poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nowy Zodiak 4 no i jednak ten Instagram.

Mieliśmy drugi ciepły i słoneczny weekend pod rząd, to się w głowie nie mieści! To znaczy wczoraj to już po południu przyszły chmury trochę, i zimny wiatr, ale się nie poddałam, nie, nie złożyłam broni, którą jest mi optymizm, między innymi dlatego, że byliśmy rowerami daleko daleko od domu, więc tak jakby nie miałam wyjścia, musiałam dojechać zpowrotem.

Ciężko było, strasznie. Jednak w ciągu prawie dwóch lat powłóczenia popsutą racicą, to mięśnie mówią "Pa pa, to my znikamy, narka!" No ale coś tam z nich jeszcze wykrzesałam.

A jak już byłam o milimetr od wybuchu, że "kurrr...mać-na-piekło-i-szatany-mam-dość-już-nigdy-więcej!!!", to zobaczyłam takiego ślicznego, baryłkowatego, nieforemnego i cudnego pieska z przesłodkimi, króciutkimi łapkami, że wszystko mi przeszło.

Od Borsuka to i tak zawsze będę odstawać na kilometr, nawet u szczytu mej (wątpliwej) kondycji zawsze było tak, że ja ledwo ciągnę na najłatwiejszej przerzutce, i to ciągnę jeszcze TYLKO dlatego, że gópio tak jakoś zsiąść z roweru, skoro właśnie przegonił mnie pięciolatek w kasku w koniki i jakiś pra-szkieletor w sandałkach na bicyklu niewiele młodszym od niego, a Borsuk to już w ogóle wjeżdża pod każdą górkę na poboczach, jedzie zygzakiem, zatacza kółeczka, skacze przez kamienie, sprawdza twardość opon i wyregulowanie kół, no mówiąc krótko NUDZI SIĘ podczas gdy ja walczę o każdy metr balansując na krawędzi zapaści. To się nigdy nie zmieni.

(Wczoraj go zapytałam, czy chociaż bolą go troszeczkę nogi jak wjeżdża pod górkę na przykład. Nie, nie bolą. Czy on jest człowiekiem w ogóle? Czy też kosmitą? W każdym razie od jakichś 25 lat skutecznie obala mit, że wegetarianie to słabowite, cienkie szczypiorki i tylko mięso daje siłę)



..............................................................



No i dzisiaj czwarta, ostatnia część naszego podniebnego cyrku.
 


Ryby Nr 1 - plusk plusk. Podobno głosu nie mają, ale w telewizorze ostatnio pokazywali takie, co chrumczą. Fajne były!

 
 
 
 
Ryby Nr 2 - bo się fajnie je malowało :)

 
 
 
 
 
Wodnik - taki pan, co leje wodę. Sam gwiazdozbiór przez pewną niezależną i wielce szanowaną grupę ekspertów (profesor Kalina i doktor mRufczyńska) zwany jest też "Żyrafą z kartonem chylącą się u wodopoju".
 
 
Pragnę w tym miejscu raz jeszcze podziękować ekspertom za ten jakże istotny dla sprawy wkład, oraz wyrazić nieśmiałą nadzieję na dalsze wskazówki i sugestie, gdyż pozostaję, że tak powiem, radośnie otwarta na światło ich umysłów ;)))
 
 
 
Wodniczka (zarezerwowana) - panie też potrafią lać wodę, wiadomo. Niektórzy twierdzą, ze nawet o wiele lepiej niż mężczyźni (ale to źli ludzie są).
 
 
 
 
O, proszę jak milutko wygląda razem trójeczka, zarezerwowana dla pewnej czytelniczki. W kupie siła, jak to mówio!
 
