środa, 26 sierpnia 2015

Addio, pomidory.


Odkąd jakiś czas temu Bebe napisała (i to dwa razy, sadystka!) o pomidorach malinówkach, którymi to wraz z progeniturą zajada się w Polsce na wywczasach, no to mi te malinówki w głowie siedzą i nie chcą wyjś. A już jak rozkrajam te germańskie (a raczej holenderskie) diabelskie pomioty pomidoropodobne, to łzy leją mi się z żalu strumieniami, tak jak tym pomidoropodobnym leje się woda udająca sok. Wracając do piosenki z tytułu - tęsknota dojmująca i łza przełknięta wpół.

Albowiem tutaj malinówek nie ma. W tym sklepie, w którym nie ma też cebuli, jest co prawda stopińdziesiąt rodzajów pomidorów - żółte, pomarańczowe, czerwone, zielone, a nawet w paski (te zielono-białe Kumato a drugie czerwono-żółte pomidory tygrysie), okrągłe, podłużne, plaskate, sercowate, gruszkowate, gładkie, pobrużdżone, ogoniaste (no z taką wypustką na dole) małe, średnie, duże i ogromne - ale nie ma malinówek, tak jak i w żadnym innym sklepie zresztą. Nie i już, i co nam pan zrobi. Ano nic nie zrobi. Co najwyżej obślini się lubieżnie, na wspomnienie smaku.

No ale jak można mieć coś za złe Bebe, kobiecie władającej kometami! No więc nie mam. Zemsty nie będzie ;)

 
Będzie natomiast wspomnienie. Wystąpi w nim oczywiście pomidor, tyle że... a nie, więcej nie zdradzę...

Jest to mrożąca krew w żyłach i soki w żołądku przygoda z bruschettami. Otóż bądąc pewną razą na rodzinnym obiedzie w restauracyji w Polsce, przeczesywałam grubą kartę - czy raczej księgę - dań, w poszukiwaniu czegoś bezmięsnego. Gdyż to raczej taki wierny mięsnej tradycji kulinarnej lokal był. Przeczesuję więc. I tu nagle, wtem! Co ja paczę? Bruschetta! Z polskich pomidorów zapewne, myślę, pachnących i soczystych, więc hulaj dusza, dzisiaj piekła nie ma! Zamówię se trzy porcje, jak jedna będzie mi mało, i się napcham do wypęku. I na pytanie miłej (naprawdę bardzo miłej) pani kelnerki "Co dla pani?" mówię, stukając radośnie paluszkiem w odpowiednią pozycję w karcie, iż dla mnie bruschetta.

- Bruszczetę? Dobrze, oczywiście! - odpowiedziała z promienym uśmiechem pani kelnerka, skrobiąc w notesik.
- Bru.... eee.... tak. - wydukałam niezwykle elokwentnie.
Bo ja uprzejma z natury jestem (nawet za bardzo, twierdzi małżonek) i nie chciałam jej robić wiochy, wiecie, żeby nie pomyślała, że niby ją poprawiam, chociaż wkradł mi się w tym momencie pewien taki cień zwątpienia i podejrzliwości... No ale nie takie late maćato i inne kapukino my już pijali, w końcu to tylko słowa.

Przejdźmy zatem do czynów: oto po dłuższej chwili pani kelnerka wkroczyła ponownie, prezentując profesjonalną, kelnerczą postawę ciała (plecy proste, nos do góry, wzrok utkwiony w dali, równy krok), z profesjonalnie trzymanym talerzykiem (ręka zgięta w łokciu, uniesione do góry i rozcapierzone palce podtrzymują od spodu talerzyk), nie powiem, robiło to wrażenie, i profesjonalnym gestem godnym lokalu z co najmniej dwiema michelinowymi gwiazdkami, wyprowadziła w moim kierunku po pięknym łuku z łokcia ów element ceramiczny.
A na jego nieskazitelnej bieli spoczywała bruszczeta.
Dwie kromki chleba z supermarketu posmarowane przecierem pomidorowym, takim skoncentrowanym w gęstą, twardą, cynobrową pastę.
Film nagle zatrzymał mi się przed oczami.

