poniedziałek, 4 września 2017

Sardynia odc. II - Capo Caccia, grota Neptuna, La Maddalena


Jako rzekłam w poprzednim odcinku, Borsuk ze Szwagrem wspinali się na skały, zwisali sobie tam z różnych lin i łańcuchów, jeździli rowerami po górach, bo na miejscu nie potrafią usiedzieć długo, a na plaży im się nudzi jak na przykład mi przy oglądaniu meczu. Piłki. Jakiejkolwiek. Albo tenisa (w sumie też piłka). Albo skoków narciarskich. Albo sportu jakiegokolwiek (bobsleje na przykład. Niech mi ktoś powie, czym się różni zjazd jednego takiego wózeczka od innego).

Ogólnie to wystarczy mi pokazać sport w telewizji, a momentalnie kleją mi się oczy i jakoś tak opadam wewnętrznie i czuję potrzebę szklaneczki wina.
 
 
 
 

Ale wróćmy do Sardynii. Nie wiem jak chłopaki potrafili się w ogóle tak intensywnie poruszać w tej temperaturze 45°C, ale widziałam na własne oczy - na zdjęciach prezentowanych przez nich post factum a raz to nawet na żywo: dwie kolorowe, maleńkie mróweczki w kaskach, wiszące na pionowej skale (Capo Caccia, 180 m n.p.m.) nad otwartym morzem!!! A my na statku na tymże morzu, w drodze do Groty Neptuna w tejże skale.

Czyli oni atakowali Capo Caccia z góry, my od dołu.

Jak ich zobaczyłam to serce mi stanęło z wrażenia, że oni tak wysoko, i takie kropeczki, o borze borze sosonowy, Borsuk taki malutki nagle a ta skała taka pionowa, wielka i zła, no i zapomniałam obsługi aparatu z tego wszystkiego, naciskałam nie te guziczki no i nie mają chłopaki zdjęcia niestety :))) bo jak już w końcu opanowałam te przyciski, to statek zakręcił i mi się schowali za winklem.

Za to reszta pasażerów stateczku miała w gratisie do biletu przedstawienie Amatorskiego Teatrzyku Pokładowego o tym, jak trzy wariatki i jeden małoletni (zapewne ich zakładnik) splątani razem w wielką czterogłową ośmiornicę, usiłowali wyskoczyć naraz przez jedno małe okienko, dziko wymachując wszystkimi kończynami i krzycząc niezrozumiale, acz w wyraźnej ekscytacji. Z każdym podskokiem coraz bardziej zacieśniając więzy.

Dla mnie osobiście było to nawet podwójnie ekscytujące, bo jako jedyna z naszej czwórki nie mogłam chłopaków na tej skale dojrzeć, a na moje powtarzane 100 razy na sekundę „Ale gdzie?! Gdzie, gdzie?!!" pozostałe macki naszej ośmiornicy dźgały w powietrze gdzieś w kierunku skały wielgachnej jak trzy Pentagony, precyzując „Tam! No tam!!!" albo „Tam, gdzie taki kamień!" i „Tam gdzie ta trawa rośnie!"

No i wkurzałam się straszliwie i potwornie, że ich nie widzę - i nagle wtem!!! Jednak zobaczyłam!!!

I targnęły mną emocje tym razem w drugą stronę, te pozytywne i jeszcze nawet silniejsze, i wydarłam się „Widzę! Widzę!!!" co małoletni zakładnik, znaczy syn Szwagierki i Szwagra momentalnie przekuł na „Wiiidzę! Buzię widzę, buuuzię!" a Szwagierka w amoku chwyciła za telefon „Zadzwonię do nich, dzwonię, że widzimy!" nieważne, że przecież wiszą akurat na jakichś żelaznych linach czy prętach i nie za bardzo mogą odebrać, no więc to naprawdę musiał być niezły cyrk dla pozostałych pasażerów tej arki szaleństwa. No ale co, zapłacili za bilet, to niech sobie mają, należy im się.
 
