poniedziałek, 7 stycznia 2019

Z poradnika konsumenta: cierpliwość.

Sobotnie zakupy spożywki. Nikt tego nie lubi, ale przejść przez to trzeba.

Najpierw krążenie wkółko parkingu jak stadko wilków wypatrujące rannej sarenki. Już od razu tutaj, na początku, próba cierpliwości i test sprawnościowy w jednym - bo ciasno straszliwie a do tego ludzie łażą jak ślepi, jakby nie widzieli ile aut dookoła: a to wózek z dzieckiem stoi na środku ulicy bo ojciec roku akurat upycha zakupy w bagażniku, tu jakiś czterolatek biega samopas między jadącymi samochodami, tu rodzina z psem na kilometrowej smyczy przechadza się jak po parku, smyczą oplatane już są cztery auta i jeden pan na rowerze, a pies najspokojniej w świecie "staje na rękach" na parkingowym poboczu szerokości 30 cm. 

Po upolowaniu sarenki miejsca na parkingu i wejściu do sklepu mamy kolejne wyzwanie - Walkę Rydwanów na dziale warzyw i owoców. Marketowe wózki robią się chyba coraz większe, a naprawdę trudno jest upchnąć 147 takich pojazdów wraz z powożącymi i ich dziećmi między skrzynkami ogórków a piramidami jabłek. Na dodatek niektóre Keviny - tak się tu mówi na Januszy - myślą, że jak postawią swój wózek wpoprzek przejścia na te dwadzieścia parę minut podczas których wybierają odpowiedniej wielkości cukinię, to oesssu, przecież nic się nie stanie. Choć zaraz, zaraz, "myślą" to chyba nie jest odpowiednie słowo tutaj.

Pustki w półkach z kartoflem. Kryzys idzie?! A jak już na kartofla zeszliśmy, to ja chciałam zapytać co za sadysta w tym kraju kazał kierować do sklepów tylko te nie większe od bardzo małego jajka? Przecież obranie ziemniorów na obiad dla nas trojga już powoduje przykurcz mięśnia w ręce trzymającej nożyk, a co dopiero jak ktoś ma troje dzieci... No i co się właściwie dzieje z tymi dużymi ziemniakami? Wszystkie idą na frytki do Maca?! Mówię wam, jak jadę do Polski to w osiedlowym Tesco mnie takie wzruszenie ogarnia na widok tych kartoflów w rozsądnym, słusznym rozmiarze, wystarczy obrać po 1-2 na osobę i gotowe. Tutaj trzeba w trudzie i znoju ścibolić po 40 na głowę. 
Za to pory są wielkości - i grubości - sekwoi, medal dla tego, kto potrafi taki egzemplarz zużyć na raz w całości. Ja mam już litrowy pojemnik siekanego pora w zamrażarce. 

Bułki na niedzielę, makaron, puszkę groszku i kostkę masła zwijam w biegu, tam zawsze idzie dobrze i szybko. 
To samo przy półce z hummusem - toż przebóg, kto to je w ogóle! - więc mogę spokojnie nawet skład przeczytać, bo niemiecki producent żywności za sprawę honoru poczytuje sobie wlanie litra octu do wszelkich słoików i pudełeczek z dipem, sosem czy warzywem, inaczej produkt jest niejadalny. Więc szukam tych nielicznych bezoctowych rebeliantów. 

Następnie przytrafia się mała zawieszka Borsuka przy półkach z whiskey, ale to zrozumiałe jest. Wszak takie chwile należy celebrować. Ja się od kilku lat zafiksowałam na jednym winie, to mi szybko idzie, ale teraz akurat zachciało mi się czekoladowego Baileysa, a nie było, więc płakałam troszkę.

Dział krojonych na wagę wędlin i mięs to nie nasz świat, więc na szczęście stanie w dodatkowej kolejce nas omija. Ale dla równowagi półka z sojowymi / seitanowymi rzeczami na chleb i na obiad wciśnięta jest za szeroki filar, i wejść tam można tylko pojedyńczo, bez koszyka, i będąc w miarę szczupłym, z tym że trzeba najpierw zdjąć kurtkę, wciągnąć brzuch, ramiona rozsunąć i ustawić po bokach tułowia, a stopy też stawiać bokiem. Tak jak te śmieszne ludziki na staroegipskich papirusach. Widać też wszędzie mieli ciasno. 

Zagadka tartej bułki... Jedne sklepy stawiają przy pieczywie, inne przy mące i cukrze, jeszcze inne wśród przypraw. You never know! Daj się zaskoczyć.

Mleko bez laktozy schowano nie wiedzieć czemu w dziale dla bezglutenowców. 

53 rodzaje mrożonych tortów i ani jednego czekoladowego. Wszędzie tylko lukier i farbowana galaretka. Co za barbarzyński kraj...  :(

Potem jeszcze tylko szukanie igły w stogu siana, czyli wyłuskanie zpośród czterystu odmian crème fraîche kubeczka zwykłej śmietany - crème fraîche odkąd się pojawił, wyoutowal ją z półek prawie całkowicie, nie wiem dlaczego. Bo lepiej brzmi? 
Prowadzi do tej śmietany niekończąca się aleja jogurtowa, jak pas startowy dla Jumbo Jeta, no ale trudno, innej drogi nie ma, jak się chce mizerię na obiad to trzeba przez to przejść. Oczywiście tu znów Keviny rozkminiające czy wziąć zdrowy i modny jogurt z ochydnym glutem chia, suszoną agawą, karmelizowanym selerem i łzami delfina, czy zwykły brzoskwiniowy, który co prawda smakuje w pyteczkę ale cebulacko wygląda we wspólnej lodówce w korpo-kuchni.

To jeszcze szybko jakieś chrupki na wieczór i jesteśmy w kasie. 
Kolejki do kas długie, a oświetlenie sufitowe dobre, mocne, cieplutkie, stoimy więc w tych zimowych kurtkach jak kurczaki w inkubatorze. (W kolejce do - hy hy - oskubania)

Kończy się papier do drukowania paragonów. 