 
 
 
 
Jako że wysyłając zamówione zodiaki byłam parę razy na poczcie, dane mi się było ponownie przekonać, że poczta to jest jednak Urząd pełną gębą. To znaczy: koszty silnie zwyżkujące i absolutnie niewymierne do efektów.
Cenią się, doprawdy. A potem i tak trzeba drałować samemu odbierać przesyłki, bo w skrzynce tylko awizo. Ha! Dobrze, jak w ogóle w skrzynce! Myśmy tak mieli długi, długi czas, że taki był pan listonosz na rejonie biedny, no takiego pecha miał, sierotka malutka biedna, że zawsze jak przychodził, to albo był domofon na ten krótki moment magicznie popsuty i musiał taśmą klejącą przyklejać awiza na drzwiach wejściowych, albo jak udało mu się wejść na klatkę, to też jakoś magicznym sposobem chyba, bo w mieszkaniach nikogo nie było, nigdzie!
Chociaż na przykład była akurat pora sobotniego, późnego śniadania - to akurat wszyscy zdecydowali się na lanserskie śniadanie na mieście.
Chociaż 4 osoby z całych sześciu mieszkań na klatce pracują w systemie zmianowym - to akurat wszyscy codziennie byli w pracy jak przychodził.
 
Albo najgorzej to było, jak magicznym sposobem jakimś, ktoś mu znikał w ogóle wszystkie karteczki awizo z torby, i nie mógł nieborak ani zostawić przesyłki (no bo nikogo w całej klatce nie było) ani zostawić powiadomienia (no bo nie miał karteczek). I ja jestem święcie przekonana, że on strasznie, piekielnie cierpiał z tego powodu że tak zawiódł srodze, że po nocach nie spał dlatego że potem adresaci po niepokojąco długim czasie czekania na przesyłkę muszą sami jej szukać, i nie daj boże przekonać się, że wróciła już do nadawcy.
Aż się wierzyć nie chce, taki niefart, nie? Wrak człowieka musiał z niego być, wrak.
 
No więc nie można się dziwić, że w końcu zrezygnował z pracy, no bo kto by to wytrzymał takie pasmo czarnego pecha wijącego się przez kolorowy lunapark życia zawodowego? Toż to jak roztopiony asflalt w sierpniowe południe gdzieś na stepach Texasu, a na poboczach tylko grzechotniki i potłuczone butelki, a on tym ciężkim, pocztowym rowerem musi, koła toną w asfalcie, a nad głową tylko żar z nieba i sępy.
 
I teraz mamy innego pana listonosza, który jest istnym dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, znaczy w czapce urzędnika pocztowego. Co przyjdzie, to i domofon działa, i zawsze ktoś w którymś mieszkaniu jest, i karteczek nikt mu złośliwie nie znika, więc widmo awiza powoli całkiem ulatuje z naszego horyzontu. I ja się bardzo z tego cieszę, bo jak trzeba tu iść na pocztę, to nagle można zapomnieć że mieszka się w całkiem sporym mieście, zwanym też szumnie metropolią nawet, tak nieliczne są tu punkty odbioru przesyłek Deutsche Post.
 
Do tego dla krotochwili "nasz" punkt jest otwarty w soboty tylko do godziny 12, i kolejka która się tam wtedy gromadzi jest tak imponująca, że raz to nam przechodnie nawet zdjęcia telefonami robili. Serio.
Bo tak: kolejka najsampierw wije się w środku poczty kolorowym, wielokrotnie zgiętym zygzakiem (to około 40-50 osób), wychodzi przez 2 pary rozsuwanych drzwi (dodajemy 15 osób), wije się po parkingu niczym Quetzalcoatl szeleszczący żółtymi karteczkami awizo zamiast piór (plus maksymalnie 30-35 osób), a w skrajnych przypadkach kończy się nam pojemność parkingowej ścieżki (na szczęście zadaszonej!) i wtedy wijemy się kolektywnie dalej po cieniutkim chodniku wzdłuż ulicy (tutaj to już różnie - osobiście brałam udział w wiciu ogonka z około 30 osób). Dobrze, że żaden kierowca się jeszcze nie zagapił.
Nie ma to jak godzinka w takiej kolejce w sobotnie przedpołudnie. Potem aż chce się żyć, człowiek idzie przed siebie i czuję się taki wolny!
Jako ten głąb pocztowy.
Gołąb znaczy, gołąb.

