poniedziałek, 30 maja 2016

Bohater naturalnie pozytywny oraz bohater negatywnie wynaturzony. Konfrontacja w obliczu sezonu wiosenno-letniego.

Nadal jestem zafascynowana pegazem Herozjuszem - no kobiety kochają bohaterów po prostu, jak powiedzieliśmy to sobie przy poprzedniej herozjuszowej historii - i popelniłam portret jego w romantycznym różu. Wiecie, wiosna, wszędzie kwitły teraz te różowe migdałowce i wisienki...

 
 
 
Bystremu oku nie ujdzie zapewne fakt lekkiego blond balejażu, któremu poddał się bohater. To tak żeby dodać trochę świeżości i lekkości fryzurze i przywołać miłe skojarzenia ze słonecznym latem, beztroskim brykaniem po usłanej muszelkami plaży i igraniem kopytkiem z błękitną falą przyboju... Nie zapominawszy oczywście o jedynej przystającej bohaterowi, wzniosłej minie.

Nowym elementem jest także olśniewająco białe uzębienie, dotąd skromnie skrywane w paszczy.
 
 
 
 

 

Herozjusz po wiosennym liftingu jest do wzięcia - jak poprzednio, promocyjnie, 15 ełro razem z przesyłką do gdziekolwiekbądź. Jak ktoś chętny byłby, to zgłosić się tutaj albo na maila aryatara_a@yahoo.de
(I papier oczywiście jest biały, choć na zdjęciu jakoś tak szaro wypadł. Ale słowo daję, biały jak hollywoodzkie uzębienie bohatera)
 

 
 

Odstąp od tostera,
porzuć orbitera,
precz od komputera,
wracaj z Jupitera,
zejdźże ze skutera,
nie baw się w gangstera,
zignoruj routera,
nie gnęb biletera,
skocz tu jak pantera
i -
SPRAW SE BOHATERA!
~(**)~


....................................................


Natomiast Niedźwiedź Adalbert, jak być może pamiętacie, po długiej zimie zdecydował się w końcu ściągnąć sweter. Po czym, zgodnie z kaprysem matki natury serwującej bezpośrednio po zimie kilkutygodniowe lato, przywdział kostium kąpielowy, co by przy leśnym ruczaju czy innym jeziorku zażyć namiastki kanikuły.
I spojrzawszy w lustro okiem krytycznem, zakłopotał się misiu leciutko...
Bowiem okazało się, że przez tą długą zimę nawarstwiło mu się sporo niesprzyjających okoliczności. Głównie wokoło brzuszka. I teraz, wychynąwszy spod swetra na światło dzienne, szerzą te okoliczności konsternację i skonfudowanie w niedźwiedzim serduszku...
 
 
 
 

Wielki, wieeelki rumieniec na twarzy Adalberta!

(Historia inspirowana prawdziwym wydarzeniem z życia autorki) (niestety)


_(°~°)_
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 

poniedziałek, 23 maja 2016

Z drzewa genealogicznego Lisa Stefana.


Państwo pozwolą, oto lord Foxly.

 

 


 

 

 
Proszę uchylić kapeluszu lub zasalutować szpadą od munduru galowego. Co?! Nie macie szpady?!! Pffff! O tempora, o mores... Chociaż kapelusz? No to proszę się przynajmniej ukłonić, bo jest przed kim!
 
Ekscentryczny ten przodek naszego znajomego Stefana, sportretowany został tu w cylindru i monoklu wraz ze swoim przyjacielem, karpiem Wigiliuszem (Wigiliusz nie nosi cylindru i monoklu ze względów alergicznych) i wisi w norze Stefana w komorze paradnej stanowiąc cenną pamiątkę rodzinną. Portret wisi oczywiście, nie sam Lord.
 

Lord Foxly był za życia słynny w całym Foxshire. Był idolem (i często wybawicielem) wszelkiej zwierzyny łownej w okolicy i wrzodem na wypudrowanym tyłku polującej arystokracji. Wystrychnął na dudka niejednego szczwanego myśliwego podczas polowań na lisa, zmylił tropy niezliczonym sforom gończych psów, wyprowadził w pole najwytrawniejszych tropicieli. Z powodzeniem latami wodził za nos najlepsze ogary, lekką łapką przemykając bezszelstnie ostępami dzikich krzaczorów, lisim sprytem myląc trop na zamglonych wrzosowiskach i gubiąc ślady w leśnych ruczajach.
 
A wszystko to, nawet nie ściągnąwszy cylinderka.
 
 
 
 
 

Był nieuchwytny. Polujących lordów, hrabiów i grafów z kraju i zagranicy doprowadzał do szewskiej pasji.