Kod z jogurtu z karmelizowanym delfinem nie chce wejść na kasę.

Przed nami zakupy na taśmę wykłada znowu jeden z tych bardzo dziwnych ludzi, co nie ogarniają, że jak butelki się położy w poprzek taśmy, to one będą się toczyć do tyłu za każdym razem jak taśma ruszy do przodu. Serio, Kevin, ZA KAŻDYM RAZEM, naprawdę. Ale zamiast położyć je po prostu wzdłuż taśmy, to Kevin co i rusz przytrzymuję je ręką, przetacza dwa metry do przodu i uważa, żeby nie stukały jedna o drugą. No i jak ten świat ma nie upaść, skoro 90% ludzi nie ogarnia tak prostego zjawiska?! Jak im się woda z wanny przelewa, to też wycierają ciągle podłogę zamiast zakręcić kran? Dodajmy do tego te puszczone samopas na parkingu dzieci i psy, i mamy pewność że gatunek ludzki dąży ku samozagładzie. Kiedyś nastanie taka chwila, że procent Kevinów w ziemskiej populacji wzrośnie na tyle, że zacznie się staczanie po równi pochyłej, a wiadomo jak to wtedy leci. Szybko i w dół. 

Każda interakcja z większą masą ludzką kończy się u mnie tymi samymi wnioskami. Trudno, będę już zawsze dzikiem-samotnikiem. Chrum chrum, kłłłiiiii.
Ehhh...

To popatrzmy sobie w gwiazdy dla uspokojenia. Koziorożec w gwiezdnym, złotym pyle:











No. Od razu lepiej, co? Mi tak :)

68 komentarzy:

  1. No dobra, ja po prostu uwielbiam stawiać butelki na sztorc i one nie tylko przewracają się przy ruchu taśmy, ale też przewracają się dojeżdżając do plastikowej osłonki na cukierki, przyczepionej do kas. Osłonka skutecznie też przytrzymuje w ciągu papier toaletowy w zgrzewce ten papier sie cofa, przewraca stojące na sztorc mleka- no, zabawa przednia, a to tylko Lidl!
    Wiem, jesteśmy z tatusiem zboczeni, perwersyjni i o prostu głupi, no nie ma co ukrywać:))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to jest róznica miedzy perwersja a brakiem myslenia, ci wszyscy których ciagle widze w sklepie maja takie czyste twarzyczki i oczy - w sensie nie skazone zadna mysla raczej ;)

      Usuń
    2. Dobrze, ze przeczytalam ten komentarz bo mialam napisac ze Ci co klada wzdluz to przynajmneiej klada, a ja nagmiennie spotykam takich co stawiaja i sie ciezko dziwia, ze im upada, a Smoczynska to nawet raz byla oburzona, ze jej na ziemie polecialo. A tu prosze - moze to taka tortura spoleczna? Bo mnie np stresuja Ci stawiczek ze np ta ich 2 litrowa flacha rozklpacia moje pomidorki, albo jajka... ;)

      Usuń
  2. Sens sensu! Mądrość mądrości!
    Noż to cała prawda jest, a nawet więcej!

    Myślę, że jeśli umiejętność sprytnego odnalezienia się w supermarkecie jest wyznacznikiem zdolności przystosowawczej, to moja rodzina wymrze w najbliższej epoce.
    Supermarkety są dla nas za trudne.

    Przez jakiś czas zamawiałam zakupy przez internet, a potem odbierałam je gotowe ze sklepu. To było znaczne ułatwienie... Hm… Może nawet warto wrócić do tego pomysłu... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, sa trudne. Dlatego najchetniej jezdze zawsze do tego samego, gdzie juz mniej wiecej obczajam rozkladówke :)
      Przez internet jest niby sprytnie, ale poza swiezymi owocami i warzywami, bo wole sama sobie wybrac. Ale z innymi produktami to bardzo dobry pomysl!

      Usuń
    2. Tak, tak. Warzywa trzeba indywidualnie. Zawsze w tym samym warzywniaku :-)

      Mój mąż dawał radę z Tesco, a teraz "dla Państwa wygody" przebudowali sklep. Nic się nie da odnaleźć...

      Usuń
    3. Oni te przebudowy podobno robia specjalnie, zeby ludzie potem chodzili po sklepie dluzej niz zwykle i "przez przypadek" odkrywali nowe rzeczy, na które wczesniej ich oko nie padlo.
      W piekle jest specjalne miejsce dla takich przebudowywaczy.

      Usuń
    4. I jeszcze dla tych, co ciągle zmieniają ustawienia znaków drogowych w mieście, dobra? ;-)

      Usuń
    5. Ja w ogóle mysle, ze pieklo potrzebuje powaznej rozbudowy, inwestycji w nowe powierzchnie uzytkowe. Zapotrzebowanie jest ogromne i stale rosnie!

      Usuń
  3. Mleko to ja wiem, 98% bezglutenowców nie toleruje laktozy :* j atu kupuje małe ziemniaki, które gotuję na parze w skórce, nie obieram, taka jestem :P Obejrzyj filmy o produkcji ciasta na te wszystkie chleby i bułki i przestaniesz szukać chleba supermarketach, wiem wiem, wredna jestem, ale jak zobaczyłam, że Chińczycy do mrożonego ciasta chleba i bułek dodają szczecinę świńską, by przedłużyć świeżość, to niby jest zabronione, ale jakoś to obchodzą, to zaczęłam piec własne chleby i bułki. Zakupy zaczęliśmy robić w związku z tym w małych lokalnych sklepach, gdzie tłumu nie ma i jakoś da się to przeżyć. Do Lidla, po orzechy i egzotyczne owoce Paddy jeździ sam, bo ja tego, co tam się dzieje, nie uniosę w sobie. Pogapię się na Twojego koziorożca, to najlepsze zajęcie z zajęć. Ludzi głupich, to lepiej trzymać od siebie na odległość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany, widzialam to o tej szczecinie, jakis dokument lecial o pieczywie kiedys w tv! Przerazajace, nie? No ale w niektórych krajach to jednak wolno wszystko, choc oficjalnie niby nie. Niestety.
      Tutaj nie wiem czego dodaja, utrwalaczy i zmiekczaczy pewnie jakichs, bo jak zjem chcleb z supermarketu to mnie boli brzuch. A po takim z piekarni nie.
      Natomiast czegos takiego jak male lokalne sklepy to tu nie ma, zapomnij. Moze byc maly lokalny Lidl najwyzej ;)
      Ale tego o laktozie i bezglutenowcach to nie wiedzialam, to teraz ma to rzeczywiscie sens.