- Oto bruszczeta! - wykrzyknęła kelnerka z emfazą (film ruszył znowu) głosem czystym i mocnym, sugerującym, że wszystko jest magnifico, bellissimo, a nawet delizioso. Podniosłam głowe ku niej z nadzieją, że to żarty, ukryta kamera czy cóś, a tam w górze znów ten uśmiech jak milion dolców, przypięty do kelnerki, która w tym momencie odwróciła się na pięcie i oddaliła w pląsach ku sąsiednim stolikom, aby zaproponować innym klientom równie niezwykłe i zaskakujące dania. Nad moją głową został tylko ten uśmiech, uwięziony w oparach serwowanej obok mnie wieprzowej - nie bójmy się ponownie użyć tego słowa - giczy po depilacji, alias golonki. Jak w Krainie Czarów. (Ten uśmiech, znaczy. Nie gicz.) A ja przecież nie Alicja.

Siedzę tedy, z przepalonymi neuronami, i patrzę na tą moją kulinarno-lingwistyczną katastrofę, na te bezlitośnie zamordowane pomidorki, na dramatyczną nieobecność cebulki i bazylii (zapewne zmarły w czasie tortur), na dwie trupioblade i sztywne, podeschnięte kromki wyrwane spod supermarketowej gilotyny, i opada mnie kłębowisko myśli: to jeden z tych modnych teraz lokali tematycznych? "Szpitalne wspomnienia" albo "U Żylety pod celą"? A może dziś Dzień Astronauty i podają gratis te suszone posiłki z torebeczek, co to statki-matki karmią nimi swoje kosmiczne dzieci fruwające w powietrzu od jednego monitorka do drugiego? O borze, borze szumiący, szybko, lepiej się do krzesła przywiązać serwetą, jeszcze zara grawitację wyłonczom, a mi od fiflaków się niedobrze robi!

Grawitacji jednak nie wyłączyli, bruszczetę z niezdrowej ciekawości nadgryzłam i przekonałam się, że smakuje tak, jak wygląda (czyli jak suchy chleb z twardym koncentratem), po czym zamówiłam tradycyjne danie wegetariańskie kuchni polskiej - frytki z surówką kapuścianą.


No i tak to. Się trzeba obejść smakiem niekiedy.
Tylko zabawnie było, jak na końcu pani kelnerka przy zbieraniu talerzy zapatała, czy smakowało. Jedyną nasuwającą mi się uporczywie odpowiedzią było "Pomidor" ;) Na szczęście wybawił mnie chór rodzinny, który głosem chropawym, dobywanym z nadwerężonej nadmiarem chlorku sodu krtani, wycharczał: "Tahhh, tylhhho dosyć słone." A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

p.s. To było jakieś 4 - 5 lat temu, czyli nie tak dawno, żeby zasłonić się nieznajomością i niedostępnością zagramanicznej egzotyki. Od tamtej pory tam nie byłam, ale bardzo, bardzo jestem ciekawa, czy dalej podają tą zmumifikowaną bruszczetę ;)

p.p.s. Golonka, podobno, była bardzo dobra. Ryba smażona i inne mięsiwa niby też.

To co, po rybce? Tylko trzeba najpierw wyłowić jakąś dorodną sztukę:


 

62 komentarze:

  1. A dzis w Hiszpani swieto marnowania pomidorow, znaczy La Tomatina :)
    Ja dzis debatowalam z moim meksykanskim nauczycielem hiszpanskiego jakie to marnotrawstwo, bo u nich w Mehiko nie ma takiej fiesty (uff).
    Malinowki uwielbiam i tez za nimi tesknie - nawet sobie w koncu lipca z Ojczystej planety 2 dorodne przemycilam na wyspe. Rozwazalam zachowanie ziarenek zeby M&Msy w swoim ogrodku na przyszly rok wychodowali. Ale pozarlam z ziarenkami.
    Ale nie przechwalac sie chcialam tylko doniesc, ze w naszym polskim sklepie mozna kupic malinowe. To moze w diabelskiej okolicy tez sie jakis by znalazl?
    Oraz na Wyspie Kumato kiedys bywaly ale takie prawie czarno czerwone. Bialo nie widzialam. Czuje sie zaintrygowana. Czerwono zolte tygryski sa bardzo dobre moim zdnaiem - u nas sa sprzedawane jako heritage tomatos w sensie ze mieszanka roznych ale nigdy nie wiadomo co akurat bedzie.
    Ale Bruszczeta mnie zabila. z koncentratem mnie zabila. Bylo wybrac ruskie pierogi... moze tez by sie trafily z rodzynka jak mnie heh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dzis? No patrz, ale mam nosa!
      Polskiego sklepu akurat u nas w okolicy nie ma, szukalam tez u Turków w tych ich kolorowych Sezamach pelnych wszelkiego owocu i warzywu - ale tez nie ma.
      Ale to musze tych tygrysków spróbowac, bo na razie je tylko tak nieufnie obwachiwalam. To znaczy nie doslownie, tylko tak w sensie ze zaznajamialismy sie optycznie. Patrzylismy se gleboko w oczy i takie tam. Ale do niczego jeszcze nie doszlo.