Mówi się, że książę DuPą, dziko rozjuszony kolejną porażką, zerwał z głowy najpierw swój fikuśny kapelutek, potem białą peruczkę tkaną z najdelikatniejszej wełny z brzuszków angorowych zajęców, cisnął je pod nogi i z siarczystą wściekłością rozdeptał.
Następnie zzuł myśliwskie buty i zębami rozszarpywał je na kawałki, które pożerał, wyjąc upiornie jak cmentarna strzyga i tocząc dokoła przekrwionymi oczami, z których nawet niepiśmienna służba z łatwością i przerażeniem wyczytała, iż ich pan udał się na najbardziej odległy skraj szaleństwa i prędko nie wróci. Buty były wysokie do kolan, więc ich obróbka zajęła księciu chwilkę, a że nie przestawał ani na moment wyć, wypłoszył wszystkie okoliczne bażanty i kuropatwy, jeszcze bardziej uszczuplając w ten sposób pulę zwierzyny łownej.
 
Kiedy już się zmęczył i nie był w stanie dłużej wyć obłąkańczo, książę ruszył boso i łyso - wszak ni kapelutka, ni peruczki - w stronę swojego konia, skowycząc tylko cichutko ostatkiem sił, ze zwisającym z ust niedojedzonym strzępem lewej cholewki. Przygarbiony, z przymkniętymi z wyczerpania oczami i rękami zwisającymi bezwładnie wzdłuż ciała, został odwieziony do zamku, gdzie podobno do końca życia wegetował zdruzgotany, głównie siedząc w fotelu w stanie przygnębienia i melancholii.
Zamkowy lokaj odźwierny miał wydany przez księżną małżonkę nakaz rekwirowania gościom przy wejściu wszelkich artykułów galanteryjnych z lisiego futra, gdyż na ich widok książę wpadał w szał, zaczynał toczyć pianę, i rzucał się na niewinny kołnierz lub etolę niczym wściekła fretka, co kończyło się szramami na twarzach gości i oziębieniem stosunków towarzyskich. A na to księżna nie mogła wszak pozwolić.
 
 
 
 
Nawet najdoskonalsi królewscy tropiciele przegrywali sromotnie z Lordem Foxly i regularnie wyprowadzani w pole, strzelali tam buraka ze wstydu, że jeden lis robi tylu ludzi w konia. (Koniom jednakowoż było wszystko jedno, gdyż są to zwierzęta prostego i ograniczonego pomyśluknu, mieszczącego się akurat między "wio" a "prrr")
Nic więc dziwnego, że Foxly szybko zyskał wśród mieszkańców lasu rangę idola, i nawet dumne, zimnookie wilki kłaniały mu się na dzień dobry. Wiewiórki przynosiły mu czasem orzechy z ludzkich sadów, borsuki częstowały go jagodami a niedźwiedzie miodem, słodkim i pachnącym, lecz tu akurat nasz lis starał się zachować umiar ze względu na oczywistą konieczność utrzymywania stale doskonałej formy i figury.
 
 


 
 

Co do karpia Wigiliusza natomiast - niecodzienne jego imię pochodzi od tego, że Lord wykradł go pewnej grudniowej nocy z drewnianej balii stojącej w zamkowej kuchni, gdzie biedak zczezł byłby niechybnie, przerobiony na świąteczne filety. Foxly zawitał do owej kuchni w celu zwędzenia kawałka słoninki.
Ujrzawszy nieboraka ledwo żywego ze strachu, w balii ustawionej z widokiem na pieniek i sierierkę, poczuł momentalnie ogromny gniew oraz braterstwo dusz zwierzyny łownej, zawinął rybę w swój ciepły, wyszczotkowany na puszysto ogon i uprowadził. Nie zapominając oczywiście o słonince. W jednej z komór swej eleganckiej nory wpuścił karpia do małej, cynowej wanienki w kształcie pałacyku, którą z komnaty książęcego infanta świsnęły kiedyś szopy pracze.

 
Karmił go i pielęgnował, a gdy u Wigiliusza minął największy stres, zaczęli wieczorami snuć tak interesujące rozmowy przy kominku, że na wiosnę, gdy Lord chciał zwrócić mu wolność i wypuścić do odmarzniętego jeziora, Wigiliusz wcale nie chciał. Twierdził, że zima spędzona w lisiej norze była najpiękniejszym czasem w jego życiu, gdyż w jeziorze co prawda posiada liczną rodzinę, ale przy wszelkich próbach podejmowania inteligentnej dyskusji bądź nawet zwykłej, towarzyskiej rozmowy, wszyscy nabierają wody w usta, udają Greka, albo po prostu spływają. A jako że Lordowi też żal było się rozstawac z tak rozgarniętym przedstawicielem rodziny Cyprinidae, ucieszył się bardzo i zaraz zabrał się za organizowanie większego baseniku dla swojego przyjaciela, żeby mieszkać mógł wygodniej i swobodniej.
 