      Gap sie, gap, kolory dobrze robia na dusze.

      Usuń
    2. te wszystkie francuskie bagietki, bułki z dynią, cały asortyment chleba z lidla, aldi, tesco i innych takich, to tylko na tych przetworzonych substancjach z Chin jadą, chleb to teraz, by przeżyć, to tylko na zakwasie, bo i drożdżowy nie jest zbyt przyjazny dla człowieka. Na szczęście lokalne sklepy, warzywniaki i producenci jedzenia mają tutaj popyt, dokładam się do tego w każdy piątek. Paddy śmieje się ze mnie, ale ja serio, rozróżniam smak jajek, marchewek i ziemniaków, nawet głupiego czosnku.

      Moje 27 letnie dziecko z celiakią zamieszkało z nami, więc znowu jestem na czasie.

      Usuń
    3. Alez ziemniak to podstawa, kazdy jest inny, ja mam jedne ulubione (i duze!!!) i jak przyjdzie kupic inne to juz obiad nie calkiem taki jak trzeba. Tutaj czesto sa twarde i po ugotowaniu wodniste. Moze lokalsi to lubia?

      Usuń
    4. A może to taki rodzaj ziemniaka GMO - mashed potatoes.

      Usuń
    5. Nie wiem, ale wiekszosc z nich smakuje jakby hodowali je na pasze dla krów :)

      Usuń
  4. widzę, że nie ważne jaki kraj a zakupy spożywki wyglądają tak samo. Ja z powodu sknerstwa i tego, że ścisku nie lubię też robię zakupy w markecie raz na tydzień bo w osiedlowych u mnie na 10 m2 znajduje się to samo co w markecie więc trudno to czasem ogarnąć. Poza tym sznurek ludzi w kolejce kończy się 3 bloki dalej a z mięsnego na sąsiednim osiedlu bo na tę powierzchnię 10m2 poza towarem i sprzedającą mieszczą się góra 3 osoby reszta czeka za tzw. winklem. Wolę więc market ale unikam piątków wieczorem oraz soboty. Jeździmy środy albo czwartki bo inaczej jest jak u Ciebie. Walka o przetrwanie.

    Ziemniaków gigatnów mamy faktycznie sporo ale ja mam z kolei problem z cebulą bo czasem potrzebuję małą do czegoś a u mnie zwykle są takie wielkości męskiej pięści i też bym musiała odkroić 2 warstwy a resztę mrozić bo po cholerę mi takie wielkie cebule. A takie jak Ty masz pory to ja kupiłam kilka razy selera naciowego. Gdzieś miałam zdjęcie ... ja 158 cm wzrostu i w ręce seler 1,20 cm ... wyglądaliśmy jak rodzeństwo.

    Flaszki kładę na taśmie jak Keviny ale ja je zawsze ściskam czym innym czyli wkładam pomiędzy paletę jajek albo jakieś masła albo co tam mam i mi się nie turla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha! Wizja Polly jako siostry selera naciowego, okazała się silniejsza niż moja silna wola, aby zachować powagę! Buahahaha! Hihihi!

      Usuń
    2. Kalinko dla moich sióstr blogowych wyszukałam to foto i posyłam Wam na maila ... tylko uprzedzam nim zerkniecie żeby nic nie pić i nie jeść w trakcie :D

      Usuń
    3. Bardzo ladnie razem wygladacie, jak z jednej grzadki! ;)

      A cebule to u nas tez male, jak te ziemniaki. Niekiedy czlowiek faktycznie potrzebuje jedna malutka, ale ogólnie to zwykle by sie 1-2 wieksze potrzebowalo - i nic, tez sie trzeba nasciubic 15 malenkich.
      Drzewiej to bywalo, ze takie ziemniaki czy cebule w jednej skrzynce we wszelkich rozmiarach byly, i kazdy bral co chcial. A teraz wszystko skalibrowane i koniec.

      Usuń
    4. A zauważyłaś, Diable, jaka ta Polly wyrośnięta?
      Seler - rozumiem. Sypany.
      Ale Polly? ;-)

      Usuń
    5. ej no dziewczynki !! nie ładnie się tak natrząsać z kurdupla :D

      Usuń
    6. Uważaj mała, przerastam Cię o całe 5 cm! Ha!
      ;P

      Usuń
    7. uuuu to dlatego modelką ani stewardessą nie zostałaś bo też niezbyt jesteś wysoka :D a wiesz, że ja sobie w starym polskim D.O zawsze zaznaczałam wzrost, że średni ???? :DDDD

      Usuń
    8. Ja też :))) W końcu niskie to są dzieci, nie?

      Usuń
    9. otóż to ! na co oni liczyli ?? że ktoś dorosły zaznaczy sobie wzrost niski ??? pfffff

      Usuń
    10. No raczej wątpię żeby się taki znalazł. No way!