      A Bruszczeta - tak, ona posiadala skoncentrowana moc!

      Usuń
    2. Ja tez kolo domu nie mam, ale niedaleko pracy jest ten co ma malinowce, to czasem udaje sie na wyprawe, co prawda zazwyczaj w niedziele na otwarcie sklepu, wiec fakt bliskosci do pracy nie stanowi jakiegos argumentu za czy przeciw :).
      Polubilam tez te pomaranczowe. Zolte troche kwaskowe sa ale to nie te wodniste maszkarony. Kiedys namowilam mojego chrzestnego zeby wysial zolte i pomaranczowe z nasion, ktore mu z Wyspy przywiozlam.
      Bardzosmy sobie efekty oboje chwalili.
      Odwiedzajacy mnie Fader przezyl chwile grozy jak mu zalecil skosztowanie zielonego oraz "czarnego" pomidorka, po czym z apetytem wykonczyl obie probki, narzekajac tylko ze szkoda ze maja niewlasciwy kolor... ;)
      takze Diable, pozbadz sie uprzedzen kolorystycznych wobec pomidorow i daj im szanse :)

      Usuń
    3. mRufo, alez ja chetnie! Te pomaranczowe tez bardzo lubie - ale sama przyznasz, malinówka to jednak jest Boski Pomidor.

      Usuń
    4. Istna ambrozja. A Wyobrazasz sobie ze w ubieglym roku trafilam na cos bardzo bliskiego malinowce w Kanadzie bedac? Nazywalo sie pink beef tomato czy jakos tak i wykupilismy prawie caly zapas w sklepie (2 opakowania z 3) co bylo bledem, bo treba bylo wziac wszystkie trzy i je pozrec - to trzecie czekalo na nas jak 2 tygodnie pozniej wracalismy ta sama droga i juz sie do jedzenie nia nadawalo - zamienilo sie z jedrnych prawie malinowek (nawet skorka schodzila im tak jak malinowym), w podchodzace woda roznowe podrobki :(.

      Usuń
    5. Tak, te beefy tez daja rade - jak sa, bo sa rzadko. I tez nie zawsze dobrze smakuja, niekiedy sa równie wodniste i nijakie jak "standardowe" pomidory, nie wiem od czego to zalezy, pewnie od hodowli.
      Ciesz sie z tego, co zjadlas! Zawsze to jeden pomidor w garsci lepszy, niz dwa na dachu, czy jakos tak...

      Usuń
  2. A oto scenka z przedwczoraj. Autentyk. Miejsce: Ciechocinek pękający w szwach od nadmiaru kuracjuszy. Tychże pełen lokal gastronomiczny klasy AA+. Zdobyczny stolik wyszarpany w nierównej walce innym głodnym nieszczęśnikom. Podchodzi obrażona kelnerka. Pytam o kartę. - Ledwo pani usiadła, już chce kartę.... - obraziła się na dobre i odeszła w siną dal... Nawet nie wiem,czy Bruszczete tam dawali, czy inny barszcz. Pozdrawiam gastronomicznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo wymyslajo te klienty, pani droga. Karte zeby jej stawiac, sie zachciewa. A co to, u wrózki jest?!
      Ale tak na powaznie: to ona juz nie wrócila? Wyszliscie?

      Usuń
  3. Ludzie chodzą do restauracji, to mają przygody! Ja to najwyżej mogę spleśniały serek odkryć w lodówce, cóż za kosmiczna przygoda na miarę kury domowej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W lodówce to ja regularnie odkrywam splesniala smietane. NIGDY nie udaje mi sie zuzyc jej do konca, a kupuje najmniejsze kubeczki po 150 gram. I pózniej tak stoi i sie rozwija. A zawsze mnie korci, zeby raz nie wyrzucac i zobaczyc w jakim tempie osiagnie takie stadium rozwoju, ze jak otworze lodówke, to powie mi "dzien dobry".