I tak oto zostali w norze razem, lis i karp, złączeni więzami pięknej, ponadgatunkowej przyjaźni, gawędząc wieczorami przy wesoło trzaskającym ogniu, i obmyślając razem nowe taktyki wywodzenia w pole i ucierania nosa. A Wigiliusz okazał się nie tylko doskonałym kompanem do rozmowy, ale też i wyśmienitym strategiem, gdyż był z niego zaprawiony w bojach, szpakami karmiony basałyk, który podczas swego życia w jeziorze umknął był już niejednej zębatej, szczupaczej kłapaszczy.
 
I żyli tak długo i szczęśliwie, a historia ta pochodzi z pamiętników samego Lorda, które oprawne w piękne, jesienne liście bukowe, znajdują się także w norze Stefana i zostały nam przez niego uprzejmie użyczone.

 
 
 



































 
.......................................................................................................
 
 
APDEJT SPOWODOWANY SKLEROZĄ AŁTORKI

Bo całkiem mi ze łba rogatego wyleciało, że mam do państwa prośbę!
Otóż jakby ktoś przypadkiem miał kilka starych, niepotrzebnych gwoździ, takich na 3-5 cm, mogą być zardzewiałe, pokrzywione, wszystko jedno (a nawet lepiej, wszak wiecie, że ja lubię wszystko, co krzywe) ważne, żeby stare, nie srebrno błyszczące nowością.
Mogą też być wkręcane haczyki bez tej takiej plastikowej części co to się ją do ściany / sufitu wkręca, a więc już może też niepotrzebne.
Albo na przykład inną drobicę metalową jak kółeczka - ale nie takie do kluczy, tylko wycięte w metalu małe kółeczka (to są chyba jakieś podkładki, ale nie wiem po co). Co leżą bo szkoda wyrzucić, a do niczego nie potrzebne. Co?
I jakby ten ktoś przypadkiem miał ochotę wsadzić je w kopertę i mi wysłać - to byłabym straszliwie wdzięczna! Znajdzie się ktoś na ochotnika wsparcia buraczanej tfórczości? Taki mecenat, powiedzmy ;)
No to jakby ktoś, to pisać tutaj albo na priv: aryatara_a@yahoo.de

:*
 
 

środa, 11 maja 2016

Poznajcie imię Bestii.

Czyli, jak zapowiedziano przedwczoraj, dziś o fryzjeru, do którego już nie chodzę. Leży on dokładnie naprzeciwko tego aktualnego. Nawet mam tam taki kuponik, gdzie są przystawiane pieczątki i na siódme cięcie jest 7 ojro rabatu. I chodziłam do tego przybytku dobre 3 lata, aż pewnego dnia wpadłam tam w ręce szatana.

Szatan był wzrostu mikrego lecz postury przysadzistej i zwartej w sobie, miał mocny rosyjski akcent i postać mniej więcej kobiecą, nazwałam więc go roboczo Masza. Kilka słów wprowadzających:

Masza ma dla zmyłki szczerą, uśmiechnietą i pucołowatą twarz, na polikach przaśne rumieńce o średnicy sporych talerzyków, jasne wejrzenie szaro-niebieskich oczu, w których na myśl o torturach na następnym kliencie igrają wesołe ogniki, a na głowie słusznych rozmiarów rdzawo-żółtego, przypalonego, sztywnego i zondulowanego do nieprzytomności "tapira". Albo hołduje jeszcze kanonom fryzjerskim przywiezionym z ojczystej ziemi, albo tapir ma funkcję maskującą i zakrywa rogi.

Masza ma też mocne, krzepkie ramiona i dłonie, którymi bez problemu wyrwać można łeb klientowi rzepę z zamarzniętej syberyjskiej ziemi. Albo przytrzymywać klientów barany do kastracji czy wrzucać świniaki na ciężarówkę. Po 12 godzin dziennie i 6 dni w tygodniu, bez najmniejszych oznak zmęczenia. I przypuszczam, że właśnie to Masza w ojczyźnie robiła, a dopiero na terenie Republiki Federalnej przeszła jakieś szybkie, symboliczne szkolenie fryzjerskie, będące częścią programu asymilacyjnego.

Ale o tym oczywiście nie wiedziałam i zamówiłam cięcie z farbowaniem. Chociaż zawsze w domu sama farbuję, ale jakoś tym razem mi się wyjątkowo nie chciało. (Przypadek? Nie sądzę.) Masza zarzuciła mi więc na szyję stryczek fryzjerską pelerynkę, zaciągając mocno (poluzowałam, jak poszła po chemikalia) i poczęła farbować.