No i tak to. To jeszcze wam opowiem, ze buraczane pola rozrosły się w końcu na Instagram, na razie małe, skromne poletko, na razie każde zamieszczone zdjęcie to jeden mikro-zawał (internet przez telefon to jednak koszmar w porównaniu do kompa) ale pierwsze buraki zasiane!
O, tu (a po prawej jest link w obrazku):
https://www.instagram.com/diabelwburaczkach/
 
 
 
 

43 komentarze:

  1. Uwielbiam te zodiaki diabelskie, no uwielbiam.
    Oprocz zyrafy w kloszu nad wodopojem to przypominam ze jeszcze kopniety patefon wchodzil w gre... ale mam wrazenie ze jednak obie uczone go wyparly.
    Oczywiscie na skorka sie pisze (bo jak pytanie padlo to sie szlajalam i nie mialam jak odpowiedziec, a dzis tez niedoczas letki wiec juz z rozpedu tu doniose :), aczkolwiek nie bardzo predko bom w nagminnych rozjazdach nadal, to bede w kontakcie emaliowanym dobra? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widac w toku eksperymentów naukowych teoria patefonu zostala jednak obalona. Tak to juz jest!

      No wlasnie juz chcialam pisac na priv, czy sie piszesz ;) spoko spoko, nie pali sie przeciez.

      Usuń
  2. Rybki pięknościowe! A wodnik znów Buka... Może po prostu namalujesz Bukę? Ja podejrzewam, że ona za Tobą chodzi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej, Buka, Mala Mi i Hatifnatowie to byli zawsze moi ulubiency z muminkowych ksiazek!
      I mam piekne kubki z nimi :)))

      Usuń
    2. Wszystkie PRZEPIĘKNE!

      Usuń
    3. Aczkolwiek wszystkie maja cos z Buki. No, oprócz rybek i wagi :)

      Usuń
  3. Może to był polski listonosz? U nas są braki kadrowe. Ach, gdyby mi kręgosłup pozwolił na targanie tej przepastnej torby, dzwoniłabym do każdych drzwi dwa razy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jaki byl, nikt go nigdy nie widzial :)))
      Braki tu podobno tez straszne maja, bo zamiast zartudniac nowych ludzi, to zwalniaja i zamykaja placówki. Jakies 2 tygodnie temu znowu odbilam sie od drzwi jednej poczty, wisiala tylko karteczka "zamkniete juz na zawsze, wsadz se petencie ten list w... eh. W szpare w drzwiach."
      Ogólnie to wysylam listy po pracy, w sasiednim miescie. Tam mam blisko, zaraz obok przystanku.

      Nie mów ze bys tak chciala, z tymi listami! Jak dobra pogoda, to OK - ale w slote, snieg i zawieruche?!

      Usuń
    2. A kto mówi o listach? Ja tylko o dzwonieniu dwa razy. Piłabym herbatkę u każdego!

      Usuń
    3. A! A to co innego :) To ja bym dla takiej listonoszki nawet osobiscie ciastka piekla, do tej herbaty!

      Usuń
  4. Diabeł jest the best :) przytuliłam Cię na Insta i Bożenę przy okazji, bo się nawinęła. Co za świat :) zodiakalny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahoj tam! Bożenka odmachuje pozdrowienie też. :)
      A Bożenki urząd pocztowy jest też fajny. Czasem jest otwarty od 10 do 19 (łał), ale zwykle jednak od 12 do 19 albo od 13 do 20, a to i tak jakaś innowacja, bo doszły 3h na każdy dzień (czyli nie że do 16.00). Widać dostali nowy etat.
      (na soboty nie dostali).
      Paczki zaś, po kilku namiętnych wymianach zdań, przestano zostawiać u sąsiadów z prawej lub u sąsiadów z lewej (na przykład raz sąsiad z siebie prawie wyszedł, jak jedna paczka CHLUPOTAŁA). Teraz zostawia się u szewca.
      Ostatnio Bożena zamówiła buty przez internet. Też trafiły do szewca. Stefan miał zagwozdkę nie lada na hasło "odbierz moje buty od szewca".
      P.S. Hahahaha, oj, Bożenę musisz osobiście poznać, to zobaczysz te wegańskie szczypiorki :D LOL :D Siły może nie ma aż tyle, ale wiotkości witki wierzbowej też NIE.
      P.S. 2. Oczywiście, że Bożena przeczytała, że w "sile kupa", ale to chyba dlatego, że mRufa jakaś zalatana ostatnio i ktoś musiał błysnąć dyzleksjo.

