nie upuścić słoja tulonego czule w ramionach. Dobrze, że małżonek był ze mną, to doprowadził mnie do kasy, i nie musiałam zwracać uwagi na ludzi, bo pewnie się mogli dziwnie patrzeć na wariatkę gadającą ckliwym tonem do słoika kapusty. (Chociaż pani w kasie pewnie zna to uczucie bo tak na oko i ucho to była z jakichś bardzo egzotycznych Bergamutów, a dojrzałe morskie ogórki albo świeżego krokodyla pewnie jeszcze trudniej tutaj dostać)

A potem był bigosik, trzy dni się zażerałam i żyłam długo i szczęśliwie.



A tymczasem, borem lasem, zakradł się listopad (w kolorze bigosiku, ale to go wcale nie tłumaczy). I odkąd sie zakradł, to przykrył wszystko zimną mgłą. Te bory i lasy, i sieć Rewe, i autobusy, które wyłaniają się na przystanku tak nagle i niespodziewanie, że bym go wczoraj rano w tej mglistej ciemności przegapiła. Zimno. I cieplej raczej nie będzie. A jeden pan, co go często rano widzę w autobusie, to zawsze chodzi w krótkich spodenkach. Dzisiaj też był. Jak on to robi? Czy on w ogóle jest człowiekiem? Bo zima NIE JEST dla ludzi. Albowiem gdyby była, to ludzie wyglądali by tak:




a tutaj w stadzie:


 

 



oraz parami:
 




No i? Czy ktoś z nas tak wygląda?! No. To wszystko jasne.

środa, 14 października 2015

W krainie Oz i Czarnych Żmijów.


(Czyli znowu na początku będzie trochu straszno)
 
 
Mrok patrzy na mnie zza okna
srebrnym wzrokiem,
gwiezdnym okiem,

kusi-mami-obiecuje
nieodkryte,
niezdobyte.

Ciemna toń z ławicą oczu,
w nich zobaczysz
to, co chcesz.

Ziszczą wszystkie się marzenia -
- słodko gra
muzyka sfer,

czarny kot o złotych ślepiach,
mrucząc, w oknie
kładzie się.
 
...........................
 
Lecz w samym środku ciemności,
ukryte za światłem gwiazd
jest to, co kpi z wieczności,
pierwotny lęk budząc w nas.

Co żywi się snem i strachem,
duszom ukręca głowy,
życiu skrzydła podcina
sierpem obsydianowym.

Z najgęstszej utkane ciemności,
trawione przez wieczny głód,
żarłoczne serce mroku
wciągnie cię w pustki chłód.

Krzyk w gardle zdławi ciszą,
zamrozi ręce i myśli,
ty zgaśniesz - a o zmierzchu
zimna gwiazda rozbłyśnie.
 
 
 
 

 
 
Jeśli czegoś mnie te ostatnie tygodnie na zakładzie nauczyły, to tego, żeby NIGDY nie mówić "Gorzej już być nie może!" Albowiem ponieważ może. I z całą pewnością natychmiast będzie.
Niby człowiek wie takie rzeczy, ale jednak ciągle się daje podejść...
No więc ja już się więcej nie dam.
Koniec, Dorotko, definitywnie nie jesteśmy już w Kansas. Trza się mieć na baczności. Bo nie każdy Żelazny Drwal dysponuje sercem, ale za to zakutym łbem - każdy.
 
...........................
 
Tymczasem sezon grypowy, ludność w środkach publicznego transportu raz po raz smaruje ręce żelami do dezynfekcji - ah, te zapachy, uuuh, wkręcają się z rana w mózg, przez nozdrza, jak zaostrzone śrubki. Ciekawe jak długo w ogóle działa taki żel.
I czy działa lepiej niż szczur.
W "Czarnej Żmiji" albowiem była taka interesująca recepta średniowiecznego, prostego ludu pracującego (kata i jego żony bodajże) która brzmiała:
"Szczura zjedz gdy coś cię swędzi, to zarazę wnet odpędzi."
Podobno wyśmienity był na wszelkie choroby, taki szczur.
Co mi przypomina jak Boldrick (w okopach, o głodzie i chłodzie) częstował Czarną Żmiję potrawką z duszonego szczura. "A jak go udusiłeś?" spytał Czarna Żmija. "Sznurkiem" odpowiedział niezawodny Boldrick wyjmując zza pazuchy sztywny, potargany i trochę pognieciony kadawerek.
 
A do autobusu wczoraj po południu wsiadł facet z wiklinowym koszykiem na głowie, takim w kształcie wiaderka / doniczki. I tak siedział całą drogę w tym koszyku.
Zaprawdę, powiadam wam, w dużym mieście cudów moc napotkacie, a waryatów jeszcze więcej, i dziwować się będziecie, a kopary do ziemi opadną wam jako te liście jesienne.

p.s. A jakby ktoś nie wiedział, jak najlepiej wykorzystać ostatnie promienie jesiennego słońca - to lis Stefan podpowiada:


 
 
 
 

czwartek, 1 października 2015

Las braci Grimm i inne historie.