SWYMI KRZEPKIMI RAMIONY.

Wbiła mi rozżarzony, ostry grzebień głęboko w skórę głowy i, radośnie podśpiewując, przejechała od czoła do karku zgrzytając po kościach czaszki, co miało (chyba) na celu oddzielenie pasma włosów. Zrobiło mi się trochu słabo. Następnie odciągnęła owo pasmo razem ze skalpem, pomazała ranę farbą, i przyklepała spowrotem na miejsce. I tak, jak każe rytuał farbowania, przez całą głowę co centymetr.
W połowie zaczęłam sinieć z bólu. Jak wzięła się za włosy na tej delikatnej skórze na skroniach, wiłam się już i jęczałam tak, że Masza nawet zatroskała się: "Oj co, za mocno?" Próbując nie wyć, odpowiedziałam zaciskając zęby "Tak, trochę." "Oj, dobrze, dobrze".
Do końca tego seansu tortur nie zauważyłam jednak, żeby się cokolwiek zmieniło, więc jednak chyba nie było za mocno, tylko - dobrze.
We łbie mi już huczało tez całkiem dobrze.



Po skończonym farbowaniu miałam te pół godziny odpoczynku, które spędziłam głównie na wmawianiu sobie, że raczej najgorsze już za mną, więcej boleć nie będzie.
Ha ha.
Usadziwszy mnie przy umywalce i wygiąwszy mi szyję w żurawia / łabądka w godowych pląsach, Masza przystąpiła do spłukiwania farby. Ugniatała mi przy tym głowę ruchami wypracowanymi przy kruszeniu gołymi dłońmi granitu (względnie okowów systemu), ręcznym kuciu brył rozpalonego żelaza na kotwice i kowadła, albo zapasach z niedźwiedziami. Byłam pewna, że będę z głowy pęsetą wyłuskiwać odłamki emalii z fryzjerskiej umywalki, i długi, dłuuugi czas będę musiała chodzić z tą wygiętą w tył szyją, a deszcz będzie mi padał do nosa.
Przekonałam się też naskórnie, że krogulcze szpony szatana paznokcie Maszy są nie z płytki keratynowej, a diamentowej, i to dobrze wyostrzonej. Ale to jeszcze nic...



Nie dość, że kucie kowadeł mycie trwało już podejrzanie długo, a ja miałam dosłownie łzy w oczach, to nagle Masza poczęła jeźdzć po moim zmaltretowanym skalpie jakąś ostrą szczotką, zrobioną chyba z naostrzonych szlifierką tytanowych gwoździ. Wytrzymałam chwilę, starając się nie posikać z bólu, i właśnie w tym momencie Masza stwierdziła "Fajnie, co? Masaż głowy!" [Gut, ja? Kopfmassage!"]
Blady strach padł na mnie już kompletnie, no bo skoro tak fajnie, to pewnie jeszcze troche pociągnie, i wypaliłam "Właściwie nie, bo to straszliwie boli!". "Oj?!" wyraziła zdziwienie Oprawczyni "Boli? No dobrze, to kończymy." Uffff... Spytała jeszcze, czy chcę odżywkę. Z wizją kolejnych granitowych płyt kruszonych na mojej szyji łabądka, i kutych na głowie kotwic, wykrzyknęłam czym prędzej "Nie, nie, nie! Nie chcę!" machając rękami jak wiatrak, żeby nie było wątpliwości, że naprawde nie chcę.
Wróciłyśmy na fotel. Było mi trochę trudno, bo wygięta szyja uniemożliwiała patrzenie pod nogi, ale jakoś ten kopnięty łabądek w godowym transie, z głową po ataku roju wściekłych szerszeni, macając dookoła łapkami i zezując w lustra, dotarł do fotela.



Cięcie. W sensie włosów cięcie, nie że przerwa w seansie. I tu mamy piękny przykład mojej naiwności, której się chyba nigdy nie oduczę, bo znowu wierzyłam, że teraz to już napewno najgorsze za mną, teraz tylko trochę Masza nożyczkami pomacha i po krzyku.
Tak... Z krzykiem miałam rację.

Masza znowu ciągneła pasma moich biednych włosów z pasją przodownika pracy na zamarzniętym polu rzepy, nożyczki miała albo nieostre, albo jakoś źle je przystawiała, w każdym razie każde "ciach" wywoływało u mnie wewnętrzne "auuu!" i podskakiwanie na krześle, bo nożyczki bezlitośnie wciągały włosy w ten swój "zawias". Cała głowa paliła mnie już jednolitym ogniem, czułam się jak płonąca pochodnia. Jak cięła włosy nad uszami, to odginała i odciągała mi uszy tak, że bolały mnie u nasady jeszcze przez tydzień (a noszę okulary, więc to był naprawdę trudny tydzien). Jak maszynką cięła na szyji, to jakby mi brzytwę wbijała, jeszcze wieczorem miałam czerwone "sznity"...