      Usuń
    2. sila w kupie - ladne :P

      Usuń
    3. Ahoj Malgo! :) Nawiguje na razie powoli i ostroznie, zobaczymy gdzie doplyne ;))

      Bozena, do DWUDZIESTEJ otwarte?! A to dobrze macie! Taki luksus, mozna isc po pracy! Nasi do 18 i nie ma zmiluj, 10 minut przed 18 pani zamyka drzwi z petentami w srodku i wiecej nie przyjmuje.

      Ja to sie nawet kiedys w akcie desperacji usilowalam zapisac do paczkomatu. Dwa razy usilowalam. I nic. Raz dostalam list gratulacyjny, ze podjelam najlepsza decyzje w moim zyciu oraz karte, która nie dzialala. Za drugim razem dostalam tylko list gratulacyjny, karta nie dotarla nigdy. Na maile helpdesk oczywiscie nie odpowiada.
      No i tak to.

      Usuń
    4. A chcesz stanąć w ogonku w jedyny-dzień-do-dwudziestej? :D

      Usuń
    5. No szczerze mówiac wole juz wlasnie po pracy (GDYBY sie dalo) niz w sobote godzine stac w karnawalowym wezu dlugosci godnej samego Rio. O kazdy zabrany mi kawalek weekendu strasznie sie mianowicie zloszcze. Weekend jest MÓJ, mój ci on!!!

      Usuń
    6. Aha, bo jeszcze zapomnialam zapytac: CZYM chlupotala paczka sasiada? Wchlonieta, niezamawiana deszczówka czy moze akurat, nie daj boze, zamówil rybki do akwarium?

      Usuń
    7. A nie, to akurat jeszcze jest inna historia, bo to koleżanka przemiła z południa kraju na samą północ przysłała domowego pędzenia cytrynówkę. :D

      Usuń
    8. I to nie sąsiada paczka, tylko Bożenki, ale u sąsiada pozostawiona, bo takie rozluźnienie zapanowało w zakresie interpretacji adresata.
      Oraz w soboty Bożeny poczta jest kolzet. Tak że weekendu marnować nie trzeba, nawet jak masz coś pilnego do nadania. ;)

      Usuń
    9. Ah, to sasiad sie tak na wyrost zdenerwowal.
      Ze tez polskie ucho nie wyczailo przez te kartony, co to tam tak milo chlupie w srodku :D

      Usuń
    10. Bożena też była zaskoczona :D

      Usuń
  5. No wreszcie rypka! Nie mogłam się doczekać! Pożądam tych z bąbelkami... mogę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alez jak najbardziej! Tych z babelkami czyli numer 2? Wrzucic na DaWande czy napiszesz do mnie o wskazanie innej drogi?
      diabelwburaczkach@gmail.com

      Usuń
    2. Tak, tak! Numero dwa. Odezwę się mailowo wieczorem :)

      Usuń
  6. Kiedyś to byli listonosze - nie to, co teraz! Zaangażowani, niezłomni, dzielni.
    Nasz poprzedni listonosz (już emeryt) pokazał mi kiedyś łydkę pokrytą bliznami po psich kłach. Takie tam pamiątki wiejskiego doręczyciela.
    A mąż, jak mu o tym z przejęciem opowiadałam to zamiast panu współczuć zapytał, czy aby TYLKO łydkę mi pokazał. Nasłuchał się głupich kawałów o listonoszach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz - u was psy, u nas magiczne domofony i znikajacy mieszkancy-widma. Takie cuda miejskiej aglomeracji.

      Usuń
  7. Wprost przeciwnie do teorii, jakoby Ryby głosu nie miały (zapytajcie małżonka, potwierdzi, że to mocna nieprawda!) jednak się odezwę ;)
    Ujęły mnie z całego gwiazdozbioru najbardziej Bliźniaki, pojęcia nie mam dlaczego (podtekstu emocjonalnego brak, no chyba, że coś przeoczyłam), po prostu rozczuliły najbardziej :)
    Z tymi listonoszami to jakaś faktycznie epidemia na skalę międzynarodową. W poprzednim miejscu zamieszkania dochodził do nas taki Hansi (albo Seppi, albo inszy Toni, nie pamiętam cholernika), dochodził, albo raczej nie dochodził... Miał w zwyczaju golnąć sobie sznapsika z klientami, których znał bliżej. Czyli praktycznie z każdym poza nami ;) Nie wiem, jakie miał godziny pracy, ale schodziło mu z roznoszeniem fantów do późnego popołudnia. Nic więc dziwnego, że czasem chłopinie coś się kiełbasiło i rzeczy docierały gdzie indziej albo w ogóle. Do tego jeździł samochodem służbowym, o zgrozo. I nie była to wieś, tylko dzielnica stosunkowo dużego miasta.
    Teraz mieszkamy na wsi, pocztę mamy kilometr od chałupy a według wizyt (sympatycznej) listonoszki można zegarki nastawiać - miodzio!