      Usuń
    2. Nie warto - z moich doswiadczen (eksperymentalnych) wynika, ze smietana osiagnawszy odpowiedni poziom rozwoj po prostu wychodzi bez slowa. Czasem trzaskajac drzwiami. Co tylko potwierdza pewna teorie ze smietana to po prostu same męty.

      Usuń
    3. eh, no to klapa. A juz myslalm, ze moze sobie moze pokonwersujemy, wybierzemy sie razem do teatru...

      Usuń
    4. predzej do lokalnego monopolu na duze jasne ;). A tak w temacie to dzis z rana wyskoczyl na mnie serek topiony ktory wlasnie tego... stal sie z neutralnego intensywnie grzybowy.
      Bez slowa sie na mnie rzucil skubany, przewrocil na ziemie (lodowke albowiem mam z tych przygruntowych) ekshibicjonistycznie zrucil pokrywke, ukazujac mi ogrom swego zepsucia i korzystajac z mego zaskoczenia i szoku, popedzil w swiat.
      Zlapalam w koncu mende w polowie drogi do tylnych drzwi i skonczyl jak kazda szumowina w worku na smieci.
      Najgorsze jest to ze bylam przekonana ze to jest nieodpieczetowany serek i pieczolowicie ukladalam go jeszcze wczoraj na samo dno sterty serkow rozmaitych, bo przeciez z dluga data to nie musze sie do niego za szybko dobierac... moj szok byl wiec tym wiekszy gdy sie okazalo w jaki wielkim bylam bledzie...

      Usuń
    5. ufff.... zdarzylas w ostatniej chwili. A zawiaz dobrze ten worek na smieci !

      Usuń
    6. To ze śmietaną to musi być czysta prawda, bo ilekroć Bożena się pokusi, to skutek taki sam.
      Ale bruszczety z koncentratu to się Bożena nie spodziewała o.o Bardziej chyba nawet niż Ty!
      I to jest jeden z powodów, dla którego Bożena niecierpi stołować się na mieście. Jeszcze nie trafiła na restaurację, w której byłoby rzeczywiście co zjeść. Zawsze jakiś psikutas się przytrafi i pozostaje dolewanie soku do szklanki dla wypełnienia treści żołądka.
      A pomidorów malinowych Bożena nie znosi i jakby dostała jakieś, to kurierem może wysłać. Każde inne, byle nie malinowe!

      Usuń
    7. No wiec co do tolowania na miescie, to mam takie same odczucia wlasnie! Mam doslownie 4 miejsca gdzie wiem, ze bedzie mi smakowalo, i to sa wszystko takie wlasciwie bary, gdzie zarcie przygotowuje sie na oczach klienta, na szybko i swiezo i jest pycha. Izawsze mozesz np. zamienic skladniki.
      Ale ze malinowymi Bozena gardzi???!!!

      Usuń
    8. Gardzić to nie! Szacunek jest, bo to wszak pomidory, ale u Bożeny niekonsumpcyjne.

      Usuń
  4. Pomału musisz zacząć liczyć się z okolicznością braku kuchni w restauracjach. Coraz częściej się zdarza, że zaplecze kuchenne składa się z zamrażarek i mikrofal, w których najpierw gromadzi się, a potem odgrzewa jadło z cateringu z mniej lub bardziej długą datą przydatności do spożycia ;-]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to dobrze, ze rzadko chadzam. Mam jeden ulubiony falafel bar, gdzie chodzimy prawie co sobote, i któremu pozostane wierna póki nie rozlaczy nas zly kapitalizm nieprzychylny small businessowi. No dobra, czasami, czasami chodze tez do pewnego Hindusa z Kalafiorem Curry - ale to tylko z troski o ten falafelowy zwiazek, zeby sie nuda nie wkradla!
      I oba to bary, w których wszystko sie przygotowuje i kroi na swiezo, i to za przyzwoite pieniadze. Kurcze, jak sie tak pisze o jedzeniu, to sie czlowiek jakby glodny robi. Slodkiego cos bym zjadla, a zarazem owocowego.