Mój ponacinany równo co centymetr mózg - jak kiełbaska na ognisko - ostatkiem sił wystosował jeszcze dwa wnioski racjonalizatorskie:
Po pierwsze: NIGDY WIĘCEJ.
Po drugie: NIGDY - WIĘCEJ - PRĘDZEJ - PIEKŁO - ZAMARZNIE.
Było mi już wszystko jedno, co Masza mi na tej głowie wyprodukuje, byleby szybko skończyła. Jak zaczęła suszyć gorącym powietrzem przytykając suszarkę ściśle do mojej pociętej i pokiereszowanej skóry głowy, to prawie wyrwałam jej ją z ręki mówiąc, że wysuszę sama. Chociaż tej ostatniej tortury sobie oszczędzę.

Zapłaciłam, dostałam ostatnią pieczątkę w kuponiku - rabat na następne tortury, no bezcenne! - uciekłam i nigdy nie wrócę.



Lecz pozostaje pytanie: jakim fortelem Masza zdobyła licencję fryzjera?
Oraz: Jak to jest, że jej nie wyrzucają?
Bo zawsze jak tamtędy przechodzę, to w ona jest na stanowisku (zapuszczam z ciekawości żurawia alias łabądka).  Ja się skarżyć nie potrafię, mam tą funkcję niestety nieaktywną defaultowo, asertywność zero, ale inne ofiary? Rotacja reszty pracowników jest przeogromna, rzadko widziałam tą samą twarz dwa razy - z wyjątkiem Maszy. Trwa jak mocna, niezłomna skała w skłębionej kipieli przybrzeżnych fal, ani jej tapir nie drgnie.



....................................



A żeby zakończyć pozytywnym akcentem, że nie każdy diabeł taki straszny jak Masza, wiecie, to oto tu portret jednego kolegi:



 

poniedziałek, 9 maja 2016

Cuda, cuda ogłaszają!

Dzisiejszego poranka przekażę wam świadectwo cudu. To znaczy w zasadzie to żadnego namacalnego świadectwa nie ujrzycie, bardziej musicie mi uwierzyc na słowo - no ale w końcu w większość cudów miliony ludzi od wieków wierzą tylko na słowo, i jakoś leci, co nie.


Zaczęło się od tego, że w sobotni poranek udałam się do fryzjeru. Udanie się do fryzjeru jest u mnie wydarzeniem wielce stresującym. Bo:

- NIGDY nie wiadomo, co będę mieć na głowie po zabiegu, mimo że zawsze tłumaczę tak samo
- We wszystkich fryzjerach jest zawsze okrutnie zimno i od razu zaczyna boleć mnie głowa (no nijak nie da się siedzieć podczas strzyżenia w czapce i szaliku)
- Fryzjerskie umywalki powinny zostać zakazane, bo to są narzędzia tortur straszliwych. Za każdym razem myślę, że się już więcej nie wyprostuję i będę tak do końca życia latać z odchylonym do tylu łbem i szyją wygiętą w "S" jak żuraw w godowych pląsach.

Tak więc odsuwam w czasie tą niemiłą konieczność jak tylko się da - no czyli niezbyt długo niestety, bo mam krótkie włosy, więc albo pójdę, albo wyskoczy mi z lustra Mister Spock....



 



....albo Piast Kołodziej postrzyżony tępym kozikiem wedle garnca po kaszy....
 




....albo - jeśli poczekam jeszcze dłużej - Emma ze Scooby Doo.




Do nikogo z tej trójki mi nie tęskno, więc poszłam. W nastroju jak na ścięcie, hłe hłe.
No wyszło - jak wyszło, doopy nie urywa ale nie jest źle, w ogóle mam wrażenie, że w tym właśnie wypasionym salonie pod tytułem "XXXL-Cut, wszystko za 14 euro", do którego poszłam już czwarty raz z rzędu, jakoś lepiej jest niż w poprzednim "Hair Factory Lounge, wszystko za 12 euro". Się płaci - się ma ;)

 
Ale teraz o cudzie. Otóż taki mam rytuał, że do fryzjeru zawsze chodzę w sobotę po śniadaniu, jak po tygodniu w pracy konstrukcja psychiczna jest już na tyle podcementowana początkiem weekendu, żeby wytrzymać taką przygodę. A po fryzjeru, żeby otrząsnąć się z szoku, włażę do paru sklepów po drodze, tak, żeby pooglądać coś jakieś ładne kolorowe, pogapić się bezmyślnie na kształty i kolory i powoli dojść do siebie. I oto wlazłszy tym razem do jedynego takiego ulubionego z ubraniami (bo ulubiony mam tylko jeden), zaczęłam z głupia frant przymierzać dżinsy, bo przecież i tak żadne nie będą pasować, i..... (teraz się trzymajcie mocno fotelów) ... ZNALAZŁAM DWIE PARY, KTÓRE SĄ NA MNIE PRAWIE-PRAWIE DOBRE !!! Prawie-prawie dobre znaczy, że jak zwykle trochę luzu w pasie, ale za to zad i nogi wchodzą bez problemu i jako tako się prezentują, no więc nic, tylko brać!!!