 
O, proszę, na pierwszym zdjęciu to tam, "gdzie taki kamień" ;) Tam jest kropeczką zaznaczony Borsuk w zielonej koszulce, właśnie tu mi się stracił z oczu, widzicie?
Ha, NIC nie widzicie, to wam na drugim zdjęciu obok powiększyłam fragment:
 
    
 
 
 
 

Start
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
A teraz pobawmy się w szukanie Borsuka:
 

 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 

 
 
 
A tak nas chłopaki widzieli z góry - zdążyli zrobić zdjęcie, bo akurat mieli chwilkę przerwy.
Tu w dole, na stateczku, czterogłowa ośmiornica w dramatycznym akcie próbuje wyskoczyć przez okienko...
 


 

 
 
 

 

 

 
 
Dla zainteresowanych o mocnych nerwach googlowskie zdjęcia z tej wspinaczki >> Via Ferrata de Cabirol << na Capo Caccia. Podobno dużo łatwiejsza niż ta na Tavolarze, co pokazywałam ostatnio, więc ten, no, zapraszam serdecznie na spacer.
 
 
 
Aha, Grota Neptuna też była fajna :)
Miejscami szło się wąska ścieżką wsród tych skałotworów pięknych, miało się je całkiem blisko tak, jak tunel w stadzie kałamarnic albo między koralowcami, i to mi się podobało barrrrdzo, bo z reguły to one są daleko, poza zasięgiem rąk durnego turysty, który przecież MUSI pomacać, a najlepiej oderwać kawałek na pamiątkę.
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
............................................................
 
 
No. To obejrzeliśmy sobie kupę kamienia z wierzchu i od środka, to teraz dla odmiany kupa kamienia w postaci malowniczej plaży.
Archipelag uroczych wysp i wysepek o nazwie La Maddalena, gdzie główna wyspa to (aha!) Isola Maddalena z portem w mieście (zgadniecie?) La Maddalena.
(Widać, że tubylcy to praktyczny ludek - trzymają się raz sprawdzonych rozwiązań.)  
Na wyspę Maddalena można dostać się promem (po uiszczeniu sporej opłaty, w naszym przypadku 88 € w obie strony za auto z trzema osobami).
Z racji tej zaporowej ceny byliśmy tam tylko raz niestety, a szkoda, bo ile tam cudnych zakątków musi być, to podpowiada chociażby google >>La Maddalena <<
 
My byliśmy tu:
 

 
 
 

 

 

 
 
 

 

 

 

 
 
 

 



 

 

 

 

 

 
 
 
Z tego, czego nie widzieliśmy, to na przykład na Budelli, innej wyspie tego archipelagu, jest różowa plaża z trupków małych, różowiutkich żyjątek morskich (czyli tak trochę gotycko w sumie - ale na różowo)
Oczywiście pod ochroną i nie można na nią wejść. Całe lata turyści brali sobie "troszkę" piasku na pamiątkę, tak do wysypania ścieżek w swojej dwustuhektarowej posiadłości, więc w końcu plażę zamknęli i tyle, można tylko podpłynąć statkiem, i to nie za blisko, żeby nie mącić wody i osadów z maleńkich, różowych szkieletorków.
Tak pokazuje tą plażę google: >> Budelli, la spiaggia rossa <<
Z tym że proszę pamiętać o uwielbieniu ludzkości do fotoszopa i pochodnych, i wierzyć raczej tym zdjęciom NIE wyglądającym jakby się tam rozbił tankowiec z farbą, zmierzający do fabryki Barbie.

 
I teraz najlepsze: pilnuje tego pełnoetatowy strażnik >> Mauro Morandi <<
Mieszka tam w pół-domku pół-szałasie, siedzi na fotelu własnoręcznie skleconym z drewna z plaży, i pilnuje. Czasem popłynie do miasta po zakupy, czasem ma wizyty różnych naukowców, a tak to po prostu siedzi i twierdzi, że nic mu do szczęścia nie brakuje (oglądałam reportaż).

Malutki człowieczek i ogrom piękna dookoła.
Jak widać, jest w wieku przedemerytalnym, więc muszę pozostać czujna jak żbik i w odpowiednim czasie wysłać CV!!!
 
 
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...