    No, to lecę obczaić ten instagram :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak co klient, to sznapsik? To dopiero ciezka praca!

      Usuń
    2. Rzadko kończyło się na jednym. Sznapsiku, nie kliencie ;)
      Miał chłop zdrowie, póki nie przywalił służbowym autem w skarpę ;)

      PS. Czy naprawdę tak jest, że foty na instagramie da się pakować tylko z telefonu? Czy też czegoś nie doczytałam?

      Usuń
    3. Nie nie, mozna i z kompa, jak sie zainstaluje odpowiedni program. Ale do tego jeszcze nei doszlam, bo w domu i tak wlasciwie nie siadam do komputera, wiec chcialam zostac przy telefonie. Ale moze z czasem, moze.

      (dobrze, ze tylko w skarpe)

      Usuń
    4. Aaaa, dzięki :)
      Wiem, mogłam sama zguglować, ale nigdzie nie dostanę tak rzeczowych odpowiedzi, jak w sekcjach komentarzy ;)

      (yhm:)

      Usuń
    5. Dokladnie :) W komentarzach tkwi niedoceniana sila!

      Usuń
  8. pfff nasza listonoszka się z Miśkiem bije, na ten przykład, a pan paczkowy pizga paczka pod drzwi, krzyczy "PAAACZKAAA!!!" i ucieka, albo mówi, ze nie wniesie, bo za ciężkie, urząd w soboty zamkli w ogólę, za to przerwy obiadowe celebrują jak najbardziej, noi majo automaty do płacenia, pieniąszki im za brudne, żeby do łapy brać! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No! Pobic sie chciala raz przy mnie, potwierdzam :D A kuriera co krzyczal z dolu, zeby na dol mu zejsc i pobrac paczke tez doswiadczylam nausznie u Margi lol co prawda nie zrozumialam co on krzyczal, ale atak smiechu jakiego dostala Marga mowi lsam za siebie... ;)

      Usuń
    2. No teraz to mi wyobraznia ruszyla - ciekawam, co robilby nasz listonosz, gdyby byl widzialny :)
      A o co ona tak sie bije? Niechetnie rozstaje sie z przyniesionymi przesylkami, rozwija do nich stosunek niezwykle osobisty? Czuje nierozerwalne wiezi?

      Usuń
    3. paduam :D :D :D zgadłaś, przywiązanie do pocztowego długopisu miała bardzo duże :D

      Usuń
    4. mRufa, a ten nowy jest jeszcze lepszy, nakrzyczał na Miska, ze mógł wrzucić awizo do skrzynki, zamiast wnosić paczki :D

      Usuń
    5. Jessu, ze nawet dlugopis rodzi przemoc?! Co za czasy!

      Usuń
    6. Czo się dziwisz, pióro zawsze było bardziej niebezpieczne od miecza, czy jakoś tak ;)

      Usuń
    7. Szlachetnym pani kurier włada orężem! :-)

      Usuń
  9. no co Ty mi tu piszesz , no niedowiary to jest ŻEBY W CIĄGU GODZINY 30 !!! klijentów oblecieć?? ja właśnie po wizycie w enerdze czyli elektrowni i przed mną było 10 osób, to godzina i 40 mi zeszła ....cholera jasna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ciagu tej godziny to bylo, ma Chèrie, grubo ponad 100 osób,zsumuj wszystkie liczby w tym opisie! Ale byly otwate 4 okienka, wiec szlo.
      O, i z energą albo bankiem, czy inszym urzędem to jednak nie ma porównania, zeby zawrzeć umowe na prąd tez bez mała koczowałam w budynku na przemian z Borsukiem, lata temu.

      Usuń

Dawaj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...