No to wzięłam, zapłaciłam, ignorując całkowicie agonalno-przedwypłatowy stan konta, wszystko to w takim transie, że nawet nie wiem, kiedy doszłam do domu. Położyłam torbę delikatnie na łóżku, bojąc sie trochę, że to sen jaki złoty, mara słodka, widziadło utęsknione i zaraz się obudzę, powiedziałam więc na głos:
"Chyba kupiłam sobie spodnie." I patrzę. Czy nie zniknie.
Nie znika.
"Kupiłam sobie spodnie." Zaryzykowałam jeszcze raz, dla pewności szturchając siatę palcem.
Nic, dalej leży.
I nie obudziłam się.
Z drugiego pokoju dobiegło wielce zaangażowane "Mhm" Borsuka, z trzeciego zaś "Uhu!" Dziecka Zpiekłarodem, przypiętych każde do swojego kompa. No czyli chyba jednak to wszystko prawda?

Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, chociaż jedne z nich mam własnie na sobie. Że jak to tak, po prostu wejść do pierwszego sklepu i znaleźć dwie pary. Bez spędzenia pięciu weekendów na wielogodzinnych poszukiwaniach (plus tysiącu zamówionych przez internet i odesłanych par), bez paznokci niebieskich od wciągania setek nogawic, bez pocenia się w dusznych przymierzalniach 80x80 centymetrów, gdzie łokciami wali się w ściany, a od góry lampy grzeją z zaangażowaniem godnym wylęgarni kurcząt-czempionów.
Szczególnie fajnie jest w takim jednym Taily Weils, gdzie nie dość, ze przymierzalnie są 80x80, są te lampy, mega-grube kotary, to jeszcze ściany (wysokie tak na 4 metry) od góry do dołu są wybite długim, różowym, kłaczącym się futrem. Człowiek ma wrażenie, jakby został połknięty przez wielkiego mechatego potwora z Ulicy Sezamkowej, i utknął mu w przełyku. W jaki sposób ma to zachęcać klientów, jest dla mnie wielką zagadką.

Wracając jednak do tematu - nie pojmuję, nie wierzę. Magii temu zjawisku dodaje jeszcze fakt, że chociaż obie pary są z tej samej firmy, i obie wygladają na mnie tak samo, to jedne mają rozmiar 34 a drugie 38. Ale nic to, ważne, że są! Nie pamiętam, kiedy ostanio miałam taki luksus jak dwie pary dobrych dżinsów. Czuję się jakbym wygrała milion dolców!

Ale i tak nie wierzę, może jakąś pomroczność miałam, może się jutro okażą niedobre, nie wiem. NIE WIEM po prostu.

Albo nagle w robocie wyjdzie, że żadnych spodni nie ma, a król jednak jest nagi...

Może ktoś mnie uszczypnąć?



A dlaczego zrezygnowałam u usług "Hair Factory Lounge, wszystko za 12 euro" będzie w następnym odcinku. Tylko dla ludzi o mocnym nerwie.



Stay tuned,
Diabeł przytrzyżon oraz w nówki gacie obleczon.





..................................................................
 
P.S. Adalbert, jako niedźwiedź leniwy z natury stwierdził, że pomysł Kaliny na wiosenne odkłaczanie przy pomocy swetru jest całkiem do rzeczy. Posiedział w nim te kilka dni, czochrając się dodatkowo o szorstką korę dla wzmocnienia efektu. Wczoraj pulower ściągnął - i zaprezentował świeży, lśniący włos, że mucha nie siada!!! (oj, a dotychczas siadała, i to często a gęsto). No i gawra czysta, więc same zalety.

Kalinę uprasza się o podanie adresu, na który ma zostać przesłany portecik adalbertowy: aryatara_a@yahoo.de


Buziaczki
]:-*

 

 
 

wtorek, 3 maja 2016

Borsuk w szafce i wąż w kranie czyli nowoczesne rozwiązania techniczne w domu i zagrodzie.