(Czyli najsampierw będzie trochu straszno, ale potem się pocieszymy)



W mojej głowie las jest ciemny,
coraz więcej drzew.
Źródło życia dawno wyschło,
Jaś Małgosię zjadł.



Wśród paproci, zamiast kwiatu,
kwitnie bielą kość.
Tam, gdzie trawa najzieleńsza,
trup się gęsto kładł.



Ścieżka moja - lotne piaski,
ostre zęby skał.
Ostatni żelazny trzewik
z nogi dawno spadł.



Nad strumieniem z łez i mroku
umiera mój strach.
Teraz nic już we mnie nie ma,
las mi wszystko skradł.



Głaszczą mnie odciętę ręce
plamiąc włosy krwią.
Mój ostatni, cichy oddech
do strumienia wpadł.

..........

Czarne kwiaty, drzewa czarne,
ślepe oczy zła.
Ptak nie śpiewa, bóg nie żyje,
martwa cisza trwa.


 

Szkic sytuacyjny
 

 


A w ogóle to od paru tygodni wielkie emocje, o ho ho, powiązane z pierwszym weekendem października. Azaliż wżdy? Atoli ponieważ na mieście nie dość że Street Art Festival, na którym nawet specjalna, nocna parada z efektami świetlnymi i ogniem, to jeszcze dni ceramiki, takie ze straganami, no ful wypas, tylko szykować aparat fotograficzny, portfel i jazda nadziewać się wrażeniami jak kundel kaszanką!!! Normalnie jakby się całe miasto zaoferowało osłodzić mi dzień, w którym kończę okrągłe ... lat. (Jeszcze nie potrafię wymawiać tej liczby) Z kilkudniowym przesunięciem to osładzanie co prawda, ale co tam, darowanemu koniowi nie zagląda się wszak w otwory, i tak dalej.

No tyle że się przedwczoraj okazało, że to chodziło o pierwszy weekend września jednak......  (oczywiście nie ja to zauważyłam, nie, no gdzie tam. To małżonek, zwany też Borsukiem, ale to całkiem inna historia)


(-_-)

Czyli sprawa sie rypła.


Peszek.

Foch.

Idę ... wyjść ... i ... nigdy ... nie ... wrócić.
 
 



Pocieszanie. Aby ogień troche przygasł.


Jeśli chodzi o liczby - daty to też liczby! - to nigdy chyba nie ogarnę sprawy... Wiecie jak ja kułam na blachę dniami i nocami datę urodzin córki, żeby nie było wstydu w urzędach? ;) Ale wykułam. Do dzisiaj jest to jedyna data, której jestem pewna. Umiem nawet rok! Nie tylko dzień i miesiąc.

Osiem lat później przyszło mi jeszcze kuć datę ślubu - dla niemieckich urzędów tym razem, nie tyle żeby nie było wstydu, co żeby Frau Helge czy inny Herr Burkhardt za biurkiem nie pomyśleli, że chcemy lipnym mariażem wyłudzić prawo pobytu dla małżonka. To znaczy, właściwie to była prawda, bo właśnie chcieliśmy - inaczej byśmy sobie pewnie nigdy nie zawracali głowy jakimiś ślubami - no ale Frau Helge nie powinna o tym wiedzieć raczej.
Gdyż mogłoby to spowodować odłożenie naszego wniosku na niewłaściwą stronę jej perfekcyjnie zorganizowanego biurka, tą stronę z zapadnią skrywającą małą, podręczną niszczarkę do papierów, mini-palnik (na paliwo eko) do kremowania papierowych szczątków, zraszacz oraz podajnik odprowadzający spopielone apelacje, marzenia i wnioski do donicy z dyżurną paprotką. Wszystko w ciągu 5 sekund, cicho, szybko i sprawnie. (i ekologicznie!) Podanie? Jakie podanie? Nie ma, nie było, paprotka świadkiem, a pan tu nie stał. 
Ale to całkiem inna historia.
Z tym że tu mi już chyba tak dobrze nie poszło z tym kuciem, bo dzisiaj tej daty już nie pamiętam. Wiem, że w lecie to było, bo za oknem urzędu na zieloniutkim trawniku pasła się śnieżnobiała koza, jeden z ostatnich reliktów tych czasów, kiedy dobrze było dysponować spożywczym buforem w postaci żywego nabiału i mięsiwa. Koza była także obiektem gorącego uwielbienia naszego dziecka (ale to jest też całkiem inna historia). Czyli prawie członek rodziny, nie? No więc jak mogło by jej zabraknąć na ślubie. Miał ktoś z was na ślubie brodatą kozę z wytrzeszczem i krzywym ryjem? I nie, nie mówimy tu o jednostkach ludzkich. Ha. Właśnie. A ja miałam.

No i tak to. Jesień na całego, rano zimno, nad polami malowniczo wisi widmo depresji. (To białe takie. Myśleliście, że to mgła? Buaaaa ha ha.)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...