      Usuń
    2. Słodkiego, owocowego.. niech pomyślę... pomidorka malinówkę? ;)

      Usuń
    3. No nastepna. A idzcie, a kysz, a kysz! Jezu slodki, Taki malinówek z cebulka, polozony na chalke! :)
      (chalki u nas sa, u Turka sie kupuje)

      Usuń
  5. U nas pomidory malinowe słodziutkie w tym roku, a piękne jak klejnoty koronne! Mmmmniam! Chyba muszę zrobić kolację, bo czuję, że mi się sok żołądkowy rozlewa po żebrach... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nastepna sadystka... Ja jednak rozwaze ta zemste - zbiorowa!!! Hurtem polece!

      Usuń
    2. Może Ci podesłać kurierem sztuk kilka?

      Usuń
    3. Jakby sie dalo, to bym sama u rodziców zamawiala :) Ale te kuriery to takie cuda i cyrki wyczyniaja z tymi paczkami, ze az strach, szkoda pomidorów. Ponadto dostawcy na naszej ulicy maja jakies uczulenie chyba na papier, na którym sa drukowane awiza - bo ich nie uzywaja. Po prostu odchodza z niedoreczona paczka ku poczcie, tamze ja porzucajac i szukaj potem wiatru w polu.
      Ale dziekuje za wzruszajaca propozycje :}

      Usuń
    4. Diable, mam dla Ciebie pomysł na biznes życia: zacznij hodować malinowe na tarasie i sprzedawaj obcym krajowcom! Jak pokochają, nie zjedzą innych! A Ty, leżąc na hamaku pośród pomidorowych tyczek, będziesz wąchać, konsumować i liczyć banknoty!

      Usuń
    5. Ha! Malinowy Magnat! Pomidorowy rekin! Szycha z rodu Psiankowatych! :) Bardzo podoba mie sie to zakonczenie o liczeniu banknotów ;)

      Usuń
    6. A mnie zatrudnisz jako biznes menedżer dewelopment center koordynator i powiesisz mi hamaczek obok swojego, dobra?

      Usuń
    7. Dobra :) Uhuhu, wietrze sukces. Przerosniemy Zuckerberga i Gatesa!

      Usuń
  6. Anonimowy26.8.15

    Knedle ze śliwką. Słodkie i owocowe. Spożyłam właśnie. Na noc. Już sobie życzę miłych snów.
    Pomidorowo i rybnie. To chyba jakiś rybny gulasz albo inną salsę? (jak ja lubię Twoje Ryby! Nie tak jak Sowę Renatę co prawda, ale Sowa Renata jest jedyna w swoim rodzaju i żadna Ryba jej nie podskoczy).
    Kelnerka z bruszczetą przypomniała mi kelnerkę, a nawet Kelnerkę, z restauracji w Lublinie.
    Tłumem byliśmy, zamówienia się sypały, menu ciekawe, noc głęboka, miałam ochotę na sałatkę.
    Pytam zatem grzecznie, czy w tej, o tej konkretnie sałatce, bardzo mi się podoba, mogę wymienić łososia pieczonego na coś innego, np. kurczaka? A kelnerka, a nawet Kelnerka, na to ze wzgardą: - Proszę pani, kucharz komponował tę sałatkę SPECJALNIE pod łososia. Nie da się go zamienić!"
    I zniknęła w oddali korzystając z mojego osłupienia i porzucając przyjmowanie zamówień. Taka obsługa, panie!

    Sakurako (coś logowanie pada)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to trafilas na Miszcza i go obrazilas, kobieto! Miszcza Kompozytora! W wykwintnych restauracyjach Oni sie podobno obrazaja, jak sie poprosi o podanie soli (bo nie ma na stole soli ni pieprzu) bo co to znaczy, ze niby Kompozycja smaku nie ma? A w ogóle to klient burakiem ostatnim z plebsu jest i sie nie zna.
      Ja tam wole mój bar falafelowy i Hindusa z Kalafiorem Curry. U obu mozna sie najesc pysznych rzeczy za ludzkie pieniadze, a taki Miszcz to ci zaserwuje danie wielkosci ping ponga za cene moich tygodniowych zakupów...

      Usuń
  7. Nooooo, może to jest sposób żeby Cię zwabić na Ojczyzny łono!
    Bo tak: ciężki taki pomidor jest. Sparzony, arcy łatwo obiera się ze skórki. Ten moment, kiedy jest jeszcze na wpół ubrany - matowo lśniący, wart doprawdy jest uwagi. Pachnie tak, że zanim położysz go na desce i przymierzysz się nożem , MUSISZ ugryźć , jak jabłko, a słodko kwaśmy miąższ spływa Ci po szyi w dekolt, zanim zdążysz na dobre się roześmiać.