Korzystając z tego, ze w sobotę Borsuk mial wolne - zdarza się raz, góra dwa razy w miesiącu - spięlim poślady i wyruszylim na szoping. Szoping nie należy bowiem do ulubionych rozrywek borsuczych. Diabeł tez się w sumie nie pali. (No ale ognioodporny jest wszak z natury)

Szoping obejmował kilka artykułów niezbędnych w tytułowym domu i zagrodzie, między innymi:
- kofitejbyl (no stolik) do pokoju, bo ten aktualny to przedstawiał już sobą nową, doskonalszą definicję słowa "katastrofa"
- kran do kuchni, bo stary aspirował z całych sił do zostania strażackim hydrantem - wystarczyło leciutko odkręcic wodę, a z pomidora, którego zamierzało sie umyć, robił się przecier. Rozwodniony przecier. Przy okazji można było przetrzeć kuchnię, bo i tak była mokra (woda z hydrantu leciała nie w całkiem dół, tylko tak do przodu i w dół). A moja wewnętrzna Irena nie lubi przecierania kuchni co drugi dzień.

No więc wyruszylim do - jakże by inaczej - Ikei. Bo najbliżej, bo największy wybór, bo w miarę tanio. I tak stojąc w dziale "Kuchnia idealna, aczkolwiek niemożliwa do umieszczenia w normalnym mieszkaniu" najszła mię refleksja. Mianowicie, w takich miejscach duet Borsuk&Diabeł wyróżnia się niezmiennie i za każdym razem na tle reszty kupujących. A czym? A brakiem tak zwanej zajawki.
[Null Begeisterung / No enthusiasm] 

Oto grupa zwiedzających (ludzie w Ikei przypominają mi zawsze wycieczkowiczów na wakacjach) po drugiej stronie wystawy z kranami, gestykulując żywo, omawia szczegóły ergonomii kurków, zwraca uwagę na odcień stali, krytycznym okiem ślizga się po łuku kranowej "szyjki". Czy aby nie nazbyt matowy ten matowy. Czy nie za ordynarny ten błyszczący. Czy aby w "Obi" nie bylo podobnego modelu za 4 ojro mniej. Czy szyjka nie za wąska, nie za szeroka, nie nazbyt zalotnie wygięta (bo a nóż, wygięta zalotniej niż szyjka Hannelory, na pokuszenie i zatracenie wywiedzie Jürgena, prowadząc do rozbicia małżeńskiego stadła? A kosztów rozwodu Ikea na pewno nie zwraca!)
Przytaczany jest przypadek kranu kuzyna ciotecznego ze strony matki, stosunku średnicy szyjki do rachunków za wodę (gdyby kuzyn był tu osobiście, z pewnoscią chętnie okazałby stosowny arkusz kalkulacyjny) oraz zabawne historyjki o zczytywaniu liczników ukrytych w kuchennych zakamarach i podważaniu stryjka lewarkiem w celu wyłuskania go z tychże.



Borsuk z Diabłem natomiast zezują niemrawo na kranową wystawę z prawa na lewo i z powrotem. Jedyne ich kryterium to ten taki wyciągany wężyk, żeby se zgrabnie i powabnie opłukać produkty umieszczone w zlewie. Tudzież sam usyfiony zlew. (Zawsze przypomina mi się scena, jak do Hiacynty Bucket przyszła Stokrota i ze szczerym zdziwieniem małego dziecka, które właśnie odkryło, że szuflady można otwierać, wykrzyknęła: "Hiacynto, w twoim zlewie można się przejrzeć!")

Jednakowoż!!! Pod wpływem wycieczkowiczów znaprzeciwka (takie dyskusje mają na mnie działanie lekko hipnotyczne) do rogatego łba zakołatała myśl, że halo, puk, puk, popatrz, ten kran taki matowy właśnie, a zlew blyszczący. I czy może jednak faktem tym należy przejmować się? Może ten dysonans powierzchni metalowych odbije się negatywnie na komforcie szorowania kartoflów? Aaale, nie. Jednak chyba nie. Wybór dokonany.
(A w domu się i tak okazało, że błyszczący zlew po kilku latach to nie taki znów błyszczący jest, i że właściwie to nie ma różnicy za bardzo)
(Zanotować w zwojach mózgowych, że nowoczesny, światowy człowiek nie mówi "kran" tylko "bateria")



Przejdźmy zatem do salonu.