      Usuń
  5. Diable, lacze sie w bolach – przechodze przez to praktycznie w kazda sobote, na ogol sama, bo druga czesc zajmuje sie powaznymi “meskimi sprawami” typu budowlanka domowa, wiec niejako jest zwolniony od tej gehenny. Do objechania mam 3 markety. W tutejszych warunkach skompletowanie zywnosci nadajacej sie do jedzenia wymaga nalatania sie minimum po trzech – nie ma lekko. Jeden jest od warzyw , owocow i miesa, za to ich przemyslowy chleb nie nadaje sie dla zwyklego polskiego zoladka, wychowanego na zakwasie. Od tych wzbogacanych uranem smieci nasze zoladki wykreca na druga strone a jelito grube robi sie cienkie. Drugi jest zatem od chleba i mleka, bo tutejszego rowniez nie przyswajam – 2 procentowe smakuje dokladnie jak sie nazywa: to 4-ro procentowe, rozcienczone woda pol na pol. To nie jest mleko tylko produkt uboczny plukania butelek. Trzeci jest od wszelkich produktow europejskich , ktorych miejscowi nie znaja, a przynajmniej nie znaja sie na ich produkcji… Po okolo 3 godzinach latania jestem urobiona jak kon po westernie i mam dosyc na tydzien.
    A co jeszcze mnie niemozliwie wqurwia w anglikanskiej rzeczywistosci to to, ze wiekszosc kierowcow parkuje nie po to, aby wygodnie wkladac towar do bagaznika, ale zeby szybko wyjechac. Parkuja wiec tylem, a stoja maska do przodu. W zwiazku z tym pozniej przeciskaja sie do bagaznika z wozkiem do srodka na styku dwoch aut, a wlasciwie czterech aut! – nie dosc ze cholernie niewygodne , nie ma na to miejsca, to jeszcze przy okazji wciskajac sie z wozkiem pomiedzy inne auta skutecznie zeskrobuja lakier do golej stali. Oczywiscie z cudzego auta, nie ze swojego wozka. I co z tego , ze ja zostawiam dupe, czyli bagaznik od przodu, jak obok mnie po bokach stoja zawsze przeciskacze?
    Piekna ta twoja opowiesc, ale nadzwyczaj frustrujaca. Juz sie wkurzylam, a nastepna wyprawa dopiero w sobote! Grrrr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam dwa - jedne jest od awokado i ziemniaków, a drugi od calej reszty (ale nie zawsze dam rade do tego pierwszego i kupuje wszystko w drugim i zaluje)
      A chleb to w piekarni, bo marketowy raczej niedobry jest, i mnie brzuch czesto od niego boli.
      Mieso mi na szczescie odpada bo nie jemy, a mleko to tylko lyczek do kawy dolewam, wiec wszystko jedno jakie kupie.

      Ale to o parkowaniu jest straszne, serio! Totalna glupota!

      Usuń
  6. Twoja opowieść, z gatunku thiller, upewniła mnie, że dobrze robię jeżdżąc na zakupy o najdziwniejszych porach dnia od poniedziałku do piątku - byle nie popołudniami i nie w soboty. Ale na trasie z pracy do domu mam kilka małych sklepików, w tym absolutnie fantastyczny warzywniak, gdzie dodatkowo mają doskonałe, nieunijne jajka i to jest naprawdę błogosławieństwo. Na samą myśl "market" mam ochotę antydepresanty łykać garściami. Na szczęście raz na jakiś czas Mężczyzna wybiera się do marketu z własnej nieprzymuszonej woli - jednak poza godzinami szczytu i wtedy chemię, olej, mąkę, cukier etc. kupuje w hurcie. Ja jestem detalistką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dobrze robisz. My mamy mozliwosc niestety tylko w sobotnie popoludnie, w tygodniu brak czasu, tylko po pracy kupuje chleb i to, czego nie udalo sie kupic w sobote.

      A taki warzywniak to jest niebo na ziemi, w lecie w Polsce ostatnio w takim bylam, naprawde calkiem inne owoce i warzywa niz w markecie, i wygladalo to wsyzstko tak pieknie, jak w jakiejs galerii :)))

      Usuń
  7. Chciałam zgłosić reklamację, że w tytule jest "poradnik", a w treści tylko pożalnik! I nadal nie wiem jak przeżyć w markecie!

    Ze swojego podwórka mogę dodać taki lokalny rys folklorystyczny, że u nas w każdym markecie, czy to Lidl, Netto, czy Biedronka, dobrą połowę klientów stanowią Rosjanie, i to jest dopiero wyższa szkoła kevinizmu! Wiadomo bowiem, że ni w ząb nie rozumieją co jest napisane na etykietach ("Pani, pani, szto eta?" - "Yyy, eta sljedź. DOBRYJ" - no co? Ostatnią lekcję języka rosyjskiego miałam w drugiej klasie liceum), i w związku z tym sterczą przy tych półkach, często w seminaryjnych grupkach, i naradzają się między sobą, czy ryzykować zakup małej czerwonej puszeczki w nadziei, że to przecier pomidorowy, a nie pasta do butów. I ja to rozumiem, ja też bym nie chciała jeść kanapki z pastą "Błysk!" na śniadanie, ale do świętej krowy indyjskiej, dlaczego te landary zwane wózkami sklepowymi zostawiają zawsze pośrodku alejki, tak żeby już nawet sklepowa mysz nie mogła się obok prześlizgnąć? No-to-rycz-nie. Wózek jebs! na środek i zaczynamy naradę plemienną.

    Kiedyś szeptałam "przepraszam", a małżonek chrząkał znacząco, albo staliśmy jak te sępy ponure, próbując wzrokiem wywiercić tym ludziom dziurę w czaszce, ale oni, zaaferowani łamaniem szyfru garmażeryjnej enigmy, nawet nas nie widzieli.

    Wynalazłam więc (i serdecznie polecam) sposób na idiotów działający zgodnie z zasadą "ogień zwalczaj ogniem", czyli też zachowuję się jak idiotka. Podjeżdżam wózkiem do tej alejkowej blokady i wołam głośno: DZYŃ, DZYŃ, DZYŃ! A oni wtedy, jak te sarny w lesie spłoszeni, rzucają się usuwać swoje wózki z mojej drogi, bo w takim są szoku! No ja też bym się zdziwiła, że skąd nagle tramwaj w Lidlu.

    A ten obrazek to ja bym widziała u siebie na suficie, w odpowiedniej skali. I widzę tam taką lampę sufitową, z żaróweczką słabą, może 40W, z kloszem z mlecznego szkła, z szarymi plamami imitującymi kratery na księżycu. Niekoniecznie musiałby tam być akurat gwiazdozbiór Koziorożca, bo i bez tego czuję, że mi kozy wchodzą na głowę, no ale coś w tym klimacie bardzo by mi się. Jak się Diabeł przerzuci na malarstwo ścienne wielkoformatowe, to ja zapraszam. Płacę w serze, sianie i ziarkach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cierpliwosc. W tytule mialam na mysli, ze ta porada to miec cierpliwosc. DUZO. :)))

      Na tych z wózkami na srodku przejscia to Borsuk ma taka metode, ze po prostu sie ze swoim wózkiem bezpardonowo pcha - i wtedy tez zaskoczony czlowiek uskakuje jak gazela i nawet przeprasza. Tak, "ogien zwalczaj ogniem" naprawde sie dobrze sprawdza w takich przypadkach. Bo jak sie kulturalnie zagai "przepraszam" to owszem, delikwent sie przesunie, ale na drugi dzien znowu zastawi przejscie, bo nic mu to nie da do myslenia. DZYN DZYN tez bardzo dobre, z pewnoscia gleboko zapada w pamiec :D
      Ci Rosjanie to lokalna mniejszosc naplywowo-pracujaca czy przyjezdzaja specjalnie na zakupy pelne niespodzianek?

      Hmmm, zaplata siankiem kusi ;)))

      Usuń
    2. Dzyn, dzyn, dzyn polozylo mnie na lopatki ! Genialne!:))
      Tylko jak to bedzie po angielsku? Nie mam pojecia jak tutaj robi tramwaj.
      Niby narod jakis taki bardziej uprzejmy , ale robia to samo. Na srodku alejki staje sobie grupa zenska albo co gorsza dwie pary emerytow – i zaczyna sie typowo angielska rozmowa :
      O dupie Maryni i pogodzie glownie. I tak potrafia stac przez 10 minut i tluc te prognoze pogody w te i we te – a wokol miejsca na przejscie nie ma.
      Wcale im to nie przeszkadza, ale wole juz to, niz to samo w ich wykonaniu przy kasie!
      "Uprzejmosc " nakazuje gaworzyc, wiec klient zagaduje kasjera , a kasjerka gaworzy gaworzy gaworzy – a cala kolejka czeka i slucha jak to bylo w tej Hiszpanii czy Grecji i jak tam okropnie goraco bylo, ale oni juz maja zabukowany termin na 25-go lipca , odlot z Manchesteru, tuz po tym, jak wroca z wesela siostrzenca, ktory to zeni sie dnia 23-go lipca i zaraz potem leci na miesiac miodowy do i…….szlag jasny! wtedy to ja juz mam mroczki przed oczami ! I jestem jedyna osoba w kolejce, ktora ma mord w oczach – reszta stoi potulnie i slucha grzecznie.
      A najlepsze jest to , ze jak kasjerka w koncu skonczy, to beztrosko odwraca sie do mnie z usmiechem i recytuje formulke: Sorry to keep you waiting .
      I wtedy to mam ochote przywalic jej miedzy oczy za hipokryzje, hawk !

      Usuń
    3. Wow! Ale to tak w malym lokalnym sklepie gdzie ludzie sie znaja (chociaz z widzenia) czy normalnie w supermarkecie takie scenki sobie urzadzaja?
      Nic dziwnego ze to taki spokojny naród, jak taki trening!

      Usuń
    4. Te scenki to sa z duzych supermarketow!
      Widzisz, emeryci nie maja gdzie sobie pogadac, wiec kazde wyjscie to dla nich jak impreza towarzyska. I to glownie oni sa tacy rozmowni.To mlodsze pokolenie mniej, ale tez sie zdarza.
      Co do spokojnosci narodu - to chyba nie bardzo.
      W sklepach uprzejmosc pociagnieta do absurdu, za to wieczorem w pubach, na ulicach i na dworcach - rzeznia.

      Usuń
    5. Przynajmniej wieczorami nie wychodza poza miedzynarodowy schemat ;)
      Ale serio, jakby mi tak wszyscy po kolei przede mna w kolejce ucieli sobie pogawedke z kasjerka, to bym chyba nie strzymala... Raz bym uciekla, drugi, trzeci, a potem to nie recze za siebie, mogloby dojsc do rozlewu krwi...

      Usuń
    6. Kitty, ale nie musisz sie martwic jak jest dzyn-dzyn po angielsku, kup taki rowerowy dzwonek i posuwaj z nim do sklepu, mozesz go miec w kieszeni lub na raczce wozka i dzwonic do woli.
      Moj Tatek ma taki dzwonek przy balkoniku, dziala bezblednie, ludziska pierzchaja na boki a on ma droge wolna:)))

      Ale takiego gawedzenia przy kasie to bym za Chiny Ludowe nie zniesla!!!! Nigdy sie z tym nie spotkalam, a nawet raz tylko ja sama zapytalam kasjerke co sobie w paluszek zrobila bo miala na metalowej szynie to tylko z usmiechem odpowiedziala jednym slowem "zlamalam" i klikala dalej po kasie. Taka odpowiedz to byl natychmiastowy sygnal dla mnie, ze "zamknij sie babo, bo ja tu pracuje" usmiech na okrase, zeby nie zabrzmialo chamsko i to wystarczy.

      Usuń
    7. Hi hi, Star dzwonek to swietny pomysl, kupuje i chyba bede dzwonic przy kasie!

      Rany kota, tu nawet nie bardzo jest jak to przerwac, bo cala reszta owczej kolejki bardzo by sie oburzyla NA MNIE, gdybym chciala kogos popedzac. I wtedy uslyszalabym : how rude ! Oni tu maja naprawde za duzo czasu!!
      Za to blokowanie pieciu innych osob i nie zwazanie na innych to nie jest "rude" - to jest wg nich kultura.

      Wlasnie: w Ameryce ona pracuje, a tu to mam wrazenie, ze one siedza i prowadza zycie towarzyskie, przy okazji od czasu do czasu przesuna jakis towar na tasmie i laskawie przyjma zaplate. Tak zupelnie pobocznie.
      Mozna zjesc wlasny ogon :))


      Usuń
    8. Nie wiem oczywiscie jak to wyglada w jakichs malych miasteczkach Stanow, ale w NYC wszystko musi byc szybko:)) Na poludniu na pewno jest wszystko rozwleczone jak guma w starych majtach, bo oni nawet mowia tak, ze sie czlowiekowi flaki wywracaja:) Nie znosze poludnia Stanow, dobija mnie ten flegmatyczny sposob zycia.

      Usuń
    9. U nas szybko musi byc w dyskontach typu Lidl i Aldi. Ci kasjerzy kasuja z taka zawrotna szybkoscia, ze po prostu nie masz szans spakowac wszystkiego w czas - nie wiem jak oni to robia, bo normalny czlowiek tak szybko sie ruszac nie potrafi. Cos im sypia do firmowej kawy czy co?

      Usuń
    10. Diable, a tak , to samo jest tutaj w Aldim i Lidlu ( w Anglii). Wiesz co to jest? Do kawy im nie sypia - kasjerzy w tych dwoch marketach sa rozliczani z czasu od momentu rozpoczecia kasowania , do momentu zakonczenia. Tylko w tych sklepach nie odbywaja sie pogaduszki, ale za to tak jada z tym towarem, ze nie ma szans zdazyc zapakowac w torbe! Jak jestem sama i musze sama ladowac i pakowac, to wrzucam do wozka luzem bez pakowania, albo nawet i kasjer mi wrzuca, bo ilosc towaru rosnie tak szybko, ze spadlaby z kasy! Oni sa rozliczani – jakies idiotyczne pomiary, bo to nie ma zadnego sensu ani wplywu na calosc. Po zaplaceniu ten towar trzeba doladowac, wtedy kasjer juz nie pogania, nie zwieksza to tez przeciez ilosci ludzi w sklepie – tyle ile weszlo, tyle zostanie obsluzonych, wolno czy szybko.

      Natomiast w typowo angielskich marketach, a jest 4-5 takich glownych , tego zjawiska nie ma. Kasjer nie jest liczony wg czasu przerzucania towaru – niektorzy w zwiazku z tym przesuwaja wolniutko, aby sie nie meczyc, no i te pogaduchy uskuteczniaja do zabicia.
      Jednak z dwojga zlego wole to niemieckie zapieprzanie przy kasie, niz te angielska flegme !


      Usuń
    11. U nas w Costco kasjer tylko kasuje. Kupujacy wyklada produkty na tasme, te najwieksze gabarytowo jak duze opakowanie recznikow papierowych itp. moga zostac w wozku. A przy kasie stoi ekstra osoba do pakowania wszystkich towarow z tasmy (po skasowaniu przez kasjera) z powrotem do wozka. Z wozka niestety musi sobie kupujacy juz zaladowac calosc do samochodu samodzielnie. Idzie to bardzo sprawnie.

      Usuń
    12. W normalnych sklepach nawet tych malych tez sprzedawca lub kasjer pakuje wszystko w torby. Bylam bardzo zdziwiona w czasie mojej bytnosci w Polsce, ze kasjerka owszem skasowala i z tasmy przerzucila produkty na druga strone i sobie tam lezaly, bo ja nie mialam pojecia, ze to JA mam pakowac.
      Nie, nie i jeszcze raz NIE obsluga jest od tego, zeby zapakowala wszystko klientowi. Wot Ameryka:)))

      Usuń
    13. Star, nigdzie w Europie kasjer nie pakuje produktow klientowi do wozka, nie ma tez pomagaczy. Jedynie wlasnie w Polsce w Auchan sa specjalne uchwyty za kasa na worki plastikowe i kasjerka przerzucajac towar wkladala je prosto w te worki. Anglicy oczy robili widzac taka oblsuge. Natomiast to zostalo zlikwidowane ze wzgledu na ogromne zuzycie workow plastikowych, wszedzie sie od nich odchodzi zastepujac torbami wielokrotnego uzytku.

      To ja juz teraz wiem,czemu w Stanach nie ma bezrobocia:)) Jak wszedzie stoja dodatkowi pakowacze to sprawa jasna:)
      A tak na powaznie - na potege wprowadzaja kasy samoobslugowe - ktore ja oczywiscie bojkotuje jak moge - nie podchodze do nich - ale jak czlowiek zywy zostanie w koncu wyrogowany i zastapiony maszyna to i pakowanie sie skonczy...Cala idea koncernow w tym, aby zlikwidowac personel i zastapic go robotami. Ida juz nawet krok dalej - mamy skanowac towar sami wlasnymi telefonami! A sklep pusty bez obslugi - ciekawe kto bedzie na te polki ustawial, pewnie tez roboty...

      Usuń
    14. Najwyżej harcerze czasami pakuja, jak zbierają kasę na obóz albo coś w tym stylu :) Tutaj takie stanowiska pracy nie mają racji bytu, od lat zwalnia się wszystkich, którzy nie są absolutnie niezbędni. I niestety kasjerzy są bardzo tym zagrożeni, masz rację Katty.

      A z tym Aldi i Lidlem to przecież kompletny absurd! Znaczy nie że to piszesz, tylko sam fakt, nie wiedziałam o tym. Po cholerne liczyć czas, skoro po skasowanie i tak kasjer musi czekać aż klient się z tym wszystkim pozabiera?! Typowe podejście szefa-liczykrupy. Brrr. Miałam takiego kiedyś (aczkolwiek nie w kasie) i mam awersje do dziś do takich typów.

      Usuń
    15. Kitty Katty - lacze sie w bólu i juz teraz wiem co mnie przepelnia jak slysze ten szyder "sorry to keep you waiting" - to wlasnie jest chec przywalenia najciezszym zakupowanym towarem w srodek czola.
      Tym bardziej ze to zwykle kasjerka zaczyna te pogaduszki - taka jest moja obserwacja. A juz chyba od emerytów gorsze sa tylko imigrantki z Azji - jednak klientka a druga sklepowa. omatkojedynkochano.
      Raz nawet ja musialam wysluchac martyrologii ciazowej bo dziewcze odkrylo ze jest w ciazy i nie moze jesc tunczyka z majonezem, a uwielbia i jadlo bo nie wiedzialo, ze jest w tej ciazy, ale juz wie i nie moze i to jest straszne i czy ja sobie robie takie paznokcie? Nie? takie mam wlasne? wow!!.
      Wymieklam.

      Usuń
    16. ej serio, to musi byc strasznie ciezkie. "chec przywalenia najciezszym zakupowanym towarem w srodek czola" - tak, TAK. Trudno sie opanowac pewnie.
      Chyba wlasnie nuczylam sie doceniac mrukliwosc niemieckiego obywatela :)

      Usuń
  8. A juz myslalam, ze to tylko ja nie nadaje sie do ludzi:)) Zakupy robimy w niedziele o porze kosciolkowej, bo to najbardziej bezpieczny dzien. Ci co maja kleczec juz gdzies klecza a nie plataja sie pod moimi nogami. W sumie to nie moge narzekac, bo na takie wieksze zakupy, w ktorych musze uczestniczyc jezdzimy raz w miesiacu, pozostale drobiazgi zalatwia zwykle Wspanialy samodzielnie. Chociaz w tym roku mi sie to troche skomplikowalo, bo Wspanialy musi jechac do pracy trzy dni w tygodniu, ale juz sie zobowiazal, ze w pozostale dni na pewno da rade kupic co trzeba. On ma zdecydowanie wiecej cierpliwosci do nieogarnietych tlumow niz ja. Ja sie poce, mdleje, rzucam niecenzuralnymi slowami... generalnie jestem niebezpieczna dla otoczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jest odwrotnie - to ja mam wiecej cierpliwosci do sklepów. Na wyslanie Borsuka w sobote samego nie ma szans, nie dosc ze trup scielilby sie gesto, to jeszcze polowa produktów bylabyz innej bajki niz trzeba...
      No i niestety pora kosciólkowa u nas nie istnieje - w niedziele handel nie dziala, otwarte sa tylko sklepy na dworcach, czyli z reguly male kioski i kwiaciarnie.

      Usuń
    2. Wspanialy to jest Janiol Cierpliwosci do tego stopnia, ze mnie wkurwia. Wyobraz sobie, ze lazimy po sklepie takim wielkosci ogromnego magazynu:)) ja rzucam blyskawicami z oczu i sacze slownictwo niecenzuralne a ten nagle "a moze kupimy 10kg ryzu" i morda usmiechnieta od ucha do ucha.
      On twierdzi, ze probuje mnie takimi odzywkami rozpogodzic, usmiechnac, a ja mam ochote w takim momencie wyrwac mu zeby bez znieczulenia, albo wyjac oczko bez widelca:)))
      Za to jak go zaciagnelam na ogladanie choinki na Rockefeller Center w takim dzikim tlumie, ze ktos mial nonstop noge w mojej watrobie i tlum przesuwal sie z szybkoscia 30 cm na 30 minut:))) to on sie pocil i chcial uciec a ja co chwile krzyczalam uradowanym glosem "merry christmas" :))))
      No co ja moge powiedziec, dwa pojeby sie dobraly :P

      Usuń
    3. Zdecydowanie wybieram market i 10 kg ryżu niż tłum i tłok na miejski placu!
      (jak już muszę, bo najlepiej to ani jedno ani drugie :)

      Wy to wesoło macie. Jak nie jedno coś wymyśli to drugie. Będziecie wiecznie młodzi ;)

      Usuń
  9. Jak widzę nie lubisz zakupów w marketach. Ja tez nie dla tego szybka biedra ze dwa razy w tygodniu i po sprawie, ale nie każdy ma tak łatwo. Jak tak słucham ludzi to nikt nie lubi innych ludzi, wszyscy są samotnikami, tylko na imprezach tolerują innych w większej liczbie, aż dziwne że tak się wszyscy do miast pchają i takie coraz większe te miasta.
    Ale masz rację i nie tylko Ty, bo wielcy myśliciele już przewidzieli upadek cywilizacji poprzez przerost jednostek bezmózgich nad tymi myślącymi. Jesteśmy na ostatnim zakręcie, potem już tylko jedna prosta i w dół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubie tych tlumów ludzi, gdzie polowa z nich zachowuje sie tak, jakby byli sami, jakby sklep byl pusty i caly dla nich. Same zakupy nie sa jakos specjalnie zle, ot przejsc sie w te i we wte, posciagac z pólek co potrzeba. Luzik. Ale te Keviny...
      W sumie to ogólnie nie lubie tlumów, a co dopiero jak mam w niego wlezc i przekopywac sie do pomidorów czy puszki sosu, ooojjjj.....
      Imprez, szczególnie takich zbiorowych na miescie, tez unikam jak ognia.

      A to ze sie tyle ludzisków do miasta pcha, to niekoniecznie znaczy ze lubia. Szukaja pracy - ja nie bylam inna pod tym wzgledem. A jak juz sie czlowiek zahaczy, i osiadzie, to sie trudno wyrwac. I strach, ze co to bedzie, co niby mam robic, itd. Przerabiam to od lat :)

      Usuń
  10. Paczaj, a ja lubie zakupy w moich marketach :)) Ale:
    Lidle, Aldi i inne Edeki sa u mnie na wsi troche mniejsze niz w miastach, ludzi tez w sklepach mniej, bo na 6.000 mieszkancow jest 5 supermarketow! Tloku nie ma nawet przed swietami :)
    Jade sobie po poludniu na zakupy, biore kilka wielkich toreb i czuje sie jak wielka pani! Spaceruje po sklepie, wybieram, medytuje, szukam okazji, zawsze spotkam jakas znajoma duszyczke i sie poplotkuje, mozna nawet przed wejsciem kupic sobie kawe, i z ta kawa jezdzic! Sprawdzam tylko co jakis czas, czy wszystko z listy kupilam :)))
    Chleb tylko w Lidlu, bo mozna sobie w maszynie pokroic (i w domu zamrozic, bo malo jemy), kartofle w Edece, bo mozna troche lepsze kupic, miod w Edece z okolicznych pasiek, reszta gdzie mi wygodniej, a w Aldiku polowanie na przecene: mozna kupic majtki po pol euro, t-shirt za 1 euro, jakies AGD za 10% ceny, trzeba tylko dobrze trafic :)
    A na calkiem fajne zakupy musze w kierunku miasta 5 km, i do ruskiego sklepiku- Tam sa polskie jablka po 1 euro, ziemniaki sypkie, pietrucha zielona w peczkach, buraki i pietrucha korzeniowa, wszystko swieze az pachnie ziemia :)
    A, no i polskie kabanosy, ktore Najglowniejszy jada jak ja polskie galaretki w cukrze, ktore tam tez sa!
    Ale mi epopeja wyszla :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nawet w sobote po poludniu macie taki spokój czy w tygodniu chodzisz?
      Ja bym z checia poszla w czwartek rano wszystko zalatwic, no ale praca, praca. I zostaje tylko ta sobota. Próbowalismy przed poludniem, po poludniu, wieczorem - ale nie ma róznicy, obojetnie kiedy sie przyjedzie, to ma sie wrazenie, ze wlasnie do sklepu przyszli WSZYSCY. Z rodzinami, psami i kuzynostwem, które akurat przyjechalo w odwiedziny.

      Usuń
  11. Unikam. Mam ten komfort. Jestem sama, praca w ramach godzin mnie olała, (a ja ją), więc chadzam do sklepu kiedy naprawdę muszę. I jest to n.p. wieczór wtorkowy. Albo poranek w poniedziałek. A po ostatnim pobycie na lotnisku w Londynie dostaję duszności i bólu żołądka, gdy jest wokół więcej niz 5 Kevinów, czy innych Jasiów...
    Moja synowa też z pod koziorożca :-)
    Ściskam ciepło w Nowym Roku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdrosze, ze mozesz unikac :)
      Koziorozec to mój brat, to dla niego.
      Tobie tez dobrego roku zycze, niech Ci sie do stóp sciele i wszystkie zyczenia spelnia!

      Usuń
  12. Ależ istny armagedon! Uśmiałam się. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "uroki" przeludnionego miasta ... Zawsze w sobotę mam wrażenie że akurat do sklepu przyszli wszyscy. Tak całkiem WSZYSCY ;)

      Usuń
  13. Odpowiedzią na problem małego ziemniaka jest ziemniak w mundurku. Od roku tylko takie robię. Oficjalnie dlatego, że zdrowiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to rozwiązanie, i faktycznie zdrowo, tylko że nie bardzo lubię... Póki co chodzę do jednego sklepu, co nie bardzo po drodze jest, specjalnie po ziemniaki. Zobaczymy jak długo wytrzymam.

      Usuń
  14. no więc Naczelnik sie miota pomiędzy półkami w markecie )) ja nie !! ale za to w grudniu listopadzie nadrabiam służbowo. hmm Zakupów prywatnych dla siebie od wrzesnie w zasadzie nie robie... w każdym razie na palcach jednej ręki mogę wymienic ile razy byłam i co konkretnie zakupiłam...kosmetyki internetowo, raz na kilka miesięcy. Nienawidzę tłumów i boje się panicznie, nienawidzę tez głupoty...także to nie dla mnie miejsca. poza tym się zawieszam w takich miejscach na obserwacji co doprowadza Naczelnika do szału )))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas to ja jestem tą mniej denerwującą się stroną mimo wszystko, Borsuk "pilnuje koszyka" a ja znoszę towar. No i ja nie mam prawa jazdy, więc chcąc nie chcąc musi mnie tam zawieźć :)

      Usuń
  15. Zakupy są taaaakie męczące. Dzisiaj jest sobota i te z wybrałam się na łowy. Po dwóch tygodniach żywienia się tektura, kartonem, watą i ligniną w UK wreszcie dopadłam pólek z płodami polskiego rolnika i aż mnie przytkało od tego pięknego zapachu. Te ziemniory wielkości głazów narzutowych, które muszę najpierw przerąbać tasakiem na pół, żeby się do nich zabrać, pomidory, które o dziwo pachną pomidorem, albo jabłka, które się psuja i marszczą, a nie ulegają implozji jak te brytyjskie, cholera wie skąd sprowadzane. Zakupy w naszym sklepie to zawsze ogromna przygoda, bo kierownictwo bawi się z klientami w szukanego. Wchodzisz, grzejesz prosto do półki z chlebem...a tam ryby! Tu gdzie stały kiedyś jogurty leży pasta do butów. Zjeść można, bo po tych cholernych wojażach, to i tak mi w sumie wszystko jedno, oby tylko w miarę miękkie, ale znowu ten zapach...Pytać o nic nie należy, bo personel mocno zdezorientowany ucieka przed klientem z trwogą i szaleństwem w oku.Ale dwie pełne torby przywieźliśmy! Sława!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No prosze, to i smacznie, i z dreszczykiem, co za szoping! :)
      Aczkolwiek z ta pasta do butów to bym nie ryzykowala jednak, bedzie sie odbijac strasznie.

      Usuń
  16. całkiem w pytonga humus kupuję w internetowym Sante, ale nie wiem, czy oni zagramnanicę ślą, mozliwe, że ślą, bo kto teraz nie śle. A moja siostra kiedyś kupiła mi worek gleby, jak jej napisałam kup mi humus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siostra rzadzi! :)))
      Tu tez mam dobry, znajdzie sie, tylko trzeba na ten ocet uwazac. Ale zawsze jest jakis rebeliant. Mozna tez zrobic samemu oczywiscie, ale jak sie jest leniwa bula to sie sprawa komplikuje ;P

      Usuń

Dawaj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...