    A jak zestawić takiego pana pomidora z twarożkiem śmietankowym rozsmarowanym na pachnącym polskim chlebie, to wiesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomijajac twarozek - bo nie cierpie organicznie - to WIEM !!! I zaprawde dojrzewam do zemsty chyba jednak! Jak juz pisalam Kalinie - hurtowo po was polece!
      I ten chleb jeszcze... matko... To bylo pierwsze co zjadlam przy ostatnim pobycie w Polsce - gruba kromka chleba z malinówka :)

      Usuń
    2. hm. czuje sie zaskoczona. o co chodzi z tym chlebem? no bo tego, ja na Wyspie cierpialam katusze unikajac lokalnego chleba ktora ma excuze le mot konsystnecje papieru toaletowego, namoczonego... i nawet chleb z tzw polskich piekarni to jest zazwyczaj taka bardziej wyszukana tortura dla kubkow smakowych, az tu nagle odkrylam:
      a) pieczywo germanske co kosztuje 2 razy wiecej ale na bogow da sie zjesc, oraz
      b) germanskie-stajl pieczywo z lidla, ktore kosztuje tyle ze portfel sam sie ochoczo otwiera i jest o niebo lepsze (pieczywo nie portfel) nawet od tych chlebkow ktorymi raczy mnie przy okazji wizyt moj Fader.
      A tu Diabel wzdycha do polskiego chleba, mieszkajac w kraju z ktorego takie delicje pochodza?

      Usuń
    3. chleb i bulki z lidla? Toz po nich sie zoladek na lewa strone wykreca, mRufo, bój sie bobra, czym was tam karmia ze Ci z Lidla smakuje?!!
      Ja kupuje w piekarni pod tytulem "Junge", jest sieciowa ale pyszna i piecze bez dodatków (patrzylas kiedys na sklad bulek z Lidla? Lista dluga jak litania do przenajswietszej panienki i pelna niezrozumialych nazw).
      Ale w Polsce i tak jest lepszy - oczywiscie taki prawdziwy chleb, chrupiacy i pachnacy, ale to juz tez coraz rzadzsze niestety zjawisko.

      Usuń
    4. nie ma na nich skladu bo oni je pieka/dopiekaja na miejscu i sie samemu do torebek papierowych pakuje. A ja na tyle rzadko kupuje pieczywo w ogoleze mi ta odrobina wiecej roznych wersjii witaminy E roznicy nie zrobi, ale jak akurat jeste mw lidlu to nieraz zawadze o te polki przy piecu. Na wyspie nawet jak ktos mi pokazuje ze, o to jest fancy bread to ja tylko z politowaniem kiwam glowa. jak mowilam mokry papier toaletowy. jedynie rozne wybryki typu "french bread" czy ciabata d osamodzielnego dopieczenia maja jako taka konsystencje, czasem jakis artizan bread na farmie sie trafi. A wiesz co jest najgorsze? Wyspowe geby sa tak tym zmanierowane ze po wizycie w Polsce potrafia narzekac na polskie pieczywo. Owszem wiecej juz gniotow niz tego zacnego smakowitego pieczywa ale nadal to nie jest rozmoczony papier do antyglowy... eh...

      Usuń
    5. No u nas wlasnie jest obowiazek na tych pólkach lidlowych i innych napisa, z czego dana bulka sie sklada. I to trochu takie straszne jest...
      A najgorszy chleb jaki ja jadlam, to holenderski. Angielskiego nie jadlam, ale nie moze - NIE MOZE - byc od holenderskiego chyba gorszy? Gdyz on przeokrutnyj est!

      Usuń
    6. Chrupiący i pachnący chleb w PL? RELIKT. Albo bankructwo.

      Usuń
    7. O to to, relikt wlasnie. A holenderskiego nie jadla, jakis mnie droga tam nie piprowadzila jak dotad ale bede sie upierac ze angielski na pewno w scislej czolowce kiszmaru piekarnuczego jest. Jak juz to tzw niemiecki zytni kupuje. Lokalny nadaje sie EWENTUALNIE do opiekacza lub tostera. W ostatecznosci.

      Usuń
    8. nie no, nie taki calkiem wymarly ten chlebowy dinozaur. Jak se pójdzie do odpowiedniego sklepu, to sie dostanie. Przynajmniej w naszej rodzinnej okolicy. Naprawde.

      Usuń
    9. Dlatego Bożena napisała "albo bankructwo", bo tak to jest u niej. Dookoła ma markety (real, leclerc, tesco, biedra i lidl), które pieką tylko te swoje wydmuszki z mrożonek. Jest też jedna piekarnia, ale chyba złotą mąką się posługują, patrząc na ceny. Lata temu lokalny sklepik zamawiał jeszcze pieczywo z Sobowidza (lokalsi północni powinni poznawać), jednak zwyczaj upadł. Także nie ma letko, o ile chlebojad nie jest jakiś szczególnie uparty i nie jeździ na drugi kuniec miasta szukać bułki z mąki a nie bułki z gluta. ;)

      Usuń
    10. A tak, tak, tez mam taka jedna "zlota" piekarnie. Chleb - chlebeczek - wielkosci wiekszej bulki kosztuje 5 euro. Ale mozna kupic polówke. Czyli se Bozena wyobrazi, pól bulki za 20 zeta ;)

      Usuń
    11. No, złota buła - jak nic! Najadasz się na cały dzień tym kawałkiem?

      Usuń
    12. Nie wiem, nigdy nie jadlam!!! Czuje sie niegodna takiej zlotej buly - z moim mizernym, nedznym portfelem...

      Usuń
  8. No bo też kto widział zamawiać takie zagraniczne dziwolągi w kraju ojców. Trzeba było wziąć śledzia, ogórek kwaszony i setę. Na pewno by smakowało.
    A Ty... szeszam bardzo, wegetarianka może?

    Łódeczka podwodna bardzo sympatyczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogórek kwaszony bardzo chetnie! Stoi na drugim miejscu zaraz za malinówka. A na trzecim sa ruskie pierogi.
      A wegetarianka, owszem. Od 20 lat z duzym hakiem nawet. Ale jestem nieinwazyjna i nie nawracam ludzi, nie bój sie ;)

      Usuń
  9. Rozbawiła mnie ta bruszczeta niepomiernie. Ja wiem, że to nie jest śmieszne, ale jakoś jest.
    Ze zdarzeń pokrewnych: raz ośmieliłam się w Polszcze zamówić kebaba w jakiejś knajpie. Dostałam talerz surówek z kawałkiem czegoś kotletopodobnego na czubku stosu i jeśli dobrze pamiętam, kromkę chleba do tego. Albo to była bułka kajzerka? Obśmiałam się na ten widok ze śmiechu jak pszczoła :) Ale przyznam, że dało się zjeść, jak już człowiek zapomniał, co zamówił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, gdy minal pierwszy szok, tez sie z malzonkiem solidnie uchichralam - no bo w koncu co innego pozostaje :)

      Usuń
  10. Za małe przewinienia Pan Bóg każe od razu... Kto to widział w karu ojców jakieś frymuśne, zamorskie dania zamawiać?! Wegetariańskie na dodatek. Najbardziej wegetariańskie, co mi przychodzi do głowy to pierogi ruskie ze szpyrą, kaszankę pieczoną z cebulką, schabowego z kapuchą czy rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą. Że co? Że wieprzowina to gorsze warzywo niż inne? A świnia co żre? Przecie mięchem jej nikt nie karmi! Je wegetariańsko, to i sama jest wegetariańska. O! Można jeszcze tak lajtowo - pajdę chleba ze smalcem lub w poście placki ziemniaczane ze śmietaną.
    A pomidory słodziutkie w tym roku :)
    A nie próbowałeś Diable tak swojsko na balkonie, czy parapecie, plantacji choć na 4 krzaki pomidorowe uskutecznić? U nas na balkonach to coraz popularniejsze, a w Petersburgu (byłam tam lat temu parę) pomidory i ogórki to ulubione rośliny ozdobne na parapet :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, tak mi ten pomidor w glowie zamacil, zem sie na niego rzucila z pazurami :)
      A o balkonie myslalam, owszem, tyle ze mi na balkonie wszystko zdycha. Ile ja róznych roslin juz pochowalam! awet takich co to niby odpone na wszystko, w sensie pogodowo. Oprócz pelargonii, one zawsze mi rosna.
      Aha, jeszcze zeby nie bylo watpliwosci - podlewam, dogladam, zeby nie za mokro i nie za sucho, nawoze wedlóg zalecen na opakowaniu, a one niewdzieczne wyciagaja kopyta jedna za druga. Obojetnie czy to kwiat, czy krzaczek, czy drzewko.
      Ale kusi, to fakt. Byc moze w przyszlym roku?

      p.s. i nie ma to jak wegetarianska kaszanka, oczyiscie!!! Alibo salcesón.

      Usuń
    2. Kiedys z polsoya chyba mozna bylo kupic wegetarianska kaszanke. Byla zacna. Na prawde. Ale chyba malo wegetarian na nia lecialo a ja sama dalam rady wypukic zaledwie jakies 30/40% pridukcji, mimo staran i pi paru latach zniknela kaszanka a pizniej to i juz o producencie nie slyszalam... A szkoda bo naprawde milo ja wzpominalismy cala rodzina i nawet grupa znajomych. w 2006 jeszcze byla na pewno.

      Usuń
    3. w 2006? no, to calkiem niedawno rzeczywiscie :) Ale u nas jej niestety nie bylo, nie zawarlam takiej kaszankowej znajomosci nigdy.

      Usuń
  11. Życia sobie bez pomidorów nie wyobrażam!
    Ale te pofaldowane są nie gorsze od malinowek, których zresztą już prawie nie da się trafić.
    Kiedyś zamiast nalesnika doniesiono mi rozciapaną masę z keczupem, coś ohydnego, a miał być po bolońsku. No zaraz, ale we włoskim sklepie to MUSZĄ być dobre tomaty!?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A sa nawet niezle, tylko cholernie mi do niego nie po drodze. I orzechy wloskie nielupane ma pyszne. Raz w miesiacu moze do niego zagladam, z racji tego bycia nie po drodze, albo i rzadziej, i kupuje hurtem rzeczy. które lubie (ciasteczka tez ma pyszne, slodkie i slone!). Szkoda ze pomidorów nie mozna kupic na zapas...
      A nalesnik moze byl odgrzewany, z poprzedniego dnia?

      Usuń
  12. Racja. Król jest jeden. Malinowy.
    A rybka dorodna, o-pływajaca w złoto.
    Jak zwykle - spozieram z podziwem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Malinowy król" :) wiesz jak ja lubilam ta piosenke jak bylam mala? Chociaz nic z niej nie rozumialam oczywiscie. Tak samo jak "Dmuchawce, latawce, wiatr".

      Usuń
    2. Lubię je nadal, wyśpiewuję przy ognisku ;-)

      Usuń
  13. A u nas kiedyś sprzedawali hot dogi w twardej wielkiej kajzerce, a w środku gruba parówa. Ach...początek lat 90 tych...ludzie stawiali kramiki, łóżka polowe i sprzedawali co się dało i jak się dało. W restauracjach królowała gumiata pizza z mikrofalówki, którą człowiek przeżuwalł jeszcze następnego ranka,.I te nazwy restauracji w skorodowanych autobusach przy trasach szybkiego ruchu- Manhattan, New York, a nawet Las Vegas Pub. A w środku swojska Kazia z brudną ścierką. To se ne vrati!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu drogi, masz racje, to se ne vrati! I jakby podali mi owo bruszczete wlasnie w latach 90tych to bym pewnie polknela jak pelikan - ale to bylo 5 lat temu!
      A jeszcze w tamtym roku byla przy autostradzie w Polsce (ale nie wiem dokladnie gdzie, bo sie nie znam) taka miejscówa, gdzie pod namiotem swojska pani Kazia wlasnie sprzedawala kielbase i miesiwo z grilla na wage, taka stara PRL-owska wage zelazna, oraz ogóry kiszone z wielkiego sloika. Oczywiscie obowiazkowo ceratowe obrusy. Fajne to bylo! Ale teraz juz nie ma. Bedzie pewnie kolejny zajazd w standardach Unii... :(

      Usuń
  14. No niestety, w życiu stale karmi się nas podróbami. I jeszcze próbuje się nam wmówić, że to białe trufle i kawior... Bardzo prawdziwy tekst, Diable.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja rozumiem że można spróbować uprościć jakoś skomplikowane danie ale to było tak, jakby zamiast sałatki podać. .. eeee, no... no przecier po prostu ;)

      Usuń

Dawaj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...