[Grupa wycieczkowa przy kranach omawia wady i zalety różnych stopów stali w armaturach i ich wpływ na jonizację płukanej brukwi]

Kofitejbyl wybraliśmy też właściwie w 3 minuty, zgodnie stwierdzając, że skoro mamy białe półki, to pasuje do nich każdy stolik więc nie ma się co za bardzo przejmować. Więc pobralim z magazynu ten odpowiedni rozmiarem i czmychnęlim do kasy. I tak jest u nas za każdym razem. Wchodzimy, mówimy "ten", bierzemy pod pachę i wychodzimy. Aż dziwne, że nasze komnaty nie przypominają wystrojem wnętrza cygańskiego wozu. (A może po prostu przestałam to widzieć)

W tak zwanym międzyczasie pochwyciłam jeszcze zgrabny, czarny zeszycik z krwistym muszczkiem (zanotuję sę tą baterię)
Te uczernione boki, ahhhh! Jeśli chodzi o artykuły piśmiennicze, to mogę jak najbardziej dyskutować i wchodzić w szczegóły! A jeśli chodzi o Ikeę, to jeszcze na dziale dziecięcym są często fajne maskotki ;)

(A w ogóle to nie wiem, jak Borsuk potrafi się tam nie zgubić, chociaż chodzi tam raz na ruski rok. Ja chodzę częściej, a gubię się za każdym razem kilkakrotnie. A on myk myk, skrótem przez szafę, skokiem przez rame do obrazu i nagle jesteśmy przy lampach, czy gdzie tam chcieliśmy być. Ni w ząb tego nie kumam, ja umiem tylko "po szczałkach")

....................................................


A potem zakupiliśmy po cenach promocyjnych 3 koszulki w rozmiarze borsuczym oraz portfel, bowiem zaraz obok Ikei sprytnie umieszczony jest TK Maxx. Tam, w kolejce do kasy, wedle aktualnych strategii marketingowych obłożonej z obu stron różnorakimi wabikami - od atrakcyjnych skarpet z Pokemonem do włochatego termoforu z kurą - dostrzegłam kilka rodzajów ciastek z Blikle. Jak one zawędrowały aż tu? (Ale w smaku to nie zmiotły mnie z krzesełka w sumie)


....................................................


W domu Borsuk wlazł do szafki pod zlewem i siedział tam dobre 3 godziny. Nie żeby odreagować szoping (chyba?), tylko w celu wymiany kranu oczywiście (tfu, ba-ter-iii). Hydrant nawet nie stawiał oporu, dał się bezproblemowo usunąć, ale na tym właściwie bezproblemowość procesu wymiany się zakończyła. Albowiem - pomijając plątaninę rurek kranowo-pralkowych i ogólną niedostępność i ciasnotę panującą w szafce pod zlewem - to chyba znowu projektant dał ciała. Taka gwintowana rurka, co to od góry przechodzi przez blat i na dole trzeba ją przykręcić nakrętką, okazała się za krótka. Na nakrętkę tak jakby nie starczyło miejsca. (Blat mamy zwykły najzwyklejszy, nie jakiś super gruby)

Borsuk, klnąc z cicha, zanurzył się w swych rozlicznych skrzyniach ze skarbami, w poszukiwaniu elementów zastępczych.
Znalazł.
Zgubił - wleciało pod szafkę od tyłu.
Klnie, idzie szukać dublera.
Znalazł. Upadło. Lecz pochwycił. Przykręcił. Jest! Ale dodatkowe pół godzinki w plecy.
Zamontował całą resztę ustrojstwa, w tym ten ciężarek, co to wciąga zpowrotem ten wyciągnięty z kranu wężyk.
Otwieramy szampana, odpalamy rakiety.
Wężyk, wyciągnięty, nie chce się do końca chować zpowrotem gdyż.... ciężarek jest za lekki.
Ponowne brawa dla projektanta, wypijamy szampana za jego przyszłość (żeby zmienił zawód)
Rozważamy przyklejenie do ciężarka taśmą klejącą sporego kamerdolca z Chorwacji. Albo główki młotka. Albo czegoś. Dlaczego dzieci nie bawią się już ołowianymi żołnierzykami?
Borsuk ryje w szafce ze skarbami.

Wraca - a wraz z nim triumf polskiego, pomysłowego ducha nad materią: trytytka i dwie ciężkie końcówki od klucza dynamometrycznego!

Kran działa!


¯\_(*o*)_/ ¯


....................................................


A teraz jeszcze jeden obrazek.
Był borsuk w szafce, był wąż w kranie, to będzie i niedźwiedź w swetrze.

Oto niedźwiedź Adalbert, formatu pocztówkowego. Adalbert rozważa, czy może już ściągnąć mechaty pulower i schować go do szafy, czy lepiej jednak nie zapeszać i poczekać jeszcze z miesiąc. Doradź Adalbertowi, gdyż jest w rozterce. Za najlepszą poradę istnieje możliwość otrzymania w prezencie adalbertowego portretu - jeśli radzący zapragnie oczywiście, nic na siłę ;)


.......................................

APDEJT





proszszszs....... oto  ciężarek oryginalny - ten owalny, trytytka oraz dwie końcówki od klucza dynamometrycznego. Wszystko jasne? No.

